14 IX2016

Bożena Kropka – „Co mi dolega?” – recenzja

by joanna

Druga książka dietetyczki Bożeny Kropki jest lekturą, którą czytelnicy „Pokonaj alergię” mogą potraktować jako swego rodzaju uporządkowanie wiedzy upakowanej w poprzednim, bardzo obszernym dziele autorki (tu nasza recenzja). Z kolei osoby, którzy z Bożeną Kropką zetkną się pierwszy raz, pewnie z ciekawości sięgną po poprzednią publikację.

co_mi_dolega_0

Autorka robi przegląd zagadnień, które według niej stanowią najistotniejsze i najczęstsze zjawiska dietetyczno-zdrowotne i stawia tezę, że odżywianie oraz dbanie o jakość naszego otoczenia i dobre samopoczucie stanowią klucz do naszego zdrowia. Przytacza też anegdoty ze swojego życia zawodowego i osobistego, jak zmiana sposobu odżywiania czasem radykalnie zmieniała życie chorego.

Czy z książki „Co mi dolega?” rzeczywiście możemy dowiedzieć się, dlaczego czujemy się źle? Wbrew tytułowi chyba nie to jest intencją autorki, żeby szukać u siebie choroby. Książka jest przewodnikiem po zagadnieniach związanych ze zdrowym odżywianiem oraz zaburzeniami funkcjonowania organizmu. (więcej…)

10 VI2016

„Utracone mikroby” – epitafium H. pylori (recenzja)

by joanna

Tę książkę polecam szczególnie tym, którzy kiedykolwiek badali się na obecność bakterii Helicobacter pylori w żołądku. Czy wynik wyszedł dodatni, czy ujemny, żaden z nich nie wydaje się pozytywny w świetle badań autora. A nawet można zaryzykować stwierdzenie – jeśli masz H. pylori, jesteś w szczęśliwszej mniejszości.

utracone_mikroby_1

Doktor Martin J. Blaser, autor „Utraconych mikrobów”, to amerykański naukowiec i praktyk ze stażem 30 lat. Jego książka, która ukazała się w Stanach Zjednoczonych w 2014 roku, jest zapisem nie tylko aktualnej wówczas wiedzy Blasera, ale także „spisem niewiedzy” całej medycyny opartej na badaniach. Jednym z jego głównych obiektów badań był mikrob, obecny w żołądku ludzi od co najmniej 100 tysięcy lat: (więcej…)

22 IV2016

„Historia wewnętrzna” – recenzja

by joanna

To ciekawe, że naukowcy dopiero od niedawna na poważnie i coraz skuteczniej przyglądają się zawartości naszych jelit, którą nazywamy florą bakteryjną. Można śmiało powiedzieć, że ta dziedzina nauki rozwija się z opóźnieniem co najmniej kilku dekad, przez co wiedza dzisiejszych lekarzy, z którymi zazwyczaj mamy do czynienia, w tej dziedzinie bywa naprawdę niewielka.

historia_wewnętrzna_1

Jak to się niejednokrotnie zdarzało w historii ludzkości, praktyka i medycyna ludowa w tej materii wyprzedziła „mądre głowy” o lata świetlne. W końcu nie od dziś jemy kiszonki, które wzmacniają nasz organizm nie inaczej, niż dostarczając mu pożytecznych bakterii. Skwaśniałe mleko podobnie. Coraz więcej chorób na tle immunologicznym łączy się z funkcjonowaniem układu pokarmowego, a konkretnie z obecnością odpowiednio bogatej i wartościowej fory bakteryjnej jelit.

Teorie o glutenie czy nabiale, które agresywnie zubożają nasze zasoby dobrych bakterii, są wciąż traktowane przez środowiska naukowe z pogardą. Ale wygląda na to, że coraz więcej utytułowanych osób przychyla się do teorii, że odstawienie „wstrętnej trójcy”, czyli nabiału, glutenu i cukru, przynosi nieoczekiwaną poprawę samopoczucia osób cierpiących na wszelkie choroby autoimmunologiczne.

historia_wewnętrzna_4

Historia bardzo wewnętrzna

Jeśli czujecie, że ten temat Was wciąga, koniecznie zajrzyjcie do „Historii wewnętrznej” niemieckiej doktorantki z frankfurckiego zakładu mikrobiologii i higieny klinicznej Giulii Enders (przyznaję, że jestem pod wrażeniem jej wiedzy, to rocznik 1990!).

Enders w często zabawny sposób oprowadza czytelników po ludzkim przewodzie pokarmowym i opowiada (czasem jednak mocno upraszczając), co się w nim właściwie dzieje. Przywołuje momentami dość odkrywcze teorie, nad którymi zwykle nie rozwodzi się dłużej niż w kilku zdaniach, jest to jednak wystarczający trop, aby zainteresowani mogli szukać informacji dalej. Takim przykładem jest temat pewnych powiązań między łuszczycą a migdałkami i ich nadgorliwością. Autorka pisze o przypadkach, gdy usunięcie migdałków przyczyniało się do cofania objawów choroby. Myślę, że może to zainteresować wielu chorych.

historia_wewnętrzna_3

W książce znajdziemy sporo informacji, o które zwykle nie pytamy lekarzy, takie jak istota wymiotowania, wypróżniania czy produkowania gazów i pozbywania się ich. Przyznaję, że Enders umiała mnie rozbawić, pisząc o robieniu kupy. Nie jestem jednak pewna, czy każdemu ten humor będzie odpowiadać (całości dopełniają wesołe ilustracje siostry autorki). W całym natłoku informacji dotyczącej naszych trzewi zabrakło mi solidnej porcji faktów na temat czopków. Uważam je za genialny wynalazek dla osób o wrażliwym przewodzie pokarmowym – takich jak ja – zwłaszcza że ich użycie jest znacząco zdrowsze od łykania piguł. O ile oczywiście nie ładujemy ich sobie garściami.

Gdzie jest „ja”

Enders porusza bardzo ciekawe zagadnienie poczucia naszej osobowości. Choć mózg traktujemy jako najważniejszy ośrodek naszego wewnętrznego „ja”, to jelita – mające przecież gigantyczną powierzchnię zamieszkaną przez kilogramy bakterii – są w dużym stopniu odpowiedzialne za nasze nastroje i potrzeby. Praca mikroorganizmów to nie tylko trawienie, ale też wysyłanie sygnałów do mózgu, których nie rejestrujemy bezpośrednio, ale jednak mają one wpływ na nasze zachowanie. Co oznacza, że być może dokarmianie bakterii, które działają na korzyść naszego samopoczucia, wpływa na nas równie skutecznie, co sport albo techniki relaksacyjne. Z kolei fatalne odżywianie, nadużywanie leków, a do tego stres zaburzający prawidłowe trawienie przyczynia się do wzrostu niekorzystnej flory bakteryjnej, mającej wpływ na nasze zachowanie, w tym wybór rodzaju posiłków! Dlatego między innymi podejrzewa się, że bakterie jelitowe mogą być w dużym stopniu odpowiedzialne za otyłość i kompulsywne obżeranie się. A także m.in. za depresję…

historia_wewnętrzna_2

Helicobacter pylori w podwójnej roli

Jednym z ciekawszych tropów jest rozdział poświęcony bakterii obecnej w żołądkach połowy ludzkości. Jej dwulicowość przynosi nie tylko straty w postaci podrażnienia żołądka czy (być może) choroby Parkinsona, ale także zyski – mniejsze ryzyko astmy. Dlatego jej obecność w naszym żołądku niekoniecznie musi nas martwić (ja jej nie mam). Być może nasze bakterie jelitowe też odgrywają podwójną rolę, a może jest to zależne od naszej diety? Choć wciąż mało o nich wiemy, na pewno każdy z nas ma swój unikalny zestaw mieszkańców, wpływający na nasze życie bardziej, niż myślimy. Może właśnie nadchodzi czas, kiedy maleńcy bohaterowie historii wewnętrznej zyskają należne poważanie i uwagę wszystkich lekarzy?

