14 IX2016

Bożena Kropka – „Co mi dolega?” – recenzja

by joanna

Druga książka dietetyczki Bożeny Kropki jest lekturą, którą czytelnicy „Pokonaj alergię” mogą potraktować jako swego rodzaju uporządkowanie wiedzy upakowanej w poprzednim, bardzo obszernym dziele autorki (tu nasza recenzja). Z kolei osoby, którzy z Bożeną Kropką zetkną się pierwszy raz, pewnie z ciekawości sięgną po poprzednią publikację.

co_mi_dolega_0

Autorka robi przegląd zagadnień, które według niej stanowią najistotniejsze i najczęstsze zjawiska dietetyczno-zdrowotne i stawia tezę, że odżywianie oraz dbanie o jakość naszego otoczenia i dobre samopoczucie stanowią klucz do naszego zdrowia. Przytacza też anegdoty ze swojego życia zawodowego i osobistego, jak zmiana sposobu odżywiania czasem radykalnie zmieniała życie chorego.

Czy z książki „Co mi dolega?” rzeczywiście możemy dowiedzieć się, dlaczego czujemy się źle? Wbrew tytułowi chyba nie to jest intencją autorki, żeby szukać u siebie choroby. Książka jest przewodnikiem po zagadnieniach związanych ze zdrowym odżywianiem oraz zaburzeniami funkcjonowania organizmu. (więcej…)

15 VII2016

„Zdrowa lekkość brzucha” – pożegnanie wzdęć. Recenzja

by joanna

Czy wiecie, że kobiety częściej cierpią z powodu dolegliwości jelitowych niż mężczyźni? Wcale nie dlatego, że się gorzej odżywiają, ale dlatego, że kobieca budowa w pewnym stopniu przyczynia się do utrudnienia swobodnego przepływu treści przez trzewia. Dodatkowo cykl miesięczny ze zmiennym poziomem hormonów wpływa na to, czy trawienie jest spowolnione, czy przeciwnie – przyspieszone.

Jednym słowem trawienie u kobiet napotyka więcej trudności niż u mężczyzn, ale… To nie oznacza, że mamy cierpieć z powodu wzdęć i wymawiać się płcią. Wręcz przeciwnie. Dzięki takim książkom, jak „Zdrowa lekkość brzucha” Robynne Chutkan (autorki świetnych „Dobrych bakterii”) możemy poznać najczęstsze (oraz mniej popularne) przyczyny wzdęć i skorzystać z porad ułatwiających życie.

zdrowa_lekkosc_brzucha_1

Robynne Chutkan jest amerykańską gastroenterolożką, mającą wieloletnią praktykę w pomaganiu ludziom cierpiącym na problemy gastryczne. Dzięki swojej dociekliwości i otwarciu na wiedzę znalazła sposób na niejedną dolegliwość swoich pacjentów, którzy często trafiają do niej po bezowocnym i powierzchownym leczeniu przez innych lekarzy. (więcej…)

10 VI2016

„Utracone mikroby” – epitafium H. pylori (recenzja)

by joanna

Tę książkę polecam szczególnie tym, którzy kiedykolwiek badali się na obecność bakterii Helicobacter pylori w żołądku. Czy wynik wyszedł dodatni, czy ujemny, żaden z nich nie wydaje się pozytywny w świetle badań autora. A nawet można zaryzykować stwierdzenie – jeśli masz H. pylori, jesteś w szczęśliwszej mniejszości.

utracone_mikroby_1

Doktor Martin J. Blaser, autor „Utraconych mikrobów”, to amerykański naukowiec i praktyk ze stażem 30 lat. Jego książka, która ukazała się w Stanach Zjednoczonych w 2014 roku, jest zapisem nie tylko aktualnej wówczas wiedzy Blasera, ale także „spisem niewiedzy” całej medycyny opartej na badaniach. Jednym z jego głównych obiektów badań był mikrob, obecny w żołądku ludzi od co najmniej 100 tysięcy lat: (więcej…)

22 IV2016

„Historia wewnętrzna” – recenzja

by joanna

To ciekawe, że naukowcy dopiero od niedawna na poważnie i coraz skuteczniej przyglądają się zawartości naszych jelit, którą nazywamy florą bakteryjną. Można śmiało powiedzieć, że ta dziedzina nauki rozwija się z opóźnieniem co najmniej kilku dekad, przez co wiedza dzisiejszych lekarzy, z którymi zazwyczaj mamy do czynienia, w tej dziedzinie bywa naprawdę niewielka.

historia_wewnętrzna_1

Jak to się niejednokrotnie zdarzało w historii ludzkości, praktyka i medycyna ludowa w tej materii wyprzedziła „mądre głowy” o lata świetlne. W końcu nie od dziś jemy kiszonki, które wzmacniają nasz organizm nie inaczej, niż dostarczając mu pożytecznych bakterii. Skwaśniałe mleko podobnie. Coraz więcej chorób na tle immunologicznym łączy się z funkcjonowaniem układu pokarmowego, a konkretnie z obecnością odpowiednio bogatej i wartościowej fory bakteryjnej jelit.

Teorie o glutenie czy nabiale, które agresywnie zubożają nasze zasoby dobrych bakterii, są wciąż traktowane przez środowiska naukowe z pogardą. Ale wygląda na to, że coraz więcej utytułowanych osób przychyla się do teorii, że odstawienie „wstrętnej trójcy”, czyli nabiału, glutenu i cukru, przynosi nieoczekiwaną poprawę samopoczucia osób cierpiących na wszelkie choroby autoimmunologiczne.

historia_wewnętrzna_4

Historia bardzo wewnętrzna

Jeśli czujecie, że ten temat Was wciąga, koniecznie zajrzyjcie do „Historii wewnętrznej” niemieckiej doktorantki z frankfurckiego zakładu mikrobiologii i higieny klinicznej Giulii Enders (przyznaję, że jestem pod wrażeniem jej wiedzy, to rocznik 1990!).

Enders w często zabawny sposób oprowadza czytelników po ludzkim przewodzie pokarmowym i opowiada (czasem jednak mocno upraszczając), co się w nim właściwie dzieje. Przywołuje momentami dość odkrywcze teorie, nad którymi zwykle nie rozwodzi się dłużej niż w kilku zdaniach, jest to jednak wystarczający trop, aby zainteresowani mogli szukać informacji dalej. Takim przykładem jest temat pewnych powiązań między łuszczycą a migdałkami i ich nadgorliwością. Autorka pisze o przypadkach, gdy usunięcie migdałków przyczyniało się do cofania objawów choroby. Myślę, że może to zainteresować wielu chorych.

historia_wewnętrzna_3

W książce znajdziemy sporo informacji, o które zwykle nie pytamy lekarzy, takie jak istota wymiotowania, wypróżniania czy produkowania gazów i pozbywania się ich. Przyznaję, że Enders umiała mnie rozbawić, pisząc o robieniu kupy. Nie jestem jednak pewna, czy każdemu ten humor będzie odpowiadać (całości dopełniają wesołe ilustracje siostry autorki). W całym natłoku informacji dotyczącej naszych trzewi zabrakło mi solidnej porcji faktów na temat czopków. Uważam je za genialny wynalazek dla osób o wrażliwym przewodzie pokarmowym – takich jak ja – zwłaszcza że ich użycie jest znacząco zdrowsze od łykania piguł. O ile oczywiście nie ładujemy ich sobie garściami.

Gdzie jest „ja”

Enders porusza bardzo ciekawe zagadnienie poczucia naszej osobowości. Choć mózg traktujemy jako najważniejszy ośrodek naszego wewnętrznego „ja”, to jelita – mające przecież gigantyczną powierzchnię zamieszkaną przez kilogramy bakterii – są w dużym stopniu odpowiedzialne za nasze nastroje i potrzeby. Praca mikroorganizmów to nie tylko trawienie, ale też wysyłanie sygnałów do mózgu, których nie rejestrujemy bezpośrednio, ale jednak mają one wpływ na nasze zachowanie. Co oznacza, że być może dokarmianie bakterii, które działają na korzyść naszego samopoczucia, wpływa na nas równie skutecznie, co sport albo techniki relaksacyjne. Z kolei fatalne odżywianie, nadużywanie leków, a do tego stres zaburzający prawidłowe trawienie przyczynia się do wzrostu niekorzystnej flory bakteryjnej, mającej wpływ na nasze zachowanie, w tym wybór rodzaju posiłków! Dlatego między innymi podejrzewa się, że bakterie jelitowe mogą być w dużym stopniu odpowiedzialne za otyłość i kompulsywne obżeranie się. A także m.in. za depresję…

historia_wewnętrzna_2

Helicobacter pylori w podwójnej roli

Jednym z ciekawszych tropów jest rozdział poświęcony bakterii obecnej w żołądkach połowy ludzkości. Jej dwulicowość przynosi nie tylko straty w postaci podrażnienia żołądka czy (być może) choroby Parkinsona, ale także zyski – mniejsze ryzyko astmy. Dlatego jej obecność w naszym żołądku niekoniecznie musi nas martwić (ja jej nie mam). Być może nasze bakterie jelitowe też odgrywają podwójną rolę, a może jest to zależne od naszej diety? Choć wciąż mało o nich wiemy, na pewno każdy z nas ma swój unikalny zestaw mieszkańców, wpływający na nasze życie bardziej, niż myślimy. Może właśnie nadchodzi czas, kiedy maleńcy bohaterowie historii wewnętrznej zyskają należne poważanie i uwagę wszystkich lekarzy?

Polecam Wam książkę Enders (do kompletu z „Dobrymi bakteriami„) jako źródło wiedzy i rozrywki. Może tylko nie wstawiajcie oliwy do lodówki, jak radzi autorka. I myślcie, co jecie!

baranowscy

Gulia Enders, „Historia wewnętrzna”, Łódź 2015, do kupienia w sklepie ZdrowePodejście.pl z 10% rabatem na hasło baranowscy

zdrowepodejscie_logo

25 I2016

Robynne Chutkan „Dobre bakterie” – recenzja

by joanna

„Pięciodniowa seria antybiotyków może wytłumić aż jedną trzecią twoich bakterii jelitowych. Choć wiele z tych gatunków ostatecznie odżyje, ten proces odbudowy może potrwać miesiące, a nawet lata” – mówi dr Robynne Chutkan, amerykańska gastroenterolożka, która w swojej książce „Dobre bakterie” opisuje przypuszczalny związek między chorobami immunologicznymi czy metabolicznymi a składem flory bakteryjnej jelit.

Dobre_bakterie_-_Robynne_Chutkan

„Dobre bakterie” przeczytałam uczciwie od deski do deski, z każdą przeczytaną stroną nabierając przekonania, że wreszcie mam w ręku sensowny poradnik napisany przez doświadczonego lekarza. Tak, wiem, że książka jest napisana dla Amerykanów i dlatego czasem informacje są podane w uproszczony sposób. W dużej mierze wiedza zawarta w „Dobrych bakteriach” była mi już znana, ale dzięki książce mogłam przypomnieć sobie kilka zagadnień i uporządkować fakty. (więcej…)

03 XII2015

„Alaantkowe BLW” – recenzja

by joanna

Jeśli macie w swojej okolicy niemowlę od 6. miesiąca wzwyż, tę książkę kupcie obowiązkowo. Jeśli nie macie swoich dzieci, kupcie „Alaantkowe BLW” innym rodzicom pod choinkę. Albo bez okazji. Bo BLW warto promować!

alaantkowe_0

Joanna Anger – na co dzień nauczycielka wychowania przedszkolnego, mama Ali – i Anna Piszczek – polonistka i historyczka, mama Antka – są twórczyniami bloga AlaAntkowe BLW, czytanego przez tysiące polskich rodziców i docenionego w konkursie BLOG ROKU 2014.

Książka jest efektem pracy dwóch mam z dwóch miast (Wrocław i Poznań), które zgadały się przez internet i założyły blog Ala’Antkowe BLW (od imion dzieci – Ali i Antka). Publikują na nim przepisy na proste i smaczne potrawy, które można bezpiecznie podawać dzieciom od momentu rozpoczęcia rozszerzania diety. Kluczem do sukcesu jest oczywiście metoda BLW, która stawia na samodzielność dziecka w jedzeniu od samego początku.

Przeczytaj więcej o metodzie BLW oraz o rozszerzaniu diety alergika wg metody BLW.

alaantkowe_3

Książka to zbiór przepisów przetestowanych przez autorki i tysiące dzieci z całej Polski. Rozpoczyna się wstępem teoretycznym, gdzie wyjaśnione są zasady BLW, znajdują się rady i podpowiedzi, jak i kiedy zacząć rozszerzanie diety, czego unikać i jaki sprzęt kuchenny okaże się pomocny. Znajdziemy tu także kilka słów dla rodziców alergików, np. czym zastąpić jajko; pojawia się też wzmianka o karobie.

Przepisy zostały podzielone według rodzaju posiłku (przekąski, obiad, deser, potrawy świąteczne) i oznaczone w zależności od tego, czy są wegetariańskie, wegańskie czy beglutenowe.

alaantkowe_2

„AlaAntkowe BLW” to książka wydana bardzo starannie i niezwykle apetycznie podana. Podoba mi się przejrzysty układ przepisów, estetyka zdjęć i prosty język receptur. Dzięki temu naprawdę każda mama i każdy tata z przyjemnością i łatwością przygotują smaczny i zachęcający posiłek dla małego dziecka.

Cieszę się, że książka trafiła w moje ręce – choć nasi synowie są już całkiem duzi, zamierzam przetestować na rodzinie kilkanaście przepisów, zwłaszcza na zupy.

alaantkowe_1

Rzadko kiedy mogę z całkowitym przekonaniem polecić jakąkolwiek książkę. Tę po prostu musicie zobaczyć, a jestem pewna, że ją kupicie – dla swoich dzieci albo dzieci sąsiadki, albo po prostu.

A tak wyglądało gotowanie według przepisów z książki podczas 2. Dni Alergii:

This slideshow requires JavaScript.

Joanna Anger, Anna Piszczek, „AlaAntkowe BLW. Od niemowlaka do starszaka. Domowa książka kucharska”, wyd. Mamania, Warszawa 2015.

25 VI2015

„Zielona dieta koktajlowa” – recenzja

by joanna

Jeśli szukacie błyskawicznej inspiracji, jak szybko i zdrowo przestawić swoje ciało na lato, zajrzyjcie do książki J.J. Smith „Zielona dieta koktajlowa”. Książka jest nieduża, ponieważ pomysł autorki (amerykańskiej dietetyczki zajmującej się walką z otyłością, promującej m.in. zielone koktajle) jest prosty i opiera się na 10-dniowym oczyszczeniu organizmu za pomocą smoothie.

Zielona_Dieta_Koktajlowa

Co to są zielone koktajle?

Jeśli jeszcze ich nie znacie, najwyższa pora spróbować. Wystarczy blender (najlepiej kielichowy), kilka przepisów, trochę zieleniny, warzywa, owoce, pestki, nasiona oraz dobra woda. (Autorka odradza picie wody z kranu, ale ponieważ to amerykańska książka, nie wiem, jak się do tego ustosunkować. Picie wody z kranu jest ekologiczne i na pewno zdrowsze oraz tańsze niż wody z plastikowej butelki).

Zielony koktajl to zmiksowane różne części roślin z wodą. W odróżnieniu od soku taki napój zawiera wszystkie drogocenne składniki odżywcze z produktów i to w bardzo łatwo przyswajalnej postaci. Witaminy, błonnik, przeciwutleniacze, chlorofil – nic nie ginie, o ile koktajl będzie odpowiednio przygotowany i dobrze przechowywany.

Zielona_Dieta_Koktajlowa_2

Podstawą koktajlu jest zielenina. Autorka poleca szczególnie: botwinkę, jarmuż, kapustę (różne odmiany), mangold, pietruszkę, rukolę, rzepę, sałatę i szpinak. Do tego dobiera się warzywa i owoce oraz pestki czy nasiona. J.J. Smith radzi także, aby wszystkie produkty pochodziły z upraw organicznych – to ważne, ponieważ jej 10-dniowa kuracja ma za zadanie usunąć z organizmu toksyny, w tym metale ciężkie. Jako przekąski dodatkowe autorka radzi m.in. chrupiące warzywa, jajko na twardo czy masło orzechowe (bez dodatku soli i cukru). Dodatkowe słodzenie – wyłącznie stewią.

10 dni to początek

Autorka „Zielonej diety koktajlowej” proponuje 10 dni odżywiania się niemal wyłącznie koktajlami. Na każdy dzień przygotowała jeden przepis na porcję napoju, który powinien starczyć od rana do wieczora. Dla osób potrzebujących dużo białka podaje wersję z mieszanką proteinową. Niestety, autorka radzi, aby kupować owoce i warzywa mrożone – moim zdaniem warto jednak skupić się na świeżych i lokalnych produktach jako podstawie diety. Nawet jeśli trzeba zmodyfikować przepis (choć w książce znajdziemy radę, aby tego nie robić).

Zielona_Dieta_Koktajlowa_1

J.J. Smith zapewnia, że tak zaprogramowała kurację oczyszczającą, że w ciągu 10 dni nie tylko stracimy na wadze, ale też odzyskamy energię, dobre samopoczucie i będziemy chcieli kontynuować program. Po tym czasie można już przejść na bardziej stałe posiłki, w zależności od oczekiwań co do wagi pić mniej lub więcej zielonych koktajli dziennie. Autorka podaje listę tzw. superfoods, którymi można wzbogacać napoje (np. jagody acai czy awokado). Podaje też kilka dodatkowych sposobów na przyspieszenie detoksykacji organizmu (np. korzystanie z sauny czy suche szczotkowanie). W ogóle w książce znajdziemy bardzo dużo pomysłów, jak sprawić, aby nasze menu było zdrowsze, i jak wspomóc oczyszczanie np. wątroby. (Spodobał mi się sposób z suchym szczotkowaniem, choć zalecana jest szczotka z włosiem dzika, hm).

Dużą część książki zajmują opowieści osób, które przeszły program J.J. Smith, zgubiły kilogramy i czują się lepiej. Przyznaję, że ominęłam je z czystym sumieniem. Najciekawsze są dla mnie oczywiście…

Przepisy

Ponad 100 przepisów na zielone koktajle o konkretnym zadaniu (odmładzające, przeciwzmarszczkowe, regeneracja kości i ścięgien, wzmacniające serce itp.).  Jako dodatek są też receptury na posiłki wysokobiałkowe (tylko kilka niestety).

Pomysły na koktajle są bardzo inspirujące. Najczęściej o ich działaniu decyduje składnik znajdujący się na końcu listy, za to mający bardzo dużo wartościowych właściwości. Dzięki tej książce z pewnością zacznę dodawać do moich koktajli więcej rodzajów superfoods (dziś używam głównie nasion chia).

Superfoods: maca i sproszkowane jagody acai.

Superfoods: maca i sproszkowane jagody acai.

Czy skuszę się aż na 10 dni detoksu? Pewnie nie aż tak rygorystycznego, jak chciałaby autorka (nie muszę gubić kilogramów), ale z chęcią spróbuję pić koktajle regularnie i np. dwa razy dziennie. W sklepie Kooperatywy mamy nieustanną ofertę świeżej niepryskanej zieleniny i pysznych warzyw oraz owoców, więc będę działać!

Co i Wam polecam.

