20 XII2016

„Walenty i spółka” – kryminał dietetyczny (recenzja)

by joanna

„Walenty i spółka” to pierwsza część wyjątkowej serii książek dla dzieci (6+), która łączy przygodę, zdrowe odżywianie, wątek tajemnicy i dużo humoru. Nasz siedmiolatek połknął lekturę niemal za jednym zamachem i już domaga się kolejnych tomów. Dlaczego warto kupić dzieciom książkę Moniki Oworuszko i najlepiej przeczytać razem z nimi?

„Walenty i spółka” w rękach naszych synów

„Walenty i spółka” w rękach naszych synów

Na książkę „Walenty i spółka” trafiłam dość przypadkowo, dzięki Szkole na Widelcu, ale rekomendacja była bardzo przekonująca. Sama okładka zachęca, aby wziąć książkę do ręki – a wnętrze nie rozczarowuje.

„Walenty i spółka”: kryminał dietetyczny

Pierwszy tom jest bardziej dietetyczny niż kryminalny: poznajemy całą galerię postaci, w tym personifikację m.in. tłuszczu, węglowodanów, białka i wody. Dwoje dzieci – Kasia i Krzyś – w osiedlowym sklepie spożywczym spotykają się z nachalnym wciskaniem niezdrowych słodyczy i chipsów, i niestety często mu ulegają. Jednak dzięki zorganizowanej akcji osób, którym zależy na zdrowym odżywianiu dzieci, bohaterowie dowiadują się o zaletach prawidłowo skomponowanej diety i zmieniają swoje nawyki.

Świeży oddech jak zefirek...

Świeży oddech jak zefirek…

Wątek tajemniczych postaci, które prawdopodobnie działają na szkodę dzieci, dopiero został zarysowany. Jesteśmy bardzo ciekawi, co było dalej, czy wyjaśni się, kim jest mężczyzna z rudą brodą?

Tęgomir Tłuszcz ma swoje zalety

W „Walentym i spółce” podoba mi się połączenie – zaiste niełatwe – wartkiej akcji, zaskakujących wydarzeń, barwnych postaci, humoru i pożytecznych informacji. Widać, że autorka postawiła na inteligentnego młodego odbiorcę (docelowo uczniowie I–IV klasy szkoły podstawowej). Wielokrotnie pozwala na samodzielne wysuwanie wniosków i ocenianie sytuacji, zarazem pokazując, że nic nie jest wyłącznie złe albo dobre (no, poza chipsami i niezdrowymi batonikami). W końcu nawet Tęgomir Tłuszcz okazuje się potrzebny. Myślę, że dzięki swojej formie, również graficznej, książka ma duży potencjał budowania pozytywnego myślenia o zdrowym jedzeniu wśród dzieci.

„Walenty i spółka”, wyd. Mobuki

„Walenty i spółka”, wyd. Mobuki

Gdybym miała coś wytknąć, wolałabym zobaczyć Werę Wodę częstującą wszystkich wodą z kranu zamiast z butelki, natomiast Błażej Białko mógłby zwrócić uwagę na to, że wielu dzieciom i dorosłym mleko szkodzi, a zdrowe kości można budować również dzięki warzywom. Ale to już niuanse, z którymi można by polemizować merytorycznie, a nie na poziomie literackim.

Bardzo się cieszę, że w polskich księgarniach możemy kupić coraz więcej starannie wydanych książek dla dzieci, mądrze mówiących o odżywianiu.

Autorki

Seria z Walentym została napisana przez Monikę Oworuszko, która studiowała m.in. dietetykę i literaturę dla dzieci. Autorka tekstu jest jednocześnie własnym wydawcą – prowadzi wydawnictwo Mobuki.

Książki zilustrowała Małgorzata Banaś-Domińska, absolwenta warszawskiej ASP. Jej zawdzięczamy lekkie, pozytywne i zachęcające ilustracje, będące integralną częścią lektury.

Polecam!