Polecam Wam książkę Enders (do kompletu z „Dobrymi bakteriami„) jako źródło wiedzy i rozrywki. Może tylko nie wstawiajcie oliwy do lodówki, jak radzi autorka. I myślcie, co jecie!

baranowscy

Gulia Enders, „Historia wewnętrzna”, Łódź 2015, do kupienia w sklepie ZdrowePodejście.pl z 10% rabatem na hasło baranowscy

zdrowepodejscie_logo

25 I2016

Robynne Chutkan „Dobre bakterie” – recenzja

by joanna

„Pięciodniowa seria antybiotyków może wytłumić aż jedną trzecią twoich bakterii jelitowych. Choć wiele z tych gatunków ostatecznie odżyje, ten proces odbudowy może potrwać miesiące, a nawet lata” – mówi dr Robynne Chutkan, amerykańska gastroenterolożka, która w swojej książce „Dobre bakterie” opisuje przypuszczalny związek między chorobami immunologicznymi czy metabolicznymi a składem flory bakteryjnej jelit.

Dobre_bakterie_-_Robynne_Chutkan

„Dobre bakterie” przeczytałam uczciwie od deski do deski, z każdą przeczytaną stroną nabierając przekonania, że wreszcie mam w ręku sensowny poradnik napisany przez doświadczonego lekarza. Tak, wiem, że książka jest napisana dla Amerykanów i dlatego czasem informacje są podane w uproszczony sposób. W dużej mierze wiedza zawarta w „Dobrych bakteriach” była mi już znana, ale dzięki książce mogłam przypomnieć sobie kilka zagadnień i uporządkować fakty. (więcej…)

25 VI2015

„Zielona dieta koktajlowa” – recenzja

by joanna

Jeśli szukacie błyskawicznej inspiracji, jak szybko i zdrowo przestawić swoje ciało na lato, zajrzyjcie do książki J.J. Smith „Zielona dieta koktajlowa”. Książka jest nieduża, ponieważ pomysł autorki (amerykańskiej dietetyczki zajmującej się walką z otyłością, promującej m.in. zielone koktajle) jest prosty i opiera się na 10-dniowym oczyszczeniu organizmu za pomocą smoothie.

Zielona_Dieta_Koktajlowa

Co to są zielone koktajle?

Jeśli jeszcze ich nie znacie, najwyższa pora spróbować. Wystarczy blender (najlepiej kielichowy), kilka przepisów, trochę zieleniny, warzywa, owoce, pestki, nasiona oraz dobra woda. (Autorka odradza picie wody z kranu, ale ponieważ to amerykańska książka, nie wiem, jak się do tego ustosunkować. Picie wody z kranu jest ekologiczne i na pewno zdrowsze oraz tańsze niż wody z plastikowej butelki).

Zielony koktajl to zmiksowane różne części roślin z wodą. W odróżnieniu od soku taki napój zawiera wszystkie drogocenne składniki odżywcze z produktów i to w bardzo łatwo przyswajalnej postaci. Witaminy, błonnik, przeciwutleniacze, chlorofil – nic nie ginie, o ile koktajl będzie odpowiednio przygotowany i dobrze przechowywany.

Zielona_Dieta_Koktajlowa_2

Podstawą koktajlu jest zielenina. Autorka poleca szczególnie: botwinkę, jarmuż, kapustę (różne odmiany), mangold, pietruszkę, rukolę, rzepę, sałatę i szpinak. Do tego dobiera się warzywa i owoce oraz pestki czy nasiona. J.J. Smith radzi także, aby wszystkie produkty pochodziły z upraw organicznych – to ważne, ponieważ jej 10-dniowa kuracja ma za zadanie usunąć z organizmu toksyny, w tym metale ciężkie. Jako przekąski dodatkowe autorka radzi m.in. chrupiące warzywa, jajko na twardo czy masło orzechowe (bez dodatku soli i cukru). Dodatkowe słodzenie – wyłącznie stewią.

10 dni to początek

Autorka „Zielonej diety koktajlowej” proponuje 10 dni odżywiania się niemal wyłącznie koktajlami. Na każdy dzień przygotowała jeden przepis na porcję napoju, który powinien starczyć od rana do wieczora. Dla osób potrzebujących dużo białka podaje wersję z mieszanką proteinową. Niestety, autorka radzi, aby kupować owoce i warzywa mrożone – moim zdaniem warto jednak skupić się na świeżych i lokalnych produktach jako podstawie diety. Nawet jeśli trzeba zmodyfikować przepis (choć w książce znajdziemy radę, aby tego nie robić).

Zielona_Dieta_Koktajlowa_1

J.J. Smith zapewnia, że tak zaprogramowała kurację oczyszczającą, że w ciągu 10 dni nie tylko stracimy na wadze, ale też odzyskamy energię, dobre samopoczucie i będziemy chcieli kontynuować program. Po tym czasie można już przejść na bardziej stałe posiłki, w zależności od oczekiwań co do wagi pić mniej lub więcej zielonych koktajli dziennie. Autorka podaje listę tzw. superfoods, którymi można wzbogacać napoje (np. jagody acai czy awokado). Podaje też kilka dodatkowych sposobów na przyspieszenie detoksykacji organizmu (np. korzystanie z sauny czy suche szczotkowanie). W ogóle w książce znajdziemy bardzo dużo pomysłów, jak sprawić, aby nasze menu było zdrowsze, i jak wspomóc oczyszczanie np. wątroby. (Spodobał mi się sposób z suchym szczotkowaniem, choć zalecana jest szczotka z włosiem dzika, hm).

Dużą część książki zajmują opowieści osób, które przeszły program J.J. Smith, zgubiły kilogramy i czują się lepiej. Przyznaję, że ominęłam je z czystym sumieniem. Najciekawsze są dla mnie oczywiście…

Przepisy

Ponad 100 przepisów na zielone koktajle o konkretnym zadaniu (odmładzające, przeciwzmarszczkowe, regeneracja kości i ścięgien, wzmacniające serce itp.).  Jako dodatek są też receptury na posiłki wysokobiałkowe (tylko kilka niestety).

Pomysły na koktajle są bardzo inspirujące. Najczęściej o ich działaniu decyduje składnik znajdujący się na końcu listy, za to mający bardzo dużo wartościowych właściwości. Dzięki tej książce z pewnością zacznę dodawać do moich koktajli więcej rodzajów superfoods (dziś używam głównie nasion chia).

Superfoods: maca i sproszkowane jagody acai.

Superfoods: maca i sproszkowane jagody acai.

Czy skuszę się aż na 10 dni detoksu? Pewnie nie aż tak rygorystycznego, jak chciałaby autorka (nie muszę gubić kilogramów), ale z chęcią spróbuję pić koktajle regularnie i np. dwa razy dziennie. W sklepie Kooperatywy mamy nieustanną ofertę świeżej niepryskanej zieleniny i pysznych warzyw oraz owoców, więc będę działać!