J.J. SMith, „Zielona dieta koktajlowa”, Wrocław 2015, cena okładkowa 24,90 zł

19 VI2015

Jerzy Zięba, „Ukryte terapie” – recenzja

by joanna

Co sprawa, że Jerzy Zięba i jego książka „Ukryte terapie” są tak popularni wśród osób interesujących się naturalnymi metodami leczenia, stojących w opozycji do medycyny akademickiej? Książka ukazała się już jakiś czas temu, rozgłos zdobywa głównie pocztą pantoflową. Odesłania do niej znajdziemy na tematycznych forach internetowych, gdzie rozmawia się m.in. o alergiach.

Jerzy Zięba, „Ukryte terapie”

Jerzy Zięba, „Ukryte terapie”

(więcej…)

Off
14 III2015

Nie będziemy słodzić. Precz z cukrem! Recenzja

by joanna

Niemal w tym samym momencie (luty 2015 r.) w polskich księgarniach pojawiły się dwie książki mówiące o tym, że cukier jest naszym ukrytym i bardzo niebezpiecznym wrogiem. Co gorsza, jest substancją, od której łatwo się uzależniamy, a dzięki sprytnym zabiegom producentów żywności nie zdajemy sobie sprawy, jaką ilość cukru spożywamy naprawdę.

bez_cukru_detoks_cukrowy

„Bez cukru” Martiny Fontany (wydawnictwo Relacja) oraz „Detoks cukrowy” Brooke Alpert i Patricii Farris (wydawnictwo Bukowy Las) to dwie książki napisane w różnych konwencjach i dla nieco innych odbiorców, ale autorki jednym głosem wołają do czytelników: cukier, który wydaje nam się tylko słodzikiem, osłabia nas fizycznie i psychicznie.

Co to jest cukier

Trudno dziś uniknąć cukru w diecie. Mówię tu o cukrze, który jest tym „złym”. Czyli właściwie jakim?

Cukrami (węglowodanami) nazywamy związki organiczne, które składają się z atomów: węgla, wodoru i tlenu. Ze względu na to, ile cząsteczek cukrowych w sobie zawierają, mogą to być cukry proste i cukry złożone. Cukry proste to przede wszystkim glukoza i fruktoza. Cukry złożone to – w zależności od budowy – dwucukry (dwie cząsteczki cukru prostego, np. glukoza + galaktoza, czyli laktoza; sacharoza składa się z cząsteczki glukozy i fruktozy) oraz wielocukry (nawet do kilkuset tysięcy cząsteczek cukru prostego, przykłady: skrobia, glikogen). Glukoza wchodzi w skład wszystkich dwucukrów i węglowodanów złożonych, które spożywa człowiek. Podobnie jak inne cukry, jest niezbędna do prawidłowego funkcjonowania naszego organizmu m.in. jako źródło energii. Dlatego nie jest możliwe, abyśmy przestali spożywać pokarmy zawierające węglowodany (zresztą, trudno byłoby znaleźć pożywienie bez nich).

Problem, jaki wywołuje w dzisiejszych czasach cukier w naszej diecie, nie leży bezpośrednio w jego budowie czy właściwościach. Istota tkwi w jego wszechobecności i nadmiarze, zwłaszcza w postaci cukrów prostych i dwucukrów. Przemysł spożywczy, oferujący nam produkty gotowe do spożycia lub półprodukty, dobrze wie, że zawartość słodkiego w posiłku zawsze się sprawdza i prowadzi do zwiększenia obrotów.

herbatniki_wyborowe

Źródło: „Dra. Oetkera przepisy: dla skrzętnych gospodyń”, www.polona.pl, domena publiczna

Nie chodzi tylko o cukier, który w składzie opisany jest właśnie jako „cukier”. Węglowodany, na które powinniśmy patrzeć z podejrzliwością, kryją się przecież także w tych produktach, które wcale nie wydają nam się słodkie. To przede wszystkim rafinowane zboża – oczyszczona mąka, biały ryż. Ziarna pozbawione otoczki stają się atrakcyjne ze względu na delikatniejszy smak (a dla przemysłu spożywczego – bo mają dłuższą trwałość). Nie zawierają jednak np. błonnika, który jest niezwykle ważnym składnikiem naszej diety, hamującym niebezpieczny proces podnoszenia cukru we krwi.

Którego cukru należy unikać? Czytaj składy! (Źródło: „Bez cukru” s. 45).

  • syrop glukozowy, glukoza,
  • syrop fruktozowy, fruktoza,
  • syrop glukozowo-fruktozowy,
  • izoglukoza,
  • inwertowany syrop cukrowy, cukier inwertowany,
  • syrop kukurydziany,
  • laktoza,
  • serwatka,
  • dekstroza,
  • maltoza,
  • cukier słodowy,
  • syrop słodowy,
  • cukier gronowy,
  • syrop karmelowy,
  • słody owocowe,
  • cukier trzcinowy (rafinowany i nierafinowany) itd.

Jazda z insuliną

Kiedy dostarczamy naszemu organizmowi posiłek, węglowodany, które są łatwo przyswajalne (nie muszą być rozłożone na cukry proste lub ich trawienie zajmuje niewiele czasu), szybko przedostają się do krwi. To powoduje wydzielanie się insuliny, hormonu, który ma za zadanie wyłapać cukier – a dokładnie glukozę – krążący po organizmie. Część glukozy jest przeznaczana na potrzeby energetyczne, a część odkłada się w wątrobie (a następnie w mięśniach) jako tłuszcz – glikogen. Kiedy cukru jest za dużo, zarówno trzustka produkująca insulinę, jak i wątroba przetwarzająca glukozę na glikogen zaczynają mieć kłopoty. Nadmiar glikogenu powoduje, że cukier zaczyna być zamieniany w trójglicerydy.

Insulina, kierująca metabolizmem cukru, odsyła go do „magazynów”, gdzie jest składowany na czarną godzinę. Nasze organizmy nie są przystosowane do nieustającego dobrobytu: natura zaprogramowała nas tak, abyśmy byli przygotowani na nieoczekiwany głód i chłód. Dlatego tak łatwo nam przytyć, a tak trudno pozbyć się tłuszczyku, kolekcjonowanego przez insulinę – dla naszego dobra!

Źródło: www.polona.pl, domena publiczna.

Źródło: www.polona.pl, domena publiczna.

Nieustanne dostarczanie cukrów, które błyskawicznie przedostają się do krwiobiegu, skutkuje także zachwianiem gospodarki hormonalnej: trzustka reaguje błyskawicznie, cukier jest przechwytywany i „znika”, bo insulina upycha go tam, gdzie może być potrzebny. Problem w tym, że jemy cukier po to, aby zaspokoić głód i dostarczyć sobie energii – ale natychmiastowe zagospodarowanie cukrów prostych sprawia, że skok cukru we krwi jest chwilowy, po czym następuje szybujące w dół załamanie jego poziomu, co odczytujemy jako ponowny atak głodu.

Powstaje błędne koło: jemy, aby się nasycić, ale „zbyt proste” cukry, które natychmiast przedostają się do krwi, równie szybko z niej znikają. Jemy więcej, sytuacja się powtarza, a przecież cukier nie znika z naszego organizmu – zostaje przetworzony na energię lub zmagazynowany w postaci tłuszczu. Kiedy jest go coraz więcej i więcej, nie tylko tyjemy – rozregulowujemy cały system przechwytywania i rozdzielania glukozy przez insulinę. To może doprowadzić prosto do cukrzycy typu 2.: insulinooporność (organizm przestaje słuchać się insuliny) oraz nieprawidłowe reagowanie trzustki.

Zła fruktoza

Bardzo ciekawym zagadnieniem jest szkodliwość fruktozy, która nie poddaje się działaniu insuliny. Oczywiście piszę tu o fruktozie, która pojawia się jako dodatek do produktów gotowych – ta w owocach, spożywana umiarkowanie, nie będzie stanowiła dużego zagrożenia dla naszej tuszy. Aczkolwiek to właśnie ten cukier jest kierowany z krwi prosto do magazynów tłuszczowych. Dzieje się tak, ponieważ fruktoza nie uczestniczy w procesie reagowania trzustki na jej poziom we krwi, insulina jej nie zauważa. Tymczasem dzięki insulinie wytwarza się kolejny hormon – leptyna, powodujący uczucie sytości (pisze o tym Fontana w „Bez cukru” na str. 42). Gdy brakuje leptyny, nie czujemy zaspokojenia głodu, więc wątroba uznaje, że musi zmagazynować cukier.

W produktach spożywczych (napojach, sokach owocowych, jogurtach, lodach…), jak pisze Fontana, znajduje się tania fruktoza pozyskiwana z pszenicy i kukurydzy. Słodycz, która nie daje satysfakcji – ponieważ nie wyzwala leptyny. O fruktozie i jej szkodliwym działaniu pisze także Brooke Alpert, która przywołuje badania nad związkami między spożyciem tego cukru a chorobami cywilizacyjnymi („Detoks cukrowy”, s. 58 i dalej). Jego szkodliwe działanie polega również na wytwarzaniu związku o nazwie AGE, który przyspiesza procesy starzenia w naszym organizmie.

To również jest cukier (na podstawie: „Detoks cukrowy”, s. 61):

  • syrop z agawy,
  • syrop z brązowego ryżu,
  • brązowy cukier,
  • cukier trzcinowy,
  • karmel,
  • słodzik kukurydziany,
  • syrop kukurydziany,
  • cukier daktylowy,
  • dekstroza,
  • fruktoza,
  • glukoza,
  • wysokofruktozowy syrop kukurydziany,
  • miód,
  • laktoza,
  • maltoza,
  • słód,
  • syrop słodowy,
  • cukier klonowy,
  • syrop klonowy,
  • melasa,
  • cukier nierafinowany,
  • syrop ryżowy,
  • syrop z sorgo,
  • sacharoza,
  • mączka chleba świętojańskiego (karob!),
  • turbinado.

Dobre cukry

Jak już pisałam, cukier jest nam niezbędny do życia. Dlatego podczas przygotowywania posiłków powinniśmy zwracać uwagę na to, aby produkty spożywcze nie zawierały dodanego cukru, a ich naturalne węglowodany były jak najdłużej trawione. Dzięki temu uwalnianie się cukru do krwi nie polega na jednorazowym skoku, ale długim procesie dostarczania nam energii przez kilkadziesiąt minut i więcej. Aby ułatwić sobie zadanie, można korzystać z tabel indeksu glikemicznego i ładunku glikemicznego danych produktów, dzięki którym łatwiej zorientujemy się, jakie pożywienie będzie dla nas korzystne. (Więcej o IG i ŁG pisałam tutaj: Zasada dotycząca indeksu glikemicznego).

Co ciekawe, pszeniczna biała mąka ma wyższy indeks glikemiczny niż cukier! Co oznacza, że powinniśmy się wystrzegać białej mąki nie mniej niż „cukrowego diabła”.

cukrowy_diabel

Taki diabeł straszny

Już 20 lat temu rodak Martiny Fontany Udo Pollmer pisał o tym, że ludzie są cukroholikami, czy tego chcą, czy nie. Świadczy o tym między innymi preferowanie słodkiego smaku przez niemowlęta (gdyby nie lubiły mleka, umarłyby z głodu).

Przyjemność płynąca ze słodyczy jest więc genetycznie zaprogramowana. Cukier to najtańsza z używek, więc bardzo chętnie i jednocześnie bezmyślnie dodaje się go do pokarmów dla noworodków i wkłada do szkolnych tornistrów. (…) Nagradzamy nim za odwagę, osuszamy łzy i uciszamy krzyki. (s. 237).

Dzięki cukrowi wiele ludzi lepiej śpi i lepiej znosi ból. Cukier poprawia nastrój i uzależnia, ponieważ wpływa na produkcję konkretnej substancji w mózgu: serotoniny. (s. 238)

Cukier nie tylko oddziałuje na nasze kubki smakowe, ale także na psychikę, ponieważ poprzez wyzwalanie insuliny przyczynia się do produkcji serotoniny, wpływającej na nasze dobre samopoczucie. Pollmer pisze o zależności między naszą potrzebą jedzenia słodyczy a brakiem lub niedoborem światła, które zapobiega przekształcaniu serotoniny w melatoninę. Podobnie działa wysiłek fizyczny – a więc osoby regularnie dostarczający sobie przyjemności sportowych na świeżym powietrzu prawdopodobnie są mniej podatne na słodycze. W tym miejscu Pollmer rozgrzesza w pewnym stopniu nasze zamiłowanie do słodyczy, a jednocześnie przestrzega, że:

Ten, kto nie bierze pod uwagę tych zależności i będzie próbował ograniczyć spożycie cukru, poniesie porażkę (s. 243).

Cokolwiek myślicie o cukrze, powinniście poznać prawdę

Cukier uzależnia, to naukowo zbadany fakt. Przytoczę tylko kilka wyników badań z ostatnich lat.

The evidence supports the hypothesis that under certain circumstances rats can become sugar dependent. This may translate to some human conditions as suggested by the literature on eating disorders and obesity.

(Dowody wskazują, że w pewnych okolicznościach szczury mogą uzależnić się od cukru. Można to przełożyć na pewne ludzkie warunki, na co wskazuje literatura na temat zaburzeń odżywania i otyłości).

piszą amerykańscy naukowcy z Princeton w artykule „Evidence for sugar addiction: Behavioral and neurochemical effects of intermittent, excessive sugar intake”. Z kolei badacze z uniwersytetu w Cleveland w artykule „Implications of an animal model of sugar addiction, withdrawal and relapse for human health” konstatują na podstawie badań na szczurach, że:

The study demonstrates that the effects of sugar addiction, withdrawal and relapse are similar to those of drugs of abuse. Implications of the rewarding and addicting effects of sugar are related to weight gain, obesity and Type II diabetes. Furthermore, pitfalls related to dieting are elucidated.

(Badania pokazują, że efekty uzależnienia od cukru, odstawianie i powracanie są podobne do tych, które występują przy nadużywaniu leków. Skutki efektu nagrody oraz uzależnienia od cukru są powiązane z nadwagą, otyłością i cukrzycą typu 2. Co więcej, wyjaśniają pułapki związane z dietami).

Co ciekawe, pewne badania wskazują na to, że gen uzależnienia, odpowiedzialny m.in. za pewne predyspozycje do alkoholizmu, jest również powiązany z łaknieniem słodyczy i uzależnieniem od nich („Sweet preference, sugar addiction and the familial history of alcohol dependence: shared neural pathways and genes”), co w pewnym stopniu zrównuje uzależnienia od opiatów oraz alkoholu z uzależnieniem od cukru.

Przetestuj się

Co zabawne, w obu książkach – amerykańskim „Detoksie” i niemieckim „Bez cukru” – znajdziemy test dla czytelnika, który ma określić, jak duży jest nasz problem z cukrem na co dzień.

detoks_cukrowy_ankieta

„Detoks cukrowy”

Jako osoba, która lubi słodki smak, ale unika cukru od dwóch lat, mogę się pochwalić znakomitym wynikiem. Jednak wciąż wiem, że pokusa jest duża i czasem zdarza mi się złamać zasadę „nie jem cukru” (np. gdy robię tort dla alergika – z cukrem). A jednak w dużej mierze naprawdę udaje mi się nie pożądać słodyczy. W domu mam zwykle przygotowane zapasy zdrowych przekąsek (migdały, orzechy, batony owsiane), które ratują mnie w kryzysie. Ograniczam też słodkie owoce, w tym moje ulubione suszone daktyle. To jest trudne! Ale warto – ważę zwykle tyle, ile chcę.

„Bez cukru” i bez ogródek

Tę książkę czyta się jak dość przykry, ale dobrze napisany esej na temat dzisiejszego przemysłu spożywczego.

bez_cukru_0

Autorka (tu jej strona WWW) pisze w dość lekkim stylu, ale wytacza ciężkie argumenty, które powinny przemówić nam do rozsądku. Przywołuje dane z wiarygodnych źródeł na temat spożycia cukru w Niemczech, gdzie mieszka. Rozprawia się ze sztuczkami stosowanymi przez producentów żywności. Wykazuje, gdzie tkwi diabelskie nasienie – cukier, który szkodzi nam najbardziej; ukryty we wszystkich możliwych produktach pod najróżniejszymi nazwami.

Wyobraźnia przemysłu spożywczego nie zna granic. Zaufanie jej może zagrażać życiu. Postrzegacie to podobnie i już dawno przestawiliście się na żywność bio? Dobra strategia, przynajmniej w teorii, bo i tam często jesteśmy przeciągani na cukrową stronę mocy! (s. 78-79)

Fontana pisze m.in. o stewii – czy rzeczywiście jest dobrym zamiennikiem cukru, porusza też sporo zagadnień związanych z działaniem węglowodanów w naszym organizmie (cytowałam ją wyżej). Rozprawienie się z „cukrowym diabłem”, czyli przedstawienie najważniejszych i najprzykrzejszych faktów na temat słodyczy, zajmuje połowę książki. Ten długi wstęp, napisany kwiecistym językiem, czyta się jednym tchem, w czym widzę pewne niebezpieczeństwo: czy na pewno czytelnik zapamięta argumenty autorki? A może chodzi tylko o przygotowanie gruntu pod dalszy ciąg książki, czyli agitację za zerwaniem z nałogiem? Faktem jest, że ta lektura wywołuje w czytelniku sporo emocji.

Podobnie wygląda część „praktyczna”, gdzie dowiadujemy się, jak opanować cukrowe żądze. Autorka stawia na psychologiczne metody obrzydzania sobie przetworzonego jedzenia („wyobraź sobie, że jesz to, co cię najbardziej odrzuca”) i wzmacniania chęci na zdrowe produkty. Podkreśla również rolę ruchu i relaksu w budowaniu silnej antycukrowej osobowości. Porady, które tu znajdziemy, są dość niezwykłe, jak na poradnik związany z żywieniem. Wszystko dzieje się w naszej głowie – zdaje się mówić Fontana – i tam właśnie musimy przeprowadzić rewolucję.

Martina Fontana, „Bez cukru. Wypisz się z klubu Anonimowych Cukroholików”, wyd. Relacja, Warszawa 2015.

Cena okładkowa: 34,90 zł

Gdzie kupić: np. Mamania

„Detoks cukrowy” – detoks totalny

Dwie Amerykanki – dietetyczka i dermatolożka – napisały książkę o tym, jak poradzić sobie z cukrowym nałogiem w diecie i czerpać z tego satysfakcję. Ogromną zaletą „Detoksu” jest podejście do sprawy w sposób dla mnie nowy: wreszcie nie chodzi o wyłączne umartwianie się dietą, ale o dążenie do odnowy naszego ciała i ducha również dzięki zabiegom pielęgnacyjnym i ćwiczeniom fizycznym.

detoks_cukrowy

W ciągu 31 dni – bo tak został rozpisany cały program detoksu – mamy się nawrócić na zdrowe odżywianie, przekonać do ruchu oraz… odmłodnieć fizycznie. Uważam, że rozdziały poświęcone przywracaniu skórze blasku są wielką wartością tej książki. Doktor Particia Farris, konsultantka znanych firm kosmetycznych, przekazuje cenną wiedzę na temat pielęgnacji twarzy i ciała. Wymienia najcenniejsze składniki kremów, wyjaśnia, dlaczego droższe kosmetyki nie są wcale lepsze, podaje też konkretne marki i produkty, które warto stosować. Oczywiście, książka jest napisana dla Amerykanek, więc kremy przeznaczone dla Europejek, nawet jeśli nazywają się tak samo, mogą mieć nieco inny skład. Dlatego najlepiej trzymać się opisów składników.

