08 V2017

Życie na miarę. Odzieżowe niewolnictwo. Recenzja

by joanna

Książkę Marka Rabija Życie na miarę przeczytałam niedawno, ale książka nawet rok po wydaniu nie straciła nic na aktualności. Mam świadomość, że cztery lata po katastrofie w Rana Plaza niewiele się zmieniło, zarówno w Bangladeszu, jak i innych azjatyckich państwach-szwalniach. I w naszych głowach.

Marek Rabij, Życie na miarę. Odzieżowe niewolnictwo

Marek Rabij, Życie na miarę. Odzieżowe niewolnictwo

– Oczywiście, że temat nie jest zamknięty – powiedział mi autor Życia na miarę. – Ale temat szycia ubrań w ubogich krajach Azji nie jest już tak popularny, wydawnictwa nie proszą o teksty, bo ludzie przestali się tym interesować. Tak będzie do kolejnej katastrofy – kwituje Marek Rabij, który pojechał do Dhaki dwukrotnie, aby przyjrzeć się z bliska biznesowi odzieżowemu w Bangladeszu. (więcej…)

09 II2017

Ministerstwo Dobrego Mydła na Dzielnej

by joanna

Ministerstwo Dobrego Mydła znają już chyba wszyscy wielbiciele… dobrego mydła. O Uli i Ani, dwóch siostrach ze Szczecina, czyli MDM, dowiedziałam się dawno temu z tekstu, który redagowałam (przy okazji okazało się, że mamy wspólnego znajomego z pracowni Ciepło Właściwe). Gdy w Warszawie otworzył się stacjonarny sklep Ministerstwa, koniecznie musiałam wpaść z aparatem!

Ministerstwo Dobrego Mydła - witryna

Ministerstwo Dobrego Mydła – witryna

Za kontuarem często można spotkać jedną z sióstr – Anię.

Ania ma niezwykły dar zjednywania klientów i opowiadania o kosmetykach, doradzania i słuchania.

Ministerstwo Dobrego Mydła - Ania

Ministerstwo Dobrego Mydła – Ania

Oczywiście o kosmetykach Ministerstwa wie wszystko i w razie potrzeby podsunie odpowiedni produkt do pielęgnacji.

Ania za kontuarem

Ania za kontuarem

Sklep

Na Dzielnej Ministerstwo jest od grudnia 2016 roku. Wystrój nawiązuje nieco klimatem do starej apteki, jednak przede wszystkim jego minimalizm pozwala grać główną rolę kosmetykom. To one przyciągają wzrok i urzekają formą.

Ministerstwo Dobrego Mydła - sklep

Ministerstwo Dobrego Mydła – sklep

Ten ascetyzm robi bardzo pozytywne wrażenie, widać, że nic nie jest przypadkowe.

Wnętrze sklepu

Wnętrze sklepu

W sklepie na Dzielnej znajdziemy wszystkie (lub prawie wszystkie) kosmetyki z oferty internetowej. W tych samych cenach, które naprawdę nie są wygórowane.

Mydło MDM

Mydło MDM

Kosmetyki

Receptury Ministerstwa są naturalne, oparte na sprawdzonych składnikach wysokiej jakości. Jeśli użyty jest olej palmowy, to certyfikowany.

Mydła

Mydła

W ofercie są kosmetyki wegańskie, bardzo delikatne, do twarzy i całego ciała. Ich składniki są starannie dobrane i czasem zaskakujące (np. pozyskiwane z baobabu).

Ministerstwo Dobrego Mydła - mydła marchewkowe

Ministerstwo Dobrego Mydła – mydła marchewkowe

Niektóre mydła są tak piękne, że aż trudno uwierzyć, że nie są do jedzenia.

Ministerstwo Dobrego Mydła - mydła

Ministerstwo Dobrego Mydła – mydła

O mydle ryżowym i nagietkowym MDM pisałam przy okazji mydeł w kostce do pielęgnacji skóry z AZS. A już za chwilę napiszemy o nowości Ministerstwa – sztyfcie do pielęgnacji skóry bardzo suchej.

Bez odpadów (Zero Waste)

Spytałam Ani o możliwość zwracania opakowań, dzięki czemu kosmetyki Ministerstwa Dobrego Mydła sprzedawane w szklanych pojemnikach byłyby bardziej eko. Tym bardziej, że słoiczki są sprowadzane z zagranicy i ich ponowne wykorzystanie byłoby dla wszystkich korzystne.

Ministerstwo Dobrego Mydła

Ministerstwo Dobrego Mydła

Ania zapewnia, że wszystko jest w planach. – Musimy najpierw urządzić naszą pracownię. Maszyna do czyszczenia pojemników jest na liście zakupów!

Oleje

Oleje

Wpadajcie! Ministerstwo Dobrego Mydła, ul. Dzielna 15, Warszawa

Poniedziałek – piątek 10 – 19, sobota 10 – 15

www.ministerstwodobregomydla.pl

(Pół)kula do kąpieli

(Pół)kula do kąpieli

01 II2017

Idea zero waste – życia bez śmieci – w praktyce. Rozmowa z Olą

by joanna

Idea zero waste – życia bez śmiecenia – wciąga. Gdy powoli dowiadujesz się, o co w tym wszystkim chodzi, zaczynasz traktować to jak wyzwanie. Dlaczego podjęcie decyzji o nieśmieceniu jest nieodwracalne? Zapraszam do przeczytania rozmowy z Aleksandrą – zaangażowaną propagatorką idei ZW, założycielką grupy tematycznej na Facebooku.

Aleksandra:

Wychowałam się w Krakowie, mieszkam w tym mieście już 28 lat i nadal je odkrywam. Miejsca, ludzi i możliwości, a tego tu nie brakuje. Na każdym kroku czai się dobra energia, tylko trzeba chcieć patrzyć, a potem jej troszkę pomóc, by docierała dalej i dalej. Niestety czyha tu też smok… yy, smog. Staram się więc uciekać w lasy, góry, im dalej tym lepiej. Im wyżej też. Kiedyś stwierdziłam, że pewnego dnia wyjdę na trzytysięcznik.

Idea zero waste w praktyce

Idea zero waste w praktyce

(więcej…)

21 I2017

Kosmetyki Jan Barba – w duchu zero waste

by joanna

Kosmetyki Jan Barba to pierwsza odpowiedź na moje poszukiwania kosmetyków w duchu bezśmieciowym. Wbrew skojarzeniom nie są przeznaczone wyłącznie dla panów i nie służą do pielęgnacji bród. To całkowicie naturalne, ręcznie robione polskie kosmetyki, sprzedawane w opakowaniach zwrotnych.

Być może pamiętacie, że pisałam o Bei Johnson i jej misji dzielenia się koncepcją na życie bez odpadów (zero waste). Na konferencji opowiadała o tym, jak wygląda jej szafka na kosmetyki – stało tam dosłownie kilka produktów, w tym krem do twarzy w szklanej butelce. „Udało mi się namówić producenta, żeby nie naklejał na butelkę żadnych nalepek” – mówiła Bea z dumą.

Obejrzyj recenzję kremu Bioelixir M!

Cieszę się, że mogę przedstawić Wam polską firmę, która nie dość, że samodzielnie produkuje kosmetyki naturalne, to w dodatku pakuje je w szklane opakowania zwrotne! Ale po kolei.

Kosmetyki Jan Barba

Kosmetyki Jan Barba

Kosmetyki Jan Barba – zielarz z brodą

Miałam wielką przyjemność spotkać się z Martą i Bartkiem, aby osobiście porozmawiać o ich przedsięwzięciu. Markę Jan Barba wymyślił Bartek, który kilka lat temu – jeszcze studiując w Anglii – postanowił, że kosmetyki naturalne będą ważną częścią jego życia. Przez 2,5 roku pogłębiał swoją wiedzę i doskonalił przepisy oparte wyłącznie na naturalnych składnikach. (więcej…)

15 II2016

5 faktów na temat śniadania – rozmowy z dietetykiem

by joanna

Monikę Zielińską, z którą rozmawiałam już na temat m.in. wapnia w diecie (patrz Wapń, witamina D3 i K2-MK7) tym razem zapytałam o najważniejszy posiłek dnia: śniadanie. Dlaczego tak ważne jest, aby nie zapominać o nim przed wyjściem do przedszkola, szkoły czy pracy? Jak powinno wyglądać śniadanie? Czy może być w postaci zupy? Czytajcie!

Magister inżynier Monika Zielińska

monika_ZielinskaAbsolwentka żywienia człowieka i oceny żywności oraz dietetyki na Wydziale Nauk o Żywieniu Człowieka i Konsumpcji SGGW, a obecnie doktorantka w tamtejszej Katedrze Żywienia Człowieka. Absolwentka kursu Promotor Karmienia Piersią organizowanego przez Centrum Nauki o Laktacji. Swoje zainteresowania koncentruje wokół żywienia w ciąży, laktacji oraz w dzieciństwie, a zwłaszcza jego wpływu na rozwój poznawczy dziecka. Zajmuje się również edukacją żywieniową dzieci, młodzieży i ich rodziców oraz wolontariatem w Fundacji Bank Mleka KobiecegoFundacji Promocji Karmienia Piersią. Prywatnie miłośniczka polskiego teatru.

Fakt 1. Po śniadaniu lepiej pracujemy

J.B.: Dlaczego tak ważne jest, aby pierwszy posiłek – śniadanie – był zjadany przez dzieci w domu, przed szkołą?

M.Z.: Śniadanie jest pierwszym posiłkiem po długiej przerwie nocnej i dostarcza energii na najbliższe – zazwyczaj bardzo aktywne – godziny. Dzięki temu wspiera naturalną aktywność fizyczną i psychiczną, korzystnie wpływa na koncentrację, kreatywność czy procesy poznawcze, co dalej może się przekładać na osiągnięcia szkolne dzieci. Są badania, które wskazują również, że dzieci spożywające śniadania charakteryzują się wyższym ilorazem inteligencji niż ich rówieśnicy niespożywający śniadań. Ponadto, niespożywanie śniadań może być przyczyną rozdrażnienia czy obniżonego nastroju.

pierwsze_sniadanie_1 (więcej…)

15 I2015

Co je Twoje dziecko? Jadłospisy do 3. roku życia

by joanna

Razem z doradczynią żywieniową Małgorzatą Jackowską (http://www.dietanamiare.eu/) przeczytałyśmy jadłospisy przesłane przez Was za pomocą anonimowych ankiet i wybrałyśmy najciekawsze. Wszystkie były bardzo interesującym źródłem wiedzy, jak mamy „z internetu” karmią swoje dzieci, dlatego zamiast wybrać po jednym menu z danego przedziału wiekowego, zajęłyśmy się większą ich liczbą – przez to musiałyśmy podzielić materiał na części. Na pierwszy ogień poszły jadłospisy dzieci do 3. roku życia.

GosiaJackowska

Dziękuję Gosi za pracę, jaką włożyła w odpowiedzi na moje pytania dotyczące Waszych jadłospisów. Jeżeli chcielibyście uzyskać poradę bezpośrednio od doradczyni żywieniowej, serdecznie zapraszam Was na stronę WWW Gosi oraz jej fanpage na Facebooku.

Gosiu, oprócz tego, że jesteś doradczynią żywieniową, spełniasz się jeszcze w kilku innych dziedzinach…

Jestem doulą, należę do Stowarzyszenia Doula w Polsce, w którego powstawaniu miałam ogromną przyjemność brać udział, zajmuję się niemedycznym wsparciem dla mamy (ale też jej rodziny) w czasie ciąży, w porodzie i w okresie połogu (więcej informacji na moim blogu). Z wykształcenia jestem specjalistką żywienia człowieka i dietetyki, zajmuję się poradnictwem żywieniowym skierowanym do kobiet (przede wszystkim w okresie ciąży i karmienia piersią) oraz dzieci (i rodziców). Szczególnie interesuje mnie rozszerzanie diety niemowląt i żywienie w pierwszych kilku latach życia. Prowadzę indywidualne konsultacje i warsztaty. Zajmuję się również promocją wiedzy o laktacji, jestem dyplomowaną Promotorką Karmienia Piersią, współpracuję z Kwartalnikiem Laktacyjnym (www.kwartalnik-laktacyjny.pl) i Mlekoteką (www.facebook.com/Mlekoteka) oraz wspieram mamy w okresie karmienia piersią jako doula.

Przeczytaj też: Co je Twoje dziecko? Jadłospisy przedszkolaków

Małgorzata Jackowska

Małgorzata Jackowska

Spotykasz się z rodzicami małych dzieci i patrzysz na jadłospisy, również te przedszkolne. Widzisz, jakie są zalecenia różnych instytucji, jak rozszerzać dietę, czym karmić przedszkolaka. Czy polskie dzieci, jedzące np. posiłki w przedszkolach, są zdrowo karmione?

Trudno odpowiedzieć na to pytanie w jednym zdaniu. W niektórych placówkach jest dobrze, w niektórych bardzo niedobrze, a niektórych średnio. Jeżeli chodzi o żywienie w przedszkolach, to są wytyczne, ale nie ma konkretnych zaleceń ani kontroli (poza Sanepidem, ale ten sprawdza bezpieczeństwo i higienę, a nie pełnowartościowość posiłków czy zawartość cukru), czyli w praktyce jadłospis układa intendent lub inna osoba za to odpowiedzialna, według wyznaczonego budżetu, swojej wiedzy, próśb czy uwag zgłaszanych przez rodziców itd.

Albo posiłki są przywożone przez firmę cateringową, ale tam też rządzi raczej popyt niż zalecenia żywieniowe. Chociaż są miejsca, gdzie dzieci są karmione bardzo dobrze, codziennie jedzą warzywa i owoce, pełnoziarniste produkty zbożowe, dobrej jakości produkty. Jednak z tego, co widzę, to w wielu przedszkolach obecne są słodkie płatki śniadaniowe, ciasta, słodycze, słodzone jogurty i serki, a do picia słodzone napoje, za to mało jest owoców, warzyw, produktów zbożowych innych niż biały chleb ryż i makaron i wody do picia. Za to z doświadczenia wiem, że potencjał mają rodzice. Jeżeli nie zgłosimy wątpliwości w naszym przedszkolu, to samo się na pewno nic nie zmieni.

Zajmujesz się BLW – metodą rozszerzania diety niemowląt i małych dzieci, która podąża za dzieckiem, pozwala mu do pewnego stopnia wybierać, co i ile zje. Wiem, że prowadzisz badania do pracy magisterskiej na ten temat. Czy polscy rodzice mają zaufanie do tej metody?

Z zebranych do tej pory ankiet wynika, że tak. Chociaż, mimo iż grupa badana to prawie 500 osób, to nie jest ona w mojej ocenie w pełni reprezentatywna. Są to prawie wyłącznie mamy karmiące piersią, z dużych miast i z wyższym wykształceniem. Żeby mieć bardziej reprezentatywne wyniki, chciałabym zebrać jeszcze więcej danych i dotrzeć również do mam, które nie znają BLW albo obawiają się tej metody i te osoby poprosić o wypełnienie ankiety (dotyczy ona nie tylko BLW, ale w ogóle żywienia w 1. roku życia dziecka oraz wiedzy na temat zaleceń żywieniowych). Mam też sporo obserwacji z internetowej grupy wsparcia, którą współadministruję, widzę, że BLW jest naprawdę coraz bardziej popularne.

Małgorzata Jackowska

Małgorzata Jackowska

Co uważasz za największą zmorę w jadłospisie dzieci?

Słodzenie. Szczególnie u niemowląt i maluchów około roku i trochę starszych. Nawet rodzice świadomi tego, że nie należy dodawać cukru do produktów przeznaczonych dla maluszków, dosładzają je innymi słodzidłami, np. melasą, słodami, później też miodem. Problem polega na tym, że dziecko, które pozna wcześnie słodki smak, po prostu będzie go zdecydowanie preferowało, odmawiając zjadania innych produktów. To jest dosyć naturalna reakcja organizmu, słodki smak oznacza żywność bezpieczną, mamy to zakodowane od życia płodowego. Mleko mamy też jest słodkie. Wiem, że to kuszące, aby dzieciom proponować słodkie dania, jestem mamą dwu- i prawie sześciolatka, cała moja rodzina lubi słodycze (śmiech). Ale w okresie rozszerzania diety, poznawania nowych smaków bardzo, bardzo ważne jest, żeby dziecko poznawało te smaki w wersji naturalnej, bez dosładzania czy dosalania, na początku jednoskładnikowo a z czasem można smaki mieszać.

www.polona.pl

Plakat z lat 30. XX wieku, domena publiczna, www.polona.pl

Zmorą jest to, że ogromna część gotowych produktów dla niemowląt i małych dzieci jest dosładzana cukrem albo syropem glukozowo-fruktozowym, produkty są zagęszczane skrobiami, mąkami, a wielu rodziców i dziadków, kupując takie produkty, zakłada, że jak jest „dla dzieci”, to na pewno zdrowe. Niestety, to nieprawda. Proponuję zajrzeć do najbliższego supermarketu albo drogerii i przeczytać skład trzech dowolnie wylosowanych kaszek dla niemowląt i kilku obiadków i deserków, a potem jeszcze zajrzeć na listę składników „zdrowych” soczków dla starszych dzieci i serków poprawiających wzrost i rozwój.

Co je Twoje dziecko?

Co je Twoje dziecko?

Jadłospisy – dzieci do 3. roku życia

Jadłospis 1

Chłopiec, 1 rok, karmiony piersią; aktywność wysoka, nie spożywa nabiału, jaj, drobiu, kakao, kaszy jaglanej, marchwi z powodu alergii pokarmowej. Waga, wzrost: 11,6 kg, 86 cm.

  • Śniadanie: pierś, płatki owsiane z tartym jabłkiem. Drugie śniadanie: pierś, mus bananowy z połowy banana. Obiad: pierś, zupka z buraków, ziemniaków na łyżce oliwy z pietruszką. Kolacja: kaszka ryżowa, pierś.
  • Śniadanie: placuszek na mleku ryżowym z brzoskwinią. Pierś. Drugie śniadanie: cząstki jabłek. Obiad: filet z sandacza z grilla z kapustą kiszoną. Kolacja: ryż z warzywami, pierś.
  • Śniadanie: pierś, kaszka ryżowa z jabłkiem. Drugie śniadanie: kanapeczki z szynką z indyka. Obiad: pierś, królik duszony z zielonym groszkiem. Kolacja: mus bananowy, pierś. 

To menu jest bardzo realistyczne, w tym sensie, że moje alergiczne dzieci w tym wieku jadły dużo mięsa, mało warzyw. Warzywa najlepiej przechodziły w zupach, choć często były słabo trawione. To normalne?