Co i Wam polecam.

J.J. SMith, „Zielona dieta koktajlowa”, Wrocław 2015, cena okładkowa 24,90 zł

19 VI2015

Jerzy Zięba, „Ukryte terapie” – recenzja

by joanna

Co sprawa, że Jerzy Zięba i jego książka „Ukryte terapie” są tak popularni wśród osób interesujących się naturalnymi metodami leczenia, stojących w opozycji do medycyny akademickiej? Książka ukazała się już jakiś czas temu, rozgłos zdobywa głównie pocztą pantoflową. Odesłania do niej znajdziemy na tematycznych forach internetowych, gdzie rozmawia się m.in. o alergiach.

Jerzy Zięba, „Ukryte terapie”

Jerzy Zięba, „Ukryte terapie”

(więcej…)

Off
10 XII2014

„Dzika strona jedzenia” – recenzja

by joanna

Do opisania wrażeń z tej książki zabierałam się długo, ponieważ… pochłonęło mnie robienie notatek z lektury. Czytałam (i dalej czytam, ponieważ nie sposób nie wracać do tej książki) ją sumiennie z flamastrem, karteczkami i ołówkiem. Bo to właśnie jest taka publikacja: zawiera tyle (często bardzo przydatnej) wiedzy, co podręcznik akademicki do gramatyki historycznej języka polskiego. Choć zapewniam, że czyta się ją o wiele przyjemniej: Jo Robinson „Dzika strona jedzenia”, Białystok 2014.

"Dzika strona jedzenia"

„Dzika strona jedzenia”

Autorka

Jo Robinson to Amerykanka, która nie tylko pisze poradniki, ale także jest aktywistką żywieniową oraz badaczką zajmującą się uprawami rolnymi i trzodą chlewną. Przejrzała tysiące badań nad warzywami i owocami, zebrała je w zgrabne podsumowania i napisała książkę o tym, jakie płody rolne, dostępne w naszych supermarketach, kupować, jak je przechowywać i jak przyrządzać, aby wykorzystać ich naturalne właściwości prozdrowotne. A wszystko dlatego, że dzisiejsze rośliny straciły znaczną część swoich pierwotnych składników, mających wielkie znaczenie dla człowieka – przez człowieka właśnie, który tak kierował uprawami, aby plony były obfite w smaki słodkie.

Dziś już wiemy, że jedną z konsekwencji uprawy najsłodszych i delikatnych w smaku dzikich roślin była drastyczna utrata fitoskładników. Wiele z najzdrowszych składników odżywczych ma kwaśny, cierpi lub gorzki smak. Nieświadomie, ograniczając spożycie owoców i warzyw o intensywnym smaku, nasi przodkowie osłabili swoją odporność na wiele chorób i uciążliwych dolegliwości. W przeciągu wielu wieków ekstensywnego rozwoju rolnictwa nasza zdolność do modyfikacji diety znacznie przewyższyła zdolność zrozumienia tego, jak te zmiany wpływają na nasze zdrowie i samopoczucie. (s. 17)

Smutne, ale prawdziwe.

Gdzie zgubiliśmy witaminy?

W książce opisano najpopularniejsze warzywa i owoce oraz kilka tych, które są niezwykle zdrowe, ale rzadziej kupowane (ponieważ są mniej dostępne). Każdy rozdział zaczyna się historią warzywa lub owocu, z której dowiemy się, skąd dany produkt pochodzi i jakie były jego losy. Bardzo ważne jest też dzisiejsze postępowanie np. w owocami – są zbierane niedojrzałe, aby mogły przebyć tysiące kilometrów i być świeże jeszcze długi czas. Przez to, że nie dojrzewają na słońcu, tracą możliwość wytworzenia różnych ważnych składników odżywczych, witamin itp. Na przykład brzoskwinie zebrane przed dojrzeniem mają tylko połowę cennych fitoskładników niż te, które rosły na drzewie dwa tygodnie dłużej. To oczywiście odbija się także na ich smaku.

dzikastrona_1

Autorka poświęca sporo miejsca na wytłumaczenie, dlaczego żywność w supermarkecie, choć wygląda pięknie i nie ulega psuciu, często nie ma smaku. Czy w ogóle warto kupować takie warzywa i owoce? Okazuje się, że nawet wśród tych produktów znajdziemy te, które warto jeść. Niektóre gotowe produkty mogą być nawet zdrowsze od surowych (np. przetworzona fasola albo pomidory).

Ciekawostki

W tej książce co strona, to kilka ciekawostek na temat roślin jadalnych. Nie umiem nawet wybrać tych najciekawszych – to po prostu trzeba przeczytać. Przykładem niech będzie historia pomarańczowej marchewki, która jest z nami tylko 400 lat – a to dzięki Holendrom, którzy postanowili uhonorować tym warzywem władców z dynastii „pomarańczowej” (Orańskiej). Skrzyżowali marchew purpurową z żółtą i otrzymali to, co dziś jest dla nas synonimem marchewki. Do niedawna nie wiedziałam, że marchewka może być biała albo czerwona (dziś kupuję wszystkie trzy odmiany).

Marchew purpurowa.

Marchew purpurowa.

W „Dzikiej stronie jedzenia” znajdziemy też porady, które cechy roślin są najcenniejsze (barwa purpurowa i ciemnozielona), które części roślin zawierają najwięcej cennych składników odżywczych (już nie wyrzucam ciemnej części pora, ale wrzucam ją do zupy!), jak kroić czosnek przed poddaniem go obróbce cieplnej (10 minut wcześniej).

Jak przechowywać

Sporo rad dotyczy przechowywania warzyw i owoców tak, aby jak najdłużej zachowały cenne składniki odżywcze. Podobają mi się informacje na temat wymiany gazowej produktów rolnych – które mogą leżeć poza lodówką, które powinny leżeć w ciemności i chłodzie, a które warto ochronić przed kontaktem z powietrzem.

Jak kupować

Autorka nie pozostawia wątpliwości – nie wystarczy jeść „dużo owoców i warzyw”.

Wyborów dotyczących kupowania warzyw i owoców nie można opierać na intuicji, zaś wiedza na ich temat przełamuje wiele starych i nowych nawyków żywieniowych. Aby korzystać z najbardziej wartościowych składników odżywczych, powinieneś chodzić na zakupy z listą konkretnych produktów. (s. 21)

Przeczytałam tyle poradników, że wiem już – takie wypowiedzi są znamienne dla wszystkich książek, którym mamy uwierzyć. Dlatego choć wiedzę zawartą w „Dzikiej stronie jedzenia” traktuję poważnie i kroję czosnek 10 min przed podgrzaniem go, nie sądzę, aby wybieranie tylko najwartościowszych warzyw i owoców było konieczne. Stawiam na różnorodność, dobry smak, sezonowość i w miarę możliwości lokalność – dzięki temu, że mogę mieć produkty rolne prosto od ekorolnika (Kooperatywa Spożywcza Dobrze), nie mam dylematu, którą odmianę warzywa wybrać, bo nasi rolnicy wybierają te zdrowsze i smaczniejsze (np. marchew purpurową czy ziemniaki z czerwoną skórką).

dzikastronajedzenia-okladka

Podsumowując…

Choć momentami książka przeraża ilością informacji, uważam ją za cenne źródło wiedzy z solidnymi podstawami naukowymi. Ciekawie napisana, niestety dla Amerykanów – tabele z odmianami roślin mogą u nas nie mieć przełożenia, ale nie szkodzi. Ważne, abyśmy poszerzali wiedzę na temat tego, co jemy, i głosowali portfelami – że chcemy żywności jak najzdrowszej.