W książce znajdziemy praktycznie opisany plan działania, który rozpoczyna się trzydniowym, dość restrykcyjnym ograniczeniem węglowodanów w diecie oraz przyjemnym rozpieszczaniem swojej skóry zabiegami pielęgnacyjnymi (np. maseczki błotne czy kąpiele z solą morską). Potem, przez kolejne tygodnie, włączamy następne produkty spożywcze i zaczynamy ćwiczyć. Porady dotyczące ruchu są bardzo profesjonalne, mamy rozpisane różne treningi (siłowe, kardio, rozciąganie). Do tego dochodzą konkretne przepisy oraz propozycje menu na 31 dni detoksu.

Ta książka to pozycja dla osób, które wolą zdać się na czyjąś wiedzę i doświadczenie niż samodzielnie i często mozolnie wymyślać całą kuchnię na nowo. Rozwiązania podane są prawie że na tacy – wystarczy podążać za wskazówkami i realizować plan. A w tym planie są nawet uwzględnione… wpadki. Bo autorki wiedzą, że nikt nie jest doskonały.

Brooke Alpert, Patricia Farris, „Detoks cukrowy. Jak stracić na wadze, dobrze się czuć i młodziej wyglądać”, wyd. Bukowy Las, Wrocław 2015

Cena okładkowa: 36,90 zł

Gdzie kupić: np. Świat Książki

Co trzy głowy

Nie przez przypadek zestawiam te dwie książki. Uważam, że znakomicie się uzupełniają. Amerykańskie podejście „przede wszystkim działaj” i europejskie „myśl!” może wspólnie zrobić dużo dobrego. Dlatego jeśli jesteśmy już blisko podjęcia decyzji o rozstaniu się z cukrowym diabłem, ale wciąż brak nam motywacji oraz pomysłu na plan działania, w sukurs idą nam trzy kobiety – autorki powyższych poradników. Połączenie umiejętności trenerskich (Fontana), wiedzy na temat dietetyki (Alpert) oraz pielęgnacji skóry (Farris) wraz z kilkudziesięcioma stronami bardzo przykrych słów na temat cukru i jego szkodliwości pomoże niejednemu w uczynieniu kroku w dobrą stronę: życiu bez cukru.

Głos wołającego na puszczy?

Takie publikacje są niezwykle potrzebne. Uważam, że warto, aby jak najwięcej osób zdało sobie sprawę z zagrożenia, w które mało kto chce uwierzyć. Snucie teorii spiskowych na temat ogólnoświatowych spisków wszelakich koncernów jest niemodne i obśmiewane. Dlatego tak trudno uwierzyć, że wiele mechanizmów stosowanych w przemyśle spożywczym naprawdę ma na celu uzależnienie nas od łatwo dostępnych, niedrogich (patrząc na jednorazowy wydatek) i niskiej jakości produktów. Choć niewątpliwie często bardzo smacznych.

Myślę, że nigdy nie poznamy wszystkich tajników marketingu spożywczego, ale wystarczy zwrócić uwagę na kilka drobiazgów, aby się zaniepokoić. Problem jest jednak taki, że bardzo wiele z nas, zwanych przez Martinę Fontanę cukroholikami, nie chce wcale spojrzeć prawdzie w oczy. Niejednokrotne dyskusje na temat cukru, prowadzone przeze mnie i mojego męża, toczyły się w ten sam sposób. Argumenty tych, którzy nie dopuszczają do siebie myśli, że cukier naprawdę może być niezdrowy, to np. mówienie, że wszystko jest dla ludzi, że małe ilości nikomu nie zaszkodzą itp.

Do zrozumienia, z czym mamy do czynienia, trzeba chyba po prostu dojrzeć i piszę to bez cienia złośliwości. Mam nadzieję, że o złym obliczu cukru będzie się mówiło coraz głośniej. Może kiedyś na słodkich batonikach pojawią się ostrzeżenia podobne do tych, jakie znamy z opakowań papierosów?

Bibliografia

Źródło obrazka z diabłem:

http://commons.wikimedia.org/wiki/File:Gruss_vom_Krampus.jpg {{PD-US}} oraz www.polona.pl, domena publiczna

12 I2015

„Mama Alergika Gotuje. Tradycyjnie” – recenzja

by joanna

Mamy alergików wszelkiej maści dobrze wiedzą: musimy trzymać się razem, bo choć zjawisko nadwrażliwości pokarmowej staje się coraz powszechniejsze, to wciąż bardzo trudno znaleźć rzetelnie opracowane (i łatwo dostępne) informacje na temat alergii, nietolerancji, diety, profilaktyki itp.

Z własnego doświadczenia wiem, że znalezienie lekarza alergologa czy dietetyka, który będzie miał nie tylko dobre chęci, ale też doświadczenie i aktualną wiedzę, graniczy z cudem. W dodatku każdy przypadek alergii jest tak naprawdę indywidualny, dlatego nikt nie będzie lepszym lekarzem dla alergika niż jego najbliższy opiekun, który na co dzień obserwuje objawy, skutki leczenia czy błędów żywieniowych, szuka rozwiązań, czyta, pyta, a także… sprząta i gotuje.

"Mama Alergika Gotuje. Tradycyjnie"

„Mama Alergika Gotuje. Tradycyjnie”

Mama gotuje i ratuje

Katarzynę Jankowską uważam za wzór mamy alergika: jej dociekliwość oraz wieloletnie doświadczenie, codzienna walka o zdrowie syna, zmotywowały ją do założenia blogu (skąd ja to znam) ze sprawdzonymi przepisami bez alergenów. Ponad trzy lata pracy wśród sprzętów kuchennych, z aparatem fotograficznym w ręku, ponad 600 przepisów, a dodatkowo cenne rady dla alergików – to właśnie blog Mama Alergika Gotuje. Dzięki niemu wiele osób dowiedziało się, że kuchnia pozbawiona „podstawowych” składników może być zdrowsza, ciekawsza, urozmaicona, a przede wszystkim smaczna.

Myślę, że blog Kasi jest dla wielu rodziców bardzo silną motywacją, żeby nie załamywać się, gdy lekarz stanowczo zabroni podawania dziesięciu, dwudziestu, czasem trzydziestu składników pokarmowych. Mnie samej często było bardzo trudno zaakceptować fakt, że nasi synowie nie mogą jeść takich smacznych i przecież zdrowych rzeczy, jak kasza gryczana czy dynia, a moje pomysły na obiad kończyły się smętnym szuraniem widelcem po talerzu. Kolorowy blog MAG to miejsce, gdzie zawsze można znaleźć zachętę do kolejnej próby – to danie nie posmakowało, wybierz inne, jest tyle sposobów na nakarmienie alergika!

Od bloga do książki

„Mama Alergika Gotuje. Tradycyjnie” jest owocem wielu lat pracy Katarzyny – nie tylko spędzonych w kuchni, ale też w gabinetach lekarzy i dietetyków oraz na wszelakich konferencjach poświęconych atopowemu zapaleniu skóry czy nadwrażliwości pokarmowej. Dlatego w książce znajdziemy nie tylko przepisy – które są oczywiście głównym bohaterem – ale także praktyczny wstęp z poradami, jak przestawić się na gotowanie bez pewnych produktów, czym zastąpić tradycyjne składniki, takie jak np. jajko, oraz z jakich naturalnych źródeł czerpać np. magnez czy żelazo, gdy jest się na diecie eliminacyjnej.

"Mama Alergika Gotuje. Tradycyjnie"

„Mama Alergika Gotuje. Tradycyjnie”

Książka zawiera 100 przepisów, wszystkie dania zostały pięknie sfotografowane przez autorkę oraz skomentowane przez dietetyczkę pod kątem wartości odżywczych oraz sugerowanego wieku dziecka, od jakiego można podawać potrawę. Wśród receptur większość jest bezglutenowa, wegańska i bez cukru. Sama skusiłam się na wykonanie kilku potraw według przepisów Kasi (każdy dostosowałam do tego, co miałam w lodówce i tego, co możemy jeść).

golabki_2

Gołąbki z kaszą jaglaną wg przepisu MAG (indyk podmieniony na królika).

W przygotowaniu jest kolejna książka, z przepisami na specjalne okazje (np. święta).

Katarzyna Jankowska dla Organicznych

Kasiu, po przeczytaniu tylu Twoich przepisów, wymyślonych dla Twojej rodziny, muszę spytać o Twoje ulubione danie.

Moja ulubiona potrawa to sushi maki i najlepiej podane w mojej ulubionej knajpce Sushi Zushi. Danie jest lekkie, choć sycące, a urozmaicone przez to, że stale mieszam składniki w zależności od tego, na co mam ochotę. Takie maki przygotowują tam na życzenie. Maki z krewetką w tempurze smakują mi najbardziej, do tego wino śliwkowe z lodem.

Kasia Jankowska - MAG.

Kasia Jankowska – MAG.

Ponieważ mam w domu dwóch młodych alergików (i jednego starego), myślę sobie, że przy całej pracy, jaką wkładamy w przygotowywanie potraw, warto mieć pomoc i wychowywać synów na przyszłych samodzielnych kucharzy. Czy uczysz Konrada gotować?

Mam taką naturę (to po moim ojcu), że na co dzień przemycam dzieciom różne informacje, bo czuję, że kiedyś im się przydadzą. Kiedy gotuję, opowiadam synowi o ziołach, łączeniu składników, o ich wartościach, jakieś ciekawostki. Czasem wydaje mi się, że go to nie interesuje, że nudzi. Okazuje się jednak, że doskonale pamięta to co mówiłam, więc wierzę, że nauka nie idzie w las.

Na szczęście Konrad chętnie spędza czas w kuchni. Wiele potraw przygotował już samodzielnie. Świetnie wyczuwa smaki, nie da się go już oszukać. Oglądanie i czytanie książek kulinarnych to jedna z jego ulubionych rozrywek, ale zawsze ze mną. On wskazuje, jakie danie chciałby zjeść, a ja zastanawiam się, co w nim zamienić, żeby dostosować do jego diety. Ostatnim zaskoczeniem dla mnie jest to, że on sam już potrafi wskazać mi zamienniki właściwe dla siebie i takie, które nie zmieniłyby smaku dania.

Jest też moim kompanem do oglądania programów kulinarnych. Oboje jemy oczami i zawsze po takiej sesji telewizyjnej powstaje u nas nowe danie. Uważam, że sam powinien umieć zadbać o swoją dietę. Dlatego pozwalam mu na samodzielne dobieranie składników, szykowanie prostych posiłków.

To takie prywatne wyznanie, ale odkąd na blogu zebrałam tyle przepisów odpowiednich dla niego i do tego jeszcze wydałam książkę, jestem spokojniejsza o niego. Wiecznie żyć nie będę, a ułatwię mu życie w przyszłości.

Konrad namiętnie ogląda na YouTubie filmiki o gotowaniu, potem mi je pokazuje i od razu chciałby przygotować takie potrawy. Niestety często to są dania z różnych kuchni świata, np. meksykańskiej z dużą ilością przypraw i ostre w smaku, więc nie zawsze mogę mu je przygotować. Dzięki Konradowi w drugiej książce pojawią się przepisy na Zdrowy Domowy Fast Food.

Mama Alergika, http://www.mamaalergikagotuje.pl/

Mama Alergika, http://www.mamaalergikagotuje.pl/

Wiemy, że niebawem pojawi się Twoja druga książka. Czy myślisz już o kolejnej? Chętnie znalazłabym w niej porady dla podróżujących alergików…

Na razie skupiam się na pracy nad drugą książką. Będzie w niej wiele wypieków, kosztują mnie dużo pracy. Mam już pomysł na kolejne książki i zbieram do nich materiał. Jedna z nich będzie poniekąd związana z podróżami, ale jeszcze za wcześnie, aby o tym mówić…

Dziękuję za rozmowę!

„Mama Alergika Gotuje. Tradycyjnie”, Warszawa 2014, cena: miękka okładka: 24,99 zł, twarda okładka: 34,99 zł

10 XII2014

„Dzika strona jedzenia” – recenzja

by joanna

Do opisania wrażeń z tej książki zabierałam się długo, ponieważ… pochłonęło mnie robienie notatek z lektury. Czytałam (i dalej czytam, ponieważ nie sposób nie wracać do tej książki) ją sumiennie z flamastrem, karteczkami i ołówkiem. Bo to właśnie jest taka publikacja: zawiera tyle (często bardzo przydatnej) wiedzy, co podręcznik akademicki do gramatyki historycznej języka polskiego. Choć zapewniam, że czyta się ją o wiele przyjemniej: Jo Robinson „Dzika strona jedzenia”, Białystok 2014.

"Dzika strona jedzenia"

„Dzika strona jedzenia”

Autorka

Jo Robinson to Amerykanka, która nie tylko pisze poradniki, ale także jest aktywistką żywieniową oraz badaczką zajmującą się uprawami rolnymi i trzodą chlewną. Przejrzała tysiące badań nad warzywami i owocami, zebrała je w zgrabne podsumowania i napisała książkę o tym, jakie płody rolne, dostępne w naszych supermarketach, kupować, jak je przechowywać i jak przyrządzać, aby wykorzystać ich naturalne właściwości prozdrowotne. A wszystko dlatego, że dzisiejsze rośliny straciły znaczną część swoich pierwotnych składników, mających wielkie znaczenie dla człowieka – przez człowieka właśnie, który tak kierował uprawami, aby plony były obfite w smaki słodkie.

Dziś już wiemy, że jedną z konsekwencji uprawy najsłodszych i delikatnych w smaku dzikich roślin była drastyczna utrata fitoskładników. Wiele z najzdrowszych składników odżywczych ma kwaśny, cierpi lub gorzki smak. Nieświadomie, ograniczając spożycie owoców i warzyw o intensywnym smaku, nasi przodkowie osłabili swoją odporność na wiele chorób i uciążliwych dolegliwości. W przeciągu wielu wieków ekstensywnego rozwoju rolnictwa nasza zdolność do modyfikacji diety znacznie przewyższyła zdolność zrozumienia tego, jak te zmiany wpływają na nasze zdrowie i samopoczucie. (s. 17)

Smutne, ale prawdziwe.

Gdzie zgubiliśmy witaminy?

W książce opisano najpopularniejsze warzywa i owoce oraz kilka tych, które są niezwykle zdrowe, ale rzadziej kupowane (ponieważ są mniej dostępne). Każdy rozdział zaczyna się historią warzywa lub owocu, z której dowiemy się, skąd dany produkt pochodzi i jakie były jego losy. Bardzo ważne jest też dzisiejsze postępowanie np. w owocami – są zbierane niedojrzałe, aby mogły przebyć tysiące kilometrów i być świeże jeszcze długi czas. Przez to, że nie dojrzewają na słońcu, tracą możliwość wytworzenia różnych ważnych składników odżywczych, witamin itp. Na przykład brzoskwinie zebrane przed dojrzeniem mają tylko połowę cennych fitoskładników niż te, które rosły na drzewie dwa tygodnie dłużej. To oczywiście odbija się także na ich smaku.

dzikastrona_1

Autorka poświęca sporo miejsca na wytłumaczenie, dlaczego żywność w supermarkecie, choć wygląda pięknie i nie ulega psuciu, często nie ma smaku. Czy w ogóle warto kupować takie warzywa i owoce? Okazuje się, że nawet wśród tych produktów znajdziemy te, które warto jeść. Niektóre gotowe produkty mogą być nawet zdrowsze od surowych (np. przetworzona fasola albo pomidory).

Ciekawostki

W tej książce co strona, to kilka ciekawostek na temat roślin jadalnych. Nie umiem nawet wybrać tych najciekawszych – to po prostu trzeba przeczytać. Przykładem niech będzie historia pomarańczowej marchewki, która jest z nami tylko 400 lat – a to dzięki Holendrom, którzy postanowili uhonorować tym warzywem władców z dynastii „pomarańczowej” (Orańskiej). Skrzyżowali marchew purpurową z żółtą i otrzymali to, co dziś jest dla nas synonimem marchewki. Do niedawna nie wiedziałam, że marchewka może być biała albo czerwona (dziś kupuję wszystkie trzy odmiany).

Marchew purpurowa.

Marchew purpurowa.

W „Dzikiej stronie jedzenia” znajdziemy też porady, które cechy roślin są najcenniejsze (barwa purpurowa i ciemnozielona), które części roślin zawierają najwięcej cennych składników odżywczych (już nie wyrzucam ciemnej części pora, ale wrzucam ją do zupy!), jak kroić czosnek przed poddaniem go obróbce cieplnej (10 minut wcześniej).

Jak przechowywać

Sporo rad dotyczy przechowywania warzyw i owoców tak, aby jak najdłużej zachowały cenne składniki odżywcze. Podobają mi się informacje na temat wymiany gazowej produktów rolnych – które mogą leżeć poza lodówką, które powinny leżeć w ciemności i chłodzie, a które warto ochronić przed kontaktem z powietrzem.

Jak kupować

Autorka nie pozostawia wątpliwości – nie wystarczy jeść „dużo owoców i warzyw”.

Wyborów dotyczących kupowania warzyw i owoców nie można opierać na intuicji, zaś wiedza na ich temat przełamuje wiele starych i nowych nawyków żywieniowych. Aby korzystać z najbardziej wartościowych składników odżywczych, powinieneś chodzić na zakupy z listą konkretnych produktów. (s. 21)

Przeczytałam tyle poradników, że wiem już – takie wypowiedzi są znamienne dla wszystkich książek, którym mamy uwierzyć. Dlatego choć wiedzę zawartą w „Dzikiej stronie jedzenia” traktuję poważnie i kroję czosnek 10 min przed podgrzaniem go, nie sądzę, aby wybieranie tylko najwartościowszych warzyw i owoców było konieczne. Stawiam na różnorodność, dobry smak, sezonowość i w miarę możliwości lokalność – dzięki temu, że mogę mieć produkty rolne prosto od ekorolnika (Kooperatywa Spożywcza Dobrze), nie mam dylematu, którą odmianę warzywa wybrać, bo nasi rolnicy wybierają te zdrowsze i smaczniejsze (np. marchew purpurową czy ziemniaki z czerwoną skórką).

dzikastronajedzenia-okladka

Podsumowując…

Choć momentami książka przeraża ilością informacji, uważam ją za cenne źródło wiedzy z solidnymi podstawami naukowymi. Ciekawie napisana, niestety dla Amerykanów – tabele z odmianami roślin mogą u nas nie mieć przełożenia, ale nie szkodzi. Ważne, abyśmy poszerzali wiedzę na temat tego, co jemy, i głosowali portfelami – że chcemy żywności jak najzdrowszej.

16 XI2014

„Kuchnia polska bez pszenicy” – recenzja

by joanna

Kiedy zaczynałam próbę prowadzenia kuchni bezglutenowej dla siebie i dzieci, nie sądziłam, że może być tak ciężko (przeczytaj: Trzy tygodnie bez glutenu i…). Posiłki dla mnie samej to jedno – mogę jeść kaszę jaglaną zamiast pieczywa na kilka sposobów i będę syta i zadowolona. Gotowanie dla dzieci, które są uczulone na kilka bardzo podstawowych produktów, to drugie. Dlatego z ogromną nadzieją sięgnęłam po książkę „Kuchnia polska bez pszenicy” (wyd. Bukowy Las, 2014)– swego rodzaju kontynuację amerykańskich publikacji Williama Davisa „Dieta bez pszenicy” i „Kuchnia bez pszenicy”.

