05 VI2017

Julita Bator – „Młodziej, piękniej, zdrowiej…” – recenzja

by joanna

Julita Bator to autorka, którą cenię za zdrowy rozsądek. Tak jak w książce „Zamień chemię na jedzenie”, tak i w najnowszym poradniku „Młodziej, piękniej, zdrowiej. Sprawdzone sposoby, jak dbać o urodę” znajdziemy bezpretensjonalnie opisane rady, jak sprawić, że staniemy się piękniejsze (albo piękniejsi).

julta_bator_0

Książka to zbiór bardzo konkretnych przykładów, jak prostymi środkami wzmocnić i oczyścić organizm, aby odwdzięczył nam się zdrowym i pięknym wyglądem. Są to środki czasem tak proste, że nie wymagają większych zmian w życiu. Większość jednak łączy się z systematycznością – Julita Bator zachęca nas do poprawienia swojego życia i samopoczucia, motywując jednocześnie, aby to była zmiana na stałe, a nie – tylko do osiągnięcia pierwszych efektów.

Julita Bator, „Młodziej, piękniej, zdrowiej. Sprawdzone sposoby, jak dbać o urodę”

Julita Bator, „Młodziej, piękniej, zdrowiej. Sprawdzone sposoby, jak dbać o urodę”

Młodość, piękno i zdrowie

W pierwszej części poradnika autorka zamieszcza rady z najróżniejszych dziedzin. Od porad, jak korzystać ze słońca (jej umiarkowane podejście bardzo mi się podoba!), przez urozmaicanie diety (kolagen – akurat nie dla weganów; naturalne probiotyki), po pielęgnację ciała za pomocą kąpieli i aktywność sportową. Najciekawszy był dla mnie rozdział dotyczący postu wg dr Dąbrowskiej. Wciąż się nie odważyłam na ten rodzaj diety oczyszczającej, ale Julita Bator zainspirowała mnie do przemyślenia, czy nie warto spróbować.

Julita Bator, „Młodziej, piękniej, zdrowiej. Sprawdzone sposoby, jak dbać o urodę”

Julita Bator, „Młodziej, piękniej, zdrowiej. Sprawdzone sposoby, jak dbać o urodę”

Wszystkie podane w tej części rady opierają się na naturalnych kosmetykach czy pożywieniu i według mnie są przygotowane racjonalnie, z myślą również o zabieganym mieszczuchu.

Trzystopniowy program odnowy

Autorka „Młodziej, piękniej, zdrowiej…” proponuje, aby wdrożenie zmian w życie przeprowadzić trzystopniowo. Pierwszy etap polega na usuwaniu z pokarmu i otoczenia źródeł zanieczyszczeń, mających wpływ na nasz organizm: zanieczyszczonej żywności, żywności wysoko przetworzonej,  tym cukier, a także – jeśli widzimy negatywny wpływ na nas – mleko czy gluten. Dotyczy to także środków chemicznych używanych do sprzątania.

Julita Bator, „Młodziej, piękniej, zdrowiej. Sprawdzone sposoby, jak dbać o urodę”

Julita Bator, „Młodziej, piękniej, zdrowiej. Sprawdzone sposoby, jak dbać o urodę”

Drugi etap do oczyszczenie dzięki diecie i zabiegom pielęgnacyjnym. Trzeci – uzupełnienie, czyli dieta bogata w odpowiednie składniki – prowadzona jednak według zasady umiaru.

Niezbędnik

Ostatnia część książki poświęcona jest konkretnym radom, jak dobierać kosmetyki, czego w nich unikać. Autorka stawia na naturalne kosmetyki i sposoby pielęgnacji, pisze m.in. o farbowaniu włosów.

Książka kończy się spisem już bardzo konkretnych wskazówek, czego osobiście używa autorka, jakich kosmetyków czy sprzętu domowego. Są tam również przydatne źródła informacji, jeśli ktoś chciałby zgłębić dany temat.

Julita Bator, „Młodziej, piękniej, zdrowiej. Sprawdzone sposoby, jak dbać o urodę”

Julita Bator, „Młodziej, piękniej, zdrowiej. Sprawdzone sposoby, jak dbać o urodę”

Podsumowując, uważam, że książka – oprócz tego, że jest ładnie wydana i napisana bez zadęcia – jest cennym źródłem informacji, zwłaszcza dla osób zagubionych w gąszczu mitów i prawd. Odbieram poradnik Julity Bator jako książkę zaadresowaną do osób raczej po 30. roku życia (może niesłusznie), szukających sposobów na poprawę swojego samopoczucia i wyglądu, ale bez radykalnych kroków. W dodatku podobają mi się odwołania do metod naszych babć. I choć nie wszystkie rady mnie przekonują (jestem sceptyczna wobec metody badania włosów), widzę duży plus w wyważonym tonie całej lektury. Zachęcam do przeczytania!

Julita Bator, „Młodziej, piękniej, zdrowiej. Sprawdzone sposoby, jak dbać o urodę”, wyd. Znak, Kraków 2017

Cena okładkowa: 36,90 zł

17 IV2017

„Hiperszwindel. Jak oszukują nas hipermarkety i wielkie sieci handlowe” – recenzja

by joanna

Książka Stacy Mitchell „Hiperszwindel. Jak oszukują nas hipermarkety i wielkie sieci handlowe” wpadła mi w oko przez przypadek, kiedy kilka miesięcy temu, czekając na pociąg do Łodzi, zajrzałam do sklepu z pamiątkami (sic). Leżała obok „Głodu” Caparrosa i czerwoną okładką wołała do mnie: sprawdź mnie.

„Hiperszwindel” kupiłam jednak i przeczytałam dopiero kilka miesięcy późnej, specjalnie z okazji akcji Dlaczego nie kupuję w supermarkecie. O „Głodzie” także napiszę niebawem.

„Hiperszwindel" i "Głód"

„Hiperszwindel” i „Głód”

Walmart i inni

Książka Mitchell, amerykańskiej działaczki na rzecz zrównoważonego rozwoju, ukazała się w Polsce w 2016 roku – 10 lat po premierze w Stanach Zjednoczonych. I jest to jej główna wada, to znaczy że część informacji pochodzi sprzed dekady, a opisywany świat mniejszych miast USA z pewnością zmienił się w tym czasie (np. wielkie wypożyczalnie wideo/DVD należą raczej do przeszłości). Inną rzeczą, która mi nieco przeszkadzała w lekturze, to dość niewygodna forma wydania (jestem przyzwyczajona do e-booków) i mały druk.

Stacy Mitchell, „Hiperszwindel"

Stacy Mitchell, „Hiperszwindel”

Jednak nie sądzę, aby należało czytać „Hiperszwindel” jako katalog konkretnych liczb, wydarzeń i nazw. Książka jest zbiorem opowieści i faktów, ale pokazanych jako przykład, odsłaniających mechanizmy rządzące korporacjami od 80 lat albo i dłużej. I nawet jeśli autorka skupia się przede wszystkim na Walmarcie, największej na świecie korporacji zajmującej się handlem detalicznym (od pewnego także czasu produkcją), nie ma wątpliwości, że działanie tego giganta to wzór polityki wszystkich sieci handlowych.

Szwindle udowodnione

Czego można się dowiedzieć z książki? Myślę, że przede wszystkim faktów, które dobitnie pokazują, jak niewiele mamy do powiedzenia jako pojedynczy klienci supermarketu. A zarazem, że zjednoczenie się w większą grupę konsumentów może doprowadzić do realnych, pozytywnych zmian w postaci życia bez sklepów wielkopowierzchniowych, należących do międzynarodowych sieci.

Stacy Mitchell, „Hiperszwindel"

Stacy Mitchell, „Hiperszwindel”

Kilka faktów na temat międzynarodowych korporacji, które stawiają supermarkety wszędzie, gdzie im się to opłaca:

  • zawsze najważniejszy jest zysk, nie klient,
  • ceny nie muszą być niskie – najważniejsze, aby najlepiej rozpoznawalne produkty kosztowały jak najmniej, a reszta towarów już niekoniecznie,
  • sklep może przynosić straty, dopóki nie zniknie konkurencja w postaci drobnego handlu w jego pobliżu,
  • reklama ma sprawić, że ludzie będą święcie wierzyć w atrakcyjność supermarketowych cen,
  • sklep daje zatrudnienie jednym, ale odbiera drugim – bilans zawsze jest ujemny,
  • można obniżać ceny dzięki przerzucaniu kosztów na dostawców, którzy z kolei muszą szukać sposobów na oszczędności (a są już uzależnieni od sieci wielkich sklepów),
  • można unikać podatków w legalny sposób, wykorzystując luki prawne oraz różne systemy opodatkowana w różnych krajach…

Oczywiście w książce „Hiperszwindel” znajdziecie tego znacznie więcej”.

Stacy Mitchell, „Hiperszwindel"

Stacy Mitchell, „Hiperszwindel”

Kapitał społeczny

Spojrzenie autorki wielokrotnie kieruje się ku małym społecznościom gdzieś na prowincji USA, które – w zależności od swojej postawy – przegrały lub wygrały starcie z gigantem. W książce znajdziemy anegdoty z różnych zakątków Stanów, pokazujące na przykładach mechanizmy niszczące społeczności, które funkcjonują dzięki współzależności, solidarności i odpowiedzialności za ludzi mieszkających w okolicy; zjawisko to nazywamy kapitałem społecznym. Sklep wielkopowierzchniowy nie tylko sprowadza katastrofę na drobny handel, ale i na relacje społeczne, oparte na bliskości. Trudno, aby kasjer w supermarkecie pożyczył nam dolara albo parasolkę – przytacza przykład autorka – podczas gdy w sklepiku osiedlowym, gdzie znamy się ze sprzedawcą od lat, nie byłoby w tym nic dziwnego. W supermarkecie panuje anonimowość, nikt nie troszczy się o problemy klienta, nikt nie pozwoli mu się zadłużyć.

Stacy Mitchell, „Hiperszwindel"

Stacy Mitchell, „Hiperszwindel”

Korporacje handlowe są sterowane odgórnie i zbiorczo. Wszystkie sklepy wielkopowierzchniowe mają wyglądać tak samo i tak samo mają być zarządzane. Czy to Japonia, Polska czy Kanada, supermarket nie będzie się specjalnie różnił. Zjawisko nazywane nowym kolonializmem ma na celu podporządkowanie klienta wytycznym korporacji, aby łatwiej na niego wpływać, aby nim manipulować.

Na koniec uspokajam wszystkich, którzy tak jak ja nie lubią wyssanych z palca teorii spiskowych. Ta książka to fakty. Jak bardzo prawdziwe i uniwersalne, można przekonać się przy jakiejkolwiek wizycie w polskim supermarkecie czy dyskoncie.

Stacy Mitchell, „Hiperszwindel"

Stacy Mitchell, „Hiperszwindel”

Stacy Mitchell „Hiperszwindel. Jak oszukują nas hipermarkety i wielkie sieci handlowe”, wyd. Wektory, Warszawa 2016. 