16 XI2014

„Kuchnia polska bez pszenicy” – recenzja

by joanna

Kiedy zaczynałam próbę prowadzenia kuchni bezglutenowej dla siebie i dzieci, nie sądziłam, że może być tak ciężko (przeczytaj: Trzy tygodnie bez glutenu i…). Posiłki dla mnie samej to jedno – mogę jeść kaszę jaglaną zamiast pieczywa na kilka sposobów i będę syta i zadowolona. Gotowanie dla dzieci, które są uczulone na kilka bardzo podstawowych produktów, to drugie. Dlatego z ogromną nadzieją sięgnęłam po książkę „Kuchnia polska bez pszenicy” (wyd. Bukowy Las, 2014)– swego rodzaju kontynuację amerykańskich publikacji Williama Davisa „Dieta bez pszenicy” i „Kuchnia bez pszenicy”.

Kuchnia polska bez pszenicy0

O autorkach

Marta Szloser to kulinarna blogerka, prowadzi stronę www.nakuchennymprogu.pl (przepisy) i www.kulinarnaczytelnia.pl (recenzje książek kulinarnych i nie tylko). Jest po kursie dietetyki, jednak poszukuje własnej drogi do zdrowej kuchni: bez cukru, glutenu, mięsa, krowiego mleka… Jej wkład w książkę to większość zamieszczonych przepisów.

Wanda Gąsiorowska prowadzi blog www.kulinarnaczytelnia.pl, gdzie zamieszcza informacje na temat żywności, w tym sporo przydatnych wskazówek, jak i co kupować, gdy na półkach sklepowych znajdziemy głównie produkty wysoko przetworzone. Jest ovo-wegetarianką. W „Kuchni polskiej bez pszenicy” napisała (w większości) część teoretyczną.

Teoria

Książka (podobnie jak „Kuchnia bez pszenicy”) rozpoczyna się obszernym wstępem, gdzie autorki zamieszczają przydatne wskazówki dotyczące prowadzenia kuchni bezglutenowej. Co ciekawe, w odróżnieniu od Davisa, nie piszą wiele na temat samej diety. Przyjmują, że czytelnicy wybrali taki rodzaj odżywiania z własnych, przemyślanych powodów i nie trzeba ich już do niczego przekonywać. W kilku rozdziałach skupiają się na praktycznej stronie zagadnienia – co kupować, czego unikać, dlaczego nie warto używać cukru oraz gotowych produktów bezglutenowych. Polecają konkretne marki i produkty, choć zaznaczają, że etykiety trzeba czytać zawsze.

Część wstępną przeczytałam z poczuciem, że większość informacji znam z praktyki i z większością się zgadzam. Pierwsze rozdziały są bardzo ważne pod względem przygotowania kuchni do zmiany diety – tak, aby mieć pod ręką najważniejsze produkty i urządzenia, pozwalające swobodnie korzystać z przepisów.

Jednak opanowanie teorii to za mało – wiem to z doświadczenia.

Praktyka

Ponad 300 przepisów to naprawdę dużo, aby każdy znalazł coś dla siebie. Pytanie – jak dużo znajdziesz właśnie ty. Mnie i mojej rodzinie potrzebne są receptury na posiłki, które łatwo przyrządzić, które można zrobić na zapas, które łatwo się przenosi w pojemnikach i odgrzewa. Posiłki proste, smaczne, sycące i atrakcyjne dla dzieci. Zarazem takie, w których mogę łatwo zastąpić składniki z listy zakazanej innym składnikiem – dozwolonym.

Niestety, większość przepisów jest nie dla nas. Gdyby gluten był jedynym ograniczeniem, z pewnością eksperymentowałabym z chlebkami, bułkami, ciasteczkami i innymi zamiennikami chleba. Największą przeszkodą jest u nas alergia starszego syna na grykę, a mąka z kaszy gryczanej jest chyba najczęściej wymienianym składnikiem w tej książce. Wiele przepisów zawiera długą listę potrzebnych produktów, czasem po dwa, trzy takie, których nie mogę użyć. Jajka, produkty mleczne, drożdże, ryby, banan, jabłko, dynia i wiele, wiele innych ograniczeń sprawiają, że przepisy z „Kuchni polskiej bez pszenicy” korzystam jako ze źródła natchnienia do kolejnych eksperymentów kulinarnych. To niestety nie jest książka dla alergików z wieloma ograniczeniami, ale sama pomysłowość – wręcz majstersztyk potraw zachęca do własnych eksperymentów.

masloorzechowe

Masło orzechowe bez kakao i mleka.

Podsumowując…

Autorki napisały tę książkę z myślą o polskim czytelniku, który nie wyobraża sobie kuchni bez ziemniaków, pierogów, klusek, kopytek itp. Potrawy bez glutenu mogą być „normalne” – przekonują Marta Szloser i Wanda Gąsiorowska – w dodatku zdrowe, pożywne i smaczne. Od siebie dodam: pracochłonne, często drogie i czasem skomplikowane. Niektóre potrawy są dla mnie przekombinowane (np. mieszanki kilku mąk, aby rezultat przypominał normalne ciasto), wolę proste jedzenie. Najwartościowszą częścią książki był dla mnie ostatni rozdział „Przepisy podstawowe i dodatki”, gdzie właśnie znalazły się takie zupełnie proste wskazówki, jak zrobić mleko ryżowe czy masło orzechowe (zrobiłam właśnie swoją wersję masła orzechowo-czekoladowego á la Nutella, które jest bez czekolady i bez mleka…).

Książkę polecam jako naprawdę wartościowe źródło wiedzy i przepisów dla osób zaczynających przygodę z dietą bezglutenową oraz dla tych, którzy od dawna skazani na dietę mają już dość gotowców ze sklepu. Gotowanie to ogromna przygoda, nie warto z niej rezygnować. Byle z dobrym przewodnikiem!

Spotkanie z autorkami

Podczas Dni Alergii i Nietolerancji Pokarmowej w Warszawie 22 i 23 listopada 2014 r. (w sobotę od 16:00) będzie można spotkać się z autorkami książki (stoisko A-42). Na pewno skorzystam z okazji i poproszę o autograf.

18 III2014

„Serwuj, aby wygrać” – recenzja

by joanna

Niektóre poradniki powinny być kwalifikowane do kategorii thriller dietetyczny! Wszystko przez te emocje, suspensy, wciągającą narrację…

Novak_Djokovic-Serwuj_aby_wygrac-mini

Książka Novaka Djokovića „Serwuj, aby wygrać. Plan 14 dni bez glutenu, dzięki któremu osiągniesz mistrzowską formę ciała i umysłu” (wyd. Bukowy Las, Wrocław 2013) jest szczególną pozycją – trochę autobiografią, trochę poradnikiem, a trochę opowieścią o tenisie. Novak Djoković jest jedną z najlepszych rakiet świata, od kilku lat odnosi sukcesy na kortach całego świata, ale – jak pisze – wymarzone sukcesy, w tym zwycięstwo na Wimbledonie w 2011 roku, osiągnął dopiero po zmianie diety.