Książki można kupić w sieciach księgarni internetowych oraz w księgarniach naziemnych.

Monika Oworuszko, „Walenty i spółka”, Warszawa [2016]

Cena: od około 17 zł

www.mobuki.plwww.walentyispolka.pl

02 XII2013

„Dlatego nie jemy zwierząt” – recenzja

by joanna

Tej książki byłam ciekawa od dawna. Po pierwsze, interesują mnie książki dla dzieci – bo jestem mamą i redaktorką. Po drugie, w Polsce weganizm/wegetarianizm dzieci zawsze łączy się z kontrowersjami, nieporozumieniami i często stanowczą negacją dietetyków i lekarzy. (A właśnie czytam polską książkę kucharską dla malutkich wegetarianów – to jest dopiero bomba!). Po trzecie, chciałabym być weganką albo choć wegetarianką i podpatruję trochę wegerodziny.

dlatego_0

„Dlatego nie jemy zwierząt. Książka o weganach, wegetarianach i wszystkich żywych istotach” Ruby Roth (Cień Kształtu, Warszawa 2013) jest lekturą wymagającą zaangażowania, ponieważ poruszane są tu zagadnienia, o których dzieci nie mają pojęcia. Myślę, że bardzo rzadko niewegetariańscy rodzice rozmawiają z potomstwem o tym, skąd się bierze mięso, co to jest parówka, z czego zrobiona jest wędlina. Chyba w większości jesteśmy (my, mięsożercy) zupełnie obojętni, czy nasz obiad składa się z cierpienia żywej istoty. W ogóle wyrzuciliśmy śmierć poza nawias, zabijanie zwierząt zmechanizowaliśmy, kupujemy fragmenty kury czy wołu nieprzypominające ptaka czy ssaka. Skoro sami nie chcemy o tym myśleć, to dlaczego mamy o tym rozmawiać z dziećmi?

dlatego_1

Książka zmusza nas do zastanowienia się nad sposobem pozyskiwania mięsa i kosztami jego produkcji. W warstwie tekstowej mamy krótkie opowieści o tym, jak żyją zwierzęta na wolności, co lubią, że mają swoje humory, że są mądre, rodzinne i zdolne do silnych uczuć. Niestety, w niewoli tracą możliwość podążania za instynktem, są sztucznie karmione, trzymane w ciasnych pomieszczeniach, oddzielone od rodziny. W dodatku hodowle przemysłowe powodują zanieczyszczenie środowiska, tak jak masowe wyławianie ryb z mórz czy wycinanie lasów deszczowych.

Bezpośrednie przesłanie książki jest proste: szacunek wobec naszej planety to szacunek wobec zwierząt i roślin. Dlatego nie jemy zwierząt – mówi narrator.

Oczywiście, choć historyjki są napisane prostym językiem, nic tu nie jest proste. Autorka podeszła do tematu bez oskarżania kogokolwiek o stan rzeczy – ona pokazuje, jak dziś żyją zwierzęta hodowlane. To, co jest niedopowiedziane, musi młodym słuchaczom dopowiedzieć lektor – ludzie hodują zwierzęta, żeby je zjeść. Hodują je w strasznych warunkach, żeby uzyskać jak najwięcej mięsa za jak najmniej pieniędzy. Robią to kosztem środowiska. Przez co trują planetę, która jest ich domem.

dlatego_3

Mój starszy syn (niecałe 4,5 roku) długo nie był zainteresowany książką. Przyznam, że nie wiem, czemu, może chodzi o dosyć dziwne ilustracje?  (Autorka książki jest jednocześnie autorką obrazów). Moim zdaniem, tak jak treść jest odpowiednia dla kilkulatka, tak obrazy są niejednoznaczne, często zbyt udziwnione. J. pytał mnie parę razy, co to za zwierzę (chodziło o nosorożca, goryla, słonia, małpkę). Ilustracje są raczej dla dorosłych i mnie osobiście nie wszystkie przypadły do gustu z powodu karykaturalnej kreski (świnki czy krowy). Z pewnością jednak kryje się w nich duży ładunek emocjonalny – zestawienie szczęśliwych zwierząt z żyjącymi w niewoli jest dobrze skontrastowane.

dlatego_2

Jako redaktorka zwróciłam uwagę na błędy – głównie interpunkcyjne – liczę na to, że kolejne wydanie będzie ich już pozbawione. W ogóle mam nadzieję, że będzie kolejne wydanie, bo takie książki są bardzo potrzebne.