Dla mnie jest bardzo realistyczne, bo menu rocznego dziecka karmionego piersią mniej więcej na żądanie może wyglądać właśnie tak, bardziej jeszcze niemowlęco niż dziecięco. Rzeczywiście w tym jadłospisie niedużo jest warzyw, postarałabym się o to, żeby było ich w jadłospisie więcej. Cel to 5 porcji warzyw dziennie, tutaj mamy jedną, może dwie, bo to zależy od ilości, którą dziecko faktycznie zjada. Porcja warzyw dla małego dziecka to, mniej więcej, połowa porcji dorosłego, a więc np. dwie łyżki kukurydzy czy groszku, jeden ziemniak, pół małego pomidora itd. Mogą być w zupach, pastach, mogą być surowe (np. tarta marchewka) albo gotowane.
Tutaj jest mowa o jeszcze dosyć małym dziecku, mam wrażenie że przy karmieniu piersią dla dzieci rocznych jeszcze dużo jedzenia odbywa się podobnie jak u starszych niemowlaków, jest często mniej więcej pół na pół pierś i inne produkty. Więc nie chcę jednoznacznie oceniać, bo to dziecko ma jeszcze czas, żeby jego jadłospis się rozwinął w bardziej „dorosłym” kierunku. Czyli z czasem, im mniej będzie zjadał mleka z piersi, tym więcej stałych produktów. Można proponować różne produkty zbożowe (np. zamiast kaszki ryżowej), kasze, makaron, pieczywa, więcej warzyw w różnych postaciach, jeżeli dziecko nie je nabiału, to można wprowadzić roślinne zamienniki, może wprowadzić pestki, orzechy, sezam, siemię lniane w postaci zmielonej, taka posypka np. do kaszy czy zupy, żeby dostarczyć witamin i składników mineralnych.

Jeśli chcemy podawać małemu dziecku warzywa zgodnie z BLW, a dziecko tych warzyw nie chce – czy zupy kremy, akceptowane przez malca, nie zaburzają tej metody?

Moim zdaniem, nawet jeżeli dziecko ma możliwość zjadać samodzielnie np. raz dziennie, a pozostałe posiłki jest karmione to i tak warto mu pozwolić na to samodzielne jedzenie. Dla mnie BLW nie wyklucza karmienia łyżeczką, pod warunkiem, że dziecko się na to karmienie zgadza i że jest karmione tylko do momentu, kiedy naprawdę samo chce zjeść. Bez zabawiania, zagadywania i samolocików.

Jakie ryby polecasz dla małych dzieci? Które ryby są uznawane za najczystsze? 

Generalnie najlepsze są tłuste. A które wybierać jeżeli chodzi o mniejszą szkodę dla środowiska naturalnego to korzystam ze strony http://ryby.wwf.pl/poradnik/.

Czy roczne dziecko z alergią powinno jeść ryby? Niektórzy dietetycy zalecają wstrzymać się do 24. miesiąca.

Moim zdaniem to zależy, bo różne są nasilenia alergii. Ale generalnie zaleca się aktualnie, żeby nawet w rodzinach obciążonych alergiami nie opóźniać wprowadzania produktów potencjalnie alergizujących. Więc raczej bym spróbowała podać rybę dziecku, nawet alergikowi (chyba że lekarz alergolog zaleci kategorycznie się od tego powstrzymać), bo jeżeli okaże się, że dziecko dobrze toleruje ryby, to dużą szkodą byłoby mu ich nie podawać „na wszelki wypadek”. Ryba naprawdę dobrze wpływa na wszystko.

polona_3

www.polona.pl, domena publiczna

 Jadłospis 2

Dziewczynka 9 miesięcy, karmiona piersią; aktywność wysoka. Waga, wzrost: 9 kg, 78 cm

  • Po przebudzeniu: pierś. Śniadanie: miks płatków (owsiane, jaglane i jęczmienne) gotowane na wodzie podane z odrobiną mleka kokosowego i musem z malin domowej roboty (zjadła: pół dziecięcej miseczki), pierś. Przekąska: marchewka z groszkiem (zjadła garść), pierś. Obiad: pierś z indyka + warzywa na parze (brokuł, brukselka, marchew i kalafior) + kasza gryczana (zjadła pół małego talerzyka); pierś. Przekąska: ćwierć mandarynki, pierś. Pierś do snu i w nocy. W międzyczasie jeden chrupek kukurydziany. Woda (dziecko ma swój bidon i pije, kiedy chce). Do tego zawsze nieco podjada, gdy przygotowuję posiłki.
  • Po przebudzeniu: pierś. Śniadanie: kanapki z pastą z awokado i banana (zjadła niewiele, ćwierć kromki żytniego ciemnego chleba), pierś. Przekąska: makaron z jogurtem naturalnym i owocami leśnymi (zjadła ok. 5 rurek i sporo owoców), pierś. Obiad: krupnik (pół na pół pęczak i kasza jaglana). Zjadła ręką troszkę kaszy; pierś. Pierś do snu i w nocy. W międzyczasie jeden chrupek kukurydziany. Woda.
  • Po przebudzeniu: pierś. Śniadanie: koktajl (banan, awokado, jarmuż, kasza jaglana, odrobina mleka kokosowego, sok z połowy pomarańczy). Wypiła ok. pół szklanki; pierś. Przekąska: fasolka szparagowa (zjadła sporo, ok. pół miseczki); pierś. Obiad: ryba z parowaru, buraki i pomidorki, do tego kuskus (zjadła warzywa); pierś. Pierś do snu i w nocy.

Mamy tu chyba niezły obraz, jak działa BLW – rozmaitość posiłków, a dziewczynka wybiera sobie to, co jej pasuje, w dodatku chętnie je warzywa. Czy taki jadłospis można uznać za pełny?

Moim zdaniem zupełnie reprezentatywny dla 9-miesięczniaka na piersi i BLW. Widać, że mama dba o to, żeby dziecko dostawało wartościowe posiłki, widać, że mała zjada sporo porcji obiadowej, ale też z pozostałych posiłków wybiera to, co potrzebuje zjeść. Je jeszcze sporo mleka, ale to normalne w tym wieku.

Spotkałam się z uwagami dietetyków, że 9-miesięczne dziecko nie powinno już dostawać piersi w nocy. Sama uważam, że to dziwny pomysł. 

Ja też się spotykam z takimi uwagami, również np. ze strony pediatrów, ale mam wrażenie, że mówią to osoby, które nigdy nie karmiły dzieci piersią albo nie znają takich dzieci. Moim zdaniem nocne ssanie piersi nie niesie ze sobą żadnego ryzyka dla dziecka, najwyżej mama może cierpieć na ból pleców, jeżeli tych karmień jest bardzo dużo. Pewnie są takie sytuacje, kiedy dziecko udaje się odzwyczaić od nocnego karmienia, jeżeli ktoś tego bardzo chce, potrzebuje, to oczywiście da się to zrobić, ale myślę, że warto wiedzieć, że z punktu widzenia nauki o laktacji nie ma określonego wieku którym dziecko NIE POWINNO już ssać piersi w nocy. Więc jeżeli próbujecie odstawić nocne karmienia dlatego, że dziecko ma „już 4 miesiące” albo „już 9 miesięcy” i „… kazał” i jest to jedyny powód, to myślę że lepiej sobie odpuścić (śmiech). Dzieci karmione piersią budzą się w nocy, to normalne. Warto też wiedzieć, że w nocy mleko mamy jest szczególnie bogate w kwasy tłuszczowe, potrzebne do rozwoju układu nerwowego, mózgu, wzroku (m.in. te same kwasy tłuszczowe co w rybach) itd., więc dzieci budzą się częściej w nocy w okresach wzmożonego wzrostu (tzw. skok rozwojowy). Warto też karmić częściej w nocy, jeżeli dziecko słabo przybiera na wadze (mówię szczególnie o mniejszych niemowlętach).

Jaką wodę podajemy tak małym dzieciom? Czy przegotowana, przefiltrowana kranówa jest dobrą wodą? Jeśli kupujemy wodę w butelkach, czy musimy ją gotować?

Poleca się niskomineralizowaną wodę niegazowaną. Może być kupowana z butelki, nie musi być zagotowana. Może być kranowa z filtra, jeżeli filtr jest bardzo dobry to też nie trzeba jej gotować. Podobno w Polsce woda z kranu też nadaje się do picia, ale nie czuję się z tą informacją na tyle pewnie, żeby polecić podawanie niemowlętom i dzieciom wody z kranu (śmiech).

Jadłospis 3

Chłopiec, 18 miesięcy, karmiony mieszanką; aktywność średnia, bierze Omega Med, 13 kg (90 centyl) , 92 cm (nad siatką), alergia: seler, białko kurze, kakao, przyprawa typu vegeta.

  • Śniadanie: mleko Bebilon 3 z Pronutra – 210 ml. Drugie śniadanie: chleb pszenno-żytni z masłem i konfiturą truskawkową. Obiad: zupa jarzynowa. Podwieczorek: parówki wieprzowe z 90% mięsa; Kolacja: mleko Bebilon 3 – 150 ml. W ciągu dnia dziecko wypija około 500 ml soku z czarnego bzu.
  • Śniadanie: mleko Bebilon 3 z Pronutra – 210 ml. Drugie śniadanie: chleb pszenno-żytni z masłem i szynką w kotle gotowaną. Obiad: mięso z piersi kurczaka, ziemniaki. Podwieczorek: serek Danonek 90 g truskawka. Kolacja: mleko Bebilon 3 – 150 ml. W ciągu dnia dziecko wypija około 500 ml soku z czarnego bzu.
  • Śniadanie: mleko Bebilon 3 z Pronutra – 210 ml. Drugie śniadanie: chleb pszenno-żytni z masłem i konfiturą truskawkową. Obiad: zupa marchewkowa, sosik z mięsem z szynki i ziemniaki. Podwieczorek: deser budyniowy Nestle. Kolacja: mleko Bebilon 3 – 150 ml. W ciągu dnia dziecko wypija około 500 ml soku z czarnego bzu.

Widzę tu za dużo słodkiego, nie tylko owoce. I chyba ta dieta jest mało urozmaicona. Jestem przeciwniczką gotowych posiłków (zwłaszcza deserków) dla dzieci – czy codziennie jedna porcja takiego „fast foodu dla dzieci”, w której na pewno jest cukier, nie jest, mówiąc wprost, szkodliwy dla dziecka?

Chłopiec jest dużym dzieckiem (gabarytowo), wprawdzie brakuje mi kilku danych, żeby stwierdzić, czy to cecha osobnicza (np. jak duzi są rodzice? Jakie były przyrosty masy ciała wcześniej). Patrząc na jadłospis, mam obawy, że również to, co chłopiec je, ma wpływ na jego wzrost i masę ciała. W jadłospisie sporo jest cukru (konfitura, deserki, i sok!), bardzo mało jest warzyw, owoców i produktów zbożowych nieprzetworzonych. Na pewno zamieniłabym podwieczorki i w miejsce słodkich deserków podawała świeże owoce i/lub warzywa. Niepokoi mnie sok, pół litra dziennie to duża objętość, nie wiem wprawdzie, jaki jest skład tego produktu, ale myślę, że należałoby ograniczyć jego ilość do 100-150ml, zamiast tego do picia podawać zwykłą czystą wodę.

Dla pełnego obrazu brakuje mi jeszcze wielkości zjadanych posiłków.

Jadłospis 4

Dziewczynka, 32 miesiące, karmiona mieszanką mleczną; aktywność wysoka, dostaje witaminę D, 15 kg (85 centyl), 97 cm (85 centyl).

  • Śniadanie: 2 kromki białego chleba bez skórek z masłem, serem białym i miodem
    Drugie śniadanie: amarantus z bananem w proporcji 1:1. Obiad: naleśniki z dżemem domowego wyrobu 2-3 szt. Po drzemce: 240 ml mleka modyfikowanego Bebiko. Podwieczorek: kaszka BoboVita 160 ml
    Kolacja: resztki z dnia. Do picia: kompot z jabłek – 4 szklanki w ciągu dnia.
  • Śniadanie: 2 kromki chleba grahama bez skórek z masłem, ogórkiem i serem żółtym. Drugie śniadanie: pomidorki cherry (10 szt.) + rodzynki (7 szt.) + groszek ptysiowy (10 szt.). Obiad: zupa pomidorowa z ryżem i z jogurtem naturalnym – 12 dużych łyżek. Po drzemce: 240 ml mleka modyfikowanego Bebilon. Podwieczorek: biszkopty 7 szt. + deserek BoboVita ze słoiczka 200 mlPrzekąska: 2-3 kostki czekolady. Kolacja: resztki z dnia. Do picia: sok z malin wyrobu domowego – 4 szklanki w ciągu dnia.
  • Śniadanie: 2 kromki chleba grahama bez skórek z masłem i z serkiem homogenizowanym. Drugie śniadanie: mandarynka – 3 szt., śliwki – 5 szt., gruszka-1 szt. Obiad: ryba miruna mała z ziemniakami 1 szt. i brokułem 5 szt. Po drzemce: 240 ml mleka modyfikowanego Bebiko. Podwieczorek: ryż biały z gotowanym jabłkiem. Przekąska: deserek typu Monte. Kolacja: resztki z dnia. Do picia: sok BoboVita.

UWAGI:
– rano córka nie chce jeść śniadania,
– boi się próbować nowych rzeczy.

Tyle soku na dzień? Chyba warto zamienić go na wodę – może dziecko byłoby bardziej głodne rano i nie marudziło przy śniadaniach?

Sok na pewno bym ograniczyła. 100-150ml dziennie to maksymalna porcja. Soki, nawet jeżeli nie są dosładzane (pod warunkiem że wybieramy soki 100%), i tak zawierają sporo cukru naturalnie występującego w owocach – fruktozy, przy tym nie dostarczając wielu wartości odżywczych. Właściwie jest to słodycz w płynie. W tym jadłospisie, podobnie jak w poprzednim, jest sporo słodkiego napoju. Oprócz tego dziewczynka codziennie, a nawet kilka razy dziennie, zjada coś słodkiego: dżem, deserek, kaszkę, czekoladę.

Jakie miałabyś rady dla mamy?

Myślę, że warto te słodkości ograniczyć do np. dwóch porcji na tydzień (jeżeli dżem to najlepiej dżem słodzony zagęszczonym sokiem owocowym, bez dodatku cukru) ze słodzonej kaszki Bobovity zrezygnowałabym zupełnie, nie jest potrzebna w menu starszego dziecka, a jest to też źródło sporej ilości cukru, podobnie deserek typu Monte, czy budyń ze słoiczka. Tego typu produkty naprawdę należy traktować jak słodycze, nie jako element codziennej diety dziecka.

Patrząc na ten jadłospis, mam jeszcze jedno spostrzeżenie, dziewczynka zjada spore porcje. Oczywiście nie zalecam ograniczenia ilości jedzenia małemu dziecku, ale jeżeli maluch zjada tak dużo, to mam podejrzenie, że produkty zawierające cukier obecne w diecie mają znaczenie i wpływają na apetyt, pokręcając uczucie głodu (chodzi o regulację poziomu cukru we krwi).

Warzywa, domena publiczna, www.polona.pl

Warzywa, domena publiczna, www.polona.pl

Czy tak duże dziecko powinno wciąż pić mleko modyfikowane? 

Nie musi. Mogłoby dostawać po prostu mleko i przetwory mleczne lub jeżeli z jakiegoś powodu rodzina nie spożywa mleka krowiego, może być to mleko roślinne i przetwory. Tak naprawdę po pierwszych urodzinach, jeżeli dziecko nie jest karmione piersią, to nie musi dostawać mleka modyfikowanego. Oczywiście pod warunkiem, że jego dieta jest zbilansowana na tyle, żeby dziecko mogło zjadać produkty z różnych grup, również nabiał i produkty mleczne. Ale jeżeli chcemy podawać dziecku mleko modyfikowane, nie trzeba kupować mleka typu junior, może być to mleko z numerem 2.

CDN. – w przygotowaniu jadłospisy starszych dzieci.

Ilustracje, o ile nie są podpisane inaczej, pochodzą z domeny publicznej (www.polona.pl).

25 V2014

Rozmowy o żywieniu – dzieci karmione piersią w 2. i 3. r. ż.

by joanna

Przeszukałam internet tu i tam w poszukiwaniu informacji na temat żywienia dziecka po 12. roku miesiącu życia – dziecka karmionego piersią.  (O tym, co znalazłam: 7 moich karygodnych błędów żywieniowych). Mam wrażenie, że dla wszystkich autorytetów z poważnych instytucji karmienie piersią kończy się w 12. miesiącu życia dziecka, a potem idzie w ruch butelka z mieszanką albo – o zgrozo – mlekiem krowim.

Rozumiem, że kobiet karmiących powyżej roku jest kilka procent i bardziej opłaca się robić badania, analizy i poradniki dla tych, które rezygnują z podawana mleka naturalnego, lubią gotowe dania w słoiczkach i w ogóle gotowe rozwiązania.

Pomyślałam sobie jednak, że dla tych kilku procent zrobię coś dobrego i poprosiłam o pomoc Małgorzatę Jackowską, doulę, promotorkę karmienia piersią i żywieniowca. Dzięki zaangażowaniu Gosi (za co bardzo jej dziękuję) powstał poniższy tekst, który być może rozwieje kilka wątpliwości mam karmiących piersią „długo”, „bardzo długo” i „nie wiem jak bardzo to długo”.

GosiaJackowska

(więcej…)

14 IV2014

Szczepienia: w poszukiwaniu prawdy

by joanna

Są na ich temat tysiące publikacji, poddają się im miliony ludzi na całym świecie, niby wszystko jest w porządku, ale uparcie pojawiają się głosy o ich szkodliwości. Głosy, które środowisko medyczne piętnuje jako szkodliwą (dla świata) propagandę wrogów postępu medycyny i walki z epidemiami.

Zanim podejmę się tematu, który wpisuje się w profil bloga Organicznych, mianowicie – czy szczepienia są ekologiczne? – postanowiłam zacząć od nakreślenia tła, tzn. opisu sytuacji polskich rodziców wobec obowiązku szczepień. O pomoc poprosiłam Justynę Sochę z Ogólnopolskiego Stowarzyszenia Wiedzy o Szczepieniach STOP NOP – działaczkę społeczna dążącą do zmian w systemie szczepień po przykrych doświadczeniach z powikłaniami poszczepiennymi i przymusem szczepień, a prywatnie – mamą, która chce świadomie dbać o zdrowie dzieci, żyjąc bliżej natury.

szczepienie_1

Obowiązek

Dziś w Polsce kalendarz szczepień obowiązkowych obejmuje dzieci od pierwszego dnia życia i przez kolejne 19 lat. Pierwsze dwie szczepionki to BCG (przeciwgruźlicza) i WZW B (przeciw wirusowemu zapaleniu wątroby typu B). Dziecko dostaje je tak naprawdę chwilę po urodzeniu.

Kolejne szczepienia odbywają się przede wszystkim w ciągu 18 miesięcy życia dziecka (błonica, tężec, krztusiec, Hib, polio, odra, świnka, różyczka i kolejne dawki WZW B). Następne dawki podaje się w wieku 6, 10, 14 i 19 lat. To jeśli chodzi o szczepienia tzw. obowiązkowe. Są także szczepienia zalecane (np. przeciw rotawirusom, ospie wietrznej czy pneumokokom).

Obowiązek szczepień oznacza, że teoretycznie rodzice muszą przyprowadzać dzieci do przychodni i zgadzać się na przeprowadzenie szczepienia. W razie niespełnienia tego obowiązku opiekunowie są narażeni na nieprzyjemności i grzywnę. Wiele jednak wskazuje na to, że obowiązek szczepień jest niezgodny z konstytucyjnym prawem do nietykalności osobistej.

Justyna Socha tłumaczy dokładnie, jak wygląda faktyczny przebieg drogi administracyjno-prawnej w wypadku odmowy szczepień:

Wielu rodziców jest bezprawnie straszonych w placówkach służby zdrowia i przez sanepidy prawnymi konsekwencjami ich decyzji o rezygnacji ze szczepień, zaczynając od nękania telefonami, nachodzenie w domu, straszeniem karą grzywny, kończąc na grożeniu odebraniem praw rodzicielskich. Nie dotyczy to wszystkich sanepidów powiatowych w Polsce, są to głównie sanepidy bydgoskie, krakowskie, wielkopolskie i kilka pojedynczych powiatowych w Polsce. W wielu miejscach urzędnicy po prostu szanują decyzje rodziców dotyczące ich dzieci.

Wiadomo jednak, że dochodzi do sytuacji, gdy rodzice są pociągani do odpowiedzialności karnej – nakładano na nich grzywny (maksymalnie 5 000 zł).

Mamy wiele dowodów na to, że sanepidy nakładały grzywny bezprawnie, kilkadziesiąt wyroków sądowych z ostatnich kilku lat. Najpierw urzędy powoływały się na Kodeks Postępowania Administracyjnego, te sprawy zostały przegrane. Następnie sanepidy zaczęły powoływać się na Ustawę o egzekucji w administracji, co trwało ok. dwóch lat, kiedy to wyrok NSA w sierpniu 2013 r. podważył tę ścieżkę i to również okazało się bezprawne. Teraz zaczęto przekazywać sprawę do wojewodów i w tej chwili urzędnicy w trzech województwach próbują nakładać kary tym trybem (kujawsko-pomorskie, wielkopolskie i podlaskie). Poszły już kolejne odwołania i przypuszczalnie będzie to taka sama kilkuletnia walka o uznanie stanu prawnego.

Obok walki o pieniądze bronią bywa walka psychologiczna. Nie szczepisz? Nie nadajesz się na rodzica.

Pojedyncze sprawy w sądach rodzinnych były zawsze rozstrzygane na korzyść rodziców, a Sąd Rejonowy w Koninie orzekł, że sąd rodzinny nie ma prawa nakazywać szczepień

– mówi Justyna Socha. Na pytanie, skąd w Polsce tak mocny nacisk na ścisłe wypełnianie kalendarza wakcynologcznego odpowiada:

Obowiązek szczepień to totalitarne podejście do obywateli, będące spadkiem po poprzednim ustroju. To na rodziców spada cała odpowiedzialność za zdrowie dziecka

– dodaje. I tu zaczyna się temat powikłań poszczepiennych, który jest kością niezgody między personelem medycznym a rodzicami, którzy nie chcą szczepić swoich dzieci.

szczepienie_3

Dlaczego nie szczepisz?

Decyzja rodziców o odroczeniu, zaniechaniu lub niepodejmowaniu szczepień u dziecka to temat niezwykle złożony. Nie można mówić o jednej przyczynie unikania szczepień. Nacisk na rodziców jest tak mocny, że zdecydowanie łatwiej jest iść utartą drogą, zgodnie z wytycznymi lekarzy. Jeśli ktoś nie zgadza się na podawanie dziecku szczepionki, z pewnością nie jest to decyzja podjęta ad hoc. Do najważniejszych przyczyn należą:

  • świadomość, że szczepionki są potencjalnie niebezpieczne; w ich ulotkach można przeczytać spis ewentualnych powikłań poszczepiennych, wśród których znajdują się m.in. ciężkie uszkodzenie mózgu czy zgon (tylko że tych ulotek nie pokazuje się rodzicom),
  • świadomość, że:
    • choroby, przeciw którym podawane są szczepionki, dla większości nie są aż tak groźne, jak głosi propaganda środowiska lekarskiego (są oczywiście grupy ryzyka);
    • umieralność na choroby, przeciw którym prowadzi się masowe szczepienia, spadła wielokrotnie, zanim wprowadzono program szczepień masowych (m.in. dzięki wzrostowi higieny);
    • wiele z tych chorób w dzisiejszej postaci jest z kolei odpornych na szczepionki, których receptura nie zmieniła się od lat;
    • wiele szczepionek nie chroni przed chorobami w 100%, czasem nie daje żadnej odporności, czasem daje odporność chwilową, a czasem wywołuje chorobę.
    • niezgoda na odgórne „zarządzanie” zdrowiem dziecka – rodzice uważają, że dziecko nie należy do państwa i państwo polskie nie może narzucać sposobu leczenia czy profilaktyki zdrowotnej u swoich obywateli,
    • złe doświadczenia poszczepienne – u swoich dzieci lub dzieci znajomych czy w rodzinie,
    • brak indywidualnego podejścia do dziecka, wysoka „wyszczepialność” jest stawiana ponad dobro jednostki,
    • wiedza na temat składu szczepionek – dotyczy to zarówno rtęci (tiomersal), jak i komórek pochodzenia zwierzęcego (białko krowie, białko kurze), a nawet ludzkiego – w grę wchodzą więc czynniki etyczne (weganizm, religia zabraniająca wykorzystywanie komórek pochodzenia ludzkiego), jak i czysto medyczne, gdy wiadomo, że dziecko może być lub jest alergikiem nietolerującym np. białka krowiego.

Antyszczepionkowcy?

„Ruch antyszczepionkowy” to bardzo modne dziś hasło określające grupę osób przeciwstawiających się obowiązkowi szczepień – nie tylko w Polsce. Wrzuca się do jednego worka wszystkich, którzy odważają się mówić co innego, niż jest przyjęte słyszeć od rodziców małych dzieci na temat kalendarza wakcynologicznego. Dopóki są to tylko wątpliwości („Słyszałam/em, że szczepionki mogą szkodzić” – mówi matka w przychodni, lekarz z pobłażliwym uśmiechem wyjaśnia: „Ależ proszę pani, ryzyko jest niewielkie, a na odrę można umrzeć” itd.), lekarze włączają tryb łagodnej, ale stanowczej perswazji. Chodzi o to, aby wzbudzić w rodzicach poczucie winy, że chcą pozbawić dziecka najlepszej ochrony przed groźnymi chorobami. Kiedy jednak opiekunowie są pewni swego i odmawiają zgody na szczepienia, tryb zmienia się na awaryjny i robi się nieprzyjemnie, czasem groźnie.

W naszym kraju odmowa szczepień może wiązać się z presją w gabinecie ze strony lekarza i pielęgniarki, np. straszenie śmiercią  dziecka, poniżanie, zmuszanie do podpisania nieprawdziwych oświadczeń i wiążąca się z tym bezprawna odmowa wydania recepty czy skierowania do specjalisty, co Ministerstwo Zdrowia poleca kierować do organów ścigania

– mówi Justyna Socha.

Zamiast mieć szansę na uczciwą rozmowę o plusach i minusach podania szczepionki czy przeanalizowanie wspólnie ulotki informacyjnej, rodzice już w szpitalu muszą w jednej chwili, tuż po pojawieniu się na świecie nowego człowieka, natychmiast wyrazić zgodę na szczepienie i podanie witaminy K.

Ogólnopolskie Stowarzyszenie Wiedzy o Szczepieniach STOP NOP, które reprezentuję, jest za pełną informacją o szczepieniach, również o ich ryzyku, oraz za wolnością wyboru. Tylko po uzyskaniu takich informacji pacjenci i opiekunowie prawni najmłodszych pacjentów – dzieci – mogą podjąć świadomą decyzję i wyrazić zgodę lub odmówić tego zabiegu medycznego (gwarantują nam to prawa pacjenta i jest to tzw. świadoma zgoda). Bez tego można uznać, że zabieg zostanie wykonany nielegalnie

– mówi Justyna Socha. Stowarzyszenie, o którym mowa, walczy o zmianę podejścia przedmiotowego podejścia do pacjentów:

Nie chcemy nikomu odbierać wyboru, ale to nam go odebrano i nie będziemy się z tym biernie godzić, dlatego dążymy do zmiany prawa. Konsekwencje decyzji dotyczących szczepień ponosi tylko rodzic i solidarność społeczna, której oczekuje się od nas, gdy szczepimy swoje dzieci, kończy się w momencie wystąpienia powikłań.

O powikłaniach poszczepiennych napiszę już wkrótce.

szczepienie_2

Czy jest o co kruszyć kopie?

Środowisko lekarskie bardzo nie lubi, kiedy podważa się jego autorytet, a szczególnie wrażliwe jest na punkcie wypełniania zaleceń popartych różnymi dyrektywami. Można przypuszczać, że dużą rolę odgrywa tu strach przed konsekwencjami, ale sporo lekarzy naprawdę wierzy, że tylko posłuszne podążanie za odgórnymi rozporządzeniami pozwoli uratować tysiące istnień przed śmiercią czy kalectwem.

Nieszczepiący rodzice często są straszeni widmem ryzyka epidemii, która ma wybuchnąć przez ich nieszczepione dzieci. W Polsce mamy bardzo wysoką wyszczepialność dzieci dochodzącą do 99%, na tle pozostałych krajów europejskich wręcz rekordową, więc zagrożenie, które jakoby ma z tego wynikać, jest bardzo niewielkie. Po drugie w krajach zachodnich, gdzie nie ma obowiązku szczepień, też jest wysoka wyszczepialność

– mówi Justyna Socha i dodaje:

Osoby dorosłe w Polsce nie są zaszczepione [według dzisiejszego kalendarza szczepień], więc trudno mówić o odpowiedzialności społecznej czy odporności zbiorowiskowej, kiedy tak duża grupa społeczna nie ma tak naprawdę żadnej odporności poszczepiennej, a skuteczność większości szczepionek przez samych producentów określono na kilka do kilkunastu lat. Bardzo nas intryguje, czy urzędnicy przymuszający do szczepień oraz zwolennicy szczepienia cudzych dzieci są zaszczepieni wszystkimi preparatami z aktualnego kalendarza szczepień, który rośnie z roku na rok. Niestety dorośli przerzucają całą odpowiedzialność na maleńkie dzieci, które ponoszą tego konsekwencje i mają powikłania poszczepienne.

Obowiązek i odpowiedzialność

Skoro państwo polskie narzuca obywatelom program szczepień, uczciwie byłoby, gdyby brało również odpowiedzialność za wszystkie szkody, które wynikają z tego obowiązku. Niestety, wydaje się, że w Polsce panuje wszechobecna zgoda na bagatelizowanie związków szczepień z często groźnymi powikłaniami.

Nie ma żadnych odszkodowań i żadnego systemu dbania o rodziny, w których dzieci doświadczyły niepożądanych odczynów poszczepiennych (NOP). Są to rodziny, które uchylają się od szczepień i mają dużo determinacji, żeby zmagać się z bezprawnymi szykanami niektórych wybranych sanepidów, są to są rodziny, które nie sprzedadzą swojego dziecka za 420  czy 500 zł (to kwoty nakładanych najczęściej grzywien), ani za żadną inną kwotę. To są osoby, które słuchały lekarzy, które słuchały urzędników i szczepiły swoje dzieci do czasu i stąd wzięły się u nich powikłania

– mówi Justyna Socha.

Czy pacjent ma prawo do pełnej informacji na temat tak inwazyjnych zabiegów, jakimi są szczepienia? Myślę, że każdy przyzna, że taka informacja jest podstawowym, niekwestionowanym przywilejem pacjenta. Problem w tym, że pacjenci po prostu ufają lekarzom (w założeniu przecież lekarz wie lepiej, co jest dobre dla naszego zdrowia), którzy często sami nie mają wystarczającej i aktualnej wiedzy na temat szczepień.

Zadajemy pytanie, dlaczego lekarze czerpią wiedzę głównie z badań prowadzonych na zlecenie i za pieniądze producentów szczepionek. Właściwie brak niezależnych informacji na ten temat, a konferencje, na których lekarze zdobywają kolejne, również są organizowane za pieniądze koncernów (mechanizmy te doskonale opisuje materiał z programu „Superwizjer” „Rynek farmaceutyczny i jego tajemnice” ).

To wszystko jest dopiero wierzchołkiem góry lodowej. W grę wchodzi kilka, a może i kilkanaście bardzo trudnych tematów, takich jak prawo rodziców do decydowania o szczepieniach, prawo do pełnego dostępu do informacji na temat zagrożeń wiążących się z danymi preparatami, nacisk środowiska lekarskiego na opiekunów małych dzieci – stosowanie środków socjotechnicznych, aby wywołać w rodzicach lęk i poczucie winy, gigantyczny przemysł szczepionkowy dotowany przez państwo, trudności w udowadnianiu niepożądanych odczynów poszczepiennych… Jeśli opiekunowie postępują zgodnie z wytycznymi lekarzy, dopóki ich dziecko jest zdrowe, nie zdają sobie sprawy z istnienia tych zagadnień. Dopiero kiedy coś dzieje się inaczej, niż powinno, a lekarze rozkładają bezradnie ręce, próbuje się dotrzeć do niełatwo dostępnej prawdy.

W następnym wpisie poświęconym szczepieniom opowiem Wam, jak wygląda nasza (na szczęście bez powikłań) historia ze szczepieniami i odmową ich wykonywania. Opiszę także dokładniej, czym są NOP-y.

Dziękuję Justynie Sosze za pomoc i obszerne wypowiedzi na potrzeby tego tekstu.

Więcej informacji na temat szczepień, nieszczepienia i NOP-ów znajdziecie tu:

www.stopnop.pl

https://www.facebook.com/stowarzyszeniestopnop?fref=ts

Zapomniane i ignorowane fakty o szczepieniach: http://faktyoszczepieniach.wordpress.com/

Książka „Szczepienia w pytaniach i odpowiedziach dla myślących rodziców” dr Aleksander Kotok

Ulotki i skład szczepionek: http://www.stopnop.pl/szczepionki/75-ulotki-i-sklad-szczepionek

Szczepionki z aborcji: http://www.dobreszczepionki.pl/

Ciąg dalszy nastąpi.

14 III2014

Zanim kupisz pieluchy jednorazowe, przeczytaj…

by joanna

…co jest napisane na ich opakowaniu.

Przeczytaj także: Ekologiczne pieluszki jednorazowe: przewodnik, ranking, test

Przeczytaj także: Ekodylematy: czy jednorazówki są tak złe, jak mówią?

Skład? Atesty? Certyfikaty?

Kiedy pisałam tekst o składzie zwykłych pieluch jednorazowych, okazało się, że producenci mogą po prostu odmówić podania listy składników, zasłaniając się tajemnicą handlową. Przyznaję, że trochę ścierpła mi skóra. Czy to znaczy, że pieluszki jednorazowe, które zakłada się między innymi jednodniowym noworodkom, szczególnie wrażliwym wcześniakom czy wszelkiego rodzaju małym alergikom na gołe ciało, przykrywając powierzchnię całej pupy, narządów rodnych, delikatnych pachwin i podbrzusza, mogą być wyprodukowane według tajemniczej receptury producenta, spakowane, lakonicznie opisane i po prostu sprzedawane?

pieluszki_s_1

Na szczęście są pewne normy prawne (o nich niżej), które narzucają standardy jakości produktów. Przepisy są jednak bardzo ogólne. Oczywiście, wszystkim producentom pieluszek jednorazowych zależy na tym, aby ich produkt spełniał nie tylko obostrzenia prawne, ale także oczekiwania rodziców. A czego oczekują mamy, które wybierają pieluszki jednorazowe? (Też byłam taką mamą). Że pielucha będzie tania, chłonna, szczelna, nic się w niej nie odparzy, a wygodne rzepy będą trzymały ją na miejscu. (Wszystkie wynalazki typu miernik stopnia zasikania pozostawiam bez komentarza).

pieluszki_s_2

Jak już pisałam, skład pieluszek można do pewnego stopnia określić – nie wygląda szczególnie zachęcająco, zwłaszcza pod względem ochrony środowiska. Bielenie chlorem celulozy może pozostawiać szkodliwe substancje wewnątrz pieluchy. Temperatura wewnątrz pakunku może przegrzewać jądra chłopców. Rozkład jednorazówki na wysypisku może trwać do 1000 lat i powoduje emisję gazów cieplarnianych. I tak dalej…

Najbardziej interesowało mnie jednak, czy naprawdę można wyprodukować pieluszkę z dowolnego materiału i sprzedawać ją jako produkt dla niemowląt. Zadałam pytanie o dopuszczenie do obrotu pieluszek jednorazowych dla dzieci kolejno: Federację Konsumentów, Centrum E-porad (Stowarzyszenie Konsumentów Polskich), Wojewódzki Inspektorat Inspekcji Handlowej w Warszawie oraz Państwowy Zakład Higieny (jako jedyny nie odpisał). Interesowało mnie przede wszystkim, czy producenci naprawdę nie są zobligowani do ujawniania składu pieluszek na żądanie konsumenta i jakie kryteria muszą spełniać te produkty, aby mogły być sprzedawane w Polsce.

Dodatkowo zapytałam Instytut Matki i Dziecka w Warszawie o zasady przyznawania produktom pozytywnej opinii IMiD.

Pieluchy jak szczoteczki

Zacznijmy od tego, czym pieluchy nie są. Dzięki uprzejmej odpowiedzi Stowarzyszenia Konsumentów Polskich dowiedziałam się, że pieluszki dla dzieci nie są wyrobem medycznym, choć ich definicja jest zbliżona do takiego wyrobu. Podobnie jak szczoteczki do zębów są wyrobem kosmetycznym i przez to nie podlegają dyrektywie MDD (Medical Device Directive – 93/42/EEC), która dotyczy wyrobów medycznych, w polskim prawie: wyrobów medycznych do różnego przeznaczenia, ani ustawie z dnia 20 maja 2010 r. o wyrobach medycznych. Przez to producent nie jest zobowiązany do ujawniania składu produktu na opakowaniu lub na żądanie klienta, jeśli jest to tajemnica handlowa (tajemnicą handlową zasłania się m.in. firma Procter & Gamble).

Kontrola

Kontrolę nad produktami, które są dostępne w sprzedaży, sprawuje Inspekcja Handlowa (art. 3 ust. 1 i 2 ustawy z dnia 15 grudnia 2000 r.). Do jej obowiązków należy m.in. kontrola produktów w rozumieniu ustawy z dnia 12 grudnia 2003 r. o ogólnym bezpieczeństwie produktów (Dz. U. z 2003 r. Nr 229, poz. 2275, ze zm.) w zakresie spełniania ogólnych wymagań dotyczących bezpieczeństwa. W ustawie czytamy:

Art. 4.