Poznajemy historię sportowca z Serbii, który dzięki determinacji i talentowi, a trochę szczęściu zaszedł na sam szczyt. Mamy opowieść o wojnie, o trudnych warunkach trenowania w przerwach między nalotami bombowymi, o najtrudniejszych pojedynkach na korcie, wielkich porażkach i wielkich zwycięstwach. Dzięki serbskiemu dietetykowi Igorowi Cetojewićowi Djoković znalazł sposób, jak pokonać momenty obezwładniającej słabości, zarówno fizycznej, jak i umysłowej, przez którą przegrał kilka ważnych meczy w życiu. Za pomocą m.in. testu na nietolerancję pokarmową (coś takiego, jak robiłam ja i mój syn) wyłapał dwa główne składniki swojego pożywienia, które działały na niego toksycznie: pszenica i nabiał, w mniejszym stopniu pomidory. To dosyć smutna informacja dla kogoś, kto przez większą część życia zajadał się pizzą z pizzerii swoich rodziców…

Zdj. Christopher Johnson, plik udostępniony jest na licencji Creative Commons Uznanie autorstwa – Na tych samych warunkach 2.0

Zdj. Christopher Johnson, plik udostępniony jest na licencji Creative Commons Uznanie autorstwa – Na tych samych warunkach 2.0

Djokovićowi udało się zerwać z nawykami żywieniowymi, które wpisane miał niemal we krwi (kuchnia serbska ma sporo wpływów włoskich, a więc makarony i sery…) i teraz – jak chwali się na stronach swojej książki – wszystkie posiłki gotuje od podstaw według swoich potrzeb. Sporo miejsca poświęca glutenowi i jego szkodliwości, szkoda, że tak mało pisze o niezdrowym nabiale! Książka poświęcona jest jednak diecie bezglutenowej, więc punkt ciężkości spoczywa na unikaniu pszenicy. Podoba mi się za to podejście sportowca do ilości jedzenia – nie liczy kalorii, je tyle, ile uważa, że powinien, i obserwuje, co mówi mu jego organizm. Opowiada także o tym, jak dba o swoje potrzeby duchowe (joga, medytacje, kontakty z innymi ludźmi).

Książkę Novaka Djokovića „Serwuj, aby wygrać. Plan 14 dni bez glutenu, dzięki któremu osiągniesz mistrzowską formę ciała i umysłu” czyta się jednym tchem, nawet jeśli nie jest się szczególnym znawcą tenisa (jak ja). Myślę, że jest to pozycja skierowana przede wszystkim do osób, które regularnie uprawiają jakikolwiek sport (szachy?), ponieważ jest napisana z perspektywy sportowca zawodowego, którego całe życie jest podporządkowane grze. Mimo to znalazłam tam kilka wskazówek, które i mnie się spodobały. Dostajemy też przykład tygodniowego menu bez glutenu i nabiału, przygotowanego dla sportowca, oraz 24 przepisy i rady, co wrzucać do garnka.

Krótko mówiąc: lektura na jeden wieczór, napisana przystępnie (momentami zbyt przystępnie, jak dla mnie), z kilkoma celnymi uwagami (nie należy narzucać sobie żadnej gotowej diety, a dostosować sposób odżywiania do indywidualnych potrzeb organizmu) i pomysłami na dania. Książkę traktuję raczej jako pozytywną ciekawostkę.

05 XII2013

„Zdrowy maluch. Poradnik żywieniowy dla rodziców” – recenzja

by joanna

Myślę, że na tę książkę niecierpliwie czekało wiele polskich mam i wielu rodzicom spadnie kamień z serca, gdy wezmą do ręki ten poradnik. Magdalena Sikoń, zasłużona w walce o godność młodych roślinożerców w placówkach oświatowych (patrz: odpowiedź Ministerstwa Zdrowia na petycję Wegemalucha), razem z Moniką Skowron dwa tygodnie temu oddały w ręce czytelników pierwszy polski poradnik żywieniowy dla rodziców wegetarianów. „Zdrowy maluch. Poradnik żywieniowy dla rodziców” (wydawnictwo Galaktyka, Łódź 2013) robi wrażenie pod wieloma względami.

zdrowy_maluch_1

Zacznę od tego, co widać na pierwszy rzut oka: książka jest pięknie wydana, bogato ilustrowana, kolorowa i po prostu apetyczna. Jest też przejrzysta i świetnie dopracowana pod względem graficznym i technicznym (to już rzadkość, aby nad książką pracował redaktor techniczny). Estetyka wizualna idzie w parze z estetyką słowa, widać, że tekst do publikacji był przygotowywany bardzo starannie. We wstępie autorki (Magdalena Sikoń jest redaktorką naczelną portalu Wegemaluch, Monika Skowron – dyplomowanym dietetykiem) piszą:

Oddajemy w twoje ręce narzędzie, które pomoże ci zdobyć, poszerzyć lub zweryfikować wiedzę z zakresu prawidłowej diety i rozwoju dziecka. Nie chodzi nam także o żadną ideologię. Wyciąganie wniosków zostawiamy… tobie. Nie znajdziesz tutaj żadnych informacji, które mogłyby cię wprawić w zakłopotanie, wzbudzić poczucie winy czy wyższości w związku ze stosowaną przez ciebie dietą. (s. 7)

I taka właśnie jest ta książka – pozytywna, bez oceniania, czy wegetarianizm jest lepszy od diety zawierającej mięso (autorki zaznaczają jednak wyraźnie, że skrajne diety roślinne, takie jak witarianizm i frutarianizm są absolutnie niewskazane dla dzieci).

Co znajdziemy w środku

Książka zaczyna się od wprowadzenia czytelnika w ogólne zasady wegetarianizmu i jego odmian (definicja, kim są frutarianie, wymaga jednak doprecyzowania; to nie są ludzie, którzy jedzą tylko to, co spadło z krzaka czy drzewa, odsyłam do książki „Jeść przyzwoicie” K. Duve).

Potem znajdziemy omówienie piramidy żywieniowej wraz z jej wersją wegetariańską. Nie wiem, czy to błąd ilustratora, czy zamieszanie w tekście, ale tak jak autorki piszą o podstawie piramidy składającej się z warzyw i owoców, tak obrazek prezentuje jej najniższe piętro złożone ze zbóż. Spora różnica. Chyba że piramida dla dzieci różni się od tej dla dorosłych.

Rozdział drugi to przegląd najważniejszych składników naszych posiłków – warzywa, owoce, zboża, rośliny strączkowe, nabiał, oleje, orzechy, przyprawy. Ułożone alfabetycznie, opisy zawierają podstawowe informacje na temat właściwości pokarmów, zawartości witamin itp. Przyznaję, że czasem brakowało mi pewnych danych, ale rozumiem, że poradnik to nie encyklopedia. Duży plus dla osób uczących się rozszerzać dietę niemowlętom – przy każdym produkcie napisano, od którego miesiąca można bezpiecznie go podawać.

zdrowy_maluch_2

Rozdział trzeci to przepisy – na każdy miesiąc życia dziecka (od 6. do 12.) autorki przygotowały kilka zestawów dań od śniadania do kolacji. Przepisy są łatwe, pomysłowe, a przygotowanie posiłku zwykle trwa krótko. To zdecydowanie najciekawsza (i pewnie najbardziej pożądana) część książki, w dodatku piękne zdjęcia wołają wręcz do czytelnika – „spróbuj!”. Brawo za odejście od tradycyjnej polskiej kuchni i wprowadzenie rozmaitych produktów spoza kanonu (komosa ryżowa, amarantus, a nawet jagody goji).

zdrowy_maluch_3

Następnie mamy część poświęconą prawidłowemu bilansowaniu diety dziecka, gdzie omówiono składniki pokarmu, takie jak tłuszcze, białka, witaminy, mikro- i makroelementy. Wymienione są źródła tych składników, skutki niedoboru i inne informacje, które mogą być pomocne przy komponowaniu diety dziecka.