„Dlatego nie jemy zwierząt” niekoniecznie jest przeznaczona dla tych, którzy nie jedzą mięsa. Wręcz przeciwnie – wspólna lektura, pod warunkiem, że połączona z rozmową z dzieckiem, przypomni mięsożercom, jak naprawdę wygląda świat. Uwrażliwi najmłodszych na krzywdę zwierząt, to na pewno. Mój synek bardzo się zmartwił, że gęś (kaczka?) na obrazku jest zraniona i dopytywał, dlaczego te ptaki w klatce mają rany.

Bądźmy mądrymi rodzicami i nie ukrywajmy przed dziećmi prawdy o tym, co jemy. Bądźmy mądrymi konsumentami i jeśli jemy mięso, wspierajmy małe hodowle, gdzie zwierzęta po prostu żyją lepiej. Zrezygnujmy z nabiału, który jest pozyskiwany od krów-niewolnic. Kupujmy odpowiedzialnie.

Za zdjęcia i wypożyczenie książki do recenzji dziękuję Mikołajowi Jastrzębskiemu.

logo2

03 III2013

Bajka o słońcu, czyli Zielonych Bajek cd.

by joanna

Oto kolejna książka z serii Zielone Bajki (tydzień temu pisałam o Bajce o drzewie), autorstwa Elizy Piotrowskiej, wydanej nakładem wydawnictwa Biobooks. Trudno powstrzymać się od porównania obu bajek, lecz może zachowam to na koniec.

okładka_slonce

Jak zwykle, zacznę od oprawy graficznej. Książka jest śliczna, naładowana pięknymi kolorami i kontrastami. Barwy mówią czasem więcej niż tekst – groźny pożar został przedstawiony intensywną czerwienią i groźną czernią, a soczysta zieleń ilustruje dobre działanie promieni słonecznych, potrzebnych do wzrostu ludziom, zwierzętom czy roślinom. Wśród ilustracji znajdziemy też kolaże, a nawet dobrze znany portret Kopernika.

Jeśli chodzi o treść, zdecydowanie podniosłabym próg wiekowy z 3+ na 5+. Bajka o słońcu opowiada o rzeczach zbyt abstrakcyjnych dla trzylatka, takich jak historia astronomii. Mojemu synkowi staram się tłumaczyć, że Ziemia to planeta, która krąży wokół Słońca, ale czy jest on w stanie pojąć zjawisko, które ma tak ogromną skalę? On dopiero zaczyna rozumieć, czym jest czas i przestrzeń. Na szczęście tylko część książeczki mówi o sprawach bardzo trudnych. Za pomocą bardzo poetyckiego języka autorka opowiada o tym, że Słońce jest nam niezbędne do życia, jest częścią naszego świata, jemu zawdzięczamy na przykład tlen. Może być także groźne – nieostrożni plażowicze narażają się na poparzenia słoneczne, a nadmiar słońca, susza, grozi pożarem. Najładniejszą częścią książki jest moim zdaniem zakończenie, gdzie pojawia się miłość jako skutek uboczny promieni słonecznych. A z miłości rodzą się dzieci i szczęście. To zrozumie każdy, w każdym wieku!