Kuchnia polska bez pszenicy0

O autorkach

Marta Szloser to kulinarna blogerka, prowadzi stronę www.nakuchennymprogu.pl (przepisy) i www.kulinarnaczytelnia.pl (recenzje książek kulinarnych i nie tylko). Jest po kursie dietetyki, jednak poszukuje własnej drogi do zdrowej kuchni: bez cukru, glutenu, mięsa, krowiego mleka… Jej wkład w książkę to większość zamieszczonych przepisów.

Wanda Gąsiorowska prowadzi blog www.kulinarnaczytelnia.pl, gdzie zamieszcza informacje na temat żywności, w tym sporo przydatnych wskazówek, jak i co kupować, gdy na półkach sklepowych znajdziemy głównie produkty wysoko przetworzone. Jest ovo-wegetarianką. W „Kuchni polskiej bez pszenicy” napisała (w większości) część teoretyczną.

Teoria

Książka (podobnie jak „Kuchnia bez pszenicy”) rozpoczyna się obszernym wstępem, gdzie autorki zamieszczają przydatne wskazówki dotyczące prowadzenia kuchni bezglutenowej. Co ciekawe, w odróżnieniu od Davisa, nie piszą wiele na temat samej diety. Przyjmują, że czytelnicy wybrali taki rodzaj odżywiania z własnych, przemyślanych powodów i nie trzeba ich już do niczego przekonywać. W kilku rozdziałach skupiają się na praktycznej stronie zagadnienia – co kupować, czego unikać, dlaczego nie warto używać cukru oraz gotowych produktów bezglutenowych. Polecają konkretne marki i produkty, choć zaznaczają, że etykiety trzeba czytać zawsze.

Część wstępną przeczytałam z poczuciem, że większość informacji znam z praktyki i z większością się zgadzam. Pierwsze rozdziały są bardzo ważne pod względem przygotowania kuchni do zmiany diety – tak, aby mieć pod ręką najważniejsze produkty i urządzenia, pozwalające swobodnie korzystać z przepisów.

Jednak opanowanie teorii to za mało – wiem to z doświadczenia.

Praktyka

Ponad 300 przepisów to naprawdę dużo, aby każdy znalazł coś dla siebie. Pytanie – jak dużo znajdziesz właśnie ty. Mnie i mojej rodzinie potrzebne są receptury na posiłki, które łatwo przyrządzić, które można zrobić na zapas, które łatwo się przenosi w pojemnikach i odgrzewa. Posiłki proste, smaczne, sycące i atrakcyjne dla dzieci. Zarazem takie, w których mogę łatwo zastąpić składniki z listy zakazanej innym składnikiem – dozwolonym.

Niestety, większość przepisów jest nie dla nas. Gdyby gluten był jedynym ograniczeniem, z pewnością eksperymentowałabym z chlebkami, bułkami, ciasteczkami i innymi zamiennikami chleba. Największą przeszkodą jest u nas alergia starszego syna na grykę, a mąka z kaszy gryczanej jest chyba najczęściej wymienianym składnikiem w tej książce. Wiele przepisów zawiera długą listę potrzebnych produktów, czasem po dwa, trzy takie, których nie mogę użyć. Jajka, produkty mleczne, drożdże, ryby, banan, jabłko, dynia i wiele, wiele innych ograniczeń sprawiają, że przepisy z „Kuchni polskiej bez pszenicy” korzystam jako ze źródła natchnienia do kolejnych eksperymentów kulinarnych. To niestety nie jest książka dla alergików z wieloma ograniczeniami, ale sama pomysłowość – wręcz majstersztyk potraw zachęca do własnych eksperymentów.

masloorzechowe

Masło orzechowe bez kakao i mleka.

Podsumowując…

Autorki napisały tę książkę z myślą o polskim czytelniku, który nie wyobraża sobie kuchni bez ziemniaków, pierogów, klusek, kopytek itp. Potrawy bez glutenu mogą być „normalne” – przekonują Marta Szloser i Wanda Gąsiorowska – w dodatku zdrowe, pożywne i smaczne. Od siebie dodam: pracochłonne, często drogie i czasem skomplikowane. Niektóre potrawy są dla mnie przekombinowane (np. mieszanki kilku mąk, aby rezultat przypominał normalne ciasto), wolę proste jedzenie. Najwartościowszą częścią książki był dla mnie ostatni rozdział „Przepisy podstawowe i dodatki”, gdzie właśnie znalazły się takie zupełnie proste wskazówki, jak zrobić mleko ryżowe czy masło orzechowe (zrobiłam właśnie swoją wersję masła orzechowo-czekoladowego á la Nutella, które jest bez czekolady i bez mleka…).

Książkę polecam jako naprawdę wartościowe źródło wiedzy i przepisów dla osób zaczynających przygodę z dietą bezglutenową oraz dla tych, którzy od dawna skazani na dietę mają już dość gotowców ze sklepu. Gotowanie to ogromna przygoda, nie warto z niej rezygnować. Byle z dobrym przewodnikiem!

Spotkanie z autorkami

Podczas Dni Alergii i Nietolerancji Pokarmowej w Warszawie 22 i 23 listopada 2014 r. (w sobotę od 16:00) będzie można spotkać się z autorkami książki (stoisko A-42). Na pewno skorzystam z okazji i poproszę o autograf.

18 V2014

7 moich karygodnych błędów żywieniowych

by joanna

7 moich karygodnych błędów żywieniowych w karmieniu 18-miesięcznego dziecka

Przeczytaj: Rozmowy o żywieniu – dzieci karmione piersią w 2. i 3. roku życia

Przygotowuję się powoli do udziału w panelu dyskusyjnym podczas spotkania Mlekoteki w warszawskim Klubie Mam na Ursynowie 30 maja (więcej informacji tu). Będę mówić o tym, jak praktycznie wygląda karmienie dziecka z alergiami i nietolerancją pokarmową po 6. miesiącu życia (moją rozmówczynią  będzie Agata Aleksandrowicz – Hafija, a rozmowę będzie moderowała Justyna Antonik). Nie jestem dietetykiem, ale z powodu naszych problemów z alergiami śledzę z uwagą różne pomysły na diety i sposoby odżywiania małych oraz dużych ludzi.

Chciałam sprawdzić, jakie są najnowsze polskie zalecenia dotyczące karmienia dzieci w wieku 1–3, ponieważ moje dzieci jedzą tak, jak mogą. Czysta ciekawość skłoniła mnie do porównania wskazówek Instytutu Matki i Dziecka z moją wiedzą i doświadczeniem – matki i żony alergików. (Ten wpis dedykuję Mamie Alergika, której wiedza i doświadczenie przewyższają moje o 1000%).

poradnik_0

Kiedy zajrzałam do poradnika wydanego przez IMiD, mój mąż nie mógł się nadziwić, dlaczego tak głośno i często przeklinam? A ja na własne oczy przekonałam się, że ta instytucja, którą bardzo cenię za to, że ratuje dzieciom życie, w swoim wydawnictwie tak bezczelnie zaleca np. podawanie mleka modyfikowanego. Nie mówiąc już o wciskaniu kitu na temat mleka krowiego (już 20 lat temu było wiadomo, że mleko krowie szkodzi ludziom, a 2/3 populacji ludzkiej nie trawi laktozy; dziś można przywołać choćby badania T. Campbella).

Przejrzałam polską sieć i ze smutkiem odkryłam, że nie ma wiarygodnie przygotowanej informacji na temat diety dziecka karmionego piersią w drugim i trzecim roku życia. Nie mówiąc o tym, że nie ma nigdzie informacji, jak komponować posiłki dla malutkiego alergika. Pierwszą jaskółką – jednakże daleką od ideału – jest książka „Zdrowy maluch” M. Sikoń i M. Skowron, przedstawiający dietę wegetariańską dla najmłodszych. Wiem, że Mama Alergika przygotowuje swoją książkę kucharską i czekam na nią z niecierpliwością!

Po przeczytaniu poradnika wydanego przez IMiD postanowiłam, że przyznam się do moich największych błędów żywieniowych, mimo których moje dzieci rosną piękne, silne i mądre.

1. Nie karmię dziecka mlekiem modyfikowanym ani nabiałem mlecznym*. Karmię piersią dziecko, które chodzi i zaraz zacznie mówić.

poradnik1

Ja, mój mąż i starszy syn mamy udokumentowaną nietolerancję białka krowiego i koziego, w każdej postaci. Jakie są szanse, że czwarte z nas ma inne uwarunkowania?

Wszelkie sugestie, żeby odstawić młodego od piersi, odpieram argumentem, że nie mam mu co dać w zamian (tzn. mogłabym podawać mu mleko kobyle lub wielbłądzie, ale proszę mi powiedzieć, po co???).

* Na samym dole tekstu znajduje się lista przykładowych produktów z podaną zawartością wapnia w 100 g.

2. Karmię dziecko w nocy, ponieważ je kocham i wiem, że tego potrzebuje.

poradnik6

Nocą moje mleko ma inny skład, bardzo ważny pod względem składników wpływających na rozwój mózgu (jest tłustsze). Według ekspertów utrwalam złe nawyki żywieniowe (chyba że chodziło tylko o mieszankę mleczną? Nie wiadomo).

3. Nie daję dziecku jajek (pół żółtka wtedy, całe żółtko kiedy indziej itp.). Nie liczę kalorii, nie sprawdzam, ile zjadło, nie mierzę wartości poszczególnych składników. Jestem za BLW.

poradnik3

Moje dzieci dostają czerwonych plam na twarzy od kontaktu z jajkiem, niemal natychmiast po zjedzeniu kawałka. Mam w nosie wszystkie tabele i zalecenia typu „tyle a tyle miligramów wapnia dziennie”.

90 lat temu za pomocą (dość nieetycznego) eksperymentu udowodniono, że jeśli dziecku pozwolimy jeść to, co chce (pod warunkiem podsuwania mu nieprzetworzonej żywności), to ono z głodu nie zginie (patrz link). Udowodniono, że każde dziecko dobiera sobie menu indywidualnie, zgodnie ze swoim upodobaniem, ale i potrzebą oraz uwarunkowaniami np. alergicznymi. Dzieci są mądrzejsze, niż chcielibyśmy w to wierzyć.

Wszystkie wskazówki typu „dwie szklanki mleka dziennie” uważam za chybione i szkodliwe. Nie każde dziecko pije mleko, nie każde musi pić mleko, a jeśli jest karmione piersią, to mierzenie ilości spożytego pokarmu byłoby jakimś kuriozum.

4. Nie uważam, żeby produkty zbożowe były najważniejsze w diecie. Najważniejsze są warzywa.

poradnik2

Węglowodany są bardzo ważne i muszą być wysokiej jakości, dlatego sama piekę chleb, tylko na zakwasie, a jeśli kupuję, to sprawdzony, bez dodatków, na zakwasie. Oprócz tego, że nasza rodzina jest uczulona na drożdże, to dzięki zakwasowi rozkładane są szkodliwe kwasy fitynowe (zawarte w ziarnach zbóż),  prawdopodobna przyczyna złego wchłaniania m.in. wapnia z pożywienia. Są pewne przesłanki mówiące o tym, że to drożdże w chlebie, a nie brak witaminy D3 w pożywieniu spowodowały epidemię krzywicy w XIX wieku (źródło, M. Konarzewski, „Na początku był głód”, s. 78-79, Warszawa: PIW, 2005).

5. Nie podaję produktów gotowych, ze słoiczka.

poradnik4

Uważam, że jest to nabijanie rodziców w… słoiczek. Żaden gotowy posiłek, choćby ugotowany z najczystszych warzyw, owoców i zbóż, nie dorówna domowemu, przygotowanemu ze świeżych produktów.

Moje dzieci zresztą nie lubiły słoiczków. Starszemu podawałam, młodszy dostał raz i od razu pokazał, co o tym myśli.

Ciekawa rozmowa na temat wartości dań w słoiczkach: http://dziecisawazne.pl/odwiedzamy-fabryke-gerbera/

6. Nie suplementuję witaminy D.

poradnik5

Jeśli trzeba, podaję starszakowi tran na odporność. Młodszy dostaje witaminę D w naturalnej postaci dzięki mojemu mleku i swojej diecie.

Zobacz: Witamina D – wielki kit?

7. Nie wierzę, że jakiekolwiek standardy są dobre dla wszystkich.

Nie wierzę w odgórne normy, tabelki, przedziały liczbowe. To wszystko jest zrobione dla ludzi, którzy nie mają zielonego pojęcia, że fast food szkodzi, a cukier tuczy. Staram się jednak sięgać wzrokiem trochę dalej.

Patrzę na moje dzieci i widzę, co im służy, a co nie. Nie daję pochopnie suplementów diety, nie ufam lekarzom, którzy lubią eksperymentować na dzieciach („Proszę sprawdzić, może mu już ta alergia minęła?”). Wierzę w zdrową, prostą dietę opartą na świeżych produktach, najchętniej lokalnych. Wiem, że alergicy nie mogą jeść wszystkiego bezkarnie. Wiem, że nikomu nie zależy na zdrowiu moim i moich dzieci bardziej ode mnie.

 

Jako dodatek zamieszczam przykładowe dzienne menu dla moich chłopców.

Przykładowe menu moich alergików (u młodszego wszędzie należy dodać: pierś na żądanie)

Śniadanie:

  • kanapki: chleb żytni lub orkiszowy (mąka razowa lub z pełnego przemiału), na zakwasie, humus, rzodkiewki
  • kubeczek mleka owsianego lub woda

Drugie śniadanie:

lub

  • kasza jaglana z mlekiem owsianym i karobem i opcjonalnie rodzynkami
  • woda, opcjonalnie raz na tydzień sok z ekologicznych pomarańczy (sprawdzonej firmy)

Obiad:

  • opcjonalnie zupa: wywar z warzyw i kombu, makaron ryżowy lub pszenny, warzywa zmiksowane lub czysty wywar / zupa krem z kaszą jaglaną
  • drugie danie: kasza gryczana (młodszy) / kasza jęczmienna łamana / makaron pszenny / makaron orkiszowy / ziemniaki gotowane lub pieczone / bataty gotowane na parze
  • pieczona pierś indyka lub kurczaka w ziołach i z oliwą / pieczony schab wieprzowy / falafele z kaszą jaglaną / pieczona ryba z pewnego źródła (sum, pstrąg)
  • warzywa sezonowe – kapusta, pomidory, sałata, topinambur, ogórek zielony
  • woda

Deser:

  • suszone daktyle / suszone figi / suszone morele / świeże owoce sezonowe dozwolone w diecie (winogrona, melony, morele, brzoskwinie, truskawki) / orzechy nerkowca

Kolacja:

  • kanapeczki z pieczonym schabem i masłem klarowanym (pieczywo jak do śniadania), oliwki, szczypiorek
  • woda

W menu nie ma: produktów mlecznych, soi, jajek, kakao, jabłek, bananów, ciemnych owoców, drożdży, pietruszki, buraków, dyni, fasoli, migdałów, wołowiny, cukru, miodu, większości ryb. Sezonowo – gdy pylą brzozy – nie ma także m.in.: ziemniaków, marchewki, selera, moreli, brzoskwini (ale to nie jest sezon ani na świeże morele, ani na brzoskwinie), mango.

Przeczytaj: Dlaczego nie trzeba pić mleka? Wapń jest wszędzie!

 

22 IV2014

„Głosy rewolucji żywnościowej” – recenzja

by joanna

Książka autorstwa ojca i syna – Johna i Oceana Robbinsów – to zbiór wywiadów przeprowadzonych pod kątem tematu zdrowego odżywiania (dieta roślinna jest tu ukazywana jako najzdrowsza) i zrównoważonego podejścia do zasobów naszej planety. 

glosy-rewolucji-zywnosciowej

John Robbins to weteran walki o upowszechnianie wiedzy o zdrowym odżywianiu, który postanowił porozmawiać z dwudziestoma osobami ważnymi dla osób interesujących się pochodzeniem pokarmu z własnego talerza. I tak mamy tu rozmowy (podzielone tematycznie) z:

  • Deanem Ornishem (dla mnie najciekawsze: czy orzech kokosowy jest zdrowy?),
  • Caldwellem Esselstynem (choroby serca a dieta),
  • Nealem Barnardem (cukrzyca a dieta),
  • Colinem Campbellem (białka zwierzęce, The China Study),
  • Joelem Fuhrmanem (dieta G-BOMBS, suplementy – m.in. kwas foliowy w postaci tabletek może przyczyniać się do rozwoju raka),
  • Jeffreyem Smithem (dla mnie zdecydowanie najciekawszy tekst, ponieważ zawiera sporo faktów na temat szkodliwości GMO – szkoda, że brakuje bibliografii),
  • Vandaną Shivą (jak się bronić przed Monsanto),
  • Billem McKibbenem (bydło a globalne ocieplenie),
  • Ronnie Cumminsem (żywność organiczna – czy można nawozić ją ludzkimi odchodami?),
  • Genem Baurem (humanitarne jedzenie),
  • Nicolette Hahn Niman (humanitarna hodowla zwierząt),
  • Rory Freedman (Skinny Bitch, weganizm),
  • Rajem Patelem (głód na świecie),
  • Michelem Simonem (zły przemysł żywnościowy),
  • Dennisem i Elizabeth Kucinichami (aktywiści na rzecz zdrowej żywności),
  • Morgan Spurlock (Supersize me),
  • Nikki Henderson (aktywistka na rzecz zdrowej żywności, prowadząca różne programy aktywizująca społeczności lokalne),
  • Frances Moore Lappe (pożywienie a nadzieja),
  • Kathy Freston (weganizm i duchowość),
  • Marianne Williamson (odchudzanie i duchowość),
  • na koniec Ocean Robbins rozmawia z Johnem Robbinsem.

Mam do tej książki stosunek ambiwalentny i wcale nie dlatego, że jem mięso (choć tylko z hodowli ekologicznych). Przede wszystkim chodzi o to, że została napisana dla Amerykanów i nie odpowiada mi stosunek istotnych informacji do tych mało ważnych lub partii tekstu irytująco skupionych na uprzejmym klepaniu się po plecach rozmówcy z autorem wywiadu.

Najbardziej zainteresowały mnie rozmowy poświęcone GMO, jako jedyne przyniosły mi jakąś nową wiedzę i usystematyzowały to, co już wiedziałam. Wiele partii tekstu było dla mnie po prostu nudne, bo amerykańska rzeczywistość polityczna i jej niuanse nie do końca przystają do naszej sytuacji. Poza tym wywiady w dużej mierze opierają się na założeniu, że czytelnik bezkrytycznie podziela poglądy autorów. Widziałabym w tych tekstach choć odrobinę polemiki, ziarno wątpliwości. A może globalne ocieplenie to mit? A William Davis miał rację, i to pszenica nam szkodzi, a nie mięso? Czy tłuszcze nasycone rzeczywiście powodują choroby serca?