Kolejny rozdział to znów przepisy, tym razem ułożone w menu tygodniowe. To praktyczna ściągawka, zawierająca nawet podsumowanie dni pod względem zawartości kalorii, białek, węglowodanów itp. Dodatkiem są tabele – schemat żywienia niemowląt do 1. roku i tabela wartości odżywczych produktów użytych w przepisach.

Krytyka (niestety)

Mam wrażenie, że książka, aby zostać zaaprobowana przez zwykle opornych na nowości lekarzy, musiała być napisana zgodnie z odgórnie przyjętym w Polsce „kodeksem” zdrowego odżywiania. To znaczy – dostać pieczątkę jakiejś ważnej instytucji zajmującej się żywieniem dzieci. W tym wypadku o konsultacje autorki poprosiły profesora Janusza Książyka, kierownika Kliniki Pediatrii i Żywienia w Instytucie „Pomniku – Centrum Zdrowia Dziecka”. (W podziękowaniach pojawia się także ważne nazwisko Małgorzaty Desmond, choć jedynie „za życzliwość”).

Autorki powołują się także na opinie i badania Instytutu Żywności i Żywienia,(s. 14, 40, 62, rozdział 4),  który znam bardzo dobrze (o czym pisałam przy okazji cholesterolu) i wiem, że jest to instytucja wyjątkowo konserwatywna. Dowodzą tego choćby informacje dietetyczne na jej stronie, gdzie np. wciska się mleko jako najzdrowsze źródło wapnia, a ostrzega przed różnymi tłuszczami jako groźnymi zabójcami. Wiele miałam spotkań z tamtejszymi dietetykami, zachowałam nawet ich wskazówki z 2009 r. (np. jeść do 3 jajek na tydzień i koniecznie margarynę zamiast masła; na drugie śniadanie polecają ciasto drożdżowe z jogurtem). Pod względem swoich porad IŻŻ siedzi głęboko w latach 80. ubiegłego wieku, ale niestety jest instytucją opiniotwórczą. Mogę mieć nadzieję, że Klinika Pediatrii jest znacznie bardziej postępowa. Choć czy to ta właśnie instytucja jest przyczyną zamieszczenia w książce następującej wskazówki?

Zaleca się karmienie niemowląt piersią aż do ukończenia 1. roku, a co najmniej przez pierwsze 6 miesięcy życia. Jeśli dziecko i matka mają ochotę, można ten okres wydłużyć o kilka miesięcy, ale nie bardziej niż do końca 2. roku życia malucha. (s. 54)

Dlaczego w rozdziale, gdzie tak ładnie mówi się o zaletach karmieni piersią i namawia do niego matki, napisano taką bzdurę? Nie wiem! Nawet WHO zaleca karmienie piersią tak długo, jak długo chcą obie strony, najlepiej przynajmniej do końca 2. roku życia…

Zgrzytnęło mi tak jeszcze parę razy, choć może nie aż tak mocno. Największe rozbieżności między moją wiedzą a treścią książki wynikały porad spisanych według odgórnych polskich zaleceń dietetycznych. Jedną z takich było natrętne wciskanie czytelnikowi, aby zastępować produkty zbożowe kaszką z żelazem.

Co bym dodała…

W poradniku moim zdaniem brakuje wielu ważnych tematów (choć rozumiem, że dla Kliniki Pediatrii, która zgodził się na podpisanie pod wegetarianizmem, mogą być już zbyt wywrotowe, hehe).

Po pierwsze, pochodzenie produktów. Moim zdaniem na każdym kroku powinno być podkreślone, że jakość produktów podawanych dzieciom jest równie ważna, jak urozmaicenie diety. Nie mówię już nawet o ekologicznym pochodzeniu produktów, ale choćby o zwracaniu uwagi, gdzie kupujemy – może od zaprzyjaźnionego rolnika? – czy warzywa są świeże, czy soja, którą kupujemy, nie jest genetycznie modyfikowana, a mleko – pasteryzowane/UHT. (Autorki piszą sporadycznie o ekologicznych bakaliach oraz o rodzaju chowu kur).

Po drugie, zabrakło informacji na temat neutralizacji składników pożywienia, które utrudniają wchłanianie innych składników. Np. kilkugodzinne moczenie w wodzie pęczaku czy płatków owsianych pozwoli na rozłożenie fitynianów, które odpowiadają m.in. za gorsze wchłanianie wapnia.

Po trzecie, nietolerancje pokarmowe. Dziś są powszechne i  nie są tożsame z alergiami. Warto byłoby wśród produktów najczęściej nietolerowanych wymienić soję i zaproponować zastąpienie jej czymś innym.

Po czwarte (ale bardzo ważne), moim zdaniem powinna znaleźć się tu tabela warzyw i owoców sezonowych oraz wyraźne wskazówki, jak komponować dietę w poszczególnych porach roku, kiedy części składników nie ma (świeżych).

Po piąte, szkoda, że nie skomentowano w żaden sposób badań T. Campbella i W. Davisa, dotyczących białka odzwierzęcego i pszenicy. Idzie rewolucja w odżywianiu, ale w Polsce niektóre instytucje ją prześpią.

Po szóste, choć to już bardzo luźna sugestia, może przydałoby się więcej przepisów umożliwiających karmienie dziecka według BLW (np. odpowiednio oznakowanych)? O samej metodzie jest już kilka słów w książce, więc niewiele więcej trzeba!

Podsumowując

Jestem czytelnikiem bardzo wymagającym i zdaję sobie sprawę, że moje recenzje nie opływają w słodkie pochwały. Mam nadzieję, że tego ode mnie oczekujecie.

„Zdrowy maluch. Poradnik żywieniowy dla rodziców” ma kilka mocnych zalet. Zawarte w nim przepisy są inspirujące i zachęcają do wzbogacenia menu o kilka nowych składników.

Książka może być argumentem w walce z niedouczonymi lekarzami, którzy na wegetarianów patrzą jak na UFO. Z pewnością uspokoi wielu rodziców, którzy są w rozterce – dawać dziecku mięso czy nie?

Moim zdaniem kompromis między postępowym wegetarianizmem a konserwą w białych fartuchach ma swoje minusy. Części czysto poradnikowej nie uważam za całkowicie zgodną z dzisiejszą wiedzą o odżywianiu. Może jednak wystarczy skupić się na tym, co znakomite, i od jutra ruszyć do garów – odkrywać z dzieckiem smaki wegetariańskich potraw – a niektórym dietetykom pozwolić mówić swoje…

Komentarz autorki książki

Magdalena Sikoń zapewniła mnie, że książka nie została napisana w taki sposób, aby „podlizać się” jakiejkolwiek instytucji, zwłaszcza IŻŻ (który na początku omyłkowo przypisałam jako instytucję współpracującą z autorkami).