A na koniec jeszcze cytat z innej książki, którą właśnie czytam, a w której natrafiłam na wiele mówiący fragment:

Kiedy wieści o tragedii w Ashulii dotarły do Stanów Zjednoczonych, Walmart oświadczył, że zakład Tazreen Fashion od dawna nie figurował na liście jego dostawców. Kilkanaście dni później w internecie pojawiły się jednak zdjęcia i skany dokumentów ocalałych z pożaru, świadczące o tym, że aż pięć z czternastu linii produkcyjnych feralnej fabryki niemal do jej ostatnich chwil pracowało dla Walmartu. Przyciśnięty do muru gigant najpierw tłumaczył, że nic o tym nie wie. Potem nieco zmodyfikował swoją wersję i utrzymywał, że zamówienia, które trafiły do Tazreen Fashion pod koniec istnienia fabryki, nie zostały złożone przez centralę koncernu.

Brzmi znajomo? Parę miesięcy później od powiązań z fabrykami w Rana Plaza w identyczny sposób usiłowało się wymigać kilka amerykańskich i europejskich producentów odzieży, w tym polska spółka LPP, po której w ruinach zawalonej fabryki pozostały metki marki Cropp.

(Marek Rabij, „Życie na miarę. Odzieżowe niewolnictwo”, W.A.B., Warszawa 2016)

Zobacz też: Moje etyczne zakupy – ubrania

26 III2017

Bożena Społowicz, „Skin coach” – wideorecenzja

by joanna

Skin coach Bożeny Społowicz to jedna z nowości wydawnictwa Otwartego. Tym razem zapraszam do obejrzenia recenzji książki (trudno mi pisać na komputerze po operacji ręki).

Wiele moich uwag nie znalazło się na filmie (wiem, wiem, za wolno mówię).

Do wszystkiego dodam, że angielski tytuł jest według mnie zniechęcający. Nie lubię „coachomowy” i obcych terminów (takich jak coachennice…). Do książki warto jednak zajrzeć!

Zapraszam Was jeszcze do lektury recenzji „Skin coach” autorstwa Zielonej wśród Ludzi.

"Skin coach", Bożena Społowcz

Skin coach, Bożena Społowcz

Bożena Społowicz, Skin coach, wydawnictwo Otwarte, Kraków 2017

Choć sama widzę, że lepiej mi idzie pisanie niż występowanie przed kamerą, nie chciałam zamykać bloga na miesiąc. Wymyśliłam taką formę komunikacji. Mam nadzieję, że nie zasnęliście podczas oglądania.

Do zobaczenia!

20 XII2016

„Walenty i spółka” – kryminał dietetyczny (recenzja)

by joanna

„Walenty i spółka” to pierwsza część wyjątkowej serii książek dla dzieci (6+), która łączy przygodę, zdrowe odżywianie, wątek tajemnicy i dużo humoru. Nasz siedmiolatek połknął lekturę niemal za jednym zamachem i już domaga się kolejnych tomów. Dlaczego warto kupić dzieciom książkę Moniki Oworuszko i najlepiej przeczytać razem z nimi?

„Walenty i spółka” w rękach naszych synów

„Walenty i spółka” w rękach naszych synów

Na książkę „Walenty i spółka” trafiłam dość przypadkowo, dzięki Szkole na Widelcu, ale rekomendacja była bardzo przekonująca. Sama okładka zachęca, aby wziąć książkę do ręki – a wnętrze nie rozczarowuje.

„Walenty i spółka”: kryminał dietetyczny

Pierwszy tom jest bardziej dietetyczny niż kryminalny: poznajemy całą galerię postaci, w tym personifikację m.in. tłuszczu, węglowodanów, białka i wody. Dwoje dzieci – Kasia i Krzyś – w osiedlowym sklepie spożywczym spotykają się z nachalnym wciskaniem niezdrowych słodyczy i chipsów, i niestety często mu ulegają. Jednak dzięki zorganizowanej akcji osób, którym zależy na zdrowym odżywianiu dzieci, bohaterowie dowiadują się o zaletach prawidłowo skomponowanej diety i zmieniają swoje nawyki.

Świeży oddech jak zefirek...

Świeży oddech jak zefirek…

Wątek tajemniczych postaci, które prawdopodobnie działają na szkodę dzieci, dopiero został zarysowany. Jesteśmy bardzo ciekawi, co było dalej, czy wyjaśni się, kim jest mężczyzna z rudą brodą?

Tęgomir Tłuszcz ma swoje zalety

W „Walentym i spółce” podoba mi się połączenie – zaiste niełatwe – wartkiej akcji, zaskakujących wydarzeń, barwnych postaci, humoru i pożytecznych informacji. Widać, że autorka postawiła na inteligentnego młodego odbiorcę (docelowo uczniowie I–IV klasy szkoły podstawowej). Wielokrotnie pozwala na samodzielne wysuwanie wniosków i ocenianie sytuacji, zarazem pokazując, że nic nie jest wyłącznie złe albo dobre (no, poza chipsami i niezdrowymi batonikami). W końcu nawet Tęgomir Tłuszcz okazuje się potrzebny. Myślę, że dzięki swojej formie, również graficznej, książka ma duży potencjał budowania pozytywnego myślenia o zdrowym jedzeniu wśród dzieci.

„Walenty i spółka”, wyd. Mobuki

„Walenty i spółka”, wyd. Mobuki

Gdybym miała coś wytknąć, wolałabym zobaczyć Werę Wodę częstującą wszystkich wodą z kranu zamiast z butelki, natomiast Błażej Białko mógłby zwrócić uwagę na to, że wielu dzieciom i dorosłym mleko szkodzi, a zdrowe kości można budować również dzięki warzywom. Ale to już niuanse, z którymi można by polemizować merytorycznie, a nie na poziomie literackim.

Bardzo się cieszę, że w polskich księgarniach możemy kupić coraz więcej starannie wydanych książek dla dzieci, mądrze mówiących o odżywianiu.

Autorki

Seria z Walentym została napisana przez Monikę Oworuszko, która studiowała m.in. dietetykę i literaturę dla dzieci. Autorka tekstu jest jednocześnie własnym wydawcą – prowadzi wydawnictwo Mobuki.

Książki zilustrowała Małgorzata Banaś-Domińska, absolwenta warszawskiej ASP. Jej zawdzięczamy lekkie, pozytywne i zachęcające ilustracje, będące integralną częścią lektury.

Polecam!

Książki można kupić w sieciach księgarni internetowych oraz w księgarniach naziemnych.

Monika Oworuszko, „Walenty i spółka”, Warszawa [2016]

Cena: od około 17 zł

www.mobuki.plwww.walentyispolka.pl

15 XI2016

„Witamina N” w praktyce. Recenzja

by joanna

Parę dni za miastem podczas listopadowego długiego weekendu były dla naszych dzieci jak prawdziwe wakacje. Z wielką przyjemnością patrzyłam na ich radość z tego, że mogą w każdej chwili ubrać się i wyjść przed dom – pobawić się w swoje wymyślone zabawy.

Widziałam, że swoboda i łatwość wyjścia na dwór bardzo im odpowiadała i w pewnym momencie stała się naturalna. Nasi synowe bawili się przed domem nawet gdy było zupełnie ciemno – po prostu wzięli ze sobą latarki.

dabmaly_5

Dużą atrakcją był też dla nich kominek, w którym paliliśmy drewnem. A także śnieg, pierwszy w tym sezonie, sójka przylatująca pod okna, ślady zwierząt. Zorganizowana wyprawa do lasu okazała się wciągająca dopiero wtedy, kiedy zabawa toczyła się torem wytyczonym przez dzieci, a więc gdy z naprawdę niewielkich zasobów śniegu udało im się ulepić mikrobałwana.

Listopadowy bałwan

Listopadowy bałwan

Wszystko to dla ludzi na co dzień uwięzionych w mieście, żyjących w mieszkaniu w bloku, jest czymś wyjątkowym. Choć mieszkamy blisko lasu, kontakt z przyrodą mamy wydzielony i ograniczony.

Brakujący element

Czy pamiętacie książkę Richarda Louva „Ostatnie dziecko lasu”? Autor pisze w niej o deficycie natury w życiu naszych dzieci. „Witamina N” tegoż autora jest nawiązaniem do tematu, z praktycznym podejściem: dajmy naszym dzieciom jak najwięcej możliwości swobodnego kontaktu z przyrodą.

witamina_n_1

Richard Louv, „Witamina N”

Richard Louv w „Witaminie N” pokusił się o spisanie 500 pomysłów, jak w każdej możliwej sytuacji życiowej czy mieszkaniowej dać dzieciom okazje do czerpania z natury. To naukowy fakt, że dzieci potrzebują kontaktu z przyrodą, żeby rozwijać swoje umiejętności, zmysły, budować świadomość swojego ciała, co przekłada się na rozwój intelektualny. Przyroda jest nam niezbędna do życia i szczęścia.

Batman w każdym z nas

W człowieku wciąż tkwi bogactwo nieużywanych i zapomnianych umiejętności, które odziedziczył po przodkach. Jednak dopiero dzisiejsze odkrycia naukowe przypominają nam o tym, że ludzie potrafią na przykład używać kląskania językiem do… echolokacji.

dabmaly_4

Jednak Louv nie neguje zdobyczy dzisiejszego świata. Zachęca, aby oprócz aktywności skupionych jedynie na przyrodzonych nam zdolnościach praktykować bardziej zaawansowane spacery, np. z użyciem smartfonów, kamer, dyktafonów – oczywiście motywem przewodnim jest odkrywanie przyrody.

Zaskakujące, jak wielu liderów technologii osiada chatkę niepodłączoną do sieci elektrycznej, która stanowi ich azyl. Wiedzą, że potrzebują czasu na reset oraz że czas spędzony w otoczeniu przyrody stymuluje ich kreatywność. (s. 71)

– pisze Louv i oczywiście podpisuję się pod tym obiema rękami, choć przyznaję, że wakacje w domku bez prądu (przerabialiśmy to pewnego lata) są bardzo wymagające, zwłaszcza gdy na pokładzie ma się dwóch alergików.

Pierwszy śnieg w tym roku

Pierwszy śnieg w tym roku

Zbuduj ule, jeśli możesz

Oczywiście część pomysłów z „Witaminy N” nie nadaje się do zrealizowania w mieszkaniu (ogródek to minimum). Postawienie uli, kompostownika czy hodowanie kóz albo kaczek wymaga przestrzeni. Warto jednak przeczytać i te porady, aby mieć wyobrażenie o potrzebach naszych dzieci i w miarę możliwości je spełniać – choćby na wakacjach.

Tropy

Tropy

Najważniejsze przesłanie, które odczytuję z książki Louva to „Wyjdźcie z domu!”. Niezależnie od pogody, byle dobrze przygotowani, pieszo, rowerem, na nartach biegówkach, z sankami… Jeżeli zniechęca nas otoczenie blisko domu, możemy zaplanować dalszą wycieczkę. Park, las miejski, a może prawdziwe, dzikie miejsce z dala od miasta?

Inspirowanie dzieci do czerpania radości z przyrody nie jest wcale trudne – najczęściej wystarczy dać im wolną rękę. Czasem można użyć sposobu, aby dzieci coś zapamiętały (jak pokazywanie odchodów zwierząt, „Które dziecko nie uwielbia mówić o kupie?” (s. 247).