1. Produktem bezpiecznym jest produkt, który w zwykłych lub w innych, dających się w sposób uzasadniony przewidzieć, warunkach jego używania, z uwzględnieniem czasu korzystania z produktu, a także, w zależności od rodzaju produktu, sposobu uruchomienia oraz wymogów instalacji i konserwacji, nie stwarza żadnego zagrożenia dla konsumentów lub stwarza znikome zagrożenie, dające się pogodzić z jego zwykłym używaniem i uwzględniające wysoki poziom wymagań dotyczących ochrony zdrowia i życia ludzkiego.

Wojewódzki Inspektorat Inspekcji Handlowej w odpowiedzi na moje pytanie również powołał się na tę ustawę. Dowiedziałam się również, że obowiązujące przepisy prawa nie określają szczegółowych wymagań dotyczących oznakowania pieluch jednorazowych dla dzieci.

Pozytywnie: IMiD

Po uzyskaniu tych informacji moje wnioski były następujące: pieluszki jednorazowe nie są produktem wyjątkowym, nie obowiązują wobec nich żadne szczegółowe przepisy, a jedynie ogólne wytyczne na temat bezpieczeństwa produktu (producent może sprzedawać produkty niebezpieczne – głosi ustawa – o ile je odpowiednio oznakuje). Nie widziałam opakowania pieluch z ostrzeżeniem, że nie nadają się do jedzenia albo że nie należy zakładać ich niemowlęciu na głowę (nie, nie, to żart, jeszcze nie mieszkamy w Stanach Zjednoczonych).

Producenci starają się jakoś wyróżnić, aby do tych – na mój gust – liberalnych przepisów dodać dodatkowe obostrzenia i zdobyć najróżniejsze certyfikaty. Jednym z takich dodatkowych oznaczeń na opakowaniu jest logo Instytutu Matki i Dziecka z napisem „Pozytywna opinia”. Co ona właściwie oznacza? Dzięki Aleksandrze Świebodzie, kierownikowi Działu Ocen i Rozwoju Współpracy IMiD, uzyskałam sporo informacji na temat wydawania takiej opinii przez Instytut.

Producent pieluch ubiegający się o pozytywną opinię zwraca się do Instytutu z prośbą o wydanie tej opinii, a IMiD przeprowadza własne testy i analizuje produkt pod różnymi kątami. Aby uzyskać pozytywną opinię Instytutu Matki i Dziecka, produkt musi mieć wymagane cechy bezpieczeństwa ogólnego oraz bezpieczeństwa rozwojowego i zdrowotnego – czyli spełniać kryteria techniczne dotyczące jakości materiałów czy konstrukcji oraz być dopasowany do wieku dziecka i uwzględniać jego harmonijny rozwój.

Merytoryczną podstawę wydawanych przez Instytut opinii stanowią aktualne przepisy prawa obowiązujące w Polsce oraz w Unii Europejskiej, standardy medyczne i zalecenia dotyczące niemowląt, dzieci, kobiet w okresie ciąży i laktacji, wytyczne konsultanta krajowego do spraw pediatrii i neonatologii oraz towarzystw pediatrycznych, a także zobiektywizowane wyniki badań naukowych

– powiedziała mi Aleksandra Świeboda. Następnie opisała etapy przygotowywania opinii. Najpierw Instytut zapoznaje się z dokumentacją dostarczoną przez producenta, którą analizuje, biorąc pod uwagę opinie ekspertów medycyny wieku rozwojowego i farmakologii. W dokumentacji muszą znaleźć się m.in. informacje na temat jakości i pochodzenia użytych surowców i procesu produkcji oraz wiarygodne wyniki badań laboratoryjnych, które potwierdzają te informacje, i dokumenty potwierdzające zgodność produktu z obowiązującymi przepisami, w tym z normą zabawkową w zakresie migracji określonych pierwiastków oraz Rozporządzeniem Parlamentu Europejskiego i Rady (WE) nr 1907/2006 w sprawie rejestracji, oceny, udzielania zezwoleń i stosowanych ograniczeń w zakresie chemikaliów (REACH) z późniejszymi zmianami.

Jeśli produkt przejdzie ten etap pozytywnie, Instytut przeprowadza test praktyczny. W wypadku pieluszek wygląda to tak:

 Badania użytkowe pieluszek sprawdzają, czy pieluszki są dobrze dopasowane, czy nie obcierają wrażliwej skóry dzieci w pachwinach, czy wkład zmoczony nie przemieszcza się, czy zapięcia są skuteczne, czy gumki okalające uda nie uciskają za bardzo, czy są skuteczne i nie powstaje moczenie bielizny, czy dziecko jest skutecznie zabezpieczone przed zmoczeniem w różnych przedziałach czasowych, także w nocy itp. Sprawdzamy, czy produkt nie drażni skóry osłoniętej pieluszką.

Co ciekawe, pieluszki jednorazowe są porównywane m.in. do pieluch tetrowych wypranych w płatkach mydlanych, które stanowią pewien standard. Miło to wiedzieć!

Instytut Matki i Dziecka

Testy są prowadzone głównie w samym Instytucie – wykorzystuje on zaplecze szpitalne, gdzie przebywają dzieci w różnym wieku, także te szczególnie wrażliwe jak. np. wcześniaki. Nad badaniami czuwa personel medyczny, w tym lekarze specjaliści. Odbywa się to oczywiście za zgodą rodziców dzieci i z ich udziałem.

Po wykonanych testach powstaje protokół i jeśli badanie produktu przebiegło pomyślnie, wydawana jest pozytywna opinia na okres trzech lat (pod warunkiem, że produkt będzie miał stały skład). W tym czasie IMiD przyjmuje ewentualne uwagi od rodziców, czy produkt spełnia ich oczekiwania.

Podsumowując: Instytut Matki i Dziecka na życzenie producenta np. pieluszek jednorazowych oraz na jego koszt przeprowadza analizę dokumentacji produktu dostarczonej przez producenta oraz testy praktyczne. Pozytywna opinia jest wydawana po weryfikacji merytorycznej wyników badań laboratoryjnych dostarczonych przez producenta i po pomyślnych testach na żywych pupach dzieci, oba etapy przebiegają pod okiem specjalistów z konkretnych dziedzin.

Instytut Matki i Dziecka nie przeprowadza samodzielnie badań laboratoryjnych nad jakością, składem czy zgodnością dokumentacji ze stanem faktycznym pod względem składu pieluch jednorazowych. Domyślam się, że takie badania są bardzo drogie i czasochłonne, przez co uzyskanie rekomendacji IMiD byłoby znacznie trudniejsze – zarówno pod względem kosztów, jak i faktycznego spełnienia norm. W tej chwili odpowiedzialność za produkt ciąży wyłącznie na producencie i to on ma obowiązek wykonać wszystkie badania laboratoryjne. W moim mniemaniu pozostaje więc kwestią zaufania sprawa wiarygodności wszystkich dokumentów dotyczących składu czy jakości materiałów. Aleksandra Świeboda podkreśla, że wszystkie wyniki badań, które są brane pod uwagę podczas pozyskiwania opinii, pochodzą z certyfikowanych laboratoriów i nie ma podstaw, aby je podważać. Mam nadzieję!

PZH

Państwowy Zakład Higieny – dziś Narodowy Instytut Zdrowia Publicznego – także wydaje swoje certyfikaty. Choć nie udało mi się otrzymać bezpośrednich odpowiedzi na moje pytania, na swojej stronie internetowej PZH zamieszcza ogólne zasady przyznawania atestów, razem z cennikiem.

pzh

Logo „Produkt z Atestem” informuje konsumentów, że eksperci PZH ocenili produkt pod względem składu chemicznego i stwierdzili, że nie ma on negatywnego wpływu na zdrowie użytkowników. Bezpieczeństwo produktu jest sprawą kluczową dla konsumentów, dlatego Państwowy Zakład Higieny zdecydował się prowadzić program „Produkt z Atestem”.

Tak więc, jeśli na pieluszkach znajduje się numer atestu PZH, to oznacza, że produkt pozytywnie przeszedł kontrolę Państwowego Zakładu Higieny. Na czym polega taka kontrola, mogę się domyślać, że wygląda to podobnie jak w wypadku IMiD. W cenniku na stronie NIZP-PZH widzimy wyszczególnioną pozycję:

cennik_PZH

No cóż, wielka szkoda, że tak mało wiemy o tym, kim są ci pracownicy Zakładu, którzy opiniują produkty. Pewne jest jedno: na podstawie informacji ze strony WWW NIZP-PZH jasno wynika, że nie robią oni żadnych własnych badań laboratoryjnych ani testów praktycznych. Specjaliści opierają się na dokumentacji dostarczonej przez producenta, którą analizują według swojej wiedzy i standardów toksykologicznych.

Jeśli się mylę i PZH wykonuje jakieś badania na próbkach produktów, to oczywiście zwracam honor.

Jeśli się nie mylę, to dla mnie taki atest jest niewiele wart (a konkretnie 2 tys. zł za ekspertyzę i 4 tys. zł za użycie logo PZH).

Wyniki kolejnego etapu śledztwa pieluchowego

To nie koniec moich dociekań na temat pieluch i ich wyboru. Dotarłam do tych informacji, które miały mnie uspokoić, że pieluszki jednorazowe dla dzieci są produktem specjalnym, pod szczególnym nadzorem i podlegają dodatkowym kontrolom. Z przykrością stwierdzam, że ani prawo – polskie i europejskie – ani dobry zwyczaj nie zapewnia konsumentom pełnej wiedzy o produkcie, który ma styczność z najmłodszymi obywatelami. Jeśli ktoś przeczyta odpowiednie dyrektywy unijne i rozporządzenia, może mieć pewne pojęcie, jakie są standardy bezpieczeństwa, które produkt musi spełniać (obecność metali ciężkich w pieluchach jest faktem, choć ich ilość raczej nie zagraża bezpieczeństwu dzieci). Szkoda, że tak trudno dotrzeć do tych wszystkich informacji.

Osobnym zagadnieniem są atesty, przyznawane produktom przez niezależne instytucje, o ile produkty te spełniają konkretne wymagania. Najbardziej znane to oczywiście „Pozytywna opinia Instytutu Matki i Dziecka” oraz Atest NIZP-PZH. Logo obu instytucji na opakowaniu pieluch jest sygnałem, że mamy do czynienia z produktem, który pod lupę wzięło więcej osób niż bywa to przy innych produktach – i że w większości produkt zyskał przychylna opinię ekspertów. W wypadku logo IMiD na pieluchach możemy mieć pewność, że w ich sprawie wypowiedziały się pupy niemowląt. W wypadku PZH – nie mam pojęcia, czyje pupy sprawdzały wygodę jednorazówki…

Przekornie i przezornie

Piszę to wszystko z pewną przekorą, ponieważ mam ograniczone zaufanie do pieluszek jednorazowych. Oraz do standardów prawnych. A nawet do certyfikatów. Mam wielką nadzieję, że pieluszki jednorazowe nie są szkodliwe, ale niestety, mój instynkt mówi mi coś innego. Zawiłe normy prawne, brak jasnej deklaracji producenta, co jest w pieluszce, lata używania i porównanie z pieluchowaniem wielorazowym – wszystko to skłania mnie do uważnego przyglądania się tematowi.

Jedno jest pewne – trzeba sprawdzać, co jest napisane na opakowaniu produktu, który kupujemy. Każdy atest, certyfikat, każda rekomendacja mogą nam coś powiedzieć o samym produkcie – o ile oczywiście wiemy, z czym dane logo się wiąże.

Ciąg dalszy na pewno nastąpi!

05 I2014

Pytania o weganizm: rozmowa z Katarzyną Biernacką

by joanna

Odkąd przeczytałam książkę „Jeść przyzwoicie” Karen Duve, moje wyobrażenie o istnieniu świata szczęśliwych kur/krów legło w gruzach. Autorka brała udział w akcjach uwalniania drobiu z ferm i przy tej okazji mogła porównać, jak wygląda chów klatkowy z chowem ekologicznym. Co z tego, że ptaki mają wolny wybieg, skoro kur są tysiące i do wyjścia z kurnika przedostanie się może kilkaset? (Według zapewnień pewnego polskiego hodowcy zielononóżek jego kury mają łatwy dostęp do kilku wyjść z kurnika, „a ile z nich z tego korzysta – nikt nie sprawdza” – śmiał się nieco z mojego pytania).

A krowy z logo Demeter – czyż nie są tak samo wykorzystywane do produkcji mleka jak te „przemysłowe”?

wymiona

Krowie mleko tylko dla cieląt?

To oczywiście nie koniec rozterek. Mięso, nabiał, produkty skórzane oraz odzwierzęce – to wszystko jest częścią naszej codzienności, kultury. Podobnie jak dzikie zwierzęta w cyrku czy zoo.

Wierzę, że ludzie nie są z gruntu źli i dzisiejszy świat wygląda jak wygląda, bo ludzie są nieświadomi cierpienia, które istnieje za murami ferm. Łańcuch towarowo-usługowy jest tak długi, że konsument – odseparowany od pierwotnego produktu – nie ma pojęcia, jak wygląda hodowla zwierząt.­­ Ale to się – powoli, bo powoli – zmienia.

1404471_10151999255749140_1823725929_o

Empatia

Stowarzyszenie Empatia jest organizacją działającą na rzecz upowszechniania wiedzy na temat weganizmu, w praktyce jego członkowie zajmują się również edukowaniem społeczeństwa w zakresie praw zwierząt. Weganizm jest przecież świadomym wyborem wynikającym z decyzji, będącej z kolei konsekwencją wiedzy. Idea niejedzenia produktów pochodzenia zwierzęcego (w tym miodu), nienoszenia ubrań pochodzenia zwierzęcego (w tym wełny), nieużywanie kosmetyków testowanych na zwierzętach lub zawierających składniki pochodzenia zwierzęcego (w tym wosk pszczeli i lanolina) opiera się na założeniu, że krzywdzenie zwierząt  (zadawanie im cierpienia i zabijanie) nie jest usprawiedliwione, gdyż – przeciwnie do lwa zabijającego gazelę na sawannie – mamy możliwość wyboru.

1461808_10152033675919140_1093089760_n

Porozmawiałam na ten temat z Katarzyną Biernacką ze Stowarzyszenia Empatia, przez kilka lat jego prezeską, dziś członkinią zarządu. – Nazwa naszego stowarzyszenia mówi sama za siebie, chcemy wzbudzać empatię wobec innych istot, nie tylko ludzi, ale także zwierząt pozaludzkich, szczególnie tych hodowanych na mięso, mleko czy jajka. Nasze działania są skierowane na konsumentów, uświadamiamy tych, którzy kupują, nie zajmujemy się hodowcami. Staramy się także oddziaływać na polskie prawo. W tej chwili jest szansa na nowelizację ustawy o ochronie zwierząt, która wyeliminowałaby hodowle zwierząt na futra, a także wykorzystywanie zwierząt w cyrkach w naszym kraju.

Dzikie, domowe i te trzecie

– Choć w artykule 1. Ustawy o ochronie zwierząt jest zapisane: „zwierzę nie jest rzeczą”, to tak naprawdę mało kto myśli o tych zwierzętach, które hodujemy i systematycznie zabijamy – mówi Kasia Biernacka. – Zajmujemy się naszymi domowymi pupilami, przywiązujemy się do nich, dbamy o nie, myślimy o ich potrzebach i rozumiemy ich uczucia. Ale te zwierzęta, które przychodzą na świat, aby spełnić nasze zachcianki i umrzeć, nie mieszczą się w naszym wyobrażeniu istot, które tak samo czują, myślą, chcą żyć, jak nasi domowi ulubieńcy. Tak jak widzimy pewne podobieństwo między nami a kotami czy psami, tak odmawiamy tego podobieństwa – zdolności do myślenia, emocji, odczuwania cierpienia – zwierzętom, które rodzą się, aby stać się produktem.

171

Rzeczywiście, myślę sobie, że wiele osób wzrusza się losem bezdomnego kotka czy pieska, może nawet interesuje się ginącymi gatunkami w Puszczy Amazońskiej czy Afryce, ale hodowla przemysłowa zwierząt jest mało atrakcyjna jako temat rozmyślań. W końcu wydaje nam się, że krowy czy kury raczej nie wyginą, mają swoje „domy” i głodne nie chodzą. Kasia Biernacka przeciwstawia się tym stereotypom: – Szczególnie w hodowli przemysłowej miejsce, gdzie zwierzęta mieszkają – np. kury w klatkach czy świnie przebywające ogromną część życia w kojcach porodowych – trudno nazwać „domem”. Z jedzeniem też jest różnie, szczególnie w wypadku chowu małych zwierząt, takich jak kury czy norki, spada znaczenie pojedynczego zwierzęcia, bo jego cena była niska, a zastąpienie kolejnym zwierzęciem też nie będzie kosztowne. Do tego, w jednej fermie mamy parę do parudziesięciu tysięcy zwierząt i parę osób z obsługi – w takich warunkach opieka weterynaryjna to czysta fikcja, nie tylko dlatego, że się nie opłaca, ale dlatego, że po prostu nie da rady obsłużyć tych wszystkich zwierząt. Tak więc zwierzęta chorują (pilnuje się głównie profilaktyki chorób wirusowych, żeby całe stado nie umarło, bo to faktycznie byłby szok ekonomiczny dla właściciela), a niektóre choroby mogą uniemożliwić jedzenie. Przycinanie dziobów kurom, żeby się nie dziobały w tłoku, to okaleczenie, które nieraz wiąże się z trudnością w pobieraniu pokarmu albo chronicznym bólem, który zniechęca do pobierania pokarmu.

Pytam Kasi, skąd się bierze takie myślenie, że zwierzęta hodowlane nie potrzebują naszej pomocy.

– Jest duża zasłona informacyjna. Wielu rzeczy po prostu nie wiemy, 99% ludzi nie było na fermie i nie wie, jak to wygląda. Ludzie nie oglądają zakładów produkcyjnych, w dodatku mamy w sobie taką ufność do cywilizacji – wierzymy, że jest czymś dobrym i nie dopuszcza do złych rzeczy. A przecież w Polsce dopiero niedawno wprowadzono zakaz bicia dzieci!

No tak, do tego 40% Polaków dalej sądzi, że bicie dzieci jest dobre.

82

To moja prywatna sprawa

Ludzie uważają, że tak jak chowanie potomstwa jest sprawą prywatną, tak i w traktowanie zwierząt nie powinien wtrącać się nikt z zewnątrz. Tymczasem z wielu powodów tak nie jest.

– Weźmy choćby fermy, gdzie hoduje się zwierzęta na futra– mówi Kasia. – Pierwszym, najważniejszym powodem, dlaczego fermy są złe, jest fakt traktowania ich bezbronnych mieszkańców jak przedmioty, jak przyszłe produkty. A przecież zwierzę nie jest rzeczą. Na fermach dzieją się takie rzeczy, że te miejsca są zagrożeniem dla środowiska, produkują mnóstwo zanieczyszczeń i nikt nie chce mieć ich w swojej okolicy, ponieważ przeraźliwie śmierdzą. A w naszym kraju ferm jest sporo, co wynika z zakazów hodowania zwierząt na futra w innych krajach.