26 VIII2013

Udo Pollmer: diety szkodzą! (Recenzja)

by joanna

Książka „Smacznego! Chorzy z powodu zdrowego jedzenia” była wymagającą lekturą na wakacje: wymagająca uwagi oraz nieustannego podkreślania ołówkiem oraz pisania uwag na marginesach… Wymagającą również pod względem wielkości (prawie 400 stron tekstu), różnorodności tematów (dobra gimnastyka dla umysłu) oraz pod względem zadania postawionego przed czytelnikiem: książka mówi o żywieniu, ale nie mówi, jak i co jeść. Znajdziemy za to wiele cennych informacji, czego do ust lepiej nie brać.

smacznego_2

Jestem zainspirowana i zmotywowana lekturą, aby podzielić się z Wami kilkunastoma spostrzeżeniami na temat – a jakże – jedzenia.

Kontrowersyjny antydietetyk

Autorami książki są Udo Pollmer http://de.wikipedia.org/wiki/Udo_Pollmer oraz jego współpracownicy: Andrea Fock, Ulrike Gonder i Karin Haug. Pollmer to znana postać w Niemczech. Jest słynnym i kontrowersyjnym autorytetem w dziedzinie odżywania, z wykształcenia – chemikiem żywności. W swoich wypowiedziach kpi z dietetyków i ich zaleceń:

Ja dietetycy świętują urodziny i święta? Lekko posłodzonymi plackami z pełnego zboża, duszoną piersią indyka i lekko okolonymi ziemniakami? A toasty wznoszą szklaneczką rozcieńczonego soku pomarańczowego?

(s. 10).

A czasem oskarża ich o wpędzanie pacjentów w poważne choroby związane z zaburzeniami odżywiania.

Jeśli spojrzycie, jak wygląda Udo Pollmer (zdjęcia), uznacie, że nie należy on do ascetów i raczej sobie dogadza niż odmawia jedzenia, które lubi. Nic dziwnego – uważa, że człowiek powinien słuchać swojego apetytu. Tu do przeczytania ciekawy wywiad z Pollmerem na temat wpędzania ludzi w poczucie winy z powodu tego, że jedzą to, co lubią, co szczególnie dotyczy kobiet, od których wymaga się sylwetki wieszaka (czerwiec 2013 r., po niemiecku).

Zespół Pollmera EU.LE eV (Europäisches Institut für Lebensmittel- und Ernährungswissenschaften – Europejski Instytut Żywności i Żywienia – organizacja pozarządowa) zajmuje się oczywiście odżywianiem, o czym poczytacie na stronie http://www.euleev.de/, gdzie publikowane są teksty, krótkie informacje czy linki do materiałów wideo (niestety wszystko w języku Goethego). Przykładowo w jednym z ostatnich tekstów podważana jest zasadność zarzutów wegetarianów o przeznaczeniu zbyt dużej ilości ziemi na hodowlę bydła.

Inspiracje

Chociaż książka „Smacznego! Chorzy z powodu zdrowego jedzenia” została wydana po raz pierwszy w Niemczech w 1994 roku, a aktualizowana w 2001 roku, w Polsce ukazała się dopiero w roku 2010. Wielka szkoda! Zawiera gigantyczną bibliografię, dzięki której autorzy wypadają wiarygodniej: nie piszą tego, co im się wydaje, opierają się na źródłach. Prawie 900 pozycji – niestety – niezbyt świeżych (lata 70.–90. ubiegłego wieku). Jak szybko dezaktualizują się te artykuły? Nie wiem. Wiem jedno – autorzy przytaczają badania, o których dziś się nie mówi, a które zadają kłam wielu mitom żywieniowym. Książka mająca 20 lat zazwyczaj celnie uderza w słabe miejsca współczesnego myślenia o odżywianiu. Pewnie dlatego, że jesteśmy co najmniej 20 lat za Niemcami…

Samych poruszanych kwestii jest chyba kilkadziesiąt, dlatego książka jest bardzo gruba, choć rozdziały krótkie. Te zagadnienia zainteresowały mnie najbardziej i o wielu z nich na pewno napiszę osobno:

  • dlaczego nie należy ufać tabelom i nie uczyć się liczb (kalorie, zawartość różnych substancji itp.),
  • dlaczego nie warto – a czasem nie należy – brać suplementów diety oraz dlaczego nie należy kupować żywności wzbogaconej w witaminy itp.,
  • dlaczego nie należy przejmować się cholesterolem,
  • czym jest żywność funkcjonalna i dlaczego nie należy jej kupować,
  • jakie są wady diety pełnowartościowej (dziś dotyczy to zwłaszcza witarian, o których Pollmer być może jeszcze nie wiedział),
  • dlaczego ludzie jedzą zboże (w dodatku ustawiają je na dole piramidy żywieniowej!),
  • do czego potrzebne jest przetwarzanie pokarmu, w tym gotowanie czy naturalne zakwaszanie chleba,
  • współczesny przemysł spożywczy – jak podrabia się jedzenie,
  • jak przygotowuje się produkty spożywcze, aby nas uzależniały,
  • cukier – niezbędny do życia (do tego rozdziału mam kilka istotnych zastrzeżeń),
  • używki: alkohol, kawa, herbata, przyprawy, czekolada, opiaty,
  • dlaczego stosowanie diet odchudzających jest groźne i nieskuteczne,
  • odżywianie dzieci – po pierwsze, BLW ma już 90 lat! Po drugie, jakie są niezwykłe właściwości mleka matki. Po trzecie, dlaczego nie należy podawać niemowlętom witaminy D.

Nie sądzę, żeby Pollmer wiedział wszystko najlepiej i na pewno nie uwierzę we wszystko, co napisał, bezkrytycznie. Myślę jednak, że daje wiele cennych tropów, jak szukać wiedzy o tym, co nam szkodzi, a co pozwala zdrowo funkcjonować. Do kilku rozdziałów mam zastrzeżenia braku istotnych informacji, a do całej książki – że brakuje w niej wyraźnego zdania: swojego instynktu mogą słuchać ludzie zdrowi. Tacy, którzy odżywiają się zgodnie ze swoimi potrzebami od zawsze. Tymczasem ilu z nas już od pierwszych dni życia dostawało sztuczne mleko? Ilu z nas przejadło kilogramy śmieciowego jedzenia? Nasze organizmy nie są zdrowe, bo nasza żywność jest oszukana – żeby móc jeść normalnie, najpierw trzeba odzyskać – tudzież uzyskać – balans i pozwolić naszemu ciału funkcjonować zdrowo. Zacznijmy od prostego jedzenia, kupowanego w postaci nieprzetworzonej, sami gotujmy!

smacznego_1

Polecam tę książkę osobom, które przeczytały już kilka poradników w swoim życiu i czują w nich jakiś podstęp. Polecam też lekturę tym, którzy w przeciętnym sklepie spożywczym dostają oczopląsu od kolorowych opakowań – słodyczy, jogurtów, żywności funkcjonalnej – bo nic dla siebie tam nie widzą.

Także tym, którym nie smakuje dzisiejsze pieczywo i źle się czują po pszennych bułeczkach. Tym, którzy chcieliby zaufać swojemu organizmowi, ale w radiu, telewizji i u lekarza w kółko słyszą, że potrzebują jakichś suplementów, bo bez nich umrą albo przynajmniej wykrzywi ich na drugą stronę i odpadną im genitalia.

Wiedza to siła – brońmy się nią przed sztucznym dokarmianiem!