Jezioro Gościąż - wyjątkowe na skalę Europy

Jezioro Gościąż – wyjątkowe na skalę Europy

Książkę polecam szczególnie tym dorosłym, którzy na co dzień zajmują się dziećmi wykluczonymi w jakiś sposób z obcowania z przyrodą. Myślę, że może być znakomitym źródłem inspiracji dla nauczycieli przedszkolnych i szkolnych. Sama z ciekawością podeszłam do pomysłów autora i wszystkich osób, które cytuje (a zebrał naprawdę sporą liczbę pomysłów od innych rodziców). Jesteśmy częścią przyrody, nie warto od niej uciekać ani zapominać o niej!

dabmaly_2

Richard Louv, „Witamina N. Odkryj przyrodę na nowo. 500 pomysłów i inspiracji dla rodziców i nauczycieli”, wyd. Mamania, Warszawa 2016, cena 27,92 zł (okładkowa 34,90 zł)

14 IX2016

Bożena Kropka – „Co mi dolega?” – recenzja

by joanna

Druga książka dietetyczki Bożeny Kropki jest lekturą, którą czytelnicy „Pokonaj alergię” mogą potraktować jako swego rodzaju uporządkowanie wiedzy upakowanej w poprzednim, bardzo obszernym dziele autorki (tu nasza recenzja). Z kolei osoby, którzy z Bożeną Kropką zetkną się pierwszy raz, pewnie z ciekawości sięgną po poprzednią publikację.

co_mi_dolega_0

Autorka robi przegląd zagadnień, które według niej stanowią najistotniejsze i najczęstsze zjawiska dietetyczno-zdrowotne i stawia tezę, że odżywianie oraz dbanie o jakość naszego otoczenia i dobre samopoczucie stanowią klucz do naszego zdrowia. Przytacza też anegdoty ze swojego życia zawodowego i osobistego, jak zmiana sposobu odżywiania czasem radykalnie zmieniała życie chorego.

Czy z książki „Co mi dolega?” rzeczywiście możemy dowiedzieć się, dlaczego czujemy się źle? Wbrew tytułowi chyba nie to jest intencją autorki, żeby szukać u siebie choroby. Książka jest przewodnikiem po zagadnieniach związanych ze zdrowym odżywianiem oraz zaburzeniami funkcjonowania organizmu. (więcej…)

18 VIII2016

„Księga małego alergika” – recenzja

by joanna

Nazwisko Sears niemal automatycznie kojarzy się z zagadnieniem rodzicielstwa bliskości i serią książek poświęconą temu zagadnieniu (pisałam o „Księdze rodzicielstwa bliskości”). Tym razem rodzina Searsów, a konkretnie ojciec i syn, uznani pediatrzy, podjęli temat alergii. Kto spodziewał się książki podobnej do pozostałem biblioteki Searsów, może być zaskoczony: to przede wszystkim kompendium bardzo konkretnej wiedzy.

ksiega_malego_alergika_1

Autorzy starają się łączyć wodę z ogniem, czyli mówić o medycynie konwencjonalnej, ale jednocześnie podkreślać, jak bardzo można pomóc sobie za pomocą naturalnych środków, a także diety i stylu życia. Nie jest to książka tylko dla rodziców alergików – jestem pewna, że dorosły alergik, w tym astmatyk czy atopowiec, znajdzie tu wiele podpowiedzi, jak uczynić swoje życie znośniejszym. (więcej…)

15 VII2016

„Zdrowa lekkość brzucha” – pożegnanie wzdęć. Recenzja

by joanna

Czy wiecie, że kobiety częściej cierpią z powodu dolegliwości jelitowych niż mężczyźni? Wcale nie dlatego, że się gorzej odżywiają, ale dlatego, że kobieca budowa w pewnym stopniu przyczynia się do utrudnienia swobodnego przepływu treści przez trzewia. Dodatkowo cykl miesięczny ze zmiennym poziomem hormonów wpływa na to, czy trawienie jest spowolnione, czy przeciwnie – przyspieszone.

Jednym słowem trawienie u kobiet napotyka więcej trudności niż u mężczyzn, ale… To nie oznacza, że mamy cierpieć z powodu wzdęć i wymawiać się płcią. Wręcz przeciwnie. Dzięki takim książkom, jak „Zdrowa lekkość brzucha” Robynne Chutkan (autorki świetnych „Dobrych bakterii”) możemy poznać najczęstsze (oraz mniej popularne) przyczyny wzdęć i skorzystać z porad ułatwiających życie.

zdrowa_lekkosc_brzucha_1

Robynne Chutkan jest amerykańską gastroenterolożką, mającą wieloletnią praktykę w pomaganiu ludziom cierpiącym na problemy gastryczne. Dzięki swojej dociekliwości i otwarciu na wiedzę znalazła sposób na niejedną dolegliwość swoich pacjentów, którzy często trafiają do niej po bezowocnym i powierzchownym leczeniu przez innych lekarzy. (więcej…)

10 VI2016

„Utracone mikroby” – epitafium H. pylori (recenzja)

by joanna

Tę książkę polecam szczególnie tym, którzy kiedykolwiek badali się na obecność bakterii Helicobacter pylori w żołądku. Czy wynik wyszedł dodatni, czy ujemny, żaden z nich nie wydaje się pozytywny w świetle badań autora. A nawet można zaryzykować stwierdzenie – jeśli masz H. pylori, jesteś w szczęśliwszej mniejszości.

utracone_mikroby_1

Doktor Martin J. Blaser, autor „Utraconych mikrobów”, to amerykański naukowiec i praktyk ze stażem 30 lat. Jego książka, która ukazała się w Stanach Zjednoczonych w 2014 roku, jest zapisem nie tylko aktualnej wówczas wiedzy Blasera, ale także „spisem niewiedzy” całej medycyny opartej na badaniach. Jednym z jego głównych obiektów badań był mikrob, obecny w żołądku ludzi od co najmniej 100 tysięcy lat: (więcej…)

25 V2016

„Mama Alergika Gotuje z Dziećmi” – bardzo osobista recenzja

by joanna

Do trzeciej (po „Mama Alergika Gotuje. Tradycyjnie” i „Mama Alergika Gotuje. Na wyjątkowe okazje„) książki MAG żywię szczególne uczucia, ponieważ pomogłam trochę autorce w redakcji i korekcie. Przeczytałam książkę „Mama Alergika Gotuje z Dziećmi” kilka razy… więc wiem na pewno: można ją kupić w ciemno!

okladka-miekka_MAG_z_Dziecmi

Katarzyna Jankowska, mama alergika, od kilku lat przeciera szlaki w polskim internecie dla rodziców dzieci wymagających specjalnej diety. Kasię i jej blog Mama Alergika Gotuje poznałam niedługo po tym, jak sama zaczęłam pisać na Organicznych. Okazało się, że mieszkamy blisko siebie, robimy zakupy dla naszych alergików w tych samych miejscach. Póki mieszkała w Warszawie, Kasia biegała po tych samych ścieżkach, po których ja śmigałam na rowerze. Miałam to szczęście, że mogłam poznać MAG osobiście i poczuć jej gigantyczną, zaraźliwą pozytywną energię. (więcej…)

16 V2016

Dylan Evans, „Eksperyment Utopia” – recenzja

by joanna

– Ze względów prawnych w książce nie mogłem opisać pewnych wydarzeń, ale mogę was zapewnić, że niektórych ludzi nie chcę już nigdy widzieć – powiedział na spotkaniu z polskimi czytelnikami Dylan Evans, autor książki „Eksperyment Utopia”. Zarówno sam eksperyment, jak i jego opis są świadectwem nieuniknionego nadejścia wyzwania, przed jakim stanie ludzkość: intelektualnego zmierzenia się z autodestrukcją w wymiarze ekologicznym, ekonomicznym czy etycznym.

„Eksperyment Utopia” (wyd. Relacja, Warszawa 2016) to książka kolaż, umiejętnie łącząca trzy główne wątki, z których każdy mógłby być w zasadzie osobną opowieścią.

eksperyment_utopia_1

Kryzys, piekło i powrót

(więcej…)

22 IV2016

„Historia wewnętrzna” – recenzja

by joanna

To ciekawe, że naukowcy dopiero od niedawna na poważnie i coraz skuteczniej przyglądają się zawartości naszych jelit, którą nazywamy florą bakteryjną. Można śmiało powiedzieć, że ta dziedzina nauki rozwija się z opóźnieniem co najmniej kilku dekad, przez co wiedza dzisiejszych lekarzy, z którymi zazwyczaj mamy do czynienia, w tej dziedzinie bywa naprawdę niewielka.

historia_wewnętrzna_1

Jak to się niejednokrotnie zdarzało w historii ludzkości, praktyka i medycyna ludowa w tej materii wyprzedziła „mądre głowy” o lata świetlne. W końcu nie od dziś jemy kiszonki, które wzmacniają nasz organizm nie inaczej, niż dostarczając mu pożytecznych bakterii. Skwaśniałe mleko podobnie. Coraz więcej chorób na tle immunologicznym łączy się z funkcjonowaniem układu pokarmowego, a konkretnie z obecnością odpowiednio bogatej i wartościowej fory bakteryjnej jelit.

Teorie o glutenie czy nabiale, które agresywnie zubożają nasze zasoby dobrych bakterii, są wciąż traktowane przez środowiska naukowe z pogardą. Ale wygląda na to, że coraz więcej utytułowanych osób przychyla się do teorii, że odstawienie „wstrętnej trójcy”, czyli nabiału, glutenu i cukru, przynosi nieoczekiwaną poprawę samopoczucia osób cierpiących na wszelkie choroby autoimmunologiczne.

historia_wewnętrzna_4

Historia bardzo wewnętrzna

Jeśli czujecie, że ten temat Was wciąga, koniecznie zajrzyjcie do „Historii wewnętrznej” niemieckiej doktorantki z frankfurckiego zakładu mikrobiologii i higieny klinicznej Giulii Enders (przyznaję, że jestem pod wrażeniem jej wiedzy, to rocznik 1990!).

Enders w często zabawny sposób oprowadza czytelników po ludzkim przewodzie pokarmowym i opowiada (czasem jednak mocno upraszczając), co się w nim właściwie dzieje. Przywołuje momentami dość odkrywcze teorie, nad którymi zwykle nie rozwodzi się dłużej niż w kilku zdaniach, jest to jednak wystarczający trop, aby zainteresowani mogli szukać informacji dalej. Takim przykładem jest temat pewnych powiązań między łuszczycą a migdałkami i ich nadgorliwością. Autorka pisze o przypadkach, gdy usunięcie migdałków przyczyniało się do cofania objawów choroby. Myślę, że może to zainteresować wielu chorych.

historia_wewnętrzna_3

W książce znajdziemy sporo informacji, o które zwykle nie pytamy lekarzy, takie jak istota wymiotowania, wypróżniania czy produkowania gazów i pozbywania się ich. Przyznaję, że Enders umiała mnie rozbawić, pisząc o robieniu kupy. Nie jestem jednak pewna, czy każdemu ten humor będzie odpowiadać (całości dopełniają wesołe ilustracje siostry autorki). W całym natłoku informacji dotyczącej naszych trzewi zabrakło mi solidnej porcji faktów na temat czopków. Uważam je za genialny wynalazek dla osób o wrażliwym przewodzie pokarmowym – takich jak ja – zwłaszcza że ich użycie jest znacząco zdrowsze od łykania piguł. O ile oczywiście nie ładujemy ich sobie garściami.