Rewolucja żywnościowa, miejmy nadzieję, naprawdę nadejdzie. Wszystkie głosy są ważne. Książka Robbinsów pokazuje, że na szczęście są na świecie ludzie świadomi potrzeby zmian. Czy jest ich wystarczająco dużo? Czy przekonają innych do porzucenia śmieciowego jedzenia?

Czy polecam tę książkę? Nie wiem. Myślę, że nie jest przeznaczona dla Polaków, którzy jeśli są świadomi, nie znajdą w niej niczego nowego. A ci nieświadomi i mniej zainteresowani raczej jej nie przeczytają. Traktuję ją jako ciekawostkę, ale chyba jednak nie rewolucyjną…

Dziękuję Wegarnia.pl za pożyczenie książki do recenzji.

18 III2014

„Serwuj, aby wygrać” – recenzja

by joanna

Niektóre poradniki powinny być kwalifikowane do kategorii thriller dietetyczny! Wszystko przez te emocje, suspensy, wciągającą narrację…

Novak_Djokovic-Serwuj_aby_wygrac-mini

Książka Novaka Djokovića „Serwuj, aby wygrać. Plan 14 dni bez glutenu, dzięki któremu osiągniesz mistrzowską formę ciała i umysłu” (wyd. Bukowy Las, Wrocław 2013) jest szczególną pozycją – trochę autobiografią, trochę poradnikiem, a trochę opowieścią o tenisie. Novak Djoković jest jedną z najlepszych rakiet świata, od kilku lat odnosi sukcesy na kortach całego świata, ale – jak pisze – wymarzone sukcesy, w tym zwycięstwo na Wimbledonie w 2011 roku, osiągnął dopiero po zmianie diety.

Poznajemy historię sportowca z Serbii, który dzięki determinacji i talentowi, a trochę szczęściu zaszedł na sam szczyt. Mamy opowieść o wojnie, o trudnych warunkach trenowania w przerwach między nalotami bombowymi, o najtrudniejszych pojedynkach na korcie, wielkich porażkach i wielkich zwycięstwach. Dzięki serbskiemu dietetykowi Igorowi Cetojewićowi Djoković znalazł sposób, jak pokonać momenty obezwładniającej słabości, zarówno fizycznej, jak i umysłowej, przez którą przegrał kilka ważnych meczy w życiu. Za pomocą m.in. testu na nietolerancję pokarmową (coś takiego, jak robiłam ja i mój syn) wyłapał dwa główne składniki swojego pożywienia, które działały na niego toksycznie: pszenica i nabiał, w mniejszym stopniu pomidory. To dosyć smutna informacja dla kogoś, kto przez większą część życia zajadał się pizzą z pizzerii swoich rodziców…

Zdj. Christopher Johnson, plik udostępniony jest na licencji Creative Commons Uznanie autorstwa – Na tych samych warunkach 2.0

Zdj. Christopher Johnson, plik udostępniony jest na licencji Creative Commons Uznanie autorstwa – Na tych samych warunkach 2.0

Djokovićowi udało się zerwać z nawykami żywieniowymi, które wpisane miał niemal we krwi (kuchnia serbska ma sporo wpływów włoskich, a więc makarony i sery…) i teraz – jak chwali się na stronach swojej książki – wszystkie posiłki gotuje od podstaw według swoich potrzeb. Sporo miejsca poświęca glutenowi i jego szkodliwości, szkoda, że tak mało pisze o niezdrowym nabiale! Książka poświęcona jest jednak diecie bezglutenowej, więc punkt ciężkości spoczywa na unikaniu pszenicy. Podoba mi się za to podejście sportowca do ilości jedzenia – nie liczy kalorii, je tyle, ile uważa, że powinien, i obserwuje, co mówi mu jego organizm. Opowiada także o tym, jak dba o swoje potrzeby duchowe (joga, medytacje, kontakty z innymi ludźmi).

Książkę Novaka Djokovića „Serwuj, aby wygrać. Plan 14 dni bez glutenu, dzięki któremu osiągniesz mistrzowską formę ciała i umysłu” czyta się jednym tchem, nawet jeśli nie jest się szczególnym znawcą tenisa (jak ja). Myślę, że jest to pozycja skierowana przede wszystkim do osób, które regularnie uprawiają jakikolwiek sport (szachy?), ponieważ jest napisana z perspektywy sportowca zawodowego, którego całe życie jest podporządkowane grze. Mimo to znalazłam tam kilka wskazówek, które i mnie się spodobały. Dostajemy też przykład tygodniowego menu bez glutenu i nabiału, przygotowanego dla sportowca, oraz 24 przepisy i rady, co wrzucać do garnka.

Krótko mówiąc: lektura na jeden wieczór, napisana przystępnie (momentami zbyt przystępnie, jak dla mnie), z kilkoma celnymi uwagami (nie należy narzucać sobie żadnej gotowej diety, a dostosować sposób odżywiania do indywidualnych potrzeb organizmu) i pomysłami na dania. Książkę traktuję raczej jako pozytywną ciekawostkę.

09 III2014

„Niezwykłe zalety zielonych koktajli” – recenzja

by joanna

Dziś rano wypiłam swój pierwszy zielony koktajl. Już dawno byłam zachęcana przez moją dietetyczkę do wprowadzenia koktajli do menu ze względu na ich wielorakie pozytywne działanie na organizm ludzki. Zanim jednak zmiksowałam swój pierwszy koktajl, zajrzałam do książki, która przeleżała na półce rok – tak bardzo zniechęciłam się do serii bioporadników wydawnictwa Biobooks po lekturze książki o kawie

koktajle

 

„Niezwykłe zalety zielonych koktajli” to miniprzewodnik po koktajlach, które mogą urozmaicić i wzbogacić naszą dietę, oraz – jak zapewniają autorki Colette Hervé-Pairain i Nadège Pairain – wzmocnić odporność, poprawić trawienie i ogólnie wpłynąć na naszą kondycję.

Największe zalety zielonych koktajli to:

  • łatwa przyswajalność wszystkich składników (które zwykle trafiają do żołądka w postaci niewystarczająco pogryzionej),
  • obecność włókien roślinnych (których nie ma w sokach) – wspomagających pracę jelit,
  • regulacja ilości soków trawiennych.

Sekret zielonych koktajli tkwi w chlorofilu, który różni się od hemoglobiny jedynie głównym atomem – zamiast żelaza (kolor czerwony) mamy tu magnez (kolor zielony). Chlorofil nazywany jest kroplą światła, ponieważ powstaje w wyniku fotosyntezy i zawiera energię świetlną. Ma działanie oczyszczające, energetyzujące i alkalizujące, pomaga także w utrzymaniu prawidłowego poziomu cukru we krwi.

W książce znajdziemy ogólne informacje na temat dostarczania organizmowi podstawowych substancji odżywczych oraz porady, jak za pomocą zieleniny polepszyć jakość odżywiania. Wszystko jest napisane prostym językiem, dość skrótowo, bez wchodzenia w głębsze szczegóły. Jest to poradnik dla zupełnie początkujących w zakresie przygotowywania koktajli (takich jak ja). Podoba mi się zachęcenie do poszukania zieleniny w okolicy zamieszkania (coś jak Jadalnia Warszawa), a także podpowiedź, żeby wykorzystywać zielone części warzyw korzeniowych, np. liście marchwi.

Najważniejsze zasady, które utkwiły mi w pamięci, to:

  • używanie tylko surowych składników,
  • niełączenie owoców z warzywami zawierającymi skrobię,
  • wybieranie jak najbardziej zielonych liści,
  • kierowanie się proporcjami co najmniej 40% zieleniny – 60% owoców,
  • wypijanie koktajlu jak najszybciej po przygotowaniu, maksymalnie do 3 dni (przechowywanie w lodówce).

Po rozdziale teoretycznym następuje rozdział z przepisami podzielonymi na pory roku. Polskie realia różnią się nieco od francuskich i nie mamy świeżych (lokalnych) truskawek wiosną, jednak pomysły na zielone koktajle są inspirujące. Ostatnia część to propozycja tygodniowej kuracji koktajlowej.

zielony_koktajl

Mój dzisiejszy koktajl był bardzo warzywny i zawierał:

  • 3 łodygi selera naciowego,
  • 3 łyżki cytryny,
  • łyżkę siemienia lnianego,
  • zblendowane z odrobiną wody.

To było dla mnie coś zupełnie nowego, z pewnością będę eksperymentować ze składnikami i proporcjami. Czy było smaczne? Smakowało jak seler naciowy… Kwestia gustu.

Myślę, że na przednówku takie chlorofilowe bomby to znakomity pomysł – miła odmiana, kiedy mamy do dyspozycji mały wybór lokalnych owoców i warzyw. Można przecież codziennie zmieniać trochę skład i proporcje, dodawać przyprawy i pestki, a nawet mleko roślinne.

Dodam jeszcze, że o koktajlach błonnikowych pisał także Józef Słonecki w książce „Zdrowie na własne życzenie” (tom 1). Jego przepis opiera się na ziarnach (pestkach) – dyni, słonecznika i siemienia lnianego – do których dodajemy owoce lub warzywa oraz miód i wodę.

17 XII2013

„Kuchnia bez pszenicy” – recenzja

by joanna

Ktokolwiek miał w ręku pierwszą książkę Williama Davisa „Dieta bez pszenicy”, ten wie, że tę lekturę pochłania się jak dobry kryminał. I co z tego, że tytuł od razu nam zdradza, „kto zabił”; po prostu musimy się dowiedzieć, dlaczego?

Dieta bez pszenicy-okl.wst-500

Bezpszenność leczy

„Dieta bez pszenicy. Jak pozbyć się pszennego brzucha i być zdrowym” (Bukowy Las, Wrocław 2013) to dzieło amerykańskiego kardiologa, który tym się wyróżnia wśród białych fartuchów, że naprawdę chce zapobiegać chorobom, a nie tylko leczyć je tonami pigułek. W dodatku chce im zapobiegać za pomocą diety i – jak dowodzi – pomógł w ten sposób rzeszom pacjentów. W swojej pierwszej książce zawarł odważną tezę, że dzisiejsza pszenica odpowiada za choroby cywilizacyjne, których przyczyn doszukujemy się w lenistwie i spożywaniu fast foodów. Choć oczywiście autor nie rozgrzesza nikogo z karmienia się cukrem czy tłuszczami trans, skupia się na wykazaniu, że nie tędy droga do poszukiwania głównego winowajcy.

„Dieta bez pszenicy” to książka, która daje ważny trop: jeśli zauważyliśmy u siebie niepokojące objawy, takie migreny, bóle stawów, otyłość trudna do zwalczenia mimo diet i ruchu, nietolerancja pokarmowa, jeśli nasze wyniki badań wskazują na problemy z cholesterolem czy poziomem cukru, a także gdy cierpimy na trądzik, AZS, a nawet halucynacje słuchowe, nagłe napady głodu czy kłopoty ze wzrokiem, wszystkiemu może być winna pszenica. Również celiakia, jedna z postaci nietolerancji glutenu, może pojawić się w naszym życiu w dowolnym momencie. I choć książka na pewno przyda się właśnie celiakom, uważam, że każdy powinien choć zetknąć się z ideą bezpszennego życia. Może się okazać, że objawy chorobowe, zaleczane przez różnych lekarzy, mają źródło w „zdrowych produktach pelnoziarnistych”.

William Davis pisze: rzuć pszenicę, a poczujesz różnicę.

(Więcej o tym, dlaczego wiem, że pszenica mi szkodzi i czym jest samopsza, pierwotna pszenica).

Od idei do kuchni

kuchnia_1

Kontynuacja „Diety…” to „Kuchnia bez pszenicy” – Davis napisał ją z myślą o osobach, które nie wyobrażają sobie zmiany nawyków żywieniowych i potrzebują dokładnych wskazówek, jak przeorganizować swoje życie (i kuchnię), aby dołączyć do ludzi bezpszennych. Pierwsza część książki to napisany z humorem akt oskarżycielski wobec zboża niewiele przypominającego trawę sprzed 10 tysięcy lat, kiedy to człowiek sięgnął po nią po raz pierwszy.

Pszenica wyróżnia się tym, że została zmieniona bardziej niż jakikolwiek inny powszechnie stosowany produkt żywnościowy. Sprzedawanie chleba, precelków czy bułek pod przebraniem pszenicy jest oszustwem (…).

Współczesne ziarno pszenicy stanowi efekt technicznych możliwości genetyków rolniczych z czasów poprzedzających  epokę inżynierii genetycznej oraz modyfikacji genetycznych z wykorzystaniem metody splicingu do wstawnia lub usunięcia jakiegoś genu. To zboże jest efektem manipulacji genetycznych stosowanych przed pojawieniem się tych technik, owocem działań niezdarnych, pełnych potknięć, nie do końca sterowalnych i przewidywalnych – znacznie gorszych niż modyfikacje genetyczne. (s. 21)

Pierwsza część książki poświęcona jest idei bezpszennego życia. Autor wraca do swoich rewelacji zawartych w „Diecie…”, ale nawet po lekturze pierwszej książki z przyjemnością (i dreszczykiem) przeczytałam, co Davis miał do powiedzenia w „Kuchni…”.

Dlatego nie jemy pszenicy

Powodów, aby wyrzucić z menu to zboże (ale inne też), jest sporo. Davis po kolei wymienia, co w zbożu piszczy.

Pierwszy rozdział „Zboże, którego należy się wystrzegać” to podsumowanie dziejów pszenicy, odkąd sięgnął po nią człowiek kilka tysięcy lat temu. I choć mamy pewne dowody, że zmiana diety oraz trybu życia człowieka około 8-7 tysięcy lat p.n.e. były okupione m.in. problemami zdrowotnymi (takimi jak gorsze uwapnienie zębów czy kości) – pisał o tym już Udo Pollmer – to dopiero w ostatnich 50 latach pszenica stała się prawdziwą trucizną. Celiakia występowała u ludzi od zawsze – ale dopiero w XX wieku liczba ludzi z tym schorzeniem kilkukrotnie się zwiększyła. Wszystkiemu są winne niezbadane do końca zmiany w genotypie pszenicy i jej składniki, np. gliadyna (składnik glutenu) – działająca jak narkotyk – podkręcająca apetyt; sam gluten – zbiór białek, z których część jest kompletnie niezbadana pod kątem działania na człowieka;  lektyny – toskyczny składnik kiełków pszenicy (do obrony przed szkodnikami).

Davis zadaje pytanie o powrót do pierwotnej postaci pszenicy (samopszy i płaskurki), które nie zawierają trzeciego genomu (D), tylko jeden (samopsza – A) lub dwa (A i B, płaskurka). Orkisz ma już trzy genomy (A, B i D), przez co jest prawie tak groźny, jak zwykła pszenica – trzeci genom jest źródłem glutenów, glutenin i gliadyn (s. 44). Czy spożywanie samopszy to sposób na uniknięcie problemów? Autor rozważa to zagadnienie, pozostawia jednak pytanie otwarte.

Kolejny rozdział „Dlaczego boli mnie brzuch” to przegląd chorób wywoływanych przez spożywanie pszenicy – co ważne, chorób zwykle ustępujących dzięki wyłączeniu zboża z menu. Do najważniejszych należą cukrzyca (autor daje nadzieję na jej wyleczenie lub opanowanie), otyłość, „pszenny brzuch”, problemy z trawieniem, skórą oraz stanami zapalnymi i choroby związane z upośledzeniem mózgu (niestety, czasem trwałym). Część dolegliwości – co zaobserwował u swoich pacjentów – mija, choć po różnym okresie, gdy zrezygnują oni z pszenicy. Co ważne – pisze autor – o części chorób nawet nie wiemy, bo nie umiemy wszystkiego zbadać. U wszystkich swoih podopiecznych zauważył jednak ogromną poprawę na kilku frontach, kiedy poszli drogą wskazaną przez Davisa. (W książce są nawet prawdziwe historie ze zdjęciami pacjentów autora).

Nie tylko pszenica

Żeby była jasność, autor książki jest bardzo kategoryczny. Wyleczenie z dolegliwości – twierdzi – jest możliwe, jeśli wyrzucimy pszenicę (i żyto, pszenżyto, jęczmień, być może też owies) ze swojego życia raz na zawsze. A najlepiej ograniczymy weglowodany tak, aby nie przekraczały 10% dziennej porcji kalorii. Przeorganizowanie kuchni opisane jest w rozdziale „Organizacja bezpszennej kuchni” – autor zawarl tu wskazówki, jak urządzić miejsce, gdzie powstają posiłki, aby łatwo i bezpiecznie gotować bez pszenicy. To świetny przewodnik dla osób z wyjątkową wrażliwością na gluten, takich, które reagują na najmniejszy ślad białek pszenicy.

Do garów

Davis szczególnie uczula na gotowe produkty bezglutenowe, które są według niego tak samo cukrzycogenne, i radzi – gotujcie sami. Bardzo szczegółowo opisuje, co powinno znaleźć się w bezpszennej kuchni, jakie mączki zastąpią zwykłą mąkę, czym słodzić, co pić, jak gotować, piec itd. A nawet – jakie alkohole można pić!

I wreszcie – przepisy.

150 pomysłów na bezpszenne menu

Druga część książki to przepisy. Jak na mój gust – niezwykle wymyślne i myślę, że żywienie się tylko takimi potrawami może być drogie. Takie produkty, jak mąka kokosowa czy migdałowa, choć są dostępne w Polsce, raczej do tanich nie należą. Na szczęście są tańsze sposoby – przygotowywanie mąki samodzielnie np. w ręcznym mlynku do zbóż. (Święty Mikołaju, przynieś mi elektryczny młynek do zbóż oleistych i nieoleistych…).

kuchnia_3

Każdy przepis jest opatrzony komentarzem autora, który sprawia, że ślinka cieknie i po prostu marzy się o przygotowaniu dania. Naprawdę. A wszystko jest tak pomyślane, żeby nam nie szkodziło (wg diety Davisa). Muszę przyznać, że samo czytanie przepisów jest wielką przyjemnością, bo są ciekawe, niesztampowe i mimo wszystko dość proste. W moim wypadku szkopuł jest taki, że nie jadam nabiału, a sporo pomysłów jest na nim opartych. Autor podpowiada, jak ewentualnie poradzić sobie z zamiennikami, ale myślę, że nie smakuje to tak samo.

Przykłady dań: bezpszenne naleśniki, najróżniejsze kanapki (z bezpszennego chleba), spaghetti bolognese, kotlety schabowe panierowane w pekanach, ryba z frytkami warzywnymi, muffinki marchewkowe, bułeczki cheddarowe, placek limonkowy, lody czekoladowo-kokosowe, herbatniki imbirowe (bardzo mnie nęcą)… Jednym słowem – jest w czym wybierać i naprawdę trudno się zdecydować, od czego zacząć.

Ja, pszenica i książka

Po obie książki Williama Davisa sięgnęłam, gdy odkryłam zgubny wpływ pszenicy na moje trawienie. Co w nich znalazłam:

  • bardzo dużo informacji na temat dzisiejszej pszenicy oraz jej starszych odmian,
  • bardzo dużo przykładłów, jak pszenica oddziałuje na nasze życie – apetyt, zdrowie, trawienie, zachowanie, samopoczucie, wagę,
  • dużo pozytywnych przykładów pokonania chorób dzięki odstawieniu pszenicy,
  • smakowite pszepisy,
  • bardzo dużo humoru i delikatnej ironii wobec czytelnika,
  • bardzo kategoryczne podejście do diety, opisane w amerykańskim stylu (informacje powtarzają się w kółko – to może irytować, mnie nie przeszkadzało).