Na koniec jeden z moich ulubionych cytatów:

Dla medycyny odżywiania jelito ciągle jest jeszcze czarną skrzynką, której przypisuje się różne właściwości w zależności od potrzeb rynku. Naukowcy z różnych krajów zgadzają się co do tego, że dobrze jest zaglądać człowiekowi nie tylko do ust, by sprawdzać, co je, ale także analizować odchody i mocz.

(s. 131).

Czego doświadczyłam niejednokrotnie jako ciężarówka, a potem jako matka. Lekarze lubią zaglądać nam w wyniki, zamiast zapytać: jak sypiamy, jak jemy? Pollmer podkreśla to dobitnie: każdy z nas jest inny i ma indywidualne potrzeby. Czy dobieramy sobie buty według standardowego numeru? Jeśli nie, to dlaczego chcemy mieć takie same liczby w wynikach badań, jak osoby w innym wieku, z inną wagą, z innego kraju?

„Smacznego! Chorzy z powodu zdrowego jedzenia”, Państwowy Instytut Wydawniczy, Udo Pollmer, Andrea Fock, Ulrike Gonder, Karin Haug, Warszawa 2010.

Fragmenty książki (wcale nie te najlepsze!):

http://www.polityka.pl/kultura/ksiazki/fragmenty/1504784,1,fragment-ksiazki-smacznego-chorzy-z-powodu-zdrowego-jedzenia.read

25 III2013

Nie daj się zjeść poradnikom

by joanna

Jakiś czas temu pisałam o tym, że zamierzam przeczytać kilka poradników żywieniowych. Zabrałam się za to kosztem poświęcania czasu literaturze pięknej i czytam… Dziś będzie o pierwszej lekturze – Nie daj się zjeść grzybom Candida Andrzeja Janusa, Wydawnictwo IPS, Warszawa 2012 (niestety, mimo prośby, nie przysłali mi okładki).

candida

Ponieważ dopiero zdobywam wiedzę na temat żywienia, moja opinia na  temat książki jest bardzo subiektywna. Moje wnioski wynikające z lektury mogą niektórych zdziwić, ale po to jest blog, żeby dyskutować. Postaram się przede wszystkim zreferować treść poradnika Janusa. Najpierw jednak muszę opisać wrażenie, jakie odnoszę przy czytaniu poradników, zwłaszcza żywieniowych. Piszą je ludzie nawiedzeni jakąś ideą, pod którą podporządkowują swoje wnioski, swoje życie – a za pomocą poradników chcą opanować również nasze życie. Zacytuję słowo wstępu:

Proces leczenia [z grzybicy – przyp. J.B.] kończący się wyzdrowieniem wymaga od chorych osób ścisłego przestrzegania zaleceń, które omówię w tej książce.

Bardzo to znamienne: czytelniku, postępuj dokładnie według moich rad, a wyzdrowiejesz. Janus jeszcze nie jest najbardziej kategoryczny – w poradniku Słoneckiego, który właśnie dokładnie przerabiam, niektóre obostrzenia są tak kategoryczne, że strach się wyłamać, hehe.

Kolejny wniosek: poradniki wzbudzają w czytelniku poczucie zagrożenia zewnętrznego, starając się udowodnić istnienie globalnego spisku. To bardzo udany sposób, żeby niejako zastraszyć odbiorcę rad i zmusić do samodyscypliny. Oni (koncerny farmaceutyczne) na niego czyhają. Ta książka pomoże Ci wyzdrowieć bez ich pomocy. Nie twierdzę, że koncerny farmaceutyczne nie żerują na ludziach i że spiski nie istnieją, natomiast uderza mnie prostota mechanizmu, wykorzystywanego w poradnikach.

Janus opisuje różne postaci groźnej choroby – grzybicy, która atakuje różne narządy wewnętrzne człowieka. Zaczyna od przewodu pokarmowego (i grzybica, i Janus), gdzie istnieje swoiste życie wewnętrzne w naszym organizmie, regulujące trawienie, wchłanianie, wydalanie, przez co reguluje pracę całego organizmu. Zaburzenie porządku rzeczy w przewodzie pokarmowym jest przyczyną wielu chorób, w tym kandydozy. Janus opisuje, w jaki sposób drożdżaki naturalnie związane z człowiekiem w sposób komensalny zamieniają się w pasożyty, potrafiące sterować naszym łaknieniem. Wizja jest straszna. I dość prawdopodobna. Autor stawia sprawę jasno: żeby wyzdrowieć, trzeba zmienić sposób żywienia, zaostrzyć dietę i trzymać ją nawet 3 lata. Do najważniejszych zaleceń należy wyłączenie z diety cukru i białej mąki, zwiększenie ilości warzyw, niestosowanie antybiotyków oraz stosowanie probiotyków. Do wszystkich zaleceń stosuję się od ponad miesiąca (oprócz antybiotyków, których nie biorę od lat) i efekty są bardzo dobre, choć mam wątpliwości co do samych probiotyków, wyśmiewanych w innych źródłach jako wielkie oszustwo (ale o tym kiedy indziej).

Janus stawia na ziołolecznictwo i homeopatię – plus dla niego, choć wielorakość mikstur, jakie zaleca, przekracza moje możliwości opanowania. Gdyby zastosować się do wszystkich zaleceń, co pić, żeby być zdrowym, nie starczyłoby czasu na normalne posiłki. A co dopiero czas na lewatywę czosnkową… Ciekawa jestem, co mówią homeopaci na temat podawania w książkach dokładnych zaleceń podawania leków homeo – tu znajdziemy wskazówki, jak brać na przykład czopki firmy Sanum na grzybicę pochwy. Przyznam, że nie wiedziałam wcześniej o ich istnieniu, więc na lekturze skorzystałam.

Autor w swojej książce jest i tak łagodniejszy, jeśli chodzi o różne teorie, niż w artykułach, które można znaleźć w internecie. Mniej kategorycznie pisze np. o łączeniu przyczyn autyzmu z grzybicą, jest nieco ostrożniejszy w wydawaniu sądów. Jest jednak inny problem, charakterystyczny dla różnych poradników: brak bibliografii, odniesień do badań. Nawet jeśli autor pisze o czymś, co z grubsza znamy i nie mamy zastrzeżeń co do wiarygodności, wypadałoby powołać się na jakikolwiek inny autorytet. Janus się nie powołuje i mamy obowiązek wierzyć mu na słowo.

Do plusów książki zaliczam omówienie zasad prawidłowego żywienia (indeks glikemiczny, równowaga kwasowo-zasadowa), z przykładowymi przepisami. Do minusów – daleko idące hipotezy, upatrujące źródła wszelkich chorób (np. jaskra) w grzybicy, niepotwierdzone badaniami. Jeśli ktoś ma podejrzenie grzybicy czegokolwiek, w tej książce na pewno znajdzie poradę, nie ważne, czy jest matką karmiącą, matką w ciąży, matką malutkiego dziecka z grzybicą, czy ma grzybicę łokcia czy kolana. To dobra lektura na start, gdy chcemy zapoznać się ze zjawiskiem grzybicy. Książka momentami przypomina niezły horror, więc można się przestraszyć. Ważne, żeby potem nabrać dystansu i nie traktować restrykcyjnie wszystkich zaleceń, zwłaszcza naraz, bo nie starczy nam siły ani czasu.

I pamiętajmy, że to tylko poradnik, który nie zastąpi nam samodzielnego myślenia.