Gdzie jest „ja”

Enders porusza bardzo ciekawe zagadnienie poczucia naszej osobowości. Choć mózg traktujemy jako najważniejszy ośrodek naszego wewnętrznego „ja”, to jelita – mające przecież gigantyczną powierzchnię zamieszkaną przez kilogramy bakterii – są w dużym stopniu odpowiedzialne za nasze nastroje i potrzeby. Praca mikroorganizmów to nie tylko trawienie, ale też wysyłanie sygnałów do mózgu, których nie rejestrujemy bezpośrednio, ale jednak mają one wpływ na nasze zachowanie. Co oznacza, że być może dokarmianie bakterii, które działają na korzyść naszego samopoczucia, wpływa na nas równie skutecznie, co sport albo techniki relaksacyjne. Z kolei fatalne odżywianie, nadużywanie leków, a do tego stres zaburzający prawidłowe trawienie przyczynia się do wzrostu niekorzystnej flory bakteryjnej, mającej wpływ na nasze zachowanie, w tym wybór rodzaju posiłków! Dlatego między innymi podejrzewa się, że bakterie jelitowe mogą być w dużym stopniu odpowiedzialne za otyłość i kompulsywne obżeranie się. A także m.in. za depresję…

historia_wewnętrzna_2

Helicobacter pylori w podwójnej roli

Jednym z ciekawszych tropów jest rozdział poświęcony bakterii obecnej w żołądkach połowy ludzkości. Jej dwulicowość przynosi nie tylko straty w postaci podrażnienia żołądka czy (być może) choroby Parkinsona, ale także zyski – mniejsze ryzyko astmy. Dlatego jej obecność w naszym żołądku niekoniecznie musi nas martwić (ja jej nie mam). Być może nasze bakterie jelitowe też odgrywają podwójną rolę, a może jest to zależne od naszej diety? Choć wciąż mało o nich wiemy, na pewno każdy z nas ma swój unikalny zestaw mieszkańców, wpływający na nasze życie bardziej, niż myślimy. Może właśnie nadchodzi czas, kiedy maleńcy bohaterowie historii wewnętrznej zyskają należne poważanie i uwagę wszystkich lekarzy?

Polecam Wam książkę Enders (do kompletu z „Dobrymi bakteriami„) jako źródło wiedzy i rozrywki. Może tylko nie wstawiajcie oliwy do lodówki, jak radzi autorka. I myślcie, co jecie!

baranowscy

Gulia Enders, „Historia wewnętrzna”, Łódź 2015, do kupienia w sklepie ZdrowePodejście.pl z 10% rabatem na hasło baranowscy

zdrowepodejscie_logo

19 V2015

„Dania bez pszenicy w 30 minut (lub mniej)”

by joanna

Zasługą doktora Williama Davisa jest niewątpliwy sukces diety bezglutenowej. Niezależnie od tego, czy gluten nam akurat szkodzi, czy nie, światowa moda na unikanie go w diecie wyszła wielu osobom na dobre. (Choć nie były to akurat osoby zajmujące się uprawą pszenicy).

William Davis

William Davis

Jestem zwolenniczką tezy, że gluten nie jest nam do niczego potrzebny oprócz tego, że spełnia swoją funkcję zlepiającą tradycyjne dania. Uważam również, że kuchnia bez glutenu może być prosta, wręcz zaskakująco smacznie „prymitywna”, zwłaszcza gdy opiera się na kaszach bezglutenowych i warzywach, z dodatkiem mięsa i jaj (co oczywiście nie jest konieczne).

Najnowsza książka Davisa „Dania bez pszenicy w 30 minut (lub mniej)” jest kontynuacją „Kuchni bez pszenicy” i zawiera ponad 200 przepisów na szybkie posiłki bez glutenu (w „Kuchni…” było ich 150). Rządzi tu zasada ograniczonej ilości węglowodanów, a więc odpadają wszelkie mąki oparte na skrobi (kukurydziana, teff, ziemniaczana, z tapioki itp.). Zamiast tego autor proponuje mąki z nasion i orzechów, np. migdałów, ciecierzycy czy sezamu. Ponieważ te mąki dość trudno zamienić w jednolite ciasto, potrzebny jest jakiś łącznik – czasem jest to jajko, czasem siemię lniane.

dania__bez_pszenicy_1

Bezpszenny fast-food

200 pomysłów na posiłki bez glutenu to wystarczająco dużo, aby każdy, nawet alergik czy weganin, znalazł ciekawą propozycję dla siebie. Mnie spodobały się makarony z warzyw (cukinii, kabaczka), proste danie z pieczarek czy kotlety z jagnięciny z miętą. Te dania z pewnością wypróbuję w najbliższym czasie. Cenię proste rozwiązania, a ponieważ prawie wszystkie przepisy da się wykonać w ciągu pół godziny, większość receptur nie wymaga wiele zachodu (oprócz tych, do których konieczne są składniki przygotowane wcześniej, np. bulion).

Niektóre pomysły są moim zdaniem jednak bardzo odważne, na przykład masło truskawkowe… Może to amerykański gust?

dania__bez_pszenicy_2

 

Wątpliwości

Chyba najwięcej kontrowersji wzbudza pieczenie – a więc podgrzewanie do temperatury 180°C – nasion oleistych, które w postaci rozdrobnionej (mąk, mączek) o wiele łatwiej się utleniają, co ma znaczenie, gdy uprzytomnimy sobie obecność w nich cennych nienasyconych kwasów tłuszczowych (np. omega-3). Dlatego akurat pomysły na wypieki traktuję z dużym dystansem. Być może ktoś z czytelników będzie miał okazję porozmawiać z Davisem osobiście i spytać go o te mąki?

dania__bez_pszenicy_3

Zapytaj autora

22 maja 2015 roku będzie można spotkać się z Williamem Davisem w Warszawie, w Empiku Juniorze (ul. Marszałkowska 166/122), o godzinie 18. Po moderowanej rozmowie będzie czas na pytania i autografy. Informacje: https://www.facebook.com/events/1429713740669170/

23 maja o godzinie 15 w ramach Gluten Free Expo w Hotelu Gromada na Okęciu (ul. 17 Stycznia 32) William Davis będzie podpisywał książki w Sali Kryształ. Spotkanie współorganizuje Polskie Stowarzyszenie Osób z Celiakią i na Diecie Bezglutenowej To wydarzenie z okazji X Międzynarodowego Dnia Celiakii.

14 III2015

Nie będziemy słodzić. Precz z cukrem! Recenzja

by joanna

Niemal w tym samym momencie (luty 2015 r.) w polskich księgarniach pojawiły się dwie książki mówiące o tym, że cukier jest naszym ukrytym i bardzo niebezpiecznym wrogiem. Co gorsza, jest substancją, od której łatwo się uzależniamy, a dzięki sprytnym zabiegom producentów żywności nie zdajemy sobie sprawy, jaką ilość cukru spożywamy naprawdę.

bez_cukru_detoks_cukrowy

„Bez cukru” Martiny Fontany (wydawnictwo Relacja) oraz „Detoks cukrowy” Brooke Alpert i Patricii Farris (wydawnictwo Bukowy Las) to dwie książki napisane w różnych konwencjach i dla nieco innych odbiorców, ale autorki jednym głosem wołają do czytelników: cukier, który wydaje nam się tylko słodzikiem, osłabia nas fizycznie i psychicznie.

Co to jest cukier

Trudno dziś uniknąć cukru w diecie. Mówię tu o cukrze, który jest tym „złym”. Czyli właściwie jakim?

Cukrami (węglowodanami) nazywamy związki organiczne, które składają się z atomów: węgla, wodoru i tlenu. Ze względu na to, ile cząsteczek cukrowych w sobie zawierają, mogą to być cukry proste i cukry złożone. Cukry proste to przede wszystkim glukoza i fruktoza. Cukry złożone to – w zależności od budowy – dwucukry (dwie cząsteczki cukru prostego, np. glukoza + galaktoza, czyli laktoza; sacharoza składa się z cząsteczki glukozy i fruktozy) oraz wielocukry (nawet do kilkuset tysięcy cząsteczek cukru prostego, przykłady: skrobia, glikogen). Glukoza wchodzi w skład wszystkich dwucukrów i węglowodanów złożonych, które spożywa człowiek. Podobnie jak inne cukry, jest niezbędna do prawidłowego funkcjonowania naszego organizmu m.in. jako źródło energii. Dlatego nie jest możliwe, abyśmy przestali spożywać pokarmy zawierające węglowodany (zresztą, trudno byłoby znaleźć pożywienie bez nich).

Problem, jaki wywołuje w dzisiejszych czasach cukier w naszej diecie, nie leży bezpośrednio w jego budowie czy właściwościach. Istota tkwi w jego wszechobecności i nadmiarze, zwłaszcza w postaci cukrów prostych i dwucukrów. Przemysł spożywczy, oferujący nam produkty gotowe do spożycia lub półprodukty, dobrze wie, że zawartość słodkiego w posiłku zawsze się sprawdza i prowadzi do zwiększenia obrotów.

herbatniki_wyborowe

Źródło: „Dra. Oetkera przepisy: dla skrzętnych gospodyń”, www.polona.pl, domena publiczna

Nie chodzi tylko o cukier, który w składzie opisany jest właśnie jako „cukier”. Węglowodany, na które powinniśmy patrzeć z podejrzliwością, kryją się przecież także w tych produktach, które wcale nie wydają nam się słodkie. To przede wszystkim rafinowane zboża – oczyszczona mąka, biały ryż. Ziarna pozbawione otoczki stają się atrakcyjne ze względu na delikatniejszy smak (a dla przemysłu spożywczego – bo mają dłuższą trwałość). Nie zawierają jednak np. błonnika, który jest niezwykle ważnym składnikiem naszej diety, hamującym niebezpieczny proces podnoszenia cukru we krwi.

Którego cukru należy unikać? Czytaj składy! (Źródło: „Bez cukru” s. 45).

  • syrop glukozowy, glukoza,
  • syrop fruktozowy, fruktoza,
  • syrop glukozowo-fruktozowy,
  • izoglukoza,
  • inwertowany syrop cukrowy, cukier inwertowany,
  • syrop kukurydziany,
  • laktoza,
  • serwatka,
  • dekstroza,
  • maltoza,
  • cukier słodowy,
  • syrop słodowy,
  • cukier gronowy,
  • syrop karmelowy,
  • słody owocowe,
  • cukier trzcinowy (rafinowany i nierafinowany) itd.

Jazda z insuliną

Kiedy dostarczamy naszemu organizmowi posiłek, węglowodany, które są łatwo przyswajalne (nie muszą być rozłożone na cukry proste lub ich trawienie zajmuje niewiele czasu), szybko przedostają się do krwi. To powoduje wydzielanie się insuliny, hormonu, który ma za zadanie wyłapać cukier – a dokładnie glukozę – krążący po organizmie. Część glukozy jest przeznaczana na potrzeby energetyczne, a część odkłada się w wątrobie (a następnie w mięśniach) jako tłuszcz – glikogen. Kiedy cukru jest za dużo, zarówno trzustka produkująca insulinę, jak i wątroba przetwarzająca glukozę na glikogen zaczynają mieć kłopoty. Nadmiar glikogenu powoduje, że cukier zaczyna być zamieniany w trójglicerydy.

Insulina, kierująca metabolizmem cukru, odsyła go do „magazynów”, gdzie jest składowany na czarną godzinę. Nasze organizmy nie są przystosowane do nieustającego dobrobytu: natura zaprogramowała nas tak, abyśmy byli przygotowani na nieoczekiwany głód i chłód. Dlatego tak łatwo nam przytyć, a tak trudno pozbyć się tłuszczyku, kolekcjonowanego przez insulinę – dla naszego dobra!

Źródło: www.polona.pl, domena publiczna.