Na koniec małe porównanie. Myślę, że Bajka o słońcu jest pod wieloma względami lepiej zrobiona niż Bajka o drzewie, choćby pod względem graficznym mocniej do mnie przemawia. W treści jest bardziej różnorodna – i historia tu się zmieściła, i trochę czystej ekologii (baterie słoneczne), i uczucia… Brawo za mniejszą dosłowność niektórych ilustracji – dzięki temu mamy więcej treści w króciutkiej książeczce. Jednak to książka dla nieco starszych dzieci, które – parafrazując – poznały już świat co nieco. Z ciekawością czekam na Bajkę o wodzie i Bajkę o wietrze.

24 II2013

Bajka o drzewie, czyli o przyrodzie dla najmłodszych

by joanna

Tę książeczkę kupiłam, podobnie jak Ekonieboraka, z myślą o edukacji ekologicznej J.

Bajka o drzewie Elizy Piotrowskiej, wydana przez wydawnictwa Biobooks, to jednak zupełnie inna bajka…

bajka-o-drzewie

Zacznę może od oprawy graficznej, ponieważ – jak już pisałam – mój syn traktuje ją równie poważnie jak treść. Cenię książki, które zostały w całości opracowane przez jedną osobę, o ile efekt jest udany. Uważam, że autor ilustrujący własny tekst ma w ręku podwójną moc przemawiania do czytelnika. Często bywa tak, że operując słowem, widzi się najpierw obraz i ten obraz staje się dopiero punktem wyjściowym tekstu. W wypadku ilustracji Elizy Piotrowskiej dużym plusem jest ich wyrazistość, która spodoba się młodym czytelnikom (choć książka przeznaczona jest dla dzieci od lat 3, my czytaliśmy ją na pewno przed trzecimi urodzinami J.). Zależenie od upodobań dosłowność obrazów, która nie rozwija w żaden sposób tekstu, może być liczona na plus lub na minus – z jednej strony dzieci lubią znajdować odzwierciedlenie słów w ilustracji, z drugiej strony, kiedy coś jest ponad czytaną treść, intryguje i zachęca do poszukiwania połączenia słowo-obraz. W Bajce o słońcu (o której wkrótce napiszę) autorka pod tym względem poszła nieco dalej.

Bajka o drzewie to bardzo ładnie opowiedziana historia pewnego drzewa, które od najmniejszej roślinki jest uczestnikiem wielkiego cyklu zmian w przyrodzie. Motywem przewodnim są zmieniające się pory roku, które wpływają na świat zwierząt i roślin. Deszcz, słońce, wiatr, śnieg – wszystko ma swoje miejsce w przyrodzie. Drzewo to tylko pretekst do pokazania dzieciom, że natura podlega dwóm czasom – cyklicznemu, powtarzającemu się rok za rokiem, oraz linearnemu, który można poznać po tym, że coś się rodzi i rośnie (przybywa słoi w pniu drzewa). Motyw śmierci jest jednak zupełnie nieobecny (z okazji roku Tuwimowskiego można by zacytować: Raz przyszli drwale, drzewo zrąbali…).

Wierszyk napisany jest lekko i zgrabnie, w sam raz dla trzylatków. Język jest wręcz poetycki, dużo tu ładnych metafor (Zanim drzewo dotknie nieba…), a samo drzewo jest spersonifikowane – ma duszę i sny, jak człowiek. Ta lektura to znakomity wstęp do edukacji ekologicznej; sięga do obrazów działających na wyobraźnię, rozbudzających szacunek do przyrody. Zdecydowanie polecam i czekam na kolejne książki z serii Zielone Bajki.

17 II2013

Draka Ekonieboraka, czyli jak dorosnąć do ekologii

by joanna

Dziś pierwsza recenzja ekolektury – na pewno nie ostatnia!