Jak każdy „odkrywca” diety, Davis chciałby, aby jego pomysł był jedyną słuszną drogą. Wierzę, że opisuje prawdziwe historie i nie bez przyczyny straszy skutkami obajdania się pszenicą. Myślę jednak, że wyrzucanie z menu węglowodanów innych niż pochodzących z pszenicy nie każdemu posłuży. Jeśli ktoś bardzo dużo się rusza, uprawia sport, ma małe dzieci i za nimi gania, jest w ciąży albo karmi, ograniczenie węglowodanów może być niekorzystne dla zdrowia, bo skąd czerpać siłę?

Jak zawsze, podchodzę do wszystkiego ostrożnie i choć zgadzam się z założeniem, że pszenicy jeść nie należy i nie będę jej jadła (ale samopszę już tak), to odrzucam tabele, wartości, procenty, kalorie – stawiam po prostu na zdrową różnorodność.

Ciekawostka: po odstawieniu pszenicy czuję poprawę jeśli chodzi o bóle stawów oraz migreny. Odkąd ostatnio o tym pisałam, miałam migrenę tylko raz i to dawno. To duży sukces! Może nie bez przyczyny pszenica znajduje się na liście produktów migrenogennych.

No i jeszcze przyznam się, że zdarzyło mi się dwa razy zjeść coś pszenicznego, w gościach. Mój układ trawienny wspomina to z goryczą, hehe.

 

05 XII2013

„Zdrowy maluch. Poradnik żywieniowy dla rodziców” – recenzja

by joanna

Myślę, że na tę książkę niecierpliwie czekało wiele polskich mam i wielu rodzicom spadnie kamień z serca, gdy wezmą do ręki ten poradnik. Magdalena Sikoń, zasłużona w walce o godność młodych roślinożerców w placówkach oświatowych (patrz: odpowiedź Ministerstwa Zdrowia na petycję Wegemalucha), razem z Moniką Skowron dwa tygodnie temu oddały w ręce czytelników pierwszy polski poradnik żywieniowy dla rodziców wegetarianów. „Zdrowy maluch. Poradnik żywieniowy dla rodziców” (wydawnictwo Galaktyka, Łódź 2013) robi wrażenie pod wieloma względami.

zdrowy_maluch_1

Zacznę od tego, co widać na pierwszy rzut oka: książka jest pięknie wydana, bogato ilustrowana, kolorowa i po prostu apetyczna. Jest też przejrzysta i świetnie dopracowana pod względem graficznym i technicznym (to już rzadkość, aby nad książką pracował redaktor techniczny). Estetyka wizualna idzie w parze z estetyką słowa, widać, że tekst do publikacji był przygotowywany bardzo starannie. We wstępie autorki (Magdalena Sikoń jest redaktorką naczelną portalu Wegemaluch, Monika Skowron – dyplomowanym dietetykiem) piszą:

Oddajemy w twoje ręce narzędzie, które pomoże ci zdobyć, poszerzyć lub zweryfikować wiedzę z zakresu prawidłowej diety i rozwoju dziecka. Nie chodzi nam także o żadną ideologię. Wyciąganie wniosków zostawiamy… tobie. Nie znajdziesz tutaj żadnych informacji, które mogłyby cię wprawić w zakłopotanie, wzbudzić poczucie winy czy wyższości w związku ze stosowaną przez ciebie dietą. (s. 7)

I taka właśnie jest ta książka – pozytywna, bez oceniania, czy wegetarianizm jest lepszy od diety zawierającej mięso (autorki zaznaczają jednak wyraźnie, że skrajne diety roślinne, takie jak witarianizm i frutarianizm są absolutnie niewskazane dla dzieci).

Co znajdziemy w środku

Książka zaczyna się od wprowadzenia czytelnika w ogólne zasady wegetarianizmu i jego odmian (definicja, kim są frutarianie, wymaga jednak doprecyzowania; to nie są ludzie, którzy jedzą tylko to, co spadło z krzaka czy drzewa, odsyłam do książki „Jeść przyzwoicie” K. Duve).

Potem znajdziemy omówienie piramidy żywieniowej wraz z jej wersją wegetariańską. Nie wiem, czy to błąd ilustratora, czy zamieszanie w tekście, ale tak jak autorki piszą o podstawie piramidy składającej się z warzyw i owoców, tak obrazek prezentuje jej najniższe piętro złożone ze zbóż. Spora różnica. Chyba że piramida dla dzieci różni się od tej dla dorosłych.

Rozdział drugi to przegląd najważniejszych składników naszych posiłków – warzywa, owoce, zboża, rośliny strączkowe, nabiał, oleje, orzechy, przyprawy. Ułożone alfabetycznie, opisy zawierają podstawowe informacje na temat właściwości pokarmów, zawartości witamin itp. Przyznaję, że czasem brakowało mi pewnych danych, ale rozumiem, że poradnik to nie encyklopedia. Duży plus dla osób uczących się rozszerzać dietę niemowlętom – przy każdym produkcie napisano, od którego miesiąca można bezpiecznie go podawać.

zdrowy_maluch_2

Rozdział trzeci to przepisy – na każdy miesiąc życia dziecka (od 6. do 12.) autorki przygotowały kilka zestawów dań od śniadania do kolacji. Przepisy są łatwe, pomysłowe, a przygotowanie posiłku zwykle trwa krótko. To zdecydowanie najciekawsza (i pewnie najbardziej pożądana) część książki, w dodatku piękne zdjęcia wołają wręcz do czytelnika – „spróbuj!”. Brawo za odejście od tradycyjnej polskiej kuchni i wprowadzenie rozmaitych produktów spoza kanonu (komosa ryżowa, amarantus, a nawet jagody goji).

zdrowy_maluch_3

Następnie mamy część poświęconą prawidłowemu bilansowaniu diety dziecka, gdzie omówiono składniki pokarmu, takie jak tłuszcze, białka, witaminy, mikro- i makroelementy. Wymienione są źródła tych składników, skutki niedoboru i inne informacje, które mogą być pomocne przy komponowaniu diety dziecka.

Kolejny rozdział to znów przepisy, tym razem ułożone w menu tygodniowe. To praktyczna ściągawka, zawierająca nawet podsumowanie dni pod względem zawartości kalorii, białek, węglowodanów itp. Dodatkiem są tabele – schemat żywienia niemowląt do 1. roku i tabela wartości odżywczych produktów użytych w przepisach.

Krytyka (niestety)

Mam wrażenie, że książka, aby zostać zaaprobowana przez zwykle opornych na nowości lekarzy, musiała być napisana zgodnie z odgórnie przyjętym w Polsce „kodeksem” zdrowego odżywiania. To znaczy – dostać pieczątkę jakiejś ważnej instytucji zajmującej się żywieniem dzieci. W tym wypadku o konsultacje autorki poprosiły profesora Janusza Książyka, kierownika Kliniki Pediatrii i Żywienia w Instytucie „Pomniku – Centrum Zdrowia Dziecka”. (W podziękowaniach pojawia się także ważne nazwisko Małgorzaty Desmond, choć jedynie „za życzliwość”).

Autorki powołują się także na opinie i badania Instytutu Żywności i Żywienia,(s. 14, 40, 62, rozdział 4),  który znam bardzo dobrze (o czym pisałam przy okazji cholesterolu) i wiem, że jest to instytucja wyjątkowo konserwatywna. Dowodzą tego choćby informacje dietetyczne na jej stronie, gdzie np. wciska się mleko jako najzdrowsze źródło wapnia, a ostrzega przed różnymi tłuszczami jako groźnymi zabójcami. Wiele miałam spotkań z tamtejszymi dietetykami, zachowałam nawet ich wskazówki z 2009 r. (np. jeść do 3 jajek na tydzień i koniecznie margarynę zamiast masła; na drugie śniadanie polecają ciasto drożdżowe z jogurtem). Pod względem swoich porad IŻŻ siedzi głęboko w latach 80. ubiegłego wieku, ale niestety jest instytucją opiniotwórczą. Mogę mieć nadzieję, że Klinika Pediatrii jest znacznie bardziej postępowa. Choć czy to ta właśnie instytucja jest przyczyną zamieszczenia w książce następującej wskazówki?

Zaleca się karmienie niemowląt piersią aż do ukończenia 1. roku, a co najmniej przez pierwsze 6 miesięcy życia. Jeśli dziecko i matka mają ochotę, można ten okres wydłużyć o kilka miesięcy, ale nie bardziej niż do końca 2. roku życia malucha. (s. 54)

Dlaczego w rozdziale, gdzie tak ładnie mówi się o zaletach karmieni piersią i namawia do niego matki, napisano taką bzdurę? Nie wiem! Nawet WHO zaleca karmienie piersią tak długo, jak długo chcą obie strony, najlepiej przynajmniej do końca 2. roku życia…

Zgrzytnęło mi tak jeszcze parę razy, choć może nie aż tak mocno. Największe rozbieżności między moją wiedzą a treścią książki wynikały porad spisanych według odgórnych polskich zaleceń dietetycznych. Jedną z takich było natrętne wciskanie czytelnikowi, aby zastępować produkty zbożowe kaszką z żelazem.

Co bym dodała…

W poradniku moim zdaniem brakuje wielu ważnych tematów (choć rozumiem, że dla Kliniki Pediatrii, która zgodził się na podpisanie pod wegetarianizmem, mogą być już zbyt wywrotowe, hehe).

Po pierwsze, pochodzenie produktów. Moim zdaniem na każdym kroku powinno być podkreślone, że jakość produktów podawanych dzieciom jest równie ważna, jak urozmaicenie diety. Nie mówię już nawet o ekologicznym pochodzeniu produktów, ale choćby o zwracaniu uwagi, gdzie kupujemy – może od zaprzyjaźnionego rolnika? – czy warzywa są świeże, czy soja, którą kupujemy, nie jest genetycznie modyfikowana, a mleko – pasteryzowane/UHT. (Autorki piszą sporadycznie o ekologicznych bakaliach oraz o rodzaju chowu kur).

Po drugie, zabrakło informacji na temat neutralizacji składników pożywienia, które utrudniają wchłanianie innych składników. Np. kilkugodzinne moczenie w wodzie pęczaku czy płatków owsianych pozwoli na rozłożenie fitynianów, które odpowiadają m.in. za gorsze wchłanianie wapnia.

Po trzecie, nietolerancje pokarmowe. Dziś są powszechne i  nie są tożsame z alergiami. Warto byłoby wśród produktów najczęściej nietolerowanych wymienić soję i zaproponować zastąpienie jej czymś innym.

Po czwarte (ale bardzo ważne), moim zdaniem powinna znaleźć się tu tabela warzyw i owoców sezonowych oraz wyraźne wskazówki, jak komponować dietę w poszczególnych porach roku, kiedy części składników nie ma (świeżych).

Po piąte, szkoda, że nie skomentowano w żaden sposób badań T. Campbella i W. Davisa, dotyczących białka odzwierzęcego i pszenicy. Idzie rewolucja w odżywianiu, ale w Polsce niektóre instytucje ją prześpią.

Po szóste, choć to już bardzo luźna sugestia, może przydałoby się więcej przepisów umożliwiających karmienie dziecka według BLW (np. odpowiednio oznakowanych)? O samej metodzie jest już kilka słów w książce, więc niewiele więcej trzeba!

Podsumowując

Jestem czytelnikiem bardzo wymagającym i zdaję sobie sprawę, że moje recenzje nie opływają w słodkie pochwały. Mam nadzieję, że tego ode mnie oczekujecie.

„Zdrowy maluch. Poradnik żywieniowy dla rodziców” ma kilka mocnych zalet. Zawarte w nim przepisy są inspirujące i zachęcają do wzbogacenia menu o kilka nowych składników.

Książka może być argumentem w walce z niedouczonymi lekarzami, którzy na wegetarianów patrzą jak na UFO. Z pewnością uspokoi wielu rodziców, którzy są w rozterce – dawać dziecku mięso czy nie?

Moim zdaniem kompromis między postępowym wegetarianizmem a konserwą w białych fartuchach ma swoje minusy. Części czysto poradnikowej nie uważam za całkowicie zgodną z dzisiejszą wiedzą o odżywianiu. Może jednak wystarczy skupić się na tym, co znakomite, i od jutra ruszyć do garów – odkrywać z dzieckiem smaki wegetariańskich potraw – a niektórym dietetykom pozwolić mówić swoje…

Komentarz autorki książki

Magdalena Sikoń zapewniła mnie, że książka nie została napisana w taki sposób, aby „podlizać się” jakiejkolwiek instytucji, zwłaszcza IŻŻ (który na początku omyłkowo przypisałam jako instytucję współpracującą z autorkami).

26 IX2013

Czego jeszcze nie wiecie o BLW?

by joanna

blw_0

Baby-Led Weaning, czyli pozwolenie dziecku na samodzielne jedzenie od momentu, kiedy wyrazi zainteresowanie pokarmem innym niż mleko, bywa ogłaszane wielkim odkryciem przełomu wieków i nową tendencją (na przykład tu: „Mimo że idea BLW jest stosunkowo nowa…”). Na szczęście wystarczy zajrzeć do książki Gill Rapley i Tracey Murkett „Bobas lubi wybór. Twoje dziecko pokocha dobre jedzenie”, wyd. Mamania, Warszawa 2010, żeby znaleźć fragment:

Być może czytasz to wszystko i myślisz sobie: To nic nowego, sami tak robiliśmy. Jeśli tak, to masz rację. BLW to nic nowego. Nowe jest mówienie o nim.

(s. 25)

Prawdopodobnie BLW jest tak stare, jak stary jest gatunek ludzki… Odeszliśmy od niego, kiedy zajęli się nami „specjaliści” mądrzejsi od natury…

Książkę Rapley i Murkett polecam jako bazę – dla rodziców, którzy jeszcze nigdy o BLW nie słyszeli. Może się okazać, że sporo z tych rozwiązań było dla nich naturalne, ale bali się spróbować działać na własną rękę.

Słoiczki-skarbonki sprytnych koncernów

Mam dziś dla Was ciekawostkę, która – kiedy zetknęłam się z nią pierwszy raz – po prostu wbiła mnie w fotel. Wszystko dzięki książce Udo Pollmera „Smacznego. Chorzy z powodu zdrowego jedzenia”, w której niemiecki antydietetyk tak pisze o rozszerzaniu diety niemowląt:

Bajkę, że dzieci powinny jeść specjalne, tylko dla nich przygotowane jedzenie, bez przeszkód propagują producenci jedzenia. W końcu cała gałąź przemysłu spożywczego wyspecjalizowała się w pokarmach dla dzieci: kaszkach i słoiczkach. Ładne i kolorowo opakowane dania dla dzieci czy z mikrofalówki są hitem. W końcu matka ma spokojne sumienie, gdy podaje dzieciom produkty skontrolowane, wolne od szkodliwych substancji, uprawiane ekologicznie, wzbogacone o witaminy i minerały.

(…) Wygodne, pewne, nowoczesne jedzenie dla dzieci. Pozostaje tylko pytanie, czy służy także dzieciom.

(s. 367)

Przyznaję się bez bicia, że pierwszy synek dostawał słoiczki oraz specjalnie gotowane dla niego, osobne posiłki. Słoiczki były wygodne, zmiksowane zupki – zalecane przez pediatrów, książki i pisma dla mam. (Dziś wyrywam włosy z głowy – jak mogłam wydawać tyle pieniędzy na te bezwartościowe pisma dla rodziców?!).

J. wcale nie chciał tego jeść! Myślę, że najbardziej smakowało mu to, co jedli rodzice. Dobrze, że w pewnym momencie podjęliśmy decyzję o zmianie naszego sposobu żywienia – dzięki temu mogliśmy we trójkę jeść to samo. Dziś jest podobnie – starszy synek chodzi do przedszkola ze swoją wałówką, która jest skomponowana z naszych wspólnych produktów (żeby było łatwiej, stosuję taką samą dietę jak syn – na podstawie jego wyników testu MRT; czuję jednak, że czas na mój własny test tego typu).

BLW_1

Młodszy synek niedawno wszedł w fazę ogromnego zainteresowania naszymi talerzami. Odkąd siedzi samodzielnie, dostaje od nas kawałki pożywienia i może z nimi robić, co chce. Dzięki książce „Bobas lubi wybór” nauczyłam się podawać mu nawet kaszkę, którą samodzielnie wkłada sobie do buzi (oraz umaja nam podłogę, krzesła i szafę). Tak, zdecydowanie, gotowe pokarmy ze sklepu są znakomitym chwytem marketingowym dla zmęczonych matek. Tymczasem zdrowa dieta rodziców może być podstawą diety malca, bez dodatkowego gotowania czy kupowania słoiczków.

BLW ma niemal 90 lat

Wracając do ciekawostek z książki Pollmera.

Już 90 lat temu (w latach 20. XX wieku), kiedy na dobrą sprawę przetwórstwo żywności dopiero się rozwijało, amerykańska pediatra Clara Davis przeprowadziła niezwykle ciekawy (ale kontrowersyjny) eksperyment z udziałem dzieci. Davis zadała sobie pytanie: czy można pozwolić, aby dziecko samodzielnie wybierało swój sposób żywienia? Wybranym dzieciom podawała przez kilka lat (!) pożywienie pochodzenia roślinnego i zwierzęcego, przy czym wszystko było surowe lub gotowane na parze (np. szpik kostny, mięso czy podroby były podawane bez obróbki). Davis wyłączyła z tej specyficznej diety pokarmy przetworzone (np. cukier, chleb, masło), pozostawiła jedynie chrupki żytnie, które uznała za naturalne. Do picia dzieci miały wodę, kwaśne mleko i sok pomarańczowy.

Po oczywistych problemach początkowych (dzieci były świeżo odstawione od piersi, uczyły się chwytać jedzenie, pić z kubeczka etc.) dzieci nauczyły się jeść samodzielnie. Przedstawiane przez Pollmera szczegółowe wyniki badań na trzech chłopcach w wieku od 6 do 9 miesięcy w skrócie sprowadzają się do tego, że każdy z nich dobierał sobie inne menu, jednak żaden nie zrobił sobie krzywdy. Każde dziecko miało swój gust, swój smak, swoje potrzeby, ale każde „umiało” zbilansować swoje posiłki według realnych potrzeb organizmu (to co, że łączyło surowe jajka z bananem itp.). Jedno jadło głównie owoce, drugie nabiał, trzecie polubiło szpik kostny. Wszystkie jadły niewiele zbóż (poza owsem).

Davis powtórzyła badanie na kolejnych 15 dzieciach w wieku od 6 do 11 miesięcy (badała je przez 6 lat!).

Dzieci odżywiały się zgodnie ze swoimi zapotrzebowaniami, odpowiednio przybierały na wadze, nie były tłuste, ale po prostu silne. (…) „Trik w tym eksperymencie – mówi dr Davis – polega na tym, że apetyt maluchów może z pewnością się czasem mylić, jednak te błędy nie mają znaczenia, jeśli oferuje się im naturalne pokarmy”. Takie kierowanie się apetytem, twierdzi badaczka, może być jednak szkodliwe, „gdy oferowane są mocno przetworzone produkty, takie jak cukier czy biała mąka, które straciły swoje pierwotne składniki, choć stały się tak ważną częścią współczesnej diety”.