Źródło: www.polona.pl, domena publiczna.

Nieustanne dostarczanie cukrów, które błyskawicznie przedostają się do krwiobiegu, skutkuje także zachwianiem gospodarki hormonalnej: trzustka reaguje błyskawicznie, cukier jest przechwytywany i „znika”, bo insulina upycha go tam, gdzie może być potrzebny. Problem w tym, że jemy cukier po to, aby zaspokoić głód i dostarczyć sobie energii – ale natychmiastowe zagospodarowanie cukrów prostych sprawia, że skok cukru we krwi jest chwilowy, po czym następuje szybujące w dół załamanie jego poziomu, co odczytujemy jako ponowny atak głodu.

Powstaje błędne koło: jemy, aby się nasycić, ale „zbyt proste” cukry, które natychmiast przedostają się do krwi, równie szybko z niej znikają. Jemy więcej, sytuacja się powtarza, a przecież cukier nie znika z naszego organizmu – zostaje przetworzony na energię lub zmagazynowany w postaci tłuszczu. Kiedy jest go coraz więcej i więcej, nie tylko tyjemy – rozregulowujemy cały system przechwytywania i rozdzielania glukozy przez insulinę. To może doprowadzić prosto do cukrzycy typu 2.: insulinooporność (organizm przestaje słuchać się insuliny) oraz nieprawidłowe reagowanie trzustki.

Zła fruktoza

Bardzo ciekawym zagadnieniem jest szkodliwość fruktozy, która nie poddaje się działaniu insuliny. Oczywiście piszę tu o fruktozie, która pojawia się jako dodatek do produktów gotowych – ta w owocach, spożywana umiarkowanie, nie będzie stanowiła dużego zagrożenia dla naszej tuszy. Aczkolwiek to właśnie ten cukier jest kierowany z krwi prosto do magazynów tłuszczowych. Dzieje się tak, ponieważ fruktoza nie uczestniczy w procesie reagowania trzustki na jej poziom we krwi, insulina jej nie zauważa. Tymczasem dzięki insulinie wytwarza się kolejny hormon – leptyna, powodujący uczucie sytości (pisze o tym Fontana w „Bez cukru” na str. 42). Gdy brakuje leptyny, nie czujemy zaspokojenia głodu, więc wątroba uznaje, że musi zmagazynować cukier.

W produktach spożywczych (napojach, sokach owocowych, jogurtach, lodach…), jak pisze Fontana, znajduje się tania fruktoza pozyskiwana z pszenicy i kukurydzy. Słodycz, która nie daje satysfakcji – ponieważ nie wyzwala leptyny. O fruktozie i jej szkodliwym działaniu pisze także Brooke Alpert, która przywołuje badania nad związkami między spożyciem tego cukru a chorobami cywilizacyjnymi („Detoks cukrowy”, s. 58 i dalej). Jego szkodliwe działanie polega również na wytwarzaniu związku o nazwie AGE, który przyspiesza procesy starzenia w naszym organizmie.

To również jest cukier (na podstawie: „Detoks cukrowy”, s. 61):

  • syrop z agawy,
  • syrop z brązowego ryżu,
  • brązowy cukier,
  • cukier trzcinowy,
  • karmel,
  • słodzik kukurydziany,
  • syrop kukurydziany,
  • cukier daktylowy,
  • dekstroza,
  • fruktoza,
  • glukoza,
  • wysokofruktozowy syrop kukurydziany,
  • miód,
  • laktoza,
  • maltoza,
  • słód,
  • syrop słodowy,
  • cukier klonowy,
  • syrop klonowy,
  • melasa,
  • cukier nierafinowany,
  • syrop ryżowy,
  • syrop z sorgo,
  • sacharoza,
  • mączka chleba świętojańskiego (karob!),
  • turbinado.

Dobre cukry

Jak już pisałam, cukier jest nam niezbędny do życia. Dlatego podczas przygotowywania posiłków powinniśmy zwracać uwagę na to, aby produkty spożywcze nie zawierały dodanego cukru, a ich naturalne węglowodany były jak najdłużej trawione. Dzięki temu uwalnianie się cukru do krwi nie polega na jednorazowym skoku, ale długim procesie dostarczania nam energii przez kilkadziesiąt minut i więcej. Aby ułatwić sobie zadanie, można korzystać z tabel indeksu glikemicznego i ładunku glikemicznego danych produktów, dzięki którym łatwiej zorientujemy się, jakie pożywienie będzie dla nas korzystne. (Więcej o IG i ŁG pisałam tutaj: Zasada dotycząca indeksu glikemicznego).

Co ciekawe, pszeniczna biała mąka ma wyższy indeks glikemiczny niż cukier! Co oznacza, że powinniśmy się wystrzegać białej mąki nie mniej niż „cukrowego diabła”.

cukrowy_diabel

Taki diabeł straszny

Już 20 lat temu rodak Martiny Fontany Udo Pollmer pisał o tym, że ludzie są cukroholikami, czy tego chcą, czy nie. Świadczy o tym między innymi preferowanie słodkiego smaku przez niemowlęta (gdyby nie lubiły mleka, umarłyby z głodu).

Przyjemność płynąca ze słodyczy jest więc genetycznie zaprogramowana. Cukier to najtańsza z używek, więc bardzo chętnie i jednocześnie bezmyślnie dodaje się go do pokarmów dla noworodków i wkłada do szkolnych tornistrów. (…) Nagradzamy nim za odwagę, osuszamy łzy i uciszamy krzyki. (s. 237).

Dzięki cukrowi wiele ludzi lepiej śpi i lepiej znosi ból. Cukier poprawia nastrój i uzależnia, ponieważ wpływa na produkcję konkretnej substancji w mózgu: serotoniny. (s. 238)

Cukier nie tylko oddziałuje na nasze kubki smakowe, ale także na psychikę, ponieważ poprzez wyzwalanie insuliny przyczynia się do produkcji serotoniny, wpływającej na nasze dobre samopoczucie. Pollmer pisze o zależności między naszą potrzebą jedzenia słodyczy a brakiem lub niedoborem światła, które zapobiega przekształcaniu serotoniny w melatoninę. Podobnie działa wysiłek fizyczny – a więc osoby regularnie dostarczający sobie przyjemności sportowych na świeżym powietrzu prawdopodobnie są mniej podatne na słodycze. W tym miejscu Pollmer rozgrzesza w pewnym stopniu nasze zamiłowanie do słodyczy, a jednocześnie przestrzega, że:

Ten, kto nie bierze pod uwagę tych zależności i będzie próbował ograniczyć spożycie cukru, poniesie porażkę (s. 243).

Cokolwiek myślicie o cukrze, powinniście poznać prawdę

Cukier uzależnia, to naukowo zbadany fakt. Przytoczę tylko kilka wyników badań z ostatnich lat.

The evidence supports the hypothesis that under certain circumstances rats can become sugar dependent. This may translate to some human conditions as suggested by the literature on eating disorders and obesity.

(Dowody wskazują, że w pewnych okolicznościach szczury mogą uzależnić się od cukru. Można to przełożyć na pewne ludzkie warunki, na co wskazuje literatura na temat zaburzeń odżywania i otyłości).

piszą amerykańscy naukowcy z Princeton w artykule „Evidence for sugar addiction: Behavioral and neurochemical effects of intermittent, excessive sugar intake”. Z kolei badacze z uniwersytetu w Cleveland w artykule „Implications of an animal model of sugar addiction, withdrawal and relapse for human health” konstatują na podstawie badań na szczurach, że:

The study demonstrates that the effects of sugar addiction, withdrawal and relapse are similar to those of drugs of abuse. Implications of the rewarding and addicting effects of sugar are related to weight gain, obesity and Type II diabetes. Furthermore, pitfalls related to dieting are elucidated.

(Badania pokazują, że efekty uzależnienia od cukru, odstawianie i powracanie są podobne do tych, które występują przy nadużywaniu leków. Skutki efektu nagrody oraz uzależnienia od cukru są powiązane z nadwagą, otyłością i cukrzycą typu 2. Co więcej, wyjaśniają pułapki związane z dietami).

Co ciekawe, pewne badania wskazują na to, że gen uzależnienia, odpowiedzialny m.in. za pewne predyspozycje do alkoholizmu, jest również powiązany z łaknieniem słodyczy i uzależnieniem od nich („Sweet preference, sugar addiction and the familial history of alcohol dependence: shared neural pathways and genes”), co w pewnym stopniu zrównuje uzależnienia od opiatów oraz alkoholu z uzależnieniem od cukru.

Przetestuj się

Co zabawne, w obu książkach – amerykańskim „Detoksie” i niemieckim „Bez cukru” – znajdziemy test dla czytelnika, który ma określić, jak duży jest nasz problem z cukrem na co dzień.

detoks_cukrowy_ankieta

„Detoks cukrowy”

Jako osoba, która lubi słodki smak, ale unika cukru od dwóch lat, mogę się pochwalić znakomitym wynikiem. Jednak wciąż wiem, że pokusa jest duża i czasem zdarza mi się złamać zasadę „nie jem cukru” (np. gdy robię tort dla alergika – z cukrem). A jednak w dużej mierze naprawdę udaje mi się nie pożądać słodyczy. W domu mam zwykle przygotowane zapasy zdrowych przekąsek (migdały, orzechy, batony owsiane), które ratują mnie w kryzysie. Ograniczam też słodkie owoce, w tym moje ulubione suszone daktyle. To jest trudne! Ale warto – ważę zwykle tyle, ile chcę.

„Bez cukru” i bez ogródek

Tę książkę czyta się jak dość przykry, ale dobrze napisany esej na temat dzisiejszego przemysłu spożywczego.

bez_cukru_0

Autorka (tu jej strona WWW) pisze w dość lekkim stylu, ale wytacza ciężkie argumenty, które powinny przemówić nam do rozsądku. Przywołuje dane z wiarygodnych źródeł na temat spożycia cukru w Niemczech, gdzie mieszka. Rozprawia się ze sztuczkami stosowanymi przez producentów żywności. Wykazuje, gdzie tkwi diabelskie nasienie – cukier, który szkodzi nam najbardziej; ukryty we wszystkich możliwych produktach pod najróżniejszymi nazwami.

Wyobraźnia przemysłu spożywczego nie zna granic. Zaufanie jej może zagrażać życiu. Postrzegacie to podobnie i już dawno przestawiliście się na żywność bio? Dobra strategia, przynajmniej w teorii, bo i tam często jesteśmy przeciągani na cukrową stronę mocy! (s. 78-79)

Fontana pisze m.in. o stewii – czy rzeczywiście jest dobrym zamiennikiem cukru, porusza też sporo zagadnień związanych z działaniem węglowodanów w naszym organizmie (cytowałam ją wyżej). Rozprawienie się z „cukrowym diabłem”, czyli przedstawienie najważniejszych i najprzykrzejszych faktów na temat słodyczy, zajmuje połowę książki. Ten długi wstęp, napisany kwiecistym językiem, czyta się jednym tchem, w czym widzę pewne niebezpieczeństwo: czy na pewno czytelnik zapamięta argumenty autorki? A może chodzi tylko o przygotowanie gruntu pod dalszy ciąg książki, czyli agitację za zerwaniem z nałogiem? Faktem jest, że ta lektura wywołuje w czytelniku sporo emocji.