(Tu przeczytacie więcej o fermach futerkowych i faktycznym traktowaniu żyjących tam zwierząt, zwłaszcza raport „Drapieżny biznes. Konsekwencje hodowli norek w Polsce dla zwierząt, ludzi i środowiska”)

Porażająca jest też dychotomia w naszym myśleniu o zwierzętach hodowlanych, co jest usankcjonowane prawnie. Kura mieszkająca na fermie ma do swojej dyspozycji powierzchnię mniej więcej kartki A4. – To mniej niż ma mój kot w transporterku, a przecież nie trzymałabym w nim kota przez cały dzień – mówi Kasia. – Podejrzewam, że kura jest nawet bardziej ruchliwa, a musi spędzać w takiej klatce całe życie… które notabene trwa zwykle rok lub dwa lata, bo później jej trzymanie przestaje się opłacać. Zresztą warunki ferm także wynikają z oszczędności – zwierzętom nie da się więcej, niż wymaga tego prawo, bo liczy się każda złotówka.

Dobre życie, zła śmierć

Zadałam Kasi dwa ważne dla mnie pytania. Po pierwsze, co, jeśli chcemy/musimy jeść mięso, ale trudno nam się pogodzić z faktami, jak zwierzęta są traktowane. Są przecież miejsca, gdzie zwierzęta żyją dobrze. Po drugie, produkty odzwierzęce takie jak wełna mogą pochodzić ze źródeł, co do których mamy pewność, że zwierzęta żyły w zgodzie ze swoją naturą (np. tradycyjny wypas owiec).   Katarzyna odpowiedziała stanowczo: – Nawet jeśli zwierzęta mają dobre warunki, to tylko dopóty, dopóki przynoszą zysk. Kiedy są już niewydajne, zostają zabite.

To fakt, nawet w „szczęśliwych” gospodarstwach „szczęśliwe” zwierzęta nie umierają naturalnie, bo to się nie opłaca. Myślę, że to samo dotyczy krów z logo Demeter, które są hodowane na mleko. Podobno dba się o nie jak o domowych pupili, leczy homeopatią, zapewnia komfortowe warunki. A zarazem zmusza do nienaturalnej produkcji mleka, które kiedyś się kończy. I co wtedy?

„Ubój zwierząt wymaga szczególnej staranności i uwagi. Trzeba mieć świadomość, że całe przetwórstwo mięsa rozpoczyna się z [chwilą] śmierci istoty żywej i jej duszy. Względy etyczne i moralne wymagają takiego traktowania zwierząt podczas transportu i uboju, by stres, strach, pragnienie i ból ograniczyć na ile jest to tylko możliwe. Długość transportu należy skracać na tyle, na ile jest to możliwe, dlatego też zwierzęta powinny być ubijane w regionie, w którym były chowane” – wyjątek z dokumentu „Kryteria produkcji dla Demeter, rolnictwa biodynamicznego® i pokrewnych chronionych znaków handlowych” http://www.demeter.org.pl/downloads/Kryteria_Produkcji_Demeter_2009.pdf

– Jeśli ktoś faktycznie nie miałby wyboru i musiał jeść produkty pochodzenia zwierzęcego – mówi Kasia – takiej osobie powiedziałabym, żeby jadła tyle, ile musi. Jestem jednak przekonana, że prawie każdy może skomponować jadłospis w taki sposób, aby wykluczyć produkty pochodzenia zwierzęcego (o czym niżej).

Dobre życie, dobra śmierć, dobra wełna?

Znam bardzo dobrze pewne gospodarstwo pod Warszawą, w którym mieszkają owce i kozy dlatego, że ich właścicielka kocha zwierzęta. Kilka dni temu spytałam ją o to, co myśli o ograniczeniach związanych z weganizmem i czy strzyże swoje owce?

– Nasze kozy i owce żyją po to, żeby żyć, umrą, kiedy nadejdzie ich pora – odpowiedziała. – Strzyżemy je i doimy – wełnę grępluje moja mama, a mleko pojawiło się samo, kiedy bezdzietna koza pozazdrościła koleżankom-matkom i sama napełniła wymiona – bez dojenia mogłaby zachorować. Nie czuję, że wykorzystuję moje zwierzęta, mieszkają z nami prawie jak domowi pupile. Wychodzą na powietrze, pasą się na łąkach, nikt ich nie zamierza zjeść.

Takie podejście można by uznać za dwuznaczne: owce i kozy są hodowane (i rozmnażane) dla kaprysu człowieka. Ale czy w ogóle trzymanie zwierząt w domu nie jest kaprysem? Nie każdy właściciel psa czy kota bierze zwierzaka ze schroniska (zgadzam się, że powinien). Gdzie przebiega granica w dawaniu azylu i dobrego życia zwierzętom hodowlanym, gdzie zaczyna się egoistyczne spełnianie zachcianek o własnej zagrodzie? Czy Karen Duve, trzymająca w obejściu konie, muły czy kury, postępowała źle?

216

Weganizm a sprawa polska

Kasia Biernacka widzi coraz większe zainteresowanie weganizmem, rozumianym jako osobiste odstąpienie od wykorzystywania zwierząt. – Jest duży postęp, duże zainteresowanie, może nawet jakaś moda… Na świecie pojawia się coraz więcej organizacji działających na rzecz weganizmu, coraz więcej lokali gastronomicznych , produktów… W Polsce liczba samych wegan to pewnie około 1%, ale temat staje się coraz bardziej popularny. Nasze akcje „Weganizm – spróbujesz?” czy Tydzień weganizmu mają co roku większe grono odbiorców. Niestety, wciąż jest mało publikacji na ten temat w języku polskim. Podczas Tygodnia Weganizmu gościmy m.in. Małgorzatę Desmond, chyba najbardziej znaną polską dietetyczkę, która wspiera osoby niejedzące produktów odzwierzęcych.

Nie jedz, jeśli nie musisz

Znana amerykańska dietetyczka Virginia Messina (tu wywiad z nią: http://empatia.pl/str.php?dz=118&id=816&str=6) twierdzi, że nie ma żadnych przeciwwskazań, aby stosować dietę roślinną. Nawet w ciąży i w okresie laktacji (Messina napisała specjalną książkę dla weganek, gdzie udziela konkretnych rad dietetycznych, tu fragmenty po polsku: http://www.weganizm.info/zwierzece-matki-virginia-messina/, tu można kupić książkę: http://wegarnia.pl/sport-i-zdrowie/109-vegan-for-her-virginia-messina.html).

Tak jak wyobrażam sobie zrezygnowanie z ubrań, które zostały uszyte kosztem życia zwierząt (są już wegańskie martensy!), i nie chcę myć się mydłem, które zawiera sodium tallowate (tłuszcz zwierzęcy), tak do wielu kwestii muszę jeszcze dojrzeć. Dochodzę do podobnego wniosku, co Karen Duve w „Jeść przyzwoicie”: ograniczenie konsumpcji produktów odzwierzęcych jest już krokiem w dobrą stronę. Duve miała wątpliwości: ubrania ze skóry ekologicznej są wykonane z tworzyw sztucznych, prawdopodobnie ropopochodnych. Gdzie tu ekologia? Kasia Biernacka przywołuje jednak raport (Assessing the Environmental Impacts of Consumption and Production UNEP, 2010), który mówi wyraźnie, że nic – żadna produkcja oparta na wydobyciu ropy naftowej – nie zanieczyszcza tak naszej planety, jak masowa hodowla zwierząt oraz uprawa pól pod paszę. – Nie powinniśmy też myśleć o skórach jako o produkcie ubocznym pozyskiwania mięsa – mówi Kasia. – To jest dodatkowy zysk dla hodowców, który tylko wzmacnia cały przemysł.

Może niektórzy nazwą mnie hipokrytką, bo przekładam swoje upodobania kulinarne i wygodę nad niedokładanie do krwawego interesu. Mimo wszystko dziś byłoby naszej rodzinie zbyt trudno, gdy mamy restrykcyjne ograniczenia z powodów zdrowotnych. To jest jednak temat, który jest ciągle obecny w mojej głowie i kto wie, jaką ścieżką kulinarną w końcu pójdziemy…

Do samodzielnej lektury:

Szowinizm gatunkowy – http://pl.wikipedia.org/wiki/Szowinizm_gatunkowy

Materiały dla rodziców małych wegan (zalecenia dietetyczne, po polsku) – http://empatia.pl/zdrowie/?dz=118&id=816

Stowarzyszenie Otwarte Klatki – http://www.otwarteklatki.pl/

Koalicja na Rzecz Zakazu Hodowli Zwierząt Futerkowych w Polsce – http://antyfutro.pl/

Cyrk bez zwierząt – http://cyrkbezzwierzat.wordpress.com/

Zdjęcia pochodzą z zasobów Stowarzyszenia Empatia

http://empatia.pl/

https://www.facebook.com/EmpatiaPL

26 IX2013

Czego jeszcze nie wiecie o BLW?

by joanna

blw_0

Baby-Led Weaning, czyli pozwolenie dziecku na samodzielne jedzenie od momentu, kiedy wyrazi zainteresowanie pokarmem innym niż mleko, bywa ogłaszane wielkim odkryciem przełomu wieków i nową tendencją (na przykład tu: „Mimo że idea BLW jest stosunkowo nowa…”). Na szczęście wystarczy zajrzeć do książki Gill Rapley i Tracey Murkett „Bobas lubi wybór. Twoje dziecko pokocha dobre jedzenie”, wyd. Mamania, Warszawa 2010, żeby znaleźć fragment:

Być może czytasz to wszystko i myślisz sobie: To nic nowego, sami tak robiliśmy. Jeśli tak, to masz rację. BLW to nic nowego. Nowe jest mówienie o nim.

(s. 25)

Prawdopodobnie BLW jest tak stare, jak stary jest gatunek ludzki… Odeszliśmy od niego, kiedy zajęli się nami „specjaliści” mądrzejsi od natury…

Książkę Rapley i Murkett polecam jako bazę – dla rodziców, którzy jeszcze nigdy o BLW nie słyszeli. Może się okazać, że sporo z tych rozwiązań było dla nich naturalne, ale bali się spróbować działać na własną rękę.

Słoiczki-skarbonki sprytnych koncernów

Mam dziś dla Was ciekawostkę, która – kiedy zetknęłam się z nią pierwszy raz – po prostu wbiła mnie w fotel. Wszystko dzięki książce Udo Pollmera „Smacznego. Chorzy z powodu zdrowego jedzenia”, w której niemiecki antydietetyk tak pisze o rozszerzaniu diety niemowląt:

Bajkę, że dzieci powinny jeść specjalne, tylko dla nich przygotowane jedzenie, bez przeszkód propagują producenci jedzenia. W końcu cała gałąź przemysłu spożywczego wyspecjalizowała się w pokarmach dla dzieci: kaszkach i słoiczkach. Ładne i kolorowo opakowane dania dla dzieci czy z mikrofalówki są hitem. W końcu matka ma spokojne sumienie, gdy podaje dzieciom produkty skontrolowane, wolne od szkodliwych substancji, uprawiane ekologicznie, wzbogacone o witaminy i minerały.

(…) Wygodne, pewne, nowoczesne jedzenie dla dzieci. Pozostaje tylko pytanie, czy służy także dzieciom.

(s. 367)

Przyznaję się bez bicia, że pierwszy synek dostawał słoiczki oraz specjalnie gotowane dla niego, osobne posiłki. Słoiczki były wygodne, zmiksowane zupki – zalecane przez pediatrów, książki i pisma dla mam. (Dziś wyrywam włosy z głowy – jak mogłam wydawać tyle pieniędzy na te bezwartościowe pisma dla rodziców?!).

J. wcale nie chciał tego jeść! Myślę, że najbardziej smakowało mu to, co jedli rodzice. Dobrze, że w pewnym momencie podjęliśmy decyzję o zmianie naszego sposobu żywienia – dzięki temu mogliśmy we trójkę jeść to samo. Dziś jest podobnie – starszy synek chodzi do przedszkola ze swoją wałówką, która jest skomponowana z naszych wspólnych produktów (żeby było łatwiej, stosuję taką samą dietę jak syn – na podstawie jego wyników testu MRT; czuję jednak, że czas na mój własny test tego typu).

BLW_1

Młodszy synek niedawno wszedł w fazę ogromnego zainteresowania naszymi talerzami. Odkąd siedzi samodzielnie, dostaje od nas kawałki pożywienia i może z nimi robić, co chce. Dzięki książce „Bobas lubi wybór” nauczyłam się podawać mu nawet kaszkę, którą samodzielnie wkłada sobie do buzi (oraz umaja nam podłogę, krzesła i szafę). Tak, zdecydowanie, gotowe pokarmy ze sklepu są znakomitym chwytem marketingowym dla zmęczonych matek. Tymczasem zdrowa dieta rodziców może być podstawą diety malca, bez dodatkowego gotowania czy kupowania słoiczków.

BLW ma niemal 90 lat

Wracając do ciekawostek z książki Pollmera.

Już 90 lat temu (w latach 20. XX wieku), kiedy na dobrą sprawę przetwórstwo żywności dopiero się rozwijało, amerykańska pediatra Clara Davis przeprowadziła niezwykle ciekawy (ale kontrowersyjny) eksperyment z udziałem dzieci. Davis zadała sobie pytanie: czy można pozwolić, aby dziecko samodzielnie wybierało swój sposób żywienia? Wybranym dzieciom podawała przez kilka lat (!) pożywienie pochodzenia roślinnego i zwierzęcego, przy czym wszystko było surowe lub gotowane na parze (np. szpik kostny, mięso czy podroby były podawane bez obróbki). Davis wyłączyła z tej specyficznej diety pokarmy przetworzone (np. cukier, chleb, masło), pozostawiła jedynie chrupki żytnie, które uznała za naturalne. Do picia dzieci miały wodę, kwaśne mleko i sok pomarańczowy.

Po oczywistych problemach początkowych (dzieci były świeżo odstawione od piersi, uczyły się chwytać jedzenie, pić z kubeczka etc.) dzieci nauczyły się jeść samodzielnie. Przedstawiane przez Pollmera szczegółowe wyniki badań na trzech chłopcach w wieku od 6 do 9 miesięcy w skrócie sprowadzają się do tego, że każdy z nich dobierał sobie inne menu, jednak żaden nie zrobił sobie krzywdy. Każde dziecko miało swój gust, swój smak, swoje potrzeby, ale każde „umiało” zbilansować swoje posiłki według realnych potrzeb organizmu (to co, że łączyło surowe jajka z bananem itp.). Jedno jadło głównie owoce, drugie nabiał, trzecie polubiło szpik kostny. Wszystkie jadły niewiele zbóż (poza owsem).

Davis powtórzyła badanie na kolejnych 15 dzieciach w wieku od 6 do 11 miesięcy (badała je przez 6 lat!).

Dzieci odżywiały się zgodnie ze swoimi zapotrzebowaniami, odpowiednio przybierały na wadze, nie były tłuste, ale po prostu silne. (…) „Trik w tym eksperymencie – mówi dr Davis – polega na tym, że apetyt maluchów może z pewnością się czasem mylić, jednak te błędy nie mają znaczenia, jeśli oferuje się im naturalne pokarmy”. Takie kierowanie się apetytem, twierdzi badaczka, może być jednak szkodliwe, „gdy oferowane są mocno przetworzone produkty, takie jak cukier czy biała mąka, które straciły swoje pierwotne składniki, choć stały się tak ważną częścią współczesnej diety”.

(s. 371)

Teksty Davis, z których korzysta Pollmer:

  • Davis C. M., „Am. J. Diseas. Child.” 1928, 36, s. 651.
  • Davis C. M., „Can. Med. Assic. J.” 1939, 41, 257.

BLW_3

Czy istnieje naturalna ludzka dieta?

Na temat tych badań powstaje książka kanadyjskiego dziennikarza naukowego Stephena Straussa pod tytułem „Clara Davis: A Rumor In Nutrition” (mam problem z tłumaczeniem, wydaje mi się, że chodzi o niesprawdzone, ale obiegowe opinie na temat żywienia). Strauss pisze też o samej doktor oraz o dzieciach, które badała – dziennikarzowi udało się nawiązać kontakt z rodziną Clary Davis, dzięki czemu mamy szansę poznać szersze tło całego eksperymentu. Książka ciągle powstaje, dlatego skontaktowałam się z autorem, aby opowiedział mi co nieco na temat doktor Davis.

stephen_strauss

J.B.: Co uważasz za najciekawszy aspekt eksperymentu Davis?

S.S.: Najbardziej interesujące w jej eksperymencie jest to, że wciąż jesteśmy zafascynowani kwestią – czy istnieje mądrość ciała, jeśli chodzi o żywność, którą jemy? Kładziemy na to bardzo duży nacisk. Badanie Davis miało na celu sprawdzenie, czy matka może pozwolić dziecku na podążanie za swoim apetytem. Czy ich wrodzona mądrość umożliwi matkom odrzucenie sztywnych reguł odżywiania, narzucanych przed dietetyków? Te reguły w wypadku niektórych niemowląt doprowadziły do świadomego głodzenia się!

Davis nie martwi się o ilość jedzenia – jej eksperyment pokazuje wręcz, że naturalny apetyt  lubuje się w nadmiarze! Była podejrzliwa wobec żywności przetworzonej – nie dlatego, że wiedziała, że szkodzi dzieciom, ale dlatego, że sądziła, że ludzie nie ewoluowali do jego spożywania.

The most interesting thing about the experiment is that we still are fascinated by question of whether there is a wisdom of the body when it comes to the foods we eat. However we have switched much of the emphasis in the question. In Davis’ time her research aimed was to see if mothers could let babies appetites choose the foods they ate and if that innate wisdom meant the mothers could dismiss the rigid feeding lists which nutritionists was foisting on new mothers. This had led to some infants apparently willfully starving themselves.

 Davis didn’t fundamentally worry about eating too much and indeed her experiment in many ways shows that a natural appetite luxuriate s in over-eating.  She was very concerned about processed food but not because she knew it was bad for children as much as she thought it wasn’t what humans had evolved to eat.

Czy myślisz, że można by powtórzyć taki eksperyment w dzisiejszych czasach?

Dziś nie można przeprowadzić takiego eksperymentu z przyczyn etycznych. Nie można przecież odstawić dzieci od piersi, wsadzić do sierocińca na pięć lat i obserwować, co jedzą. Nie można zamieniać czyjegoś dzieciństwa w badanie naukowe apetytu!

You can’t conduct the experiment today because of ethical reasons, that is, you can’t take children from their mother’s breasts and put them in a self-feeding orphanage for close to 5 years. You can’t make the purpose of someone’s childhood the science of their appetites.

Jakie widzisz podobieństwa między badaniami Clary Davis a dzisiejszym BLW?

Jeśli chodzi o BLW (baby-led weaning), istnieją pewne podobieństwa między nim a eksperymentem Davis, choć podawana przez nią żywność często różniła się bardzo od tego, co oferuje BLW. Nie dawała dzieciom chleba, zup, puddingów, czegokolwiek z mąką. Eksperyment był bardzo surowy w swoich założeniach; dziś nazwalibyśmy to dietą paleolitu.