(s. 371)

Teksty Davis, z których korzysta Pollmer:

  • Davis C. M., „Am. J. Diseas. Child.” 1928, 36, s. 651.
  • Davis C. M., „Can. Med. Assic. J.” 1939, 41, 257.

BLW_3

Czy istnieje naturalna ludzka dieta?

Na temat tych badań powstaje książka kanadyjskiego dziennikarza naukowego Stephena Straussa pod tytułem „Clara Davis: A Rumor In Nutrition” (mam problem z tłumaczeniem, wydaje mi się, że chodzi o niesprawdzone, ale obiegowe opinie na temat żywienia). Strauss pisze też o samej doktor oraz o dzieciach, które badała – dziennikarzowi udało się nawiązać kontakt z rodziną Clary Davis, dzięki czemu mamy szansę poznać szersze tło całego eksperymentu. Książka ciągle powstaje, dlatego skontaktowałam się z autorem, aby opowiedział mi co nieco na temat doktor Davis.

stephen_strauss

J.B.: Co uważasz za najciekawszy aspekt eksperymentu Davis?

S.S.: Najbardziej interesujące w jej eksperymencie jest to, że wciąż jesteśmy zafascynowani kwestią – czy istnieje mądrość ciała, jeśli chodzi o żywność, którą jemy? Kładziemy na to bardzo duży nacisk. Badanie Davis miało na celu sprawdzenie, czy matka może pozwolić dziecku na podążanie za swoim apetytem. Czy ich wrodzona mądrość umożliwi matkom odrzucenie sztywnych reguł odżywiania, narzucanych przed dietetyków? Te reguły w wypadku niektórych niemowląt doprowadziły do świadomego głodzenia się!

Davis nie martwi się o ilość jedzenia – jej eksperyment pokazuje wręcz, że naturalny apetyt  lubuje się w nadmiarze! Była podejrzliwa wobec żywności przetworzonej – nie dlatego, że wiedziała, że szkodzi dzieciom, ale dlatego, że sądziła, że ludzie nie ewoluowali do jego spożywania.

The most interesting thing about the experiment is that we still are fascinated by question of whether there is a wisdom of the body when it comes to the foods we eat. However we have switched much of the emphasis in the question. In Davis’ time her research aimed was to see if mothers could let babies appetites choose the foods they ate and if that innate wisdom meant the mothers could dismiss the rigid feeding lists which nutritionists was foisting on new mothers. This had led to some infants apparently willfully starving themselves.

 Davis didn’t fundamentally worry about eating too much and indeed her experiment in many ways shows that a natural appetite luxuriate s in over-eating.  She was very concerned about processed food but not because she knew it was bad for children as much as she thought it wasn’t what humans had evolved to eat.

Czy myślisz, że można by powtórzyć taki eksperyment w dzisiejszych czasach?

Dziś nie można przeprowadzić takiego eksperymentu z przyczyn etycznych. Nie można przecież odstawić dzieci od piersi, wsadzić do sierocińca na pięć lat i obserwować, co jedzą. Nie można zamieniać czyjegoś dzieciństwa w badanie naukowe apetytu!

You can’t conduct the experiment today because of ethical reasons, that is, you can’t take children from their mother’s breasts and put them in a self-feeding orphanage for close to 5 years. You can’t make the purpose of someone’s childhood the science of their appetites.

Jakie widzisz podobieństwa między badaniami Clary Davis a dzisiejszym BLW?

Jeśli chodzi o BLW (baby-led weaning), istnieją pewne podobieństwa między nim a eksperymentem Davis, choć podawana przez nią żywność często różniła się bardzo od tego, co oferuje BLW. Nie dawała dzieciom chleba, zup, puddingów, czegokolwiek z mąką. Eksperyment był bardzo surowy w swoich założeniach; dziś nazwalibyśmy to dietą paleolitu.

I oczywiście samo odstawienie (weaning) to tylko początek, od którego Davis wychodzi. Prawdziwe pytane, jak już wspomniałem, było: czy dzieci, którym pozwoli się wybierać, co jedzą, będą odżywiały się zdrowo. Czy istnieje naturalna ludzka dieta? Co nasz apetyt mówi o wewnętrznych potrzebach organizmu? Nie znamy odpowiedzi i dziś.

In terms of baby led weaning, I would say that there are similarities even though the foods she offered children was often very different from what BLW offers. She didn’t let them have any bread, soups, puddings, anything with flour in it. It was very raw in its presumptions and would be what we would call today today a paleolithic diet.

 And of course, weaning was just the beginning of what she was looking at. The real questions as I said before were: Will they eat healthily over the course of their young lives if we let them choose for themselves their foods. Is there a natural human diet? What does appetite tell humans of their body’s intrinsic nutritional needs – a question we don’t truly know the answer to today.

Bardzo polecam samodzielne przeczytanie kilku artykułów na temat badania Clary Davis. Przyznaję, że dzięki tym lekturom zupełnie przekonałam się do wspólnej kuchni dla naszej czwórki.

blw_2

I wiecie co? Choć sprzątania po takim dzidziusiowym posiłku jest mnóstwo, przynajmniej zaoszczędzam czas na gotowaniu oraz pieniądze na niekupowaniu słoiczków.

Polecam:

http://stephenstrauss.ca/

http://www.cmaj.ca/cgi/content/full/175/10/1199

26 VIII2013

Udo Pollmer: diety szkodzą! (Recenzja)

by joanna

Książka „Smacznego! Chorzy z powodu zdrowego jedzenia” była wymagającą lekturą na wakacje: wymagająca uwagi oraz nieustannego podkreślania ołówkiem oraz pisania uwag na marginesach… Wymagającą również pod względem wielkości (prawie 400 stron tekstu), różnorodności tematów (dobra gimnastyka dla umysłu) oraz pod względem zadania postawionego przed czytelnikiem: książka mówi o żywieniu, ale nie mówi, jak i co jeść. Znajdziemy za to wiele cennych informacji, czego do ust lepiej nie brać.

smacznego_2

Jestem zainspirowana i zmotywowana lekturą, aby podzielić się z Wami kilkunastoma spostrzeżeniami na temat – a jakże – jedzenia.

Kontrowersyjny antydietetyk

Autorami książki są Udo Pollmer http://de.wikipedia.org/wiki/Udo_Pollmer oraz jego współpracownicy: Andrea Fock, Ulrike Gonder i Karin Haug. Pollmer to znana postać w Niemczech. Jest słynnym i kontrowersyjnym autorytetem w dziedzinie odżywania, z wykształcenia – chemikiem żywności. W swoich wypowiedziach kpi z dietetyków i ich zaleceń:

Ja dietetycy świętują urodziny i święta? Lekko posłodzonymi plackami z pełnego zboża, duszoną piersią indyka i lekko okolonymi ziemniakami? A toasty wznoszą szklaneczką rozcieńczonego soku pomarańczowego?

(s. 10).

A czasem oskarża ich o wpędzanie pacjentów w poważne choroby związane z zaburzeniami odżywiania.

Jeśli spojrzycie, jak wygląda Udo Pollmer (zdjęcia), uznacie, że nie należy on do ascetów i raczej sobie dogadza niż odmawia jedzenia, które lubi. Nic dziwnego – uważa, że człowiek powinien słuchać swojego apetytu. Tu do przeczytania ciekawy wywiad z Pollmerem na temat wpędzania ludzi w poczucie winy z powodu tego, że jedzą to, co lubią, co szczególnie dotyczy kobiet, od których wymaga się sylwetki wieszaka (czerwiec 2013 r., po niemiecku).

Zespół Pollmera EU.LE eV (Europäisches Institut für Lebensmittel- und Ernährungswissenschaften – Europejski Instytut Żywności i Żywienia – organizacja pozarządowa) zajmuje się oczywiście odżywianiem, o czym poczytacie na stronie http://www.euleev.de/, gdzie publikowane są teksty, krótkie informacje czy linki do materiałów wideo (niestety wszystko w języku Goethego). Przykładowo w jednym z ostatnich tekstów podważana jest zasadność zarzutów wegetarianów o przeznaczeniu zbyt dużej ilości ziemi na hodowlę bydła.

Inspiracje

Chociaż książka „Smacznego! Chorzy z powodu zdrowego jedzenia” została wydana po raz pierwszy w Niemczech w 1994 roku, a aktualizowana w 2001 roku, w Polsce ukazała się dopiero w roku 2010. Wielka szkoda! Zawiera gigantyczną bibliografię, dzięki której autorzy wypadają wiarygodniej: nie piszą tego, co im się wydaje, opierają się na źródłach. Prawie 900 pozycji – niestety – niezbyt świeżych (lata 70.–90. ubiegłego wieku). Jak szybko dezaktualizują się te artykuły? Nie wiem. Wiem jedno – autorzy przytaczają badania, o których dziś się nie mówi, a które zadają kłam wielu mitom żywieniowym. Książka mająca 20 lat zazwyczaj celnie uderza w słabe miejsca współczesnego myślenia o odżywianiu. Pewnie dlatego, że jesteśmy co najmniej 20 lat za Niemcami…

Samych poruszanych kwestii jest chyba kilkadziesiąt, dlatego książka jest bardzo gruba, choć rozdziały krótkie. Te zagadnienia zainteresowały mnie najbardziej i o wielu z nich na pewno napiszę osobno:

  • dlaczego nie należy ufać tabelom i nie uczyć się liczb (kalorie, zawartość różnych substancji itp.),
  • dlaczego nie warto – a czasem nie należy – brać suplementów diety oraz dlaczego nie należy kupować żywności wzbogaconej w witaminy itp.,
  • dlaczego nie należy przejmować się cholesterolem,
  • czym jest żywność funkcjonalna i dlaczego nie należy jej kupować,
  • jakie są wady diety pełnowartościowej (dziś dotyczy to zwłaszcza witarian, o których Pollmer być może jeszcze nie wiedział),
  • dlaczego ludzie jedzą zboże (w dodatku ustawiają je na dole piramidy żywieniowej!),
  • do czego potrzebne jest przetwarzanie pokarmu, w tym gotowanie czy naturalne zakwaszanie chleba,
  • współczesny przemysł spożywczy – jak podrabia się jedzenie,
  • jak przygotowuje się produkty spożywcze, aby nas uzależniały,
  • cukier – niezbędny do życia (do tego rozdziału mam kilka istotnych zastrzeżeń),
  • używki: alkohol, kawa, herbata, przyprawy, czekolada, opiaty,
  • dlaczego stosowanie diet odchudzających jest groźne i nieskuteczne,
  • odżywianie dzieci – po pierwsze, BLW ma już 90 lat! Po drugie, jakie są niezwykłe właściwości mleka matki. Po trzecie, dlaczego nie należy podawać niemowlętom witaminy D.

Nie sądzę, żeby Pollmer wiedział wszystko najlepiej i na pewno nie uwierzę we wszystko, co napisał, bezkrytycznie. Myślę jednak, że daje wiele cennych tropów, jak szukać wiedzy o tym, co nam szkodzi, a co pozwala zdrowo funkcjonować. Do kilku rozdziałów mam zastrzeżenia braku istotnych informacji, a do całej książki – że brakuje w niej wyraźnego zdania: swojego instynktu mogą słuchać ludzie zdrowi. Tacy, którzy odżywiają się zgodnie ze swoimi potrzebami od zawsze. Tymczasem ilu z nas już od pierwszych dni życia dostawało sztuczne mleko? Ilu z nas przejadło kilogramy śmieciowego jedzenia? Nasze organizmy nie są zdrowe, bo nasza żywność jest oszukana – żeby móc jeść normalnie, najpierw trzeba odzyskać – tudzież uzyskać – balans i pozwolić naszemu ciału funkcjonować zdrowo. Zacznijmy od prostego jedzenia, kupowanego w postaci nieprzetworzonej, sami gotujmy!

smacznego_1

Polecam tę książkę osobom, które przeczytały już kilka poradników w swoim życiu i czują w nich jakiś podstęp. Polecam też lekturę tym, którzy w przeciętnym sklepie spożywczym dostają oczopląsu od kolorowych opakowań – słodyczy, jogurtów, żywności funkcjonalnej – bo nic dla siebie tam nie widzą.

Także tym, którym nie smakuje dzisiejsze pieczywo i źle się czują po pszennych bułeczkach. Tym, którzy chcieliby zaufać swojemu organizmowi, ale w radiu, telewizji i u lekarza w kółko słyszą, że potrzebują jakichś suplementów, bo bez nich umrą albo przynajmniej wykrzywi ich na drugą stronę i odpadną im genitalia.

Wiedza to siła – brońmy się nią przed sztucznym dokarmianiem!

Na koniec jeden z moich ulubionych cytatów:

Dla medycyny odżywiania jelito ciągle jest jeszcze czarną skrzynką, której przypisuje się różne właściwości w zależności od potrzeb rynku. Naukowcy z różnych krajów zgadzają się co do tego, że dobrze jest zaglądać człowiekowi nie tylko do ust, by sprawdzać, co je, ale także analizować odchody i mocz.

(s. 131).

Czego doświadczyłam niejednokrotnie jako ciężarówka, a potem jako matka. Lekarze lubią zaglądać nam w wyniki, zamiast zapytać: jak sypiamy, jak jemy? Pollmer podkreśla to dobitnie: każdy z nas jest inny i ma indywidualne potrzeby. Czy dobieramy sobie buty według standardowego numeru? Jeśli nie, to dlaczego chcemy mieć takie same liczby w wynikach badań, jak osoby w innym wieku, z inną wagą, z innego kraju?

„Smacznego! Chorzy z powodu zdrowego jedzenia”, Państwowy Instytut Wydawniczy, Udo Pollmer, Andrea Fock, Ulrike Gonder, Karin Haug, Warszawa 2010.

Fragmenty książki (wcale nie te najlepsze!):

http://www.polityka.pl/kultura/ksiazki/fragmenty/1504784,1,fragment-ksiazki-smacznego-chorzy-z-powodu-zdrowego-jedzenia.read

16 VII2013

Zasada dotycząca indeksu glikemicznego posiłków

by joanna

Kolejna zasada moich posiłków dotyczy ich właściwości pod względem podnoszenia cukru we krwi:

Jedz posiłki tak zbilansowane, aby miały niski lub średni indeks glikemiczny.

Indeks glikemiczny to wskaźnik, za pomocą którego możemy się zorientować, jak dany posiłek wpłynie na poziom glukozy we krwi w ciągu 2-3 godzin po spożyciu danego pokarmu. Cała sprawa dotyczy tylko węglowodanów (cukrów), ponieważ białka czy tłuszcze nie wpływają na zmianę poziomu cukru we krwi w tak istotnym stopniu.

Im wyższy indeks glikemiczny danego pokarmu, tym większy skok poziomu glukozy we krwi i szybki jego spadek. Nasz organizm radzi sobie z takim skokiem za pomocą insuliny, a zła dieta może doprowadzić do rozregulowania mechanizmu wydzielania tego hormonu i m.in. do cukrzycy. Piszę to wszystko bardzo skrótowo, ponieważ na pewno wiele osób zetknęło się z dietą Montigniaca, a i cukrzyków, niestety, nie brakuje w naszym otoczeniu.

cukier_ksylitol

Po lewej stronie ekologiczny surowy cukier trzcinowy EnerBio (Rossmann), po prawej – ksylitol, cukier brzozowy.

Nie znoszę tych wszystkich tabelek z wartościami typu kalorie czy IG i uważam, że uczenie się ich (jeśli nie jesteśmy poważnie chorzy) jest niepotrzebne. Odkąd nasza rodzina odstawiła cukier poza tym naturalnie występującym w pożywieniu, umiemy zaspokoić głód w znacznie zdrowszy sposób niż za pomocą gotowej przekąski. Myślę, że dziś już wiele osób zdaje sobie sprawę, że cukier jest dodawany do wszelkich gotowych produktów, nawet do chleba. W dodatku cukier w postaci rafinowanej uzależnia.

Spożycie rafinowanego cukru poszybowało w górę. Nasze geny rozwijały się w środowisku, w którym rocznie na osobę przypadały najwyżej dwa kilogramy cukru w miodzie. W 1830 roku spożycie cukru wynosiło pięć kilogramów, a pod koniec XX wieku osiągnęło szokującą wartość siedemdziesięciu kilogramów.

David Servan-Schreiber, „Antyrak. Nowy styl życia”, s. 87-88.

Udowodniono, że spożywanie cukru ma znaczenie dla rozwoju raka w organizmie (konkretnie chodzi o wydzielanie insuliny). Niestety, ukryty cukier przybiera różne nazwy, a producenci żywności niekoniecznie chcą się chwalić, jakie cuda znajdują się w przekąskach.

W drugiej połowie XX wieku w diecie mieszkańców krajów zachodnich pojawił się i rozprzestrzenił niczym chwast nowy składnik: uzyskiwany z kukurydzy syrop z dużą zawartością fruktozy (mieszanka fruktozy i glukozy). Ludzki organizm miał już kłopoty z przyswajaniem dużej ilości oczyszczonego cukru, który mu serwowaliśmy, a teraz został zalany syropem wszechobecnym w przetworzonych produktach spożywczych. Ów koncentrat jest mniej więcej tym, czym opium w makach. Wyizolowany z naturalnej macierzy (fruktoza znajduje się we wszystkich owocach) i zmieszany z glukozą, przestaje się poddawać działaniu insuliny. Staje się zatem toksyczny [pogrubienie moje – JB].

David Servan-Schreiber, „Antyrak. Nowy styl życia”, s. 90.

(Bardzo polecam lekturę tej książki – powinna być obowiązkowa! To, jak już kiedyś pisałam, mój ulubiony poradnik żywieniowy i do niego odnoszę każdą recenzję innych poradników).

Autor „Antyraka” wskazuje na to, że dzisiejsza dieta różni się od pierwotnej diety ludzkiej (paleolit) przede wszystkim trzema składnikami, a są to:

  • oczyszczony cukier,
  • biała mąka,
  • oleje roślinne (sojowy, słonecznikowy, kukurydziany + tłuszcze nienasycone).

Te trzy źródła kalorii nie zwierają żadnych białek, witamin, minerałów ani kwasów omega-3, niezbędnych do funkcjonowania naszego organizmu. W dodatku bezpośrednio przyczyniają się do rozwoju raka („Antyrak”, s. 87).

No dobrze, skoro tyle złych wiadomości, to jak żyć?

Kiedy czytałam te informacje parę lat temu, choć wierzyłam autorowi, nie byłam w stanie przestawić swojego sposobu żywienia na lepszy. Wiem, że do tego trzeba dojrzeć. Dziś nie jemy w ogóle cukru (tylko w owocach) i białej mąki (oprócz okazyjnie makaronu z pszenicy durum, która ma nieco inne właściwości). Z olejów używamy oliwy z oliwek i oleju lnianego, jedynego, który ma idealną proporcję kwasów tłuszczowych omega-3 i omega-6. Jeśli ktoś musi słodzić, niech używa syropu z agawy, ksylitolu lub stewii – naturalnych zastępników cukru, równie słodkich, a o niebo zdrowszych i mających o wiele niższy IG.

miod_0

Miód (tu jeszcze nieodwirowany) – znacznie zdrowszy niż cukier, jednak z wysokim IG.