Podobnie wygląda część „praktyczna”, gdzie dowiadujemy się, jak opanować cukrowe żądze. Autorka stawia na psychologiczne metody obrzydzania sobie przetworzonego jedzenia („wyobraź sobie, że jesz to, co cię najbardziej odrzuca”) i wzmacniania chęci na zdrowe produkty. Podkreśla również rolę ruchu i relaksu w budowaniu silnej antycukrowej osobowości. Porady, które tu znajdziemy, są dość niezwykłe, jak na poradnik związany z żywieniem. Wszystko dzieje się w naszej głowie – zdaje się mówić Fontana – i tam właśnie musimy przeprowadzić rewolucję.

Martina Fontana, „Bez cukru. Wypisz się z klubu Anonimowych Cukroholików”, wyd. Relacja, Warszawa 2015.

Cena okładkowa: 34,90 zł

Gdzie kupić: np. Mamania

„Detoks cukrowy” – detoks totalny

Dwie Amerykanki – dietetyczka i dermatolożka – napisały książkę o tym, jak poradzić sobie z cukrowym nałogiem w diecie i czerpać z tego satysfakcję. Ogromną zaletą „Detoksu” jest podejście do sprawy w sposób dla mnie nowy: wreszcie nie chodzi o wyłączne umartwianie się dietą, ale o dążenie do odnowy naszego ciała i ducha również dzięki zabiegom pielęgnacyjnym i ćwiczeniom fizycznym.

detoks_cukrowy

W ciągu 31 dni – bo tak został rozpisany cały program detoksu – mamy się nawrócić na zdrowe odżywianie, przekonać do ruchu oraz… odmłodnieć fizycznie. Uważam, że rozdziały poświęcone przywracaniu skórze blasku są wielką wartością tej książki. Doktor Particia Farris, konsultantka znanych firm kosmetycznych, przekazuje cenną wiedzę na temat pielęgnacji twarzy i ciała. Wymienia najcenniejsze składniki kremów, wyjaśnia, dlaczego droższe kosmetyki nie są wcale lepsze, podaje też konkretne marki i produkty, które warto stosować. Oczywiście, książka jest napisana dla Amerykanek, więc kremy przeznaczone dla Europejek, nawet jeśli nazywają się tak samo, mogą mieć nieco inny skład. Dlatego najlepiej trzymać się opisów składników.

W książce znajdziemy praktycznie opisany plan działania, który rozpoczyna się trzydniowym, dość restrykcyjnym ograniczeniem węglowodanów w diecie oraz przyjemnym rozpieszczaniem swojej skóry zabiegami pielęgnacyjnymi (np. maseczki błotne czy kąpiele z solą morską). Potem, przez kolejne tygodnie, włączamy następne produkty spożywcze i zaczynamy ćwiczyć. Porady dotyczące ruchu są bardzo profesjonalne, mamy rozpisane różne treningi (siłowe, kardio, rozciąganie). Do tego dochodzą konkretne przepisy oraz propozycje menu na 31 dni detoksu.

Ta książka to pozycja dla osób, które wolą zdać się na czyjąś wiedzę i doświadczenie niż samodzielnie i często mozolnie wymyślać całą kuchnię na nowo. Rozwiązania podane są prawie że na tacy – wystarczy podążać za wskazówkami i realizować plan. A w tym planie są nawet uwzględnione… wpadki. Bo autorki wiedzą, że nikt nie jest doskonały.

Brooke Alpert, Patricia Farris, „Detoks cukrowy. Jak stracić na wadze, dobrze się czuć i młodziej wyglądać”, wyd. Bukowy Las, Wrocław 2015

Cena okładkowa: 36,90 zł

Gdzie kupić: np. Świat Książki

Co trzy głowy

Nie przez przypadek zestawiam te dwie książki. Uważam, że znakomicie się uzupełniają. Amerykańskie podejście „przede wszystkim działaj” i europejskie „myśl!” może wspólnie zrobić dużo dobrego. Dlatego jeśli jesteśmy już blisko podjęcia decyzji o rozstaniu się z cukrowym diabłem, ale wciąż brak nam motywacji oraz pomysłu na plan działania, w sukurs idą nam trzy kobiety – autorki powyższych poradników. Połączenie umiejętności trenerskich (Fontana), wiedzy na temat dietetyki (Alpert) oraz pielęgnacji skóry (Farris) wraz z kilkudziesięcioma stronami bardzo przykrych słów na temat cukru i jego szkodliwości pomoże niejednemu w uczynieniu kroku w dobrą stronę: życiu bez cukru.

Głos wołającego na puszczy?

Takie publikacje są niezwykle potrzebne. Uważam, że warto, aby jak najwięcej osób zdało sobie sprawę z zagrożenia, w które mało kto chce uwierzyć. Snucie teorii spiskowych na temat ogólnoświatowych spisków wszelakich koncernów jest niemodne i obśmiewane. Dlatego tak trudno uwierzyć, że wiele mechanizmów stosowanych w przemyśle spożywczym naprawdę ma na celu uzależnienie nas od łatwo dostępnych, niedrogich (patrząc na jednorazowy wydatek) i niskiej jakości produktów. Choć niewątpliwie często bardzo smacznych.

Myślę, że nigdy nie poznamy wszystkich tajników marketingu spożywczego, ale wystarczy zwrócić uwagę na kilka drobiazgów, aby się zaniepokoić. Problem jest jednak taki, że bardzo wiele z nas, zwanych przez Martinę Fontanę cukroholikami, nie chce wcale spojrzeć prawdzie w oczy. Niejednokrotne dyskusje na temat cukru, prowadzone przeze mnie i mojego męża, toczyły się w ten sam sposób. Argumenty tych, którzy nie dopuszczają do siebie myśli, że cukier naprawdę może być niezdrowy, to np. mówienie, że wszystko jest dla ludzi, że małe ilości nikomu nie zaszkodzą itp.

Do zrozumienia, z czym mamy do czynienia, trzeba chyba po prostu dojrzeć i piszę to bez cienia złośliwości. Mam nadzieję, że o złym obliczu cukru będzie się mówiło coraz głośniej. Może kiedyś na słodkich batonikach pojawią się ostrzeżenia podobne do tych, jakie znamy z opakowań papierosów?

Bibliografia

Źródło obrazka z diabłem:

http://commons.wikimedia.org/wiki/File:Gruss_vom_Krampus.jpg {{PD-US}} oraz www.polona.pl, domena publiczna

12 I2015

„Mama Alergika Gotuje. Tradycyjnie” – recenzja

by joanna

Mamy alergików wszelkiej maści dobrze wiedzą: musimy trzymać się razem, bo choć zjawisko nadwrażliwości pokarmowej staje się coraz powszechniejsze, to wciąż bardzo trudno znaleźć rzetelnie opracowane (i łatwo dostępne) informacje na temat alergii, nietolerancji, diety, profilaktyki itp.

Z własnego doświadczenia wiem, że znalezienie lekarza alergologa czy dietetyka, który będzie miał nie tylko dobre chęci, ale też doświadczenie i aktualną wiedzę, graniczy z cudem. W dodatku każdy przypadek alergii jest tak naprawdę indywidualny, dlatego nikt nie będzie lepszym lekarzem dla alergika niż jego najbliższy opiekun, który na co dzień obserwuje objawy, skutki leczenia czy błędów żywieniowych, szuka rozwiązań, czyta, pyta, a także… sprząta i gotuje.

"Mama Alergika Gotuje. Tradycyjnie"

„Mama Alergika Gotuje. Tradycyjnie”

Mama gotuje i ratuje

Katarzynę Jankowską uważam za wzór mamy alergika: jej dociekliwość oraz wieloletnie doświadczenie, codzienna walka o zdrowie syna, zmotywowały ją do założenia blogu (skąd ja to znam) ze sprawdzonymi przepisami bez alergenów. Ponad trzy lata pracy wśród sprzętów kuchennych, z aparatem fotograficznym w ręku, ponad 600 przepisów, a dodatkowo cenne rady dla alergików – to właśnie blog Mama Alergika Gotuje. Dzięki niemu wiele osób dowiedziało się, że kuchnia pozbawiona „podstawowych” składników może być zdrowsza, ciekawsza, urozmaicona, a przede wszystkim smaczna.

Myślę, że blog Kasi jest dla wielu rodziców bardzo silną motywacją, żeby nie załamywać się, gdy lekarz stanowczo zabroni podawania dziesięciu, dwudziestu, czasem trzydziestu składników pokarmowych. Mnie samej często było bardzo trudno zaakceptować fakt, że nasi synowie nie mogą jeść takich smacznych i przecież zdrowych rzeczy, jak kasza gryczana czy dynia, a moje pomysły na obiad kończyły się smętnym szuraniem widelcem po talerzu. Kolorowy blog MAG to miejsce, gdzie zawsze można znaleźć zachętę do kolejnej próby – to danie nie posmakowało, wybierz inne, jest tyle sposobów na nakarmienie alergika!

Od bloga do książki

„Mama Alergika Gotuje. Tradycyjnie” jest owocem wielu lat pracy Katarzyny – nie tylko spędzonych w kuchni, ale też w gabinetach lekarzy i dietetyków oraz na wszelakich konferencjach poświęconych atopowemu zapaleniu skóry czy nadwrażliwości pokarmowej. Dlatego w książce znajdziemy nie tylko przepisy – które są oczywiście głównym bohaterem – ale także praktyczny wstęp z poradami, jak przestawić się na gotowanie bez pewnych produktów, czym zastąpić tradycyjne składniki, takie jak np. jajko, oraz z jakich naturalnych źródeł czerpać np. magnez czy żelazo, gdy jest się na diecie eliminacyjnej.

"Mama Alergika Gotuje. Tradycyjnie"

„Mama Alergika Gotuje. Tradycyjnie”

Książka zawiera 100 przepisów, wszystkie dania zostały pięknie sfotografowane przez autorkę oraz skomentowane przez dietetyczkę pod kątem wartości odżywczych oraz sugerowanego wieku dziecka, od jakiego można podawać potrawę. Wśród receptur większość jest bezglutenowa, wegańska i bez cukru. Sama skusiłam się na wykonanie kilku potraw według przepisów Kasi (każdy dostosowałam do tego, co miałam w lodówce i tego, co możemy jeść).

golabki_2

Gołąbki z kaszą jaglaną wg przepisu MAG (indyk podmieniony na królika).

W przygotowaniu jest kolejna książka, z przepisami na specjalne okazje (np. święta).

Katarzyna Jankowska dla Organicznych

Kasiu, po przeczytaniu tylu Twoich przepisów, wymyślonych dla Twojej rodziny, muszę spytać o Twoje ulubione danie.

Moja ulubiona potrawa to sushi maki i najlepiej podane w mojej ulubionej knajpce Sushi Zushi. Danie jest lekkie, choć sycące, a urozmaicone przez to, że stale mieszam składniki w zależności od tego, na co mam ochotę. Takie maki przygotowują tam na życzenie. Maki z krewetką w tempurze smakują mi najbardziej, do tego wino śliwkowe z lodem.

Kasia Jankowska - MAG.

Kasia Jankowska – MAG.

Ponieważ mam w domu dwóch młodych alergików (i jednego starego), myślę sobie, że przy całej pracy, jaką wkładamy w przygotowywanie potraw, warto mieć pomoc i wychowywać synów na przyszłych samodzielnych kucharzy. Czy uczysz Konrada gotować?

Mam taką naturę (to po moim ojcu), że na co dzień przemycam dzieciom różne informacje, bo czuję, że kiedyś im się przydadzą. Kiedy gotuję, opowiadam synowi o ziołach, łączeniu składników, o ich wartościach, jakieś ciekawostki. Czasem wydaje mi się, że go to nie interesuje, że nudzi. Okazuje się jednak, że doskonale pamięta to co mówiłam, więc wierzę, że nauka nie idzie w las.

Na szczęście Konrad chętnie spędza czas w kuchni. Wiele potraw przygotował już samodzielnie. Świetnie wyczuwa smaki, nie da się go już oszukać. Oglądanie i czytanie książek kulinarnych to jedna z jego ulubionych rozrywek, ale zawsze ze mną. On wskazuje, jakie danie chciałby zjeść, a ja zastanawiam się, co w nim zamienić, żeby dostosować do jego diety. Ostatnim zaskoczeniem dla mnie jest to, że on sam już potrafi wskazać mi zamienniki właściwe dla siebie i takie, które nie zmieniłyby smaku dania.

Jest też moim kompanem do oglądania programów kulinarnych. Oboje jemy oczami i zawsze po takiej sesji telewizyjnej powstaje u nas nowe danie. Uważam, że sam powinien umieć zadbać o swoją dietę. Dlatego pozwalam mu na samodzielne dobieranie składników, szykowanie prostych posiłków.

To takie prywatne wyznanie, ale odkąd na blogu zebrałam tyle przepisów odpowiednich dla niego i do tego jeszcze wydałam książkę, jestem spokojniejsza o niego. Wiecznie żyć nie będę, a ułatwię mu życie w przyszłości.

Konrad namiętnie ogląda na YouTubie filmiki o gotowaniu, potem mi je pokazuje i od razu chciałby przygotować takie potrawy. Niestety często to są dania z różnych kuchni świata, np. meksykańskiej z dużą ilością przypraw i ostre w smaku, więc nie zawsze mogę mu je przygotować. Dzięki Konradowi w drugiej książce pojawią się przepisy na Zdrowy Domowy Fast Food.

Mama Alergika, http://www.mamaalergikagotuje.pl/

Mama Alergika, http://www.mamaalergikagotuje.pl/

Wiemy, że niebawem pojawi się Twoja druga książka. Czy myślisz już o kolejnej? Chętnie znalazłabym w niej porady dla podróżujących alergików…

Na razie skupiam się na pracy nad drugą książką. Będzie w niej wiele wypieków, kosztują mnie dużo pracy. Mam już pomysł na kolejne książki i zbieram do nich materiał. Jedna z nich będzie poniekąd związana z podróżami, ale jeszcze za wcześnie, aby o tym mówić…

Dziękuję za rozmowę!

„Mama Alergika Gotuje. Tradycyjnie”, Warszawa 2014, cena: miękka okładka: 24,99 zł, twarda okładka: 34,99 zł

20 VIII2014

Danuta Myłek, „Alergie” – recenzja

by joanna

Kolejna pozycja w biblioteczce alergika to książka Danuty Myłek. Polecam ją jako wszechstronne źródło wiedzy, choć niestety, nie jest aktualne w 100% (za zmianami nadąża chyba tylko internet). Nie podchodzę do treści bezkrytycznie, zwłaszcza że brakuje mi porządnej bibliografii – czytelnik musi polegać na autorytecie autorki. Dla mnie to trochę za mało.

Już nieco sfatygowana okładka książki.

Już nieco sfatygowana okładka książki.

Danuta Myłek, „Alergie. Zapobieganie. Jak rozpoznać alergię. Najnowsze skuteczne metody leczenia. Praktyczne rady dla alergików i ich rodzin”, wydanie II, Warszawa 2010

http://www.gwfoksal.pl/ksiazki/alergie-wydanie-ii-1.html

Cena: 30–40 zł (także w wersji ebookowej)

Liczba stron: 466

O autorce: doktor n. med., pracuje jako alergolog w Stalowej Woli. Zdobywała doświadczenie m.in. w Indiach, Angoli, Finlandii i Stanach Zjednoczonych. Należy m.in. do European Academy of Allergy and Clinical Immunology, American College of Allergy, Asthma and Immunology i jako jedna z trojga polskich lekarzy w ostatnim półwieczu European Centre for Allergy Research Foundation. Współtworzyła Polski Komitet Upowszechniania Karmienia Piersią.

Zajrzałam na portal ZnanyLekarz.pl z ciekawości, jakie oceny wystawiają jej pacjenci, może i my się zapiszemy. Po ich przeczytaniu (powtarzający się motyw: trzeba sprawdzić pasożyty oraz kupić jej książkę) stwierdziłam, że pasożyty sprawdzamy, książkę mam, a do Stalowej Woli kawałek drogi, więc chyba się nie spotkamy, przynajmniej na razie.

O treści:

Książka jest bardzo obszernym przewodnikiem po alergiach – ich rodzajach (wziewne, pokarmowe, kontaktowe), objawach, sposobach diagnozy i leczenia. Zarazem opisuje przypadki z wieloletniej praktyki autorki, która podejmowała się leczenia najróżniejszych przypadłości na tle alergicznym.

Publikacja jest przeznaczona dla każdego – nie jest to praca naukowa i na szczęście nie jest to pozycja dla osób mających problem ze zrozumieniem podstawowych zagadnień (co zdarza się, gdy – zwłaszcza amerykańscy – autorzy chcą dotrzeć do jak najszerszego grona odbiorców). Jednym słowem, język książki jest przystępny, ale nie infantylny.

W dziesięciu rozdziałach autorka opisuje prawie wszystko, co można powiedzieć dziś o alergiach. Umiejętnie łączy wiedzę fachową ze zdobytym doświadczeniem, które czasem nie pokrywa się z tym, co mówią sceptyczni naukowcy.

Rozdział pierwszy „Trochę teorii” wprowadza czytelnika w najważniejsze zagadnienia dotyczące alergii. Czym jest atopia, czym jest alergia, czym są pseudoalergia, nietolerancja, nadwrażliwość, autoagresja, czynniki alergiczne i niealergiczne oraz co to jest zapalenie alergiczne.

W rozdziale „Alergia dróg oddechowych” dr Myłek opisuje wszystkie rodzaje objawów alergii manifestujące się chorobami dróg oddechowych oraz uszu. Autorka bardzo dokładnie omawia temat astmy – kiedy mamy z nią do czynienia, na czym polega, czy jest to choroba genetyczna, jak jej zapobiegać i jak ją leczyć. Dla mnie najcenniejsze były informacje dotyczące zapalenia uszu (podrozdział „Alergiczne surowicze zapalenie ucha środkowego”), ponieważ wiedza lekarzy (oprócz naszej wspaniałej laryngolog ze zwykłej przychodni) na ten temat jest naprawdę znikoma. A byliśmy już u wielu audiologów i laryngologów. Dr Myłek potwierdziła moje przypuszczenia, że reakcja uszna nie musi wynikać tylko z alergii pokarmowej, ale także wziewnej.

Rozdział trzeci „Choroby centralnego układu nerwowego na tle alergii i pseudoalergii” poruszają kolejne ważne dla mnie tematy. Przede wszystkim – migrena, którą pokonałam dzięki diecie po 15 latach znoszenia czasem kilkudniowych bólów głowy. Warto mówić głośno o tym, że migrena zależy w dużym stopniu od naszego sposobu odżywiania.

Kolejne tematy to m.in. padaczka, zaburzenia emocjonalne, nerwice, schorzenia psychiczne.

Rozdział czwarty „Choroby alergiczne przewodu pokarmowego” mógłby być, moim zdaniem, znacznie dłuższy i zawierać więcej szczegółów. Może dlatego, że książka jest tak wszechstronna, nie ma w niej miejsca na dokładniejsze opisy np. kandydozy czy rodzajów pasożytów i sposobu, w jaki wywołują alergie. Jeśli któryś z tematów nas zainteresował, trzeba poszukać dokładniejszej lektury.

alergie_ksiazka_3

„Choroby alergiczne skóry” to rozdział piąty, bardzo istotny dla wszystkich zmagających się z AZS. Oprócz dokładnego omówienia atopowego zapalenia skóry znajdziemy tu informacje na temat pokrzywki i wyprysku kontaktowego (egzemy). Jeden z ważniejszych dla mnie rozdziałów „Alergii”, do którego będę wracać nie raz.

Rozdział szósty to „Inne choroby o podłożu alergicznym”, w którym znajdziemy podpowiedzi, jakie dolegliwości mogą być wywoływane przez alergie (np. zapalenia stawów, na co sama cierpię, kiedy zjem coś z psiankowatych).

Rozdział siódmy „Diagnostyka chorób alergicznych” jest opisem metod stosowanych przez autorkę do wykrycia alergii u pacjentów. Metody takie jak test MRT nie są powszechnie akceptowane przez alergologów, dr Myłek pisze na jego temat wiele pochwał i zaleca go jako bardzo wiarygodny, gdy chodzi o reakcje alergiczne opóźnione.

„Leczenie chorób alergicznych”, rozdział ósmy, jest moim zdaniem bardzo ważny, ponieważ omawia sposoby eliminacji alergenów (dzięki temu trafiłam na płyn do spryskiwania powierzchni, w których uwielbiają mnożyć się roztocza) oraz zawiera przegląd leków, niestety z wiadomych przyczyn nie do końca aktualny (książka jest z 2010 roku).

Rozdział dziewiąty „Profilaktyka, czyli dieta noworodków i niemowląt z alergią i nietolerancją pokarmową” ­­porusza temat kontrowersyjny wśród doradców laktacyjnych i zwolenników BLW. Ten temat z pewnością jeszcze poruszę, ponieważ jest niezmiernie ciekawy: czy istnieje dieta ciężarnej i matki karmiącej? Czy dziecko alergiczne powinno mieć inny schemat rozszerzania diety?

Na koniec, w rozdziale dziesiątym „Jak się odżywiać” dostajemy podstawowe porady z zakresu dietetyki. Niestety, znalazłam co najmniej jeden poważny błąd (że drożdże rozkładają szkodliwe substancje w zbożach, s. 454, a przecież chodzi o zakwas!), więc rozdział, dość ogólny, potraktowałam  bez emocji.

alergie_ksiazka_2

Moja opinia – zalety:

Autorka bardzo dużo miejsca poświęca mleku zwierząt jako źródle naszych cierpień. Trzeba mówić o tym głośno: mleko zwierząt nam szkodzi. Dr Myłek przytacza mocne argumenty za tym, żeby z niego zrezygnować (o czym z pewnością jeszcze napiszę).

Jest wielokrotnie wspomniane, że karmienie piersią jest dla niemowlęcia najbezpieczniejsze i najzdrowsze.

W książce przewijają się informacje na temat potencjalnych zagrożeń płynących ze zbyt wczesnego szczepienia dzieci, zwłaszcza alergików. Myślę, że mało która mama usłyszała od pediatry opinię, że dziecko z aktywną alergią nie powinno być dociążane szczepionkami.

Moja opinia – wady:

Niektóre tematy przewijają się przez kolejne rozdziały, nie są jednak w żadnym momencie rozwinięte. Na przykład dieta oparta na grupie krwi – skądinąd ciekawy pomysł. Chętnie dowiedziałabym się więcej na ten temat i już wiem, że muszę sięgnąć po inną książkę.

Książka jest już nieco nieaktualna (np. pod względem spisu leków), ale rozumiem przyczynę. Świat biegnie do przodu.