I oczywiście samo odstawienie (weaning) to tylko początek, od którego Davis wychodzi. Prawdziwe pytane, jak już wspomniałem, było: czy dzieci, którym pozwoli się wybierać, co jedzą, będą odżywiały się zdrowo. Czy istnieje naturalna ludzka dieta? Co nasz apetyt mówi o wewnętrznych potrzebach organizmu? Nie znamy odpowiedzi i dziś.

In terms of baby led weaning, I would say that there are similarities even though the foods she offered children was often very different from what BLW offers. She didn’t let them have any bread, soups, puddings, anything with flour in it. It was very raw in its presumptions and would be what we would call today today a paleolithic diet.

 And of course, weaning was just the beginning of what she was looking at. The real questions as I said before were: Will they eat healthily over the course of their young lives if we let them choose for themselves their foods. Is there a natural human diet? What does appetite tell humans of their body’s intrinsic nutritional needs – a question we don’t truly know the answer to today.

Bardzo polecam samodzielne przeczytanie kilku artykułów na temat badania Clary Davis. Przyznaję, że dzięki tym lekturom zupełnie przekonałam się do wspólnej kuchni dla naszej czwórki.

blw_2

I wiecie co? Choć sprzątania po takim dzidziusiowym posiłku jest mnóstwo, przynajmniej zaoszczędzam czas na gotowaniu oraz pieniądze na niekupowaniu słoiczków.

Polecam:

http://stephenstrauss.ca/

http://www.cmaj.ca/cgi/content/full/175/10/1199

21 IX2013

Dlaczego warto wybierać ubrania FT? Rozmowa

by joanna

O sprawiedliwej modzie ciąg dalszy… (Tu część pierwsza). Oto obiecana rozmowa z Joanną Lompart-Chlaściak, właścicielką sklepu z modą Fair Trade – Zielona Nitka.

LOGO_ZL

JB: Zacznijmy z grubej rury. Czy jesteśmy ofiarami ogólnoświatowej pogoni za modą, napędzanej przez wielkie koncerny?

J. L.-Ch.: To czy, jesteśmy ofiarami koncernów, zależy tylko od nas. Odpowiedzialna moda to nie tylko kupowanie odpowiedzialnie produkowanych ciuchów. To przede wszystkim nasze podejście do tematu mody. Nie możemy dać się nabrać na to, że ciągle musimy wymieniać naszą garderobę, bo jest już niemodna. Trzeba postawić na indywidualny styl i gust. Jeśli kupować nowe ubrania – to dobrej jakości i dobrane do naszej sylwetki – takie, które posłużą nam przez lata. Nie wyrzucać ich, a wymieniać się nimi, pożyczać, naprawiać, przerabiać, dbać o nie. Polować na okazje z drugiej ręki. Brać udział w imprezach – wymienialniach. (więcej…)

20 VII2013

Wywiad: Jadalnia Warszawa. Miasto nas karmi

by joanna

Czy wiecie, że w Warszawie powstaje właśnie mapa jadalnych miejsc? Dwie kobiety – Amerykanka Jodie Baltazar (tu kilka słów o niej) i Paulina Jeziorek – szukają ogólnodostępnych roślin jadalnych, które mogą nakarmić każdego, kto wie, co i gdzie zerwać. Najbliższe wydarzenie związane z projektem odbędzie się już 23 lipca, zbiórka o 18:00 przed CSW (szczegóły: https://www.facebook.com/events/585023711547991/ – siły połączą Jadalnia Warszawa i projekt Tour de Varsovie – https://www.facebook.com/TourDeVarsovie – a więc należy zabrać rower!).

TdV

Z opisu projektu:

„JADALNIA WARSZAWA to kolektywne przedsięwzięcie zainicjowane przez Jodie Baltazar i Paulinę Jeziorek. Podczas serii miejskich spacerów/wypraw po Warszawie od maja do października 2013 będzie powstawać warszawska mapa roślin jadalnych. Prowadzone obserwacje mają również na celu ocenę stanu zdrowia obszarów naszego miasta. Metody zapisu informacji podczas spacerów jak na razie są dowolne, informacje są umieszczane na międzynarodowej stronie www.fallingfruit.org”.

jadalnia logo

Myślę, że takie działanie to znakomity sposób na aktywne spędzenie popołudnia w mieście. Spojrzenie na przestrzeń miejską pod zupełnie nowym kątem – miasto karmi swoich mieszkańców. Może nie do końca zgodnie z założeniami urbanistów, którzy chcieliby podporządkować każdy skrawek Warszawy wizji miejsca przeznaczonego dla porządnych obywateli – squaty i bezdomni to temat tabu. Z drugiej strony chaos panujący w stolicy (komunikacyjny, estetyczny, planistyczny) dobitnie świadczy o niemożności opanowania miasta, które jest żywym organizmem. Nie bądźmy grzeczni i posłuszni, korzystajmy z tego, że są w Warszawie miejsca dzikie. Znajdźmy takie, które tylko udają podporządkowanie. Jedzmy miasto!

Zaintrygowana tym wspaniałym pomysłem, zapytałam Paulinę Jeziorek o projekt Jadalni Warszawa.

J.B.: Kim jesteście ?

P.J.: Jodie Baltazar i Paulina Jeziorek, od tego roku działamy jako kolektyw Jadalnia Warszawa.

Czym zajmuje się wasz duet?

Naszym podstawowym celem było wspólne tworzenie mapy dzielnic Warszawy, gdzie zaznaczone zostaną drzewa i krzewy owocowe oraz rośliny jadalne, ale cale przedsięwzięcie okazuje się mieć dużo szerszy wymiar.

Skąd wziął się pomysł na poszukiwanie jadalnych zakątków stolicy?

Jodie od kilku lat prowadzi miejską działkę, gdzie uprawia różnego rodzaju rośliny, warzywa, zioła. Ja mam własny ogród od tego roku. Bezpośrednim powodem dla naszych działań była chęć stworzenia, a może raczej tworzenia, bo to proces, mapy, na której zaznaczone zostaną drzewa i krzewy owocowe oraz rośliny jadalne, które można znaleźć w różnych zakątkach Warszawy. Nie chodzi nam jednak tylko i wyłącznie o zwrócenie uwagi na ignorowane miejskie zasoby jadalne.

mapa roślin jadalnych

Jaki jest więc szerszy kontekst Jadalni?

Nasze działania, organizowane przez nas spacery, podczas których powstaje mapa, są pretekstem do tego, żeby wyjść w przestrzeń, zejść z chodnika, przyjrzeć się żywym organizmom, które nas otaczają. Stereotyp myślenia o mieście jako o układzie architektonicznych brył okazuje się koncepcją bardzo ogólną. Pomiędzy nieożywionymi elementami miasta co chwilę natykasz się na szczątki sadów czy ogrodów, opuszczone tereny postdziałkowe, ugory, nieużytki. Natura albo jeszcze nie została wykarczowana, albo też wdarła się ponownie. Nie wszyscy doceniają wyjątkowy potencjał Warszawy.

W czym on się przejawia?

Na przykład w Chinach są dziś miasta, w których nie widać już nawet nieba. W takich miejscach życie całkowicie oderwało się od cyklów natury. W naszej stolicy te cykle są bardzo widoczne. Poza tym warto zastanowić się, skąd w nas tyle niechęci do tego, co rośnie na terenach publicznych, tyle obaw związanych z ewentualnymi zanieczyszczeniami. Takie nieuzasadnione do końca obawy sprawiają, że idąc do warzywniaka po jabłka, mijamy owocującą jabłoń. Zresztą inicjatywy mapowania miejskich zasobów jadalnych są dość żywe na całym świecie. Pokazuje to międzynarodowa strona http://fallingfruit.org/, która została stworzona przez ludzi ze Stanów, gdzie i my wprowadzamy nasze dane. W przyszłości chciałybyśmy zdobyć środki na to, żeby przeprowadzić odpowiednie badania i być może obalić część mitów związanych z tym, jakoby żywność rosnąca w mieście nie nadawała się do spożycia.

bluszcz kurdybanek

Macie jakieś wykształcenie, przygotowanie botaniczne?

Ja nie mam, chociaż pochodzę z rodziny o tradycjach ogrodniczych, Jodie też nie, choć ma w rodzinie botanika. Ale my nie mamy zamiaru nikogo nauczać, nie to jest naszym celem. Tworzymy po prostu możliwość do tego, żeby poznawać i badać miasto pod tym kątem i uczyć się wspólnie.

Gdzie do tej pory udawałyście się na poszukiwania?

Organizowałyśmy spacery na Mokotowie, Ochocie, ale też wokół CSW Zamek Ujazdowski – osiedle domków fińskich, park Ujazdowski, kolejne spacery po Łazienkach (28 lipca) i wokół samego zamku (25 sierpnia) wciąż przed nami – gdzie we współpracy z Zielonym Jazdowem pracujemy nad mapą, która obejmuje obszar około 0,5 km wokół Zamku Ujazdowskiego i którą można oglądać na terenie Zielonego Jazdowa.

Jakie są Wasze jadalne sukcesy, jeśli chodzi o Warszawę?

Trudno określić, co w tym wypadku jest sukcesem. Po prostu na pewno spotkały nas niespodzianki. Na Mokotowie znalazłyśmy drzewo morwy, w Ujazdowie brzoskwinię, na Ochociemożna natrafić na dzikie pola truskawkowe, w paku Ujazdowskim na leszczyny tureckie.

jadalnia spacer

Najbliższe wydarzenie – 23 lipca przy moście Siekierkowskim – czego się po nim spodziewacie?

Spodziewam się, że sprawi nam to wiele przyjemności. Jedziemy na tereny postdziałkowe, chcemy zobaczyć, co tam rośnie, pobuszować w dziczy, narwać sobie owoców, przyjrzeć się elektrowni. Podobno może być burzowo, choć pewnie nas to nie powstrzyma. Będziemy jak Riders on the storm.

Dziękuję za rozmowę!

Informacje:

www.facebook.com/jadalniawarszawa

Zielony Jazdów: https://www.facebook.com/ZielonyJazdow

// Jadalnia Warszawa & Tour de Varsovie //

wyprawa do Siekierek, 23.07 godz. 18.00

https://www.facebook.com/events/585023711547991/

Zdjęcia dzięki uprzejmości Pauliny Jeziorek.

04 VII2013

Festiwal z Natury w Białymstoku

by joanna

W niedzielę 30 czerwca zapakowałam młodszego syna do wózka, wsiedliśmy do pociągu i pojechaliśmy odwiedzić Białystok. A konkretnie – wziąć udział w dwudniowym Festiwalu z Natury, odbywającym się w budynku Opery i Filharmonii Podlaskiej.

plakat-festiwal-z-natury

Byłam ogromnie ciekawa, jaką ofertę pod względem ekologiczno-rodzicielskim ma do zaprezentowania Podlasie, na którym działa tyle wartościowych inicjatyw (część z nich, np. Vivat Eco czy Vivat Poród, animowanych przez organizatorkę festiwalu Emilkę Jaworską). Nie mogłam przyjechać w sobotę, ponieważ byłam zajęta jarmarkiem, a szkoda, bo sobotni program wykładów i warsztatów był bardziej urozmaicony.

bialystok_17

Dzierganie w gronie Koła Gospodyń Miejskich.

W niedzielę z kolei miałam dylemat, który warsztat kulinarny wybrać: „Ekologia w kuchni, czyli żywieniowy recykling” Edyty Żuk-Kempy z EkoQuchni (z Podlasia!) czy „Zdrowy kąsek” Uli Humienik-Dworakowskiej.

bialystok_9

Ze względu na towarzyszącą mi młodzież zdecydowałam się na tylko jeden warsztat – Uli – i okazało się, że trafiłam w sedno. Prowadząca ma doświadczenie w wymyślaniu dań z zawężonej listy potraw, spowodowanej alergią. Choć jej przepisy nie odpowiadają w 100% naszym ograniczeniom, są świetnym punktem wyjścia do eksperymentów np. z soczewicą czy cieciorką.

bialystok_8

Artystyczne krojenie szczypioru nadzoruje Edyta z Eko Quchni.

bialystok_7

Ula i soczewica.

bialystok_10

Było pysznie!

Oferta festiwalu to nie tylko warsztaty, wykłady i zabawy dla dzieci. To także minitargi ekologiczne.

bialystok_12

Wystawcy, pochodzący głównie z regionu, pokazali to, co według nich miało związek z tematem natury. Poziom był zróżnicowany i dobrze to rozumiem – w końcu sama maczałam palce w organizacji bardzo lokalnego wydarzenia o profilu ekologiczno-rodzinnym. To chyba jakaś reguła, że na takich wydarzeniach dominuje rękodzieło (różnej jakości), które mnie na przykład w ogóle nie interesuje, chyba że jest to jakaś wyjątkowa i niedroga biżuteria. Z zasady nie kupuję rzeczy, które umiem sama uszyć czy zrobić, a przede wszystkim nie kupuję żadnych ozdób (wyjątek – jw.), bo nie mam na nie miejsca. I pieniędzy.

bialystok_11

Najchętniej odwiedzałabym stoiska z takimi rzeczami, które są po prostu potrzebne, a ich jakość, potwierdzona certyfikatem, jest warta swojej ceny. Takie jak kosmetyki czy żywność. Dobrze, że była Eco Kraina – choć miałam kupić tylko dwie rzeczy (olej sezamowy i olej migdałowy), to oczywiście na tym się nie skończyło. Ledwo się powstrzymałam od kupienia cudnych zabawek dla chłopaków, ale jednak wizja powrotu pociągiem z siatami zakupów trochę mnie ostudziła… Na szczęście z Olgą będę się widzieć jeszcze nie raz.

bialystok_1

Lena, córeczka Olgi, przy stoliczku Eco Krainy.

bialystok_21

Krótka rozmowa pofestiwalowa z Olgą Pietraszewską z Eco Krainy:

JB: Jak oceniasz Festiwal z perspektywy tych kilku dni?

OP: Festiwal z Natury to były dwa niezwykłe dni i wydarzenie, jakiego jeszcze dotąd w Białymstoku nie widziałam! Świetnie zorganizowane, odbywające się w niezwykłej atmosferze. Miałam okazję poznać wielu wspaniałych ludzi, nawiązać ciekawe znajomości i spotkać liczne grono osób bardzo zaangażowanych w ekologiczny styl życia.

Jakieś zaskoczenia?

Zaskoczyła mnie frekwencja – nie spodziewałam się, że aż tylu białostoczan odwiedzi Festiwal! To było oczywiście bardzo, bardzo pozytywne zaskoczenie. Wielką radość sprawiło mi oczywiście też to, że stoisko mojego sklepu wzbudzało naprawdę duże zainteresowanie! Odwiedzali je zarówno ci, którym naturalne sposoby dbania o siebie nie są obce, ale też osoby, które po raz pierwszy miały możliwość poznania ekologicznych kosmetyków.

bialystok_5

Mydło marsylskie na stoisku Eco Krainy.

Co szczególnie cieszyło się powodzeniem?

Zainteresowanie wzbudzały olejki eteryczne, mydełka marsylskie, szampony do włosów i naturalne olejki kosmetyczne. A także pieluchy wielorazowe! Co było bardzo sympatyczne – do pieluch młode oraz przyszłe mamy namawiały ich babcie, ciocie i matki! Czyli kobiety, które swoje dzieci pieluchowały naturalnie, prały i gotowały pieluchy tetrowe i pomimo trudu włożonego w ich pielęgnację nadal uważają, że to było dla dzieci najlepsze i do tego warto wracać (śmiech).

Za rok powtórka?

Mam nadzieję, że Festiwal z Natury zapoczątkował fajną tradycję, która będzie kontynuowana i wydarzenie na stałe wpisze się w kalendarz imprez w naszym mieście. Już czekam na kolejną edycję!

Dzięki za rozmowę!

bialystok_20

Trudno było mi się oprzeć! Czekają na mnie tu albo tu.

Z komercyjnych stoisk swoją kolorową ofertą przyciągały też Dzieci Natury. Jak się okazało, pochodzą spod Warszawy, więc pewnie jeszcze się zobaczymy.

bialystok_19

Dzieci Natury po przetrzebieniu oferty przez kupujących.

Była też Kasia Wołk z masłem shea (niestety, nie zrobiłam zdjęcia) i stanowisko Stowarzyszenia STOP NOP. Z atrakcji zapewnionych przez organizatorów podobała mi się możliwość namalowania logo na koszulce:

bialystok_13

Prasa i praca.

bialystok_14

Gotowe, tylko jeszcze suszenie.

Oraz wypicia soku z pokrzywy (dało radę):

bialystok_15

Z innych ciekawych migawek – na festiwal przyjechał pan z pszczołami:

bialystok_3

Promował miododajną roślinę, której nazwy niestety zapomniałam (balsamina?):

bialystok_4

Były też dwie kozy, które bardzo zmokły niedzielnego popołudnia…

bialystok_18

Pod koniec dnia udało mi się zamienić kilka słów z organizatorką – Emilią Jaworską, która niesiona adrenaliną i obowiązkami krążyła po festiwalu i ciągle gdzieś znikała. Mam nadzieję, że Emilka da się namówić na jakieś podsumowanie imprezy.

bialystok_16

Podróżowanie i odwiedzanie nowych miejsc mogłoby stanowić moje główne zajęcie w życiu, gdyby nie to, że obecnie moim głównym zajęciem jest bycie częścią czteroosobowej rodziny. Każda, nawet najmniejsza podróż, zwłaszcza z dzieckiem, jest zarazem wyzwaniem i wyrzeczeniem. Zobaczyłam Białystok w stopniu minimum i bardzo się cieszę, że mogłam oderwać się od zabieganej Warszawy. Wiem też, że nie zobaczyłam tego miasta prawie wcale – a przecież jest to tygiel wielokulturowy, czego nie zdążyłam zasmakować. Jeszcze tam wrócę!

bialystok_6

Baranowska turystka i trzej panowie.

21 V2013

Ghana: o jedzeniu, karmieniu piersią i wodzie

by joanna

Lubimy zaglądać innym do garnków… Nie mogłam się powstrzymać i wypytałam Kasię Wołk, z którą rozmawiałam już dwukrotnie – na temat masła shea produkowanego w Ghanie przez WISDAP oraz na temat życia Ghanek na wsi – o wiejską kuchnię ghańską.

Czego możemy uczyć się od Ghańczyków? Myślę, że prostoty, jedzenia produktów lokalnych i wykorzystywania tego, co daje natura.

J.B.: Kasiu, Ghana na szczęście nie jest jednym z tych afrykańskich krajów, gdzie panuje straszny głód…

K.W.: Ghana nie jest dotknięta problemem niedożywienia, i całe szczęście… Problemem jest raczej rodzaj diety. Nie jest to dieta zbilansowana, jest bardzo mało urozmaicona. Opiera się głównie na węglowodanach.

ghana_lunch

Co więc pojawia się w ghańskich garnkach?

Rodziny w północnej Ghanie żywią się plonami ziemi – tym, co sami na niej wyhodują oraz tym, co daje wkoło matka natura. Na swych małych poletkach uprawiają yam [słodkie ziemniaki], kassawę, maniok, kukurydzę, orzeszki ziemne, rzadziej ryż. A jeśli nawet czegoś nie uprawiają, to na targu mogą sprzedać swoje produkty, a w zamian kupić to, czego potrzebują. W mieście, w sklepie, można kupić to, co w tym rejonie nie jest uprawiane…

Jedzą podobnie do nas – śniadanie, drugie śniadanie, obiad, podwieczorek, kolacja?

Raczej są trzy posiłki w ciągu dnia, najmniej dwa, a i pewnie podjadanie się zdarza. Ale nie są to bynajmniej słodycze. Może to być owoc lub ugotowana kolba kukurydzy.

Czy te posiłki wyglądają podobnie do naszych, na przykład śniadanie to jakiś chleb z dodatkiem?

Nie, nie, taki wynalazek jak kanapki nie jest znany. Chleb bywa, trzeba go kupić, a nie jest wcale tani. Wtedy można zjeść kawałek chleba. Ponieważ, jak powiedziałam, posiłki nie są urozmaicone, to i na śniadanie, na obiad i na kolację są podobne. Yam, ryż, kasza… z sosem. Lub popijana przegotowaną wodą.

ghana_yam

Uprawy yamu.

Jakie są tradycyjne potrawy?

Na co dzień jada się taką breję ugotowana z yamu czy innego zboża. Popija wodą i tyle. Często są to różne kombinacje, łączenia tych produktów. Za każdym razem daje to trochę inny smak. Jak się razem utłucze dwa lub trzy ugotowane produkty, to powstają pyszne kluchy, czyli fufu. Fufu to najpopularniejsza ghanska potrawa. Każdy turysta musi jej spróbować. Do niej jest zupa lub sos z dodatkiem czerwonego, ostrego pieprzu, orzeszków ziemnych, pomidorów… Zresztą, u nich każda zupa czy sos jest z koncentratem pomidorowym. Obowiązkowo.

ghana_fufu

Dziewczyny robią fufu.

Jakie są ghańskie smakołyki? Ghańczycy lubią słodycze?

Pewnie, że  lubią, ale wiele osób tego nie zna. Jak częstowałam dzieci cukierkiem, to dla wielu z nich było to pierwsze i zupełnie nowe doświadczenie w życiu i trzeba było im pomóc rozwinąć ściskaną w dłoni słodycz, gdyż cmoktały ją z papierkiem… Dla wielu  dorosłych to też rarytas.

Jakich przypraw używają?

Przyprawy tylko naturalne, takie prosto z ziemi. Nie ma cukru, soli, więc te mamałygi są dość… nijakie [śmiech], ale to kwestia przyzwyczajenia. Dla mnie – szybkiego! Nie przeszkadzało mi to zupełnie. Ani to, że kuchnia jest bardzo ostra. Być może to sposób na radzenie sobie z bakteriami przewodu pokarmowego… Nawet małe dzieci, około roku, jedzą tak ostro.

ghana_bar

Na twoim zdjęciu śliczne dziecko (Chłopiec? Dziewczynka?) zawłaszczył sobie pierś mamy.

Wszystkie dzieci bez wyjątku są karmione piersią. Po pierwszym półroczu życia daje się dziecku trochę ryżu, kukurydzy lub kaszy… Powoli są wdrażane do żywienia zbiorowego, ale mleko matki jest wciąż podstawowym pokarmem. Niezależnie od wieku matki, jej stanu zdrowia. Jest to tak oczywiste, że nie jest powodem żadnych rozważań… W dodatku karmienie piersią jest zupełnie naturalną czynnością, może się odbywać w każdym miejscu i czasie – na targu, podczas mszy w kaplicy… gdziekolwiek. Bywa, że dzieci chodzące do przedszkola, a nawet do najmłodszych klas podstawówki przybiegają na chwilę ze szkoły do domu, do mamy, aby possać pierś. Generalnie cycki są dla dzieci, nie dla chłopów!!! [śmiech]. Są atrybutem macierzyństwa, a nie symbolem seksu. Jeśli obiektem pożądania, to jedynie niemowląt i małych dzieci…

Wracając do kuchni… Jakie są jeszcze tradycyjne potrawy? Jak na przykład przyrządza się warzywa?

Nie jada się raczej warzyw na surowo – z powodu niebezpieczeństwa zatruć, a także z powodu takich wierzeń, że surowe warzywa mogą wykiełkować w żołądku [śmiech]. Ale myślę, że to tylko taki straszak, chodzi jednak o to, ze warzywa musiałyby być myte w przegotowanej wodzie, a to raczej technicznie niemożliwe… Natomiast różne warzywa, takie jak dawa dawa czy okro, dodaje się do zup i sosów.

Dawa dawa to takie duże strąki z dziko rosnących drzew z nasionami w środku (jak nasz groch, tylko większe).  Okro to takie warzywo, które po ugotowaniu ciągnie się jak guma do żucia. Ale nadaje fajny smak zupie.

ghana_okro

Suszące się okro.

A jak to jest z tą wodą?

Brak wody zdatnej do picia to naprawdę wielki problem. Ta przynoszona z rzek czy innych zbiorników jest mocno zanieczyszczona. I to jest, niestety, przyczyna wielu chorób i śmierci… Choć odporność tych ludzi jest i tak imponująca.

Czy jest jakiś sposób, żeby to zmienić? PAH buduje studnie w Sudanie, czy takie studnie rozwiązałyby ghański problem z wodą?

Oczywiście, że tak. Wielu misjonarzy podejmuje się budowania studzien w „swoich” wioskach, robią to też władze państwowe i organizacje charytatywne. Parę lat temu mój znajomy zakładał wodociąg w wiosce czarownic [miejsce, gdzie mieszkają kobiety wykluczone ze społeczności, posądzone o czary], aby te starowinki nie musiały chodzić kilometrami po wodę. Jednak to wodne zaplecze jest wciąż niewystarczające i wielu ludzi w północnej Ghanie jest skazanych na czerpanie i noszenie wody z rzek oraz bajor.

Ghańczycy gotują z masłem shea?

W swojej kuchni czasem używają masła shea, żeby trochę zatłuścić zupę czy sos, ponieważ na co dzień jest on gotowany tylko na wodzie.

ghana_zupa

Kasia próbuje mamałygi z kukurydzy i yamu oraz ostrego sosu z mięsem z kozy.

A mięso?

Mięso się jada od święta – w niedzielę, z okazji ślubów, pogrzebów, chrzcin… Najczęściej jest to mięso z kozy, czasem kury, perliczki, rzadziej wieprzowina (o ile nie są to muzułmanie). Tylko to mięso… jest takie chude! Chude i niedogotowane, twarde. Ciekawe jest to, że mięso nie ma żadnego rodzaju, gatunku. Czyli nie myśl, że zjesz karkówkę czy żeberka, albo udko czy pierś z kurczaka. Jest po prostu kawałek mięsa, zawsze z kością, skórą…

ghana_mieso

Jadłaś taki przysmak?

Gdy kiedyś na misji Paul, ghański ksiądz, pojechał na wieś po świnię i kozę, pomyślałam sobie: „Świetnie, nareszcie im zrobię coś polskiego – schabowe albo mielone”… Pomijam już fakt, że Paul przyjechał po kilku godzinach (ach, ta ghańska szybkość działania…), najważniejsze, koza i świnia łaziły po pace pickupa i dobrze się miały. Świnia miała jedynie podbite oko [śmiech]. Paul pojechał więc na inną wieś dokończyć dzieła i znów wrócił po kilku godzinach. Tym razem z lodówką turystyczną. A w niej… „Tę świnię to ktoś przecisnął w bramie czy w  złości ją tak posiekał na kawałki?” – wykrzyknęłam ze zdumieniem.

Co zobaczyłaś?

Nigdy czegoś takiego nie widziałam… Nic dziwnego, że jeśli obiad ma być mięsny, to jest po prostu… mięso! Czasem jest tak drobno pocięte, łącznie z kośćmi, że wygląda, jakby włożyli gdzieś zwierzęciu odbezpieczony granat [śmiech].

Jak wygląda sam posiłek?

Często jada się z jednej miski czy garnka postawionego na ziemi, używając prawej dłoni jako łyżki. Siedzi się po okręgu w kucki czy gdzieś tam, kto gdzie przycupnie… W gromadzie. Razem.

Kuchnia ghańska jest nie tylko lokalna, ale i ekologiczna?

WSZYSTKO jest czyste i ekologiczne. Wolne od dodatków, konserwantów, wzmacniaczy smaku… Produkty roślinne są bez nawozów, zwierzęta żyją na wolności, hodowane bez pasz z chemią, jedynie na naturalnych produktach. Jest nawet lokalne piwo, pito – własnej roboty. Też 100% naturalne. Nawet dzieci je piją… Warzywa i owoce czasem nie wyglądają imponująco, ale za to jak smakują! Owoce to sam ekstrakt, esencja smaku… Wprost cudo.

Dziękuję za rozmowę!

W Ghanie właśnie rozpoczął się sezon zbierania owoców Masłowca, z których robi się masło shea. Jeśli chcesz pomóc organizacji WISDAP, zrzeszającej ghańskie zbieraczki orzechów shea, zajrzyj tu:

http://www.adgentes.misje.pl/pl/start/278-pomocne-maso-shea

Wszystkie zdjęcia pochodzą z archiwum Katarzyny Wołk.

02 V2013

Kibuc Lotan: permakultura na pustyni

by joanna

English version (extended)

lotan_1

Niedawno Organiczni odwiedzili Ghanę – pozostajemy w gorącym klimacie! Tym razem zapraszam Was do… Izraela. Ten ciekawy pod wieloma względami kraj (politycznie również, ale to nie blog o polityce) słynie między innymi z kibuców – realizacji wizji małych społeczności prowadzących niemal samowystarczalne gospodarstwa. Wizja łącząca założenia syjonizmu z socjalizmem była w dużej mierze utopijna, jednak kibuce istnieją do dziś, choć niekoniecznie w takiej formie, o jakiej myślano sto lat temu.

Społeczności, w których nie ma własności prywatnej, jest w miarę sprawiedliwy podział obowiązków, a wszyscy pracują dla wspólnego dobra, są obecne w różnych postaciach, z czego nie zawsze zdajemy sobie sprawę. Choćby squaty, które z ekologią i permakulturą (zrównoważonym rozwojem, dążeniem do budowania systemów równowagi ekologicznej w otoczeniu człowieka) mają bardzo dużo wspólnego.

lotan_6

Przedstawiam Wam rozmowę z Alexem Cicelskim, założycielem kibucu Lotan – szczególnego miejsca na mapie Izraela, które w tym roku obchodzi swoje trzydziestolecie.

J.B. Alex, twoje nazwisko brzmi polsko…?

A.C.: Cicelsky pochodzi od polskiego „cieśla”. Urodziłem się w Stanach Zjednoczonych, moi dziadkowie uciekli tam przed II wojną światową.

Zanim przyjechałem do Izraela, studiowałem rolnictwo, spawanie i projektowanie. Tu [na Pustyni Arava], w wieku 22 lat, założyłem kibuc Lotan.

Kibuc powstał w 1983 roku. Jakie były jego początki?

Kiedy przybyłem do kibucu, nie było w nim dosłownie niczego: jedno drzewo, tylko skały i piasek aż po horyzont. Zasadziliśmy daktylowce, zbieraliśmy cebulę, melony, kukurydzę i pomidory; w miesiącach zimowych stosowaliśmy nawadnianie kropelkowe. Zbiory wysyłaliśmy do europejskich sklepów i zużywaliśmy na własne potrzeby. Czas mijał, społeczność rosła, pary się pobierały, rodziły się dzieci… Dziś Lotan to małe miasteczko z 200 mieszkańcami.

lotan_8

Jak opisałbyś kibuc Lotan?

Jesteśmy zorganizowaną, rosnącą społecznością o nastawieniu ekologicznym, praktykującą egalitarny judaizm postępowy. Skupiamy się na poszanowaniu i wzmacnianiu indywidualnych zdolności naszych mieszkańców. Nie jesteśmy społeczeństwem idealnym, ale staramy się żyć według pewnych ideałów – dbania o siebie nawzajem, bycia zdrowymi i aktywnymi mieszkańcami świata. Celebrujemy rytuały związane z cyklem życia w twórczy i artystyczny sposób. I spędzamy dużo czasu na dworze.

Co jest myślą przewodnią filozofii kibucu Lotan?

Moim zdaniem – takie założenie, że to my, ludzie, jesteśmy na tej planecie aktywnymi uczestnikami tworzenia. Bierzemy odpowiedzialność za to, aby gospodarnie zaspokoić nasze potrzeby. Nasze działania mają głęboki wpływ na naturę, nawet jeśli to niezamierzone, chcemy więc rozwijać się bez szkody dla środowiska. Strategią naszej społeczności jest rozwój gospodarki i społeczeństwa, w którym wszyscy ludzie mają taką samą szansę rozwinąć swoje unikalne możliwości.

lotan_9

Czy udaje się wam żyć w zgodzie z założeniami permakultury?

Niektórzy określają permakulturę jako samowystarczalność. W naszym kibucu w produkcji żywności jest ona nieosiągalna, ponieważ lato jest zbyt gorące, aby starczyło nam jedzenia, nie mamy wystarczająco dużo wody. Zrobiliśmy duże postępy w zakresie produkcji własnej energii elektrycznej za pomocą paneli słonecznych, ale ta jest obecnie ograniczona przez regulacje rządowe oraz wysokie koszty inwestycyjne. Wyzwania związane ze środowiskiem są trudne, ale nauczyliśmy się różnych rozwiązań, wcale nie tak innych od stosowanych w środowisku miejskim – zwłaszcza teraz, gdy zmiana [globalnego] klimatu sprawia, że w miastach jest gorąco zarówno w dzień, jak i w nocy.

Ironia losu, inną definicją zrównoważonego rozwoju jest to, co skłoniło nas do wyboru miejsca kibucu. Chcieliśmy zbudować Lotan na ziemi, której nie dotyczyły konflikty terytorialne między Izraelem a jej sąsiadami. Zdecydowaliśmy się na pustynię Arava, bo w zasadzie nikt nie chciał tu żyć, nie było wątpliwości, że należy ona do Izraela.

lotan_4

Uprawiacie permakulturę na pustyni. Czy to bardzo trudne?

I tak, i nie. Ideą permakultury jest moim zdaniem rozwijanie systemów, które biorą pod uwagę ludzi w określonej społeczności, w określonym miejscu, klimacie oraz dostępne zasoby. Nasza praca zaczęła się od zainicjowania zmian, które biorą to wszystko pod uwagę. Zaczęliśmy od recyklingu – mimo niezdolności władz regionalnych do zbierania odpadów. Wykorzystujemy niebiodegradowalne elementy budowlane, włókna papieru jako dodatek do tynków i odpady organiczne jako kompost. Staramy się produkować żywność bez żadnych pestycydów, herbicydów i nawozów przemysłowych. Odkryliśmy, że możemy zamienić piasek w glebę poprzez dodanie kompostu i doprowadzenie rurami wody do nawadniania.

Do naszych ogrodów zaczęły przylatywać ptaki wędrowne, więc kupiliśmy ziemię przylegającą do kibucu – gdzie znajdowała się opuszczona kopalnia piasku. Posadziliśmy tam lucernę i utworzyliśmy nieduże zbiorniki wodne – dzięki temu powstał rezerwat przyrody dla ptaków wędrownych.

lotan_5

Opowiedz nieco więcej o tym rezerwacie.

Najlepiej pójść tam bardzo wcześnie rano. Mamy swoich przewodników – znawców miejscowej flory i fauny – którzy organizują spacery po parku właśnie o świcie, kiedy ptaki, zarówno wędrowne, jak i żyjące na miejscu, są aktywne. Po oglądaniu ptaków idzie się do jednej z ostatnich wydm po izraelskiej stronie granicy (Jordania leży zaledwie kilka metrów od kibucu!). Można zobaczyć ślady najróżniejszych zwierząt, które przychodzą tam w nocy: węży, jaszczurek, chrząszczy, skorpionów, sów, myszy i myszoskoczków, lisów, wilków, a nawet hien. Pustynia czasem wydaje się pusta, ale tak naprawdę tętni życiem. To delikatny ekosystem, zależny od naszej ochrony.

lotan_2

Jak budujecie swoje domy?

Gotowe domy okazały się zupełnie nieodpowiednie do naszego klimatu. Po kilku latach wydawania zbyt wielu pieniędzy na energię elektryczną potrzebną do schładzania ich w bardzo upalne dni i noce zaczęliśmy sprawdzać rozwiązania techniczne, dzięki którym nasze domy wykonane z naturalnych materiałów są komfortowe przy użyciu niewielkich ilości energii elektrycznej. Bele słomy i kopuły geodezyjne w domach w EcoCampusie używają mniej niż połowę energii potrzebnej do schłodzenia pomieszczeń w porównaniu do standardowych domów. Zimą ogrzewanie nie jest potrzebne w ogóle – domy nagrzewają się wystarczająco dzięki światłu słonecznemu, które przechodzi przez południowe okna.

Czy uprawiacie także rolnictwo biodynamiczne?

Leah Zigmond, nasza ogrodnik, zanim przeniosła się do Lotan, była zawodowym ogrodnikiem biodynamicznym w Zachodniej Wirginii. Przez jakiś czas prowadziła u nas uprawy biodynamiczne, ale teraz po prostu koncentruje się na uprawach ekologicznych.

lotan_7

Co uprawiacie?

Różne sałaty, szpinak, bok choy, boćwinę, brokuły, kalafior, słonecznik, słodkie ziemniaki, kukurydzę, brukselkę, cebulę, kwiaty jadalne, zioła i przyprawy – w tym bazylię, miętę i anyż – rzepę, rzodkiewki, owoce kaktusa, oliwki, guawa, morwę, figi, daktyle…

lotan_3

Czym jest Centrum Ekologii Kreatywnej?

Jest to nasza placówka edukacyjna. Oferujemy warsztaty i kursy, które trwają od jednego dnia do pełnego semestru uczelni (zrównoważona inżynieria). Najbardziej popularnym kursem są sześciotygodniowe Zielone Praktyki (mieliśmy już dwóch polskich absolwentów). To zaawansowany kurs projektowania zgodnego z permakulturą, oferujący wiele godzin praktyki w ogrodnictwie ekologicznym, budownictwie naturalnym, konstruowaniu urządzeń sanitarnych bez wody, inżynierii budowlanej „zrób to sam”, gotowania słonecznego i umiejętności budowania społeczności.

Z czego jesteście najbardziej dumni?

Z naszych dzieci i studentów. Większość z naszych dzieci wybiera roczną pracę wolontariusza, zanim wstępuje do armii [służba wojskowa w Izraelu jest obowiązkowa i dotyczy wszystkich – J.B.]. Nasi studenci robią niesamowite rzeczy w Izraelu i na całym świecie. Do ich inicjatyw należą: zarządzanie ekoedukacją parków wzorowanych na Lotan w Palestynie i Jordanii, prowadzenie kursów permakultury w Palestynie, organizowanie społeczności w Chinach, budowanie centrum dziedzictwa sztuk performatywnych w Ghanie, dzięki czemu wieś dostaje zatrudnienie, budowanie domu dziecka – farmy w Namibii, nauczanie rolnictwa ekologicznego w Kamerunie, Kenii i Nigerii, prowadzenie obozów letnich dla dzieci miejskich w Aspen Colorado, nauka vermiculture (kompostowania za pomocą robaków [sic!]) w Berkeley w stanie Kalifornia, wdrażanie ogrodów w szkołach w Cambridge (MA), Idaho, Nowym Jorku, nauczanie zdrowego gotowania na „pustyni żywności” w Lynchburg (Virginia), opracowanie dźwiękowych systemów sanitarnych [sound sanitation systems] w Ekwadorze i Peru oraz tworzenie darmowej aplikacji EcoGuide na iPhone’a, a teraz również na wszystkie komputery i smartfony: www.kibbutzlotan.com/ecoguide.

W kibucu pracują różni wolontariusze. Czy każdy może do was dołączyć?

Mamy ograniczoną liczbę miejsc dla wolontariuszy. Nasi ekowolontariusze pracują w ogrodzie, przy konserwacji terenu, są też nauczycielami, więc musimy ich angażować na dłuższy czas. Wolimy wybierać wolontariuszy z tych osób, które ukończyły nasze Zielone Praktyki. Dla tych, którzy chcą przyjechać na krótko, mamy ofertę „płać na swój sposób”. Płacą za pokój i wyżywienie, a pracują w ramach naszego zespołu i uczestniczą w niektórych zajęciach prowadzonych w trakcie pobytu.

Dziękuję za rozmowę!

Zdjęcia/pictures: Center for Creative Ecology www.kibbutzlotan.com

Informacje:

http://www.kibbutzlotan.com

www.facebook.com/lotan.ga

www.facebook.com/lotan.kibbutz

www.facebook.com/kibbutzlotan

24 IV2013

Czyimi rękami powstaje masło shea? Opowieść o Ghankach

by joanna

Masło shea już na zawsze będzie mi się kojarzyło z niezwykłą historią afrykańskich kobiet, których ciężka praca trwa od świtu do nocy. Tu znajdziecie wywiad z Katarzyną Wołk na temat WISDAP – organizacji wspierającej kobiety w Ghanie. Przeczytajcie kolejną rozmowę z Kasią, która miała okazję zobaczyć, jak żyją Ghanki z północnej części kraju, pracujące przy zbiorach orzechów shea.

J.B.: Zacznijmy od samych owoców masłosza, drzewa, które zapewnia byt ghańskiej wsi… Czym się charakteryzują?

K.W.: Owoc drzewa masłowego przypomina wielkością i kształtem śliwkę. Drzewa owocują każdego lata na przełomie stycznia i lutego, nasiona dojrzewają w marcu–maju, zbiory trwają od połowy maja do końca czerwca, kończą się na początku lipca. Z jednego drzewa zbiera się przeciętnie 15–20 kg owoców, a z nich uzyskuje się 3–4 kg orzechów. Każda kobieta zbiera tyle, ile może jednorazowo zabrać, niosąc na głowie do domu, czyli wielką michę. Owoce się gotuje, obiera i wyłuskuje orzech, który następnie trzeba wysuszyć.

Owoce się zbiera, nie zrywa. Kobiety wychodzą o świcie w sawannę bez najmniejszego zabezpieczenia. Bose nogi i gołe ręce… a w porze deszczowej w wielu miejscach jest bujna trawa, która kryje niespodzianki w postaci jadowitych węży i skorpionów.

(więcej…)

16 IV2013

Masło shea. Opowieść o kobietach z Ghany

by joanna

maslo_shea

Miałam pomysł, żeby napisać o maśle shea. Jest to składnik wielu naturalnych kosmetyków kupowanych przez Polki, często także używa się go w czystej postaci. W Afryce jest popularnym tłuszczem używanym w kuchni, my – Europejki – raczej się nim smarujemy, ponieważ ma wspaniałe właściwości nawilżające i przeciwdziałające starzeniu się skóry, znakomicie się wchłania, ujędrnia, zapobiega rozstępom i niweluje cellulit. W gorącym klimacie Czarnego Lądu używa się go jako naturalnego zabezpieczenia przed promieniami słonecznymi. (więcej…)

08 IV2013

Wegański manicure – czy już to znacie?

by joanna

Salon Nailed It zasługuje na uwagę z dwóch powodów. Po pierwsze, można tu przyjść na prawdziwy wegański, ekologiczny manikiur i pedikiur. Po drugie, można tu przyjść z dzieckiem w każdym wieku i być pewną, że w razie potrzeby zajmie się nim… męska niania. Gdzie? Na Dolnym Mokotowie w Warszawie.

Przyznaję, to był pierwszy profesjonalny manikiur w moim życiu! Zdecydowałam się tylko dlatego, że oferta salonu mnie zaintrygowała. A jego właścicielka Olga Urbowicz zadbała o to, żebym wyszła zadowolona. I z wywiadem!

nailed_1

J.B.: Jakie były początki salonu Nailed It?

O.U.: Paznokciami zajmowałam się już w liceum. I choć po drodze robiłam różne rzeczy, na przykład ubierałam aktorów, to jednak paznokcie były zawsze najważniejsze. Pracowałam też w różnych salonach, najpierw w swojej rodzinnej Częstochowie, potem w Warszawie. Kiedy cztery lata temu zdecydowałam się na pierwsze dziecko, przeszłam na swój rachunek – jeździłam do klientek, one jeździły do mnie…

Aż otworzyła pani własne miejsce.

Tak, 1 marca tego roku – więc działa naprawdę od niedawna. Zdecydowałam się na to przy drugim dziecku [Józek ma 3 miesiące – przyp. J.B.]. To miejsce jest z założenia kameralne – nie będzie szyldu, nie będzie godzin od – do. Można mnie znaleźć przez Facebooka, wkrótce także przez stronę internetową, i na tym bazuję. Jeśli chodzi o umawianie się, jestem elastyczna – dzięki temu, że mogę wziąć do pracy dziecko.

A jak powstała koncepcja salonu z manikiurem wegańskim?

Sama nie jestem weganką ani nawet wegetarianką, natomiast staram się żyć ekologicznie, zarówno pod względem stosowania detergentów, jak i kupowania zdrowej żywności, używałam też pieluch wielorazowych. Kiedy byłam w ciąży z Józkiem i myślałam o swoim salonie, wiedziałam, że nie może tu śmierdzieć zmywaczem czy lakierami. I tak ten zapach w pewnym stopniu tu jest, bo kosmetyki ekologiczne też zawierają na przykład alkohol, ale jest to zupełnie inna skala.

Czego pani używa w swoim salonie?

Przede wszystkim ekologicznego zmywacza i wegańskich lakierów. Zwykłe lakiery zawierają na przykład keratynę, formaldehydy i toluen, składniki odzwierzęce. Ja używam produktów amerykańskiej firmy Zoya, które ich nie mają. Marka Zoya jest dostępna wyłącznie w salonach. Wyróżnia się tym, że inne firmy ekologiczne mają w ofercie 30–40 kolorów – Zoya ma ich 400. A zmywacze są produkowane na bazie soi. Mają o wiele lżejszy zapach niż zwykłe zmywacze.

Czy lakiery są równie trwałe co tradycyjne?

Tak, lakiery mają porównywalną trwałość – około tygodnia na mocnej płytce paznokciowej. Natomiast baza pod lakier Zoya jest moim zdaniem o wiele lepsza niż te zwykłe. O wiele lepiej się na niej maluje. A lakiery, jak zauważyłam, nie gęstnieją tak szybko jak inne. W dodatku widać po nich, że nie zaklejają płytki, tylko pozwalają paznokciom oddychać. Nie przesuszają też płytki paznokciowej.

Co jeszcze ekologicznego i wegańskiego ma pani w swojej ofercie?

W mojej ofercie jest na przykład manicure SPA – manicure z peelingiem i maseczką, który właśnie pani wykonuję. Składniki do nich przygotowuję sama z ekologicznych, certyfikowanych składników. Zdecydowałam się na to z dwóch powodów: po pierwsze, mam pewność, że w składnikach nie znajdzie się nic, co może być pochodzenia zwierzęcego. Jeśli zapewniam moje klientki, że maseczka czy peeling są wegańskie, muszę wiedzieć, czego używam. Po drugie, samodzielne przygotowanie kosmetyku jest o wiele tańsze niż kupienie gotowego.

nailed_2

Skąd bierze pani przepisy?

Wyszukuję w internecie – najpierw szukałam gotowych przepisów, teraz staram się sama komponować kosmetyki. Czytam dużo na temat działania różnych ziół, aby przygotowywać klientkom kąpiele stóp, pod kątem najróżniejszych problemów. Dążę do tego, żeby moc przygotować dowolną kompozycję – a kiedy kupię lodówkę, to dopiero się zacznie [śmiech]. Będę mogła robić własne kremy, bez lodówki to niewykonalne.

A jak ocenia pani zainteresowanie manikiurem wegańskim?

Jest coraz większe. Coraz więcej klientek trafia do mnie właśnie dlatego, że mam taką ofertę. Choć, jak zaznaczałam, nie jestem weganką, nie siedzę w tym środowisku, więc nie tak łatwo się o mnie dowiedzieć.

Czym mnie pani teraz smaruje?

Smaruję olejem kokosowym, płatkami róży, olejem migdałowym, jojobą – z cukrem trzcinowym… Wszystko z ekologicznych składników.

Wszystko to zmieszała pani przed chwilą w miseczce.

Tak, to jest peeling cukrowy, który w odróżnieniu od gotowych kosmetyków nie rozprowadza się równie łatwo, natomiast działanie ma dużo, dużo lepsze – choćby dlatego, że jest świeżo wykonany. Czekam jeszcze na ekspres do kawy – będę wtedy mogła robić rewelacyjny peeling z fusów kawowych. Kawa ma działanie antycellulitowe, ujędrniające, przeciwzmarszczkowe. Peeling fusami – najlepiej parzonymi, bo są delikatniejsze – znakomicie ujędrnia skórę.

Czyli możemy wziąć zwykłe fusy po kawie i zrobić sobie peeling w domu?

Oczywiście, wystarczy dodać na przykład oleju rzepakowego. Wszyscy mówią, że oliwę z oliwek, ale ja promuję nasz polski olej, jest tak samo dobry, a przecież tańszy.

Zmyłam już peeling… Co będzie dalej?

Maska. Niezwykłe właściwości wygładzające ma miód – można go stosować nawet na twarz. Tu nie ma nic skomplikowanego: są płatki owsiane, siemię lniane i miód. Każdy może sobie wykonać taką maseczkę, choć w domu dużo lepsze są maseczki z ziemniaka.

Ziemniaka…?

Tak. Okazuje się, że ziemniak gotowany w skórce ma niesamowite właściwości pielęgnacyjne dla dłoni i paznokci. Nie ma nic lepszego niż ziemniak z ciepłym mlekiem – nie musi być krowie, może być sojowe, owsiane, ryżowe… trzeba po prostu rozgnieść ziemniaka ze skórką, dodać mleko, można też dołączyć miód czy konfitury z kwiatów dzikiej róży, które nadadzą przyjemny zapach. Jeśli chcemy wybielić dłonie, dodajmy sok z cytryny.

nailed_3

Józio już się niecierpliwi…

On zna już zasady, jakie tu są [śmiech]. Pomaluję teraz paznokcie bazą i będę miała dla niego chwilę. Jedna warstwa, trochę czasu dla Józia, druga warstwa… I już!

Jestem ogromnie zadowolona z efektu! Na pewno przyjdę do pani na pedikiur.

Zapraszam – pedikiur to także moczenie stóp w ziołach, możliwość peelingu, nałożenia maski, nakremowanie… Każda klienta ma u mnie własny zestaw pilników podpisany imieniem i nazwiskiem – będzie na panią czekał.

Dziękuję bardzo za rozmowę i wspaniały, relaksujący manikiur!

 

Salon Nailed It https://www.facebook.com/naileditwarsaw

Dla ciekawych – ceny (kwiecień 2013 r.):

  • Vegan manicure 50 zł
  • Vegan pedicure 80 zł
  • Vegan spa manicure 70 zł
  • Vegan spa pedicure 100 zł
  • Hybrydowy manicure 75 zł
  • Ściąganie hybrydy 50 zł
  • Japoński manicure 70 zł
  • Utwardzanie płytki żelem 145 zł
  • Uzupełnienie żel 125 zł
  • Malowanie paznokci 20 zł
  • Wzory na paznokciach 20–70 zł

W cenę każdego zabiegu wliczone jest nawilżanie dłoni/stóp oraz malowanie paznokci na jeden kolor lub frencz.

26 III2013

Tonga – pakuj dziecko do siatki!

by joanna

tonga_2

Uwaga, uwaga, od dziś będziemy publikować wywiady! Z ciekawymi osobami, na ciekawe tematy…

Na pierwszy ogień poszła Maja Raczyńska-Kaczmarek, mama dwóch chłopców, prowadząca SklepwKropki.pl, popularyzatorka Tongi – niezwykle pomysłowego nosidełka, którego używam i które reklamuję gdzie się da.

Tongę zobaczyłam przypadkiem na Facebooku, tuż przed imprezą w Forcie Sokolnickiego w Warszawie, gdy byłam w 4. miesiącu drugiej ciąży i myślałam o jakimś sprytnym nosidle.
S. trafił do siateczki jak mała rybka, kiedy miał może dwa tygodnie. Dziś ma prawie pięć miesięcy i tam gdzie S., tam ja i Tonga na podorędziu. O tym, jak nosić maluszki, możecie przekonać się tu (na zdjęciu – ja i S.). A o tym, że Tonga jest niezwykłym wynalazkiem, przeczytacie poniżej.

tonga_1

J.B.: Kiedy pierwszy raz spróbowałaś Tongi? Co cię w niej urzekło?

M.R.-K.: Pierwszy raz zobaczyłam Tongę na spotkaniu z Claude Didierjean-Jouveau, autorką książeczki „Nosimy nasze dziecko” (wyd. Mamania) [około 3 lat temu – przyp. J.B.]. Zauważyłam podczas spotkania Tongę u jednej z mam, a i w samej książce Tonga jest serdecznie polecana. Mój młodszy synek miał wtedy 2 miesiące. Byłam doświadczoną chustomamą, starszy synek lubił się nosić. Rozglądałam się jednak za czymś prostszym, mając w perspektywie wożenie starszaka do przedszkola z maleństwem u boku. Jak się potem okazało, prostota i funkcjonalność Tongi procentowały, gdy dwa razy dziennie niosłam Maleństwo do i z przedszkola, prowadząc starszego synka spokojnie za rękę.

Jaka jest historia tego nosidełka? Czym zostało zainspirowane?

Wynalazczyni Tongi Arlette Schlegel-Liebert jako antropolog zwiedziła sporą część świata i zawsze bacznie przypatrywała się sposobom, w jaki ludzie w różnych kulturach noszą swoje dzieci. Do stworzenia Tongi dla własnych dzieci zainspirowały ją m.in. siatki do łowienia ryb w Bretanii i amazońscy Indianie, a sama nazwa „Tonga” oznacza „nosić”.

Poznałaś Arlette Schlegel Liebert. Jaka to osoba?

Jestem z nią w kontakcie, to przemiła starsza pani, mieszkająca w Paryżu. Produkuje swoje nosidełko już od lat 80. ubiegłego wieku. To niemal manufaktura, krótkie serie, co jakiś czas zmieniane kolory i niewielka dostępna liczba sztuk. Dzięki temu, że pomysłodawczyni trzyma pieczę nad całością powstawania nosidełka, zachowane są jakość i wzornictwo. Za tą marką nie stoi żaden wielki koncern, potężny marketing ani budżety reklamowe. Renomę Tongi budują dobre opinie matek i ojców, którzy polecają kolejnym rodzicom to nietypowe, niewielkie i poręczne nosidełko.

A twoim zdaniem największe zalety Tongi to…

Zaletami Tongi są m.in. mały rozmiar, lekka i prosta konstrukcja, łatwa regulacja, dobrej jakości wytrzymała bawełna.

Jednak cena nosidełka może wydać się niektórym wygórowana – za co tak naprawdę płacimy? Jakie atesty ma Tonga?

Tonga jest w całości produkowana we Francji. Zarówno siatka, jak i klamra mają niezbędne atesty wytrzymałości i bezpieczeństwa. Bawełna, z której utkana została Tonga, i barwniki użyte do jej koloryzacji są certyfikowane. Tonga jest opatentowana i zgodna z normą europejską 13209-2, ma nośność od 3,5 do 15 kg. Cena nosidełka, którego możemy używać niemal od urodzenia do prawie 3. roku życia dziecka, w porównaniu z innym produktami dla dzieci z tej kategorii, nie jest ani wygórowana, ani niska. Kupując Tongę, płacimy za dobry design, funkcjonalność, pomysł i wykonanie w UE. Rzeczy dziecięce zawierają też 23% VAT, który dosyć znacznie rzutuje na cenę detaliczną.

A jak myślisz, ile osób w Polsce ma już Tongę?

Często widzę na ulicy czy w sklepie sytuacje, w których aż się prosi, żeby dźwigający dziecko na biodrze rodzic dał odpocząć swojej ręce i kręgosłupowi, używając Tongi. Jednak popularność tego kieszonkowego nosidełka rośnie podobnie jak zaufanie do najprostszych rozwiązań. Szacuję, że dziś Tongę ma w Polsce około 250–300 osób.

Gdzie możemy ją kupić?

Nosidełko można nabyć w pierwszym sklepie internetowym, który popularyzuje Tongę www.sklepwkropki.pl.

Jakie kolory są najpopularniejsze?

Z mojego doświadczenia wynika, że serca polskich rodziców podbiła Tonga tęczowa, ten wzór zdecydowanie najlepiej się sprzedaje.

tonga_3

Czy Tongę kupują również ojcowie?

Mężczyźni, którzy raz przymierzyli Tongę, szybko stają się jej zwolennikami. Trafia do nich prostota tego nosidełka, cenią sobie jego niewielkie gabaryty i fakt, że nie muszą się zawijać w zwoje bawełny ani zapinać w kolejne szelki i sprzączki. Panowie stanowią znaczny odsetek klientów mojego sklepu internetowego.

Widziałam już pieluszki wielorazowe w skali „dla misia”, może jest więc wersja Tongi mini dla lalek?

Niestety, wersji mini dla lalek jeszcze nie powstała, ale może podsunę ten pomysł Arlette. Byłby to polski wkład w rozwój tego nosidełka :)

Dziękuję za rozmowę i trzymam kciuki, żeby Tonga zdobywała coraz większą popularność!