Wracając do indeksu glikemicznego…

Zasada zrównoważonego posiłku pod względem indeksu glikemicznego polega na szacowaniu IG – aby cały posiłek miał nie więcej niż 45-50 IG. Moja niechęć do wkuwania liczb i czytania tabelek sprawia, że zapamiętałam tylko głównych wrogów zbilansowanego posiłku. To – oprócz cukru i białej mąki (szczególnie zabójcze jest słodkie pieczywo typu chałka) – niektóre gotowane warzywa. Indeks glikemiczny surowej marchewki wynosi 40, gotowanej – 80! Gotowane ziemniaki mają IG 70-90 (sprzeczne źródła), pieczone -95. Chleb z białej mąki – 90.

Dopisek: ponieważ temat jest niesłychanie szeroki, dodam, że jest jeszcze ładunek glikemiczny (ŁG). Nie wszystko, co ma wysoki indeks glikemiczny, równie skutecznie podnosi poziom we krwi, ponieważ spożywamy różne ilości pokarmów, które dodatkowo mają różną zawartość węglowodanów (tutaj można to porównać). IG jest liczony wg stałej ilości przyswajalnych węglowodanów, czyli np. musielibyśmy zjeść więcej gotowanej marchewki, która ma mało węglowodanów, ale wysokie IG, żeby osiągnąć podobny efekt, jak w wypadku niewielkiej ilości czystego cukru. Przyjmuje się, że niski IG to 10 lub mniej, średni – do 19, a wysoki – 20 i więcej (tu tabela). Według tych wskazówek liczy się ogólna liczba ŁG dziennie, co jednak kłóci się ze wskazaniem, że należy po prostu unikać wysokich skoków poziomu cukru.

Moim zdaniem im trudniejsze wyliczenia i zalecenia, tym mniej powinniśmy sobie zawracać głowę takimi dietami. Dla mnie najważniejsze są dwie wytyczne: unikanie cukru i białej mąki oraz dodawanie warzyw do każdego posiłku (prócz owocowego).

W sieci znajdziecie wiele tabel z indeksem glikemicznym, np. tutaj. Jeszcze kilka przykładów:

  • Cebula – 15
  • Cukinia – 15
  • Fasolka szparagowa – 15
  • Ogórek – 15
  • Oliwki – 15
  • Orzechy i migdały – 15
  • Papryka (czerwona, zielona, żółta) – 15
  • Por – 15
  • Bakłażan – 20
  • Czereśnie – 20
  • Sok cytrynowy (niesłodzony) – 20
  • Czekolada gorzka (70% kakao) – 25
  • Owoce jagodowe – 25
  • Ciecierzyca gotowana – 30
  • Czosnek – 30
  • Morele świeże – 30
  • Pomidory – 30
  • Brzoskwinie, nektarynki – 35
  • Dziki ryż – 35
  • Jabłka świeże, duszone, suszone – 35
  • Chleb i makaron razowy – 40
  • Figi suszone – 40
  • Kasza gryczana – 40
  • Makaron al dente – 40
  • Morele, śliwki suszone – 40
  • Otręby, płatki owsiane surowe – 40
  • Kokos – 45
  • Ryż brązowy – 45
  • Ryż basmati – 50
  • Spaghetti (ugotowane na miękko) – 55
  • Banany dojrzałe – 60
  • Melon – 60
  • Miód – 60
  • Buraki gotowane – 65
  • Chleb pełnoziarnisty – 65
  • Kukurydza – 65
  • Rodzynki – 65
  • Ziemniaki mundurkach – 65
  • Bułki pszenne – 70
  • Chleb ryżowy – 70
  • Daktyle suszone – 70
  • Kasza jęczmienna – 70
  • Makaron z białej mąki – 70
  • Arbuz, dynia, kabaczek – 75
  • Bób gotowany – 80
  • Mąka pszenna – 85
  • Chleb z białej mąki – 90
  • Skrobia modyfikowana – 100
  • Piwo – 110

Jeśli jemy posiłek zawierający dużo węglowodanów – chleba, makaronów, ziemniaków, ryżu – obowiązkowo obok nich powinny pojawić się warzywa o niskim IG/ŁG (surowe), aby zbilansować posiłek. A do warzyw warto dodać oliwy z oliwek lub oleju lnianego, które jeszcze bardziej obniżą ten wskaźnik (spowalniają przyswajanie cukrów). Jako dodatki szczególnie dobrze wpływające na obniżenie IG autor „Antyraka” wymienia czosnek, cebulę i szalotkę (domyślam się, że raczej surowe).

Z ciekawostek: Andrzej Janus w książce „Nie daj się zjeść grzybom Candida” podkreśla, że IG ma ogromne znaczenie w diecie osób borykających się z grzybicą zarówno przewodu pokarmowego, jak i ogólnoustrojową. Servan-Schreiber przytacza badania nad trądzikiem młodzieńczym i jego powiązaniem z dietą zachodnią (są ludy, które takiego trądziku po prostu nie mają).

Skutkiem ubocznym zastosowania tej zasady u większości osób będzie zniknięcie sporej części tkanki tłuszczowej bez żadnych wyrzeczeń pod względem liczenia kalorii (czego, jak pisałam, nigdy nie robiłam). W ciągu trzech miesięcy od dnia zmiany diety (która nastąpiła trzy miesiące po porodzie, kiedy jako karmiąca matka jadłam jak smok, co nadal czynię) schudłam 7 kilo i wróciłam do wagi sprzed 15 lat. Może ta rekomendacja komuś pomoże podjąć decyzję, hehe.

A już wkrótce trzecia zasada mojego odżywiania. Chyba najtrudniejsza. Zasada zasadowa!

Do samodzielnej lektury:

http://www.lanutrition.fr/ – francuskojęzyczny portal o jedzeniu, polecany przez Davida Servana-Schreibera

25 IV2013

Kawa się nadawa?

by joanna

Niezwykłe zalety kawy. Przepisy i porady dla smakoszy to malutka książeczka autorstwa Francka Senningera (wydawnictwo Biobooks), która trafiła w moje ręce jakiś czas temu, ale długo nie miałam okazji po nią sięgnąć. Dziś ją przeczytałam (jest naprawdę krótka) i podzielę się moimi spostrzeżeniami.

okładka kawa mini

Po pierwsze książka powinna się nazywać Lepiej nie pij kawy. Naprawdę. Rozbawiła mnie nawet dychotomia bijąca z przekazu całego tekstu. Z jednej strony autor pisze:

Okazuje się, że dobroczynne działanie kawy na nasz organizm i liczne jej zalety poznamy, pijąc średnio 3 filiżanki dziennie, bez jakichkolwiek obaw i ryzyka wystąpienia niepożądanych efektów.

Z drugiej wymienia litanię skutków używania kawy – jej złego wpływu na nasze samopoczucie i zdrowie.

Zastanawiam się, kto mądry pije trzy filiżanki kawy dziennie i funkcjonuje normalnie? Może to kwestia różnicy kulturowej – kto wie, może Francuzom nie szkodzą trzy kawy? Rada autora:

Poza szczególnymi przypadkami anemii i picia kawy bezkofeinowej, nie ma powodów, by w czasie ciąży rezygnować z kawy, której jesteś wielbicielką, należy jedynie ograniczyć jej spożycie. W bardzo zaawansowanej ciąży (w 3 trymestrze), gdy cząsteczki różnych substancji są z organizmu wolniej usuwane, lepiej nie przekraczać limitu 3 filiżanek kawy dziennie.

Taka porada jest już mało śmieszna i staje się niebezpieczna. Uważam, że wydawnictwo kompromituje się, wydając książkę-poradnik, w której bagatelizuje się silne działanie kofeiny na rozwijający się płód. Nie muszę nawet przytaczać badań, bo w Polsce każda matka wie, że nadmiar kofeiny/teiny w ciąży może się przyczynić do poronienia lub przedwczesnego porodu. W dodatku autor dwie strony później namawia do częstowania kawą dzieci.

Jeśli chcesz, by twoje dziecko spróbowało, jak smakuje kawa najlepiej zacznij od małej porcji, ponieważ za pierwszym razem jego serce może być pobudzone, zwłaszcza gdy dziecko przed chwilą uprawiało sport lub szybko biegało. Z drugiej strony, jeśli nie jest przyzwyczajone do picia kawy, może mieć mimowolny skurcz mięśni.

Cała książka jest napisana w stylu: Kawa może ci zaszkodzić? No to co!

kawa

Rozśmieszył mnie za to sposób, w jaki autor próbuje przekonać czytelnika, że kawa jest wręcz lekarstwem na dolegliwości. Zastosował następującą metodę: w jednym rozdziale wymienił wszystkie skutki uboczne picia kawy (dobre i złe), opisując każdy kilkoma zdaniami. Kawa pogłębia stres i depresję. Zaburza sen. Uzależnia. Zażółca zęby. Podnosi ciśnienie – czasem jest to niewskazane. Eufemistycznie napisano: Kawa nie wzmacnia kości. Ciekawe, czemu? Kawa szkodzi na żołądek i jelito cienkie. Odwadnia. Przyczynia się do anemii. Ale to wszystko nieważne! Najważniejsze, że kawa zawiera antyoksydanty, dzięki czemu może być stosowana w profilaktyce nowotworowej.

Proszę, nie czytajcie tego poradnika… Sama napiszę lepszy, wkrótce! Bo może jeszcze nie wiecie, ale kawa może mieć też zastosowanie w kosmetyce. Dzięki Oldze Urbowicz dowiedziałam się, że z fusów można zrobić sobie peeling. Można. Zrobiłam i byłam bardzo zadowolona.

Kawa Fair Trade:

http://www.biosprawiedliwi.pl/kawa.html

Kawa Nicola (ta ze zdjęcia):

http://www.smakiportugalii.pl/index.php?option=com_deeppockets&task=contShow&id=123&Itemid=137

Ciekawostki na temat zalet i wad kawy:

http://faktydlazdrowia.pl/kawa-uzywka-czy-bogactwo-wartosciowych-skladnikow/

25 III2013

Nie daj się zjeść poradnikom

by joanna

Jakiś czas temu pisałam o tym, że zamierzam przeczytać kilka poradników żywieniowych. Zabrałam się za to kosztem poświęcania czasu literaturze pięknej i czytam… Dziś będzie o pierwszej lekturze – Nie daj się zjeść grzybom Candida Andrzeja Janusa, Wydawnictwo IPS, Warszawa 2012 (niestety, mimo prośby, nie przysłali mi okładki).

candida

Ponieważ dopiero zdobywam wiedzę na temat żywienia, moja opinia na  temat książki jest bardzo subiektywna. Moje wnioski wynikające z lektury mogą niektórych zdziwić, ale po to jest blog, żeby dyskutować. Postaram się przede wszystkim zreferować treść poradnika Janusa. Najpierw jednak muszę opisać wrażenie, jakie odnoszę przy czytaniu poradników, zwłaszcza żywieniowych. Piszą je ludzie nawiedzeni jakąś ideą, pod którą podporządkowują swoje wnioski, swoje życie – a za pomocą poradników chcą opanować również nasze życie. Zacytuję słowo wstępu:

Proces leczenia [z grzybicy – przyp. J.B.] kończący się wyzdrowieniem wymaga od chorych osób ścisłego przestrzegania zaleceń, które omówię w tej książce.

Bardzo to znamienne: czytelniku, postępuj dokładnie według moich rad, a wyzdrowiejesz. Janus jeszcze nie jest najbardziej kategoryczny – w poradniku Słoneckiego, który właśnie dokładnie przerabiam, niektóre obostrzenia są tak kategoryczne, że strach się wyłamać, hehe.

Kolejny wniosek: poradniki wzbudzają w czytelniku poczucie zagrożenia zewnętrznego, starając się udowodnić istnienie globalnego spisku. To bardzo udany sposób, żeby niejako zastraszyć odbiorcę rad i zmusić do samodyscypliny. Oni (koncerny farmaceutyczne) na niego czyhają. Ta książka pomoże Ci wyzdrowieć bez ich pomocy. Nie twierdzę, że koncerny farmaceutyczne nie żerują na ludziach i że spiski nie istnieją, natomiast uderza mnie prostota mechanizmu, wykorzystywanego w poradnikach.

Janus opisuje różne postaci groźnej choroby – grzybicy, która atakuje różne narządy wewnętrzne człowieka. Zaczyna od przewodu pokarmowego (i grzybica, i Janus), gdzie istnieje swoiste życie wewnętrzne w naszym organizmie, regulujące trawienie, wchłanianie, wydalanie, przez co reguluje pracę całego organizmu. Zaburzenie porządku rzeczy w przewodzie pokarmowym jest przyczyną wielu chorób, w tym kandydozy. Janus opisuje, w jaki sposób drożdżaki naturalnie związane z człowiekiem w sposób komensalny zamieniają się w pasożyty, potrafiące sterować naszym łaknieniem. Wizja jest straszna. I dość prawdopodobna. Autor stawia sprawę jasno: żeby wyzdrowieć, trzeba zmienić sposób żywienia, zaostrzyć dietę i trzymać ją nawet 3 lata. Do najważniejszych zaleceń należy wyłączenie z diety cukru i białej mąki, zwiększenie ilości warzyw, niestosowanie antybiotyków oraz stosowanie probiotyków. Do wszystkich zaleceń stosuję się od ponad miesiąca (oprócz antybiotyków, których nie biorę od lat) i efekty są bardzo dobre, choć mam wątpliwości co do samych probiotyków, wyśmiewanych w innych źródłach jako wielkie oszustwo (ale o tym kiedy indziej).

Janus stawia na ziołolecznictwo i homeopatię – plus dla niego, choć wielorakość mikstur, jakie zaleca, przekracza moje możliwości opanowania. Gdyby zastosować się do wszystkich zaleceń, co pić, żeby być zdrowym, nie starczyłoby czasu na normalne posiłki. A co dopiero czas na lewatywę czosnkową… Ciekawa jestem, co mówią homeopaci na temat podawania w książkach dokładnych zaleceń podawania leków homeo – tu znajdziemy wskazówki, jak brać na przykład czopki firmy Sanum na grzybicę pochwy. Przyznam, że nie wiedziałam wcześniej o ich istnieniu, więc na lekturze skorzystałam.

Autor w swojej książce jest i tak łagodniejszy, jeśli chodzi o różne teorie, niż w artykułach, które można znaleźć w internecie. Mniej kategorycznie pisze np. o łączeniu przyczyn autyzmu z grzybicą, jest nieco ostrożniejszy w wydawaniu sądów. Jest jednak inny problem, charakterystyczny dla różnych poradników: brak bibliografii, odniesień do badań. Nawet jeśli autor pisze o czymś, co z grubsza znamy i nie mamy zastrzeżeń co do wiarygodności, wypadałoby powołać się na jakikolwiek inny autorytet. Janus się nie powołuje i mamy obowiązek wierzyć mu na słowo.

Do plusów książki zaliczam omówienie zasad prawidłowego żywienia (indeks glikemiczny, równowaga kwasowo-zasadowa), z przykładowymi przepisami. Do minusów – daleko idące hipotezy, upatrujące źródła wszelkich chorób (np. jaskra) w grzybicy, niepotwierdzone badaniami. Jeśli ktoś ma podejrzenie grzybicy czegokolwiek, w tej książce na pewno znajdzie poradę, nie ważne, czy jest matką karmiącą, matką w ciąży, matką malutkiego dziecka z grzybicą, czy ma grzybicę łokcia czy kolana. To dobra lektura na start, gdy chcemy zapoznać się ze zjawiskiem grzybicy. Książka momentami przypomina niezły horror, więc można się przestraszyć. Ważne, żeby potem nabrać dystansu i nie traktować restrykcyjnie wszystkich zaleceń, zwłaszcza naraz, bo nie starczy nam siły ani czasu.

I pamiętajmy, że to tylko poradnik, który nie zastąpi nam samodzielnego myślenia.

 

27 II2013

Zdrowe lektury

by joanna

Czytanie poradników? Eeee. Strata czasu! Zwłaszcza w dobie internetu, kiedy każda informacja jest w zasięgu ręki…

A jednak, choć w swoim życiu przeczytałam prawdopodobnie dwa i pół poradnika, ponieważ nigdy nie czułam potrzeby dowiadywania się, jak żyć, postanowiłam dowiedzieć się trochę więcej, jak jeść. Właśnie z poradników. Dlatego, że stanowią pewną całość, pokazują koncepcję w pełnym spektrum, a nie skrótowo, żeby internauta się nie znudził.

Pierwszym poradnikiem, który przeczytałam w całości, był Antyrak Davida Servana-Schreibera. Było to kilka lat temu i muszę przyznać, że zrobił na mnie duże wrażenie. Wiadomo, że do zmian trzeba dojrzeć, więc nie zrewolucjonizowałam swojego życia pod wpływem lektury, ale jednak zaczęłam się zastanawiać nad żywnością ekologiczną, nad powiązaniem pokarmu i zdrowia, nad jakością pożywienia i nad koncernami farmaceutycznymi…

Od tego czasu, nie za szybko, wiele się zmieniło. Jako rodzina jemy ekologicznie i żyjemy tak, aby jak najmniej szkodzić planecie. Kiedyś wydawało mi się to utopią – ekożywność w Polsce? Za jakie pieniądze? Dziś jem mniej, zdrowiej i w domu. Nie wydaję pieniędzy na różne rzeczy, które kiedyś były mi nieodzowne. Przebywam więcej czasu w kuchni, a mój starszy syn uwielbia mi towarzyszyć. Teraz chciałabym uporządkować wiedzę, chaotycznie zdobywaną poprzez lekturę materiałów w sieci i zdobyć nowe wiadomości. A także wypracować własny pogląd na to, co przyswoję, ponieważ jestem człowiekiem poszukującym, wątpiącym i eksperymentującym…

zdrowe_lektury

Przede mną lektura trzech książek plus odświeżenie Antyraka. Pierwsza książka to Zdrowie na własne życzenie Józefa Słoneckiego – dotarły dziś do mnie dwa tomy dzieła, Michał – dziękuję! Słonecki ma opinię dziwaka, a jego zwolenników nazywa się oddanymi  wyznawcami guru, czyli samego mistrza Józefa. W ideologię nie wnikam – przeczytam książki o żywieniu, pod kątem informacji o pokarmach. Autor zdobył moją sympatię za tekst o szczepieniach, a o szczepieniach jeszcze będzie, obiecuję.

Druga książka to Nie daj się zjeść grzybom candida Andrzeja Janusa (krytykowanego tu w komentarzach i może słusznie, zobaczymy). Autor skupia się na zagadnieniu zwalczenia drożdżaków w naszym organizmie – temat mi bliski, jak niestety większości ludzi żyjących w mieście. Jak zdążyłam się zorientować, jego stanowcze poglądy idą bardzo daleko, natomiast z pewnością w książce znajdę różne informacje na temat samych grzybów i sposobie ograniczenia ich wpływu na nasze zdrowie.

O trzeciej lekturze napiszę więcej, kiedy już ją zdobędę – zapomniałam, jak brzmiał jej dokładny tytuł. Lada dzień pożyczę ją od mojej mamy.

Ciekawa jestem Waszych opinii na temat poradników żywieniowych. Czy któryś zmienił Wasze życie? Pomógł odzyskać zdrowie, siły, figurę?