Brakuje mi bibliografii, oparcia się na konkretnych źródłach, odesłania do badań. Owszem, są wzmiankowane artykuły czy wykłady, jednak brakuje adresów bibliograficznych. Autorka pisze sporo na podstawie swojej praktyki i dobrze, ale jednak nie wszystkie jej wywody są przekonujące per se.

Brakuje mi indeksu! Uważam, że takie książki powinny go mieć obowiązkowo.

Podsumowanie:

Pod pewnymi względami książka jest bardzo pomocna w uporządkowaniu wiedzy na temat alergii. Jest w niej sporo informacji, których nie otrzymamy od zwykłych alergologów. Warto zapoznać się z opisami konkretnych przypadków chorób, dzięki temu od razu można poczuć się lepiej, bo alergię da się opanować (do pewnego stopnia).

Bardzo przydała mi się część omawiająca alergie skórne oraz sposoby leczenia alergii. Trochę zawiodła mnie część poświęcona chorobom układu pokarmowego.

Choć na studiach uczono mnie, że książka istnieje poza osobą autora, myślę, że w tym wypadku warto poczytać nieco o dr Danucie Myłek i zastanowić się, czy metody diagnostyki i leczenia – nie zawsze uznawane wśród lekarzy ‒ wyróżniają ją na plus. Moim zdaniem szukanie przyczyn alergii nie musi odbywać się zawsze według szablonu alergologów. Dobrze by było jednak, aby te niestandardowe testy diagnostyczne były bardziej dostępne i kosztowały mniej.

Dopiero zgłębiam zagadnienie diety ciężarnych i mam karmiących, dlatego jeszcze nie umiem się wypowiedzieć, czy dr Myłek pisze rzeczy kompletnie niezgodne z dzisiejszymi zaleceniami. A jeśli nawet pisze, może to dobrze, bo może ma rację?

Książkę polecam (w ekologicznej postaci ebooka, oczywiście), ale jako materiał wyjściowy do własnych przemyśleń. Z pewnością daleka jestem od pełnego zaufania autorce, ale z chęcią wyciągnę z tej lektury tyle, ile się da.

03 VII2014

Las otwiera serca i oczy

by joanna

Wróciliśmy z dwutygodniowego pobytu w górach, mieszkaliśmy we wsi hen za lasem (niestety, to wieś cywilizowana, ale wystarczająco wiejska). Powrót do bloku w stolicy okazał się trudny, zwłaszcza dla dzieci. Bo jak to, nagle nie mogą wyjść na dwór i pójść na pole? Zbierać kwiatków, sypać piaskiem, rozrabiać wśród przyrody?

Czytam właśnie książkę poświęconą zjawisku zabierania dzieciom możliwości obcowania z przyrodą: „Ostatnie dziecko lasu” Richarda Louva, wyd. Relacja, Warszawa 2014. Choć dotyczy ona amerykańskich realiów, bardzo wiele opisanych sytuacji znamy z własnego podwórka. Dosłownie.

ostatnie_dziecko_lasu

Autor pokazuje nam, jak w ciągu ostatniego wieku zmieniliśmy obecność przyrody w swoim otoczeniu. Nie żyjemy wśród dzikiej natury, okiełznawszy tylko niewielkie poletko na nasze potrzeby. Dążymy do opanowania całego krajobrazu wokół. Ograniczamy kontakt z przyrodą, ponieważ uznajemy ją za niebezpieczną. Boimy się jej, bo jej nie znamy. Lecz zamiast fascynować się jej niezgłębioną mocą, tajemniczością, potencją – podporządkowujemy kolejne dzikie obszary, żeby spełniały wymogi cywilizacji. Wszystko musi być bezpieczne, poznane, odkryte, najlepiej pokazane jak na talerzu.

Jeśli mieliście szczęście bywać w dzieciństwie w miejscach z dziką przyrodą (mówię tu choćby o zaniedbanych łąkach czy zagajniku nad rzeką) i bawić się z rówieśnikami, bez rodziców, być może wspominacie – jak ja – to szczególne poczucie wolności, swobodnego obcowania z otoczeniem. Pewnie, że bywało (albo wydawało się, że jest) niebezpiecznie. W tym cały urok.

Braterskie zabawy na łące.

Braterskie zabawy na łące.

Richard Louv zebrał i przywołuje kilkadziesiąt opowieści o przygodach z dzieciństwa, anegdot dotyczących wspaniałych – choć często prostych – zabaw w terenie. W kontraście do opowieści współczesnych dzieci, które tkwią w okowach strachu rodziców o ich bezpieczeństwo, zdrowie, życie. Dziś wszystko musi być certyfikowane, z atestem, ubezpieczone NW, bo wszędzie kryje się zło. Brak zaufania rodziców do innych ludzi (i dzieci innych ludzi) u najmłodszych skutkuje samotnością, nudą i godzinami przed telewizorem/komputerem. Są też poważniejsze konsekwencje tzw. zespołu deficytu natury, które objawiają się w kondycji psychofizycznej dzieci – potem nastolatków i dorosłych – „chronionych” przed swobodnym obcowaniem z przyrodą.

Tatrzański Park Narodowy - przyroda nieco okiełznana, ale wciąż dzika.

Tatrzański Park Narodowy – przyroda nieco okiełznana, ale wciąż dzika.

Autor książki zebrał wyniki badań dotyczących m.in. zabaw i zajęć zorganizowanych. Chyba nie dziwi nas, że:

swobodna zabawa na świeżym powietrzu jest znacznie skuteczniejsza niż obowiązkowe zajęcia zorganizowane przez dorosłych. Jak na ironię, wychodzi na to, że organizatorzy zajęć przyrodniczych i zabaw na świeżym powietrzu powinni uczynić to doświadczenie tak niezorganizowanym, jak to tylko możliwe – nie pozbawiając go zarazem znaczenia. Niełatwe zadanie. (s. 187-188)

Louv w ogóle opiera się na badaniach naukowych, które wskazują na niezwykle ważną funkcję przyrody w rozwoju człowieka. I w życiu dorosłym także (np. porównanie kondycji psychicznej pracowników, którzy mieli widok przez okno na zieleń, z tymi, którzy widzieli ścianę innego budynku). Bardzo wiele z konkluzji jest tak oczywistych, że mówiłam sobie: przecież to wiem, czuję to, po co o tym pisać? Ale w pewnym momencie zrozumiałam: trzeba o tym mówić, trzeba pisać, bo nasze dzieci wyrosną na ludzi, którzy nie będą wiedzieli, jak wygląda krzaczek poziomki albo krowi placek! Nie będą znały zapachu bagna ani smaku bezsmakowego górskiego potoku. Czy będą ich interesowały zajęcia w szkole z biologii, skoro nie będą miały szansy obejrzeć ptaków, owadów, kwiatów w naturze?

dzieci_lasu_2

Chłopcy i potok. Rozrywka na godziny.

Polecam tę książkę tym bardziej, że ona przypomina nam te niezwykle przyjemne momenty, kiedy byliśmy dziećmi, otwartymi na nowe doznania. Las – łąka – góry – morze – potok – otwierają nam serca i oczy. Autor delikatnie wskazuje drogę – pozwólmy dzieciom na spontaniczną zabawę bez naszej stałego stałego nadzoru. Zabierajmy je na wyprawy z przygodami (np. pod namiot), ale nie narzucajmy sposobu korzystania z natury.

Dziś byłam z młodszym synkiem na placu zabaw. Po godzinach spędzonych nad brzegiem potoku, gdzie wrzucaliśmy kamyki do wody, budowaliśmy tamy, oglądaliśmy „robaki” i przypatrywaliśmy się nurtowi, miejsce ze sztucznie wyodrębnionymi szlakami „tu idź – tu zjedź” wydało mi się frustrująco nudne. Rozumiem już swoją niechęć do miejskich placów zabaw, na które najchętniej wysyłam synów z kimś innym. Wobec możliwości przyrody trudno pozostać obojętnym, a już na pewno nie da się z nią nudzić. Co jednak zrobić, gdy mieszkamy w mieście, gdzie natura w wersji dzikiej jest tępiona? Tu nie puszczę moich synów na podwórko samych (za parę lat – tak). Pozostaje mi jak najczęstsze uciekanie poza miasto. A może, kto wie, kiedyś uda mi się zamieszkać w wymarzonym domu pod Warszawą…

12 X2013

Co to znaczy jeść przyzwoicie

by joanna

Książka Karen Duve „Jeść przyzwoicie. Autoeksperyment” (Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2013) wpadła mi w ręce akurat teraz, kiedy czytam „Nowoczesne zasady odżywiania” Campbella. Ostatnio strasznie dużo czytam o jedzeniu. Jestem tym poważnie zaniepokojona. Muszę znaleźć czas na literaturę piękną, bo inaczej mój mózg zamieni się w liść sałaty! He, he.

Karen Duve jest niemiecką pisarką o ciekawym życiorysie (była m.in. kierowcą taksówki), dość utytułowaną i pewnie znaną w Niemczech. Po lekturze jej książki, w której opisuje swoje życie w trakcie eksperymentu konsumpcyjnego, znikło moje przeświadczenie o tym, że nasi zachodni sąsiedzi mają zmysł ekologiczny we krwi (o czym pisałam przy okazji „Modlitw waginy”). Co gorsza, moja wiara w człowieka została narażona na anihilację, ale mimo wszystko jeszcze się tli. O co tyle hałasu?

jesc_przyzwoicie-1

Autorka książki „Jeść przyzwoicie” pewnego dnia postanawia, że spróbuje różnych diet opartych na założeniach etycznych. Zacznie od najłatwiejszego, czyli kupowania żywności ze znaczkiem BIO, potem przestanie jeść mięso, następnie porzuci zwyczaj spożywania nabiału, aby w końcu spożywać tylko taki pokarm, jaki udaje się pozyskać bez szkody dla środowiska. Od diety ekologicznej, przez wegetariańską i wegańską, po frutariańską. (więcej…)

20 III2013

Religia zastępcza według Charlotte Roche

by joanna

Tego uczono nas wszystkich w rodzinie, żeby oszczędzać wodę. Pochodzę z szalenie ekologicznej rodziny. Człowiek się nie kąpie ani nie bierze prysznicu codziennie, to marnotrawstwo wody, a do tego jeszcze niedobre dla skóry. Nauczono mnie, że powinnam myć codziennie odrobiną wody z mydłem tylko szybko zaśmierdujące się miejsca, czyli stopy, krok i pod pachami.

Charlotte Roche, Modlitwy waginy, wyd. Czarna Owca, Warszawa 2012

modlitwy_2

Kilka miesięcy temu przeczytałam tę książkę Roche i pośród najróżniejszych wrażeń związanych z lekturą chyba dwa szczególnie utkwiły mi w pamięci. Po pierwsze, bohaterka tkwi w groźnym konflikcie ze swoim ciałem, który próbuje boleśnie zagłuszyć nienaturalnymi zachowaniami, takimi jak zmuszanie się do odwiedzania z mężem burdeli. Po drugie, jest niezwykle skrupulatna jeśli chodzi o wypełnianie ekoprzykazań. Jej postawa proeko może budzić obrzydzenie, litość albo szacunek – jednak tryb życia bohaterki, jej spojrzenie na świat, rozjechana psychika stoją w jawnej sprzeczności z miłością do planety. Czy nie jest tak, że powinniśmy szanować naturę dlatego, że kochamy siebie i swoich bliskich? (więcej…)