Cała nasza rodzina kocha książki – jesteśmy bardzo związani ze słowem pisanym jako niezwykle zdolni redaktorzy (patrz: Kim jesteśmy?) i każda okazja jest dobra, żeby sprezentować J. jakąś ładną i sensowną publikację. Przestaliśmy kupować kolejne woluminy dla siebie (chwilowo), ponieważ nie mamy na nie miejsca. Jest oczywiście miejsce w naszym Kindelku, ale tam z kolei czeka cała porcja pysznych lektur z Wolnych Lektur. Dla J. na Kindle’a jeszcze za wcześnie, więc jemu kupujemy papierowe wydania :)

Nasz 3,5-letni syn jest wzrokowcem – podobno to takie męskie… W naszym wypadku przejawia się to m.in. podczas wieczornej lektury książek do poduszki. Żeby J. chciał posłuchać książki, a potem wracać do niej co jakiś czas, publikacja musi mieć przede wszystkim interesujące obrazki. Treść jest oczywiście ogromnie ważna, ale jeśli oprawa graficzna nie przypadnie J. do gustu, mówi, że książki po prostu nie lubi. Na szczęście nie brakuje teraz dobrych ilustratorów i ciekawych tekstów (a przecież jako rodzice i poloniści surowo oceniamy każde wydawnictwo).

okladka

Tej lektury na pewno nie mogło zabraknąć w naszym domu. Znalazłam ją przypadkowo w internecie i właściwie kupiłam w ciemno. Draka Ekonieboraka autorstwa Emilii Dziubak, Elizy Saromy-Stępniewskiej i Iwony Wierzby, wydana nakładem poznańskiego wydawnictwa Albus okazała się dokładnie tym, czego szukałam: niezbędnikiem w edukacji ekologicznej całej rodziny. Zawartość książki jest zróżnicowana pod względem formy: to zabawne, wpadające w ucho wierszyki o przygodach Ekonieboraka przeplatane poważniejszymi poradami Profesora Sumienie, który przytacza ciekawostki, fakty i liczby na tematy poruszane w sąsiadującym wierszyku. Tak jak wierszyki spodobają się i dwulatkowi, i trzydziestolatkowi, tak poważniejsze rozdziały dla malucha mogą być nużące – ale to zupełnie nie szkodzi. Doceniam właśnie tę różnorodność w przekazie, dzięki której książka znajdzie odbiorców w każdym wieku. jedyny problem, jaki widzę, to dezaktualizacja danych (np. liczba psów w Warszawie na pewno zmienia się z roku na rok).

I tak, kiedy J. zażyczy sobie Draki na dobranoc, przeżywamy z Ekonieborakiem jego ekologiczne porażki: marnowanie wody, niesprzątanie po psie, wyrzucanie jedzenia, śmiecenie na ulicy, nierozsądne korzystanie z samochodu, niesortowanie odpadów, marnowanie energii elektrycznej… Za każdym razem historyjka kończy się dla bohatera nauczką – nieekologiczny tryb życia zawsze obraca się przeciwko niemu. Na szczęście wszystko kończy się szczęśliwie, a morał jest prosty: nigdy nie jest za późno na porzucenie złych przyzwyczajeń, co ma skutek dla naszej planety, a także – naszej kieszeni.

Do największych zalet książki zaliczam prostotę przekazu zawartą w dowcipnej formie. Nawet jeśli czasem rym jest nieco częstochowski, nic to nie szkodzi. Całość jest prześlicznie wydana – ilustracje i oprawa graficzna Emilii Dziubak zachwycają mnie, mojego męża i mojego starszego syna (młodszy nie widzi jeszcze nic poza cycem). Podoba mi się pomysł na wizualną opozycję, a zarazem paralelę Ekonieboraka i Profesora Sumienie – tak naprawdę taki nieborak siedzi w każdym z nas, ale wystarczy trochę pomyśleć, zastanowić się, czasem odświeżyć wiadomości, aby znowu stał się „borakiem”.

Na minus zaliczam niedociągnięcia w postaci błędów interpunkcyjnych i przynajmniej jednego ortograficznego (nie sprzątnięcie), bo moim zdaniem w książkach dla dzieci błędów robić nie wolno. Poza tym same plusy: za mądrą treść, zabawną formę tekstową i staranne opracowanie graficzne. Mam nadzieję, że można liczyć na kontynuację współpracy trzech pań autorek – kupuję w ciemno!