21 VII2016

Pasta Sante z witaminą B12 – test past dla dorosłych

by joanna

Pasta Sante z wtaminą B12 jest już ostatnia w naszym teście past bez fluoru dla dorosłych (z jednej pasty musieliśmy zrezygnować z powodów formalnych, ale kiedy już produkt będzie miał wszystkie „papiery”, na pewno o nim napiszemy!). Już niebawem wyniki naszego testu!

Uwaga! Pasta brała udział w naszym subiektywnym rankingu past dla dorosłych, bez fluoru. Więcej na ten temat przeczytasz tutaj: Pasty dla dorosłych, bez fluoru: ranking Organicznych

Niemiecka pasta Sante nie wyróżnia się może szczególnie smakiem, natomiast jej właściwości – producent powołuje się na badania kliniczne – są zaskakujące. Jeśli rzeczywiście jest tak, że za pomocą wegańskiej pasty do zębów weganie czy ludzie starsi mogą uzupełnić braki witaminy B12 (wchłanianej przez śluzówkę), to również znaczy, że wszyscy możemy sobie nieźle zaszkodzić za pomocą past do zębów z „kontrowersyjnymi” składnikami. To daje do myślenia.

Pasta Sante z witaminą B12

www.sante.de (więcej…)

05 XII2013

„Zdrowy maluch. Poradnik żywieniowy dla rodziców” – recenzja

by joanna

Myślę, że na tę książkę niecierpliwie czekało wiele polskich mam i wielu rodzicom spadnie kamień z serca, gdy wezmą do ręki ten poradnik. Magdalena Sikoń, zasłużona w walce o godność młodych roślinożerców w placówkach oświatowych (patrz: odpowiedź Ministerstwa Zdrowia na petycję Wegemalucha), razem z Moniką Skowron dwa tygodnie temu oddały w ręce czytelników pierwszy polski poradnik żywieniowy dla rodziców wegetarianów. „Zdrowy maluch. Poradnik żywieniowy dla rodziców” (wydawnictwo Galaktyka, Łódź 2013) robi wrażenie pod wieloma względami.

zdrowy_maluch_1

Zacznę od tego, co widać na pierwszy rzut oka: książka jest pięknie wydana, bogato ilustrowana, kolorowa i po prostu apetyczna. Jest też przejrzysta i świetnie dopracowana pod względem graficznym i technicznym (to już rzadkość, aby nad książką pracował redaktor techniczny). Estetyka wizualna idzie w parze z estetyką słowa, widać, że tekst do publikacji był przygotowywany bardzo starannie. We wstępie autorki (Magdalena Sikoń jest redaktorką naczelną portalu Wegemaluch, Monika Skowron – dyplomowanym dietetykiem) piszą:

Oddajemy w twoje ręce narzędzie, które pomoże ci zdobyć, poszerzyć lub zweryfikować wiedzę z zakresu prawidłowej diety i rozwoju dziecka. Nie chodzi nam także o żadną ideologię. Wyciąganie wniosków zostawiamy… tobie. Nie znajdziesz tutaj żadnych informacji, które mogłyby cię wprawić w zakłopotanie, wzbudzić poczucie winy czy wyższości w związku ze stosowaną przez ciebie dietą. (s. 7)

I taka właśnie jest ta książka – pozytywna, bez oceniania, czy wegetarianizm jest lepszy od diety zawierającej mięso (autorki zaznaczają jednak wyraźnie, że skrajne diety roślinne, takie jak witarianizm i frutarianizm są absolutnie niewskazane dla dzieci).

Co znajdziemy w środku

Książka zaczyna się od wprowadzenia czytelnika w ogólne zasady wegetarianizmu i jego odmian (definicja, kim są frutarianie, wymaga jednak doprecyzowania; to nie są ludzie, którzy jedzą tylko to, co spadło z krzaka czy drzewa, odsyłam do książki „Jeść przyzwoicie” K. Duve).

Potem znajdziemy omówienie piramidy żywieniowej wraz z jej wersją wegetariańską. Nie wiem, czy to błąd ilustratora, czy zamieszanie w tekście, ale tak jak autorki piszą o podstawie piramidy składającej się z warzyw i owoców, tak obrazek prezentuje jej najniższe piętro złożone ze zbóż. Spora różnica. Chyba że piramida dla dzieci różni się od tej dla dorosłych.

Rozdział drugi to przegląd najważniejszych składników naszych posiłków – warzywa, owoce, zboża, rośliny strączkowe, nabiał, oleje, orzechy, przyprawy. Ułożone alfabetycznie, opisy zawierają podstawowe informacje na temat właściwości pokarmów, zawartości witamin itp. Przyznaję, że czasem brakowało mi pewnych danych, ale rozumiem, że poradnik to nie encyklopedia. Duży plus dla osób uczących się rozszerzać dietę niemowlętom – przy każdym produkcie napisano, od którego miesiąca można bezpiecznie go podawać.

zdrowy_maluch_2

Rozdział trzeci to przepisy – na każdy miesiąc życia dziecka (od 6. do 12.) autorki przygotowały kilka zestawów dań od śniadania do kolacji. Przepisy są łatwe, pomysłowe, a przygotowanie posiłku zwykle trwa krótko. To zdecydowanie najciekawsza (i pewnie najbardziej pożądana) część książki, w dodatku piękne zdjęcia wołają wręcz do czytelnika – „spróbuj!”. Brawo za odejście od tradycyjnej polskiej kuchni i wprowadzenie rozmaitych produktów spoza kanonu (komosa ryżowa, amarantus, a nawet jagody goji).

zdrowy_maluch_3

Następnie mamy część poświęconą prawidłowemu bilansowaniu diety dziecka, gdzie omówiono składniki pokarmu, takie jak tłuszcze, białka, witaminy, mikro- i makroelementy. Wymienione są źródła tych składników, skutki niedoboru i inne informacje, które mogą być pomocne przy komponowaniu diety dziecka.

Kolejny rozdział to znów przepisy, tym razem ułożone w menu tygodniowe. To praktyczna ściągawka, zawierająca nawet podsumowanie dni pod względem zawartości kalorii, białek, węglowodanów itp. Dodatkiem są tabele – schemat żywienia niemowląt do 1. roku i tabela wartości odżywczych produktów użytych w przepisach.

Krytyka (niestety)

Mam wrażenie, że książka, aby zostać zaaprobowana przez zwykle opornych na nowości lekarzy, musiała być napisana zgodnie z odgórnie przyjętym w Polsce „kodeksem” zdrowego odżywiania. To znaczy – dostać pieczątkę jakiejś ważnej instytucji zajmującej się żywieniem dzieci. W tym wypadku o konsultacje autorki poprosiły profesora Janusza Książyka, kierownika Kliniki Pediatrii i Żywienia w Instytucie „Pomniku – Centrum Zdrowia Dziecka”. (W podziękowaniach pojawia się także ważne nazwisko Małgorzaty Desmond, choć jedynie „za życzliwość”).

Autorki powołują się także na opinie i badania Instytutu Żywności i Żywienia,(s. 14, 40, 62, rozdział 4),  który znam bardzo dobrze (o czym pisałam przy okazji cholesterolu) i wiem, że jest to instytucja wyjątkowo konserwatywna. Dowodzą tego choćby informacje dietetyczne na jej stronie, gdzie np. wciska się mleko jako najzdrowsze źródło wapnia, a ostrzega przed różnymi tłuszczami jako groźnymi zabójcami. Wiele miałam spotkań z tamtejszymi dietetykami, zachowałam nawet ich wskazówki z 2009 r. (np. jeść do 3 jajek na tydzień i koniecznie margarynę zamiast masła; na drugie śniadanie polecają ciasto drożdżowe z jogurtem). Pod względem swoich porad IŻŻ siedzi głęboko w latach 80. ubiegłego wieku, ale niestety jest instytucją opiniotwórczą. Mogę mieć nadzieję, że Klinika Pediatrii jest znacznie bardziej postępowa. Choć czy to ta właśnie instytucja jest przyczyną zamieszczenia w książce następującej wskazówki?

Zaleca się karmienie niemowląt piersią aż do ukończenia 1. roku, a co najmniej przez pierwsze 6 miesięcy życia. Jeśli dziecko i matka mają ochotę, można ten okres wydłużyć o kilka miesięcy, ale nie bardziej niż do końca 2. roku życia malucha. (s. 54)

Dlaczego w rozdziale, gdzie tak ładnie mówi się o zaletach karmieni piersią i namawia do niego matki, napisano taką bzdurę? Nie wiem! Nawet WHO zaleca karmienie piersią tak długo, jak długo chcą obie strony, najlepiej przynajmniej do końca 2. roku życia…

Zgrzytnęło mi tak jeszcze parę razy, choć może nie aż tak mocno. Największe rozbieżności między moją wiedzą a treścią książki wynikały porad spisanych według odgórnych polskich zaleceń dietetycznych. Jedną z takich było natrętne wciskanie czytelnikowi, aby zastępować produkty zbożowe kaszką z żelazem.

Co bym dodała…

W poradniku moim zdaniem brakuje wielu ważnych tematów (choć rozumiem, że dla Kliniki Pediatrii, która zgodził się na podpisanie pod wegetarianizmem, mogą być już zbyt wywrotowe, hehe).

Po pierwsze, pochodzenie produktów. Moim zdaniem na każdym kroku powinno być podkreślone, że jakość produktów podawanych dzieciom jest równie ważna, jak urozmaicenie diety. Nie mówię już nawet o ekologicznym pochodzeniu produktów, ale choćby o zwracaniu uwagi, gdzie kupujemy – może od zaprzyjaźnionego rolnika? – czy warzywa są świeże, czy soja, którą kupujemy, nie jest genetycznie modyfikowana, a mleko – pasteryzowane/UHT. (Autorki piszą sporadycznie o ekologicznych bakaliach oraz o rodzaju chowu kur).

Po drugie, zabrakło informacji na temat neutralizacji składników pożywienia, które utrudniają wchłanianie innych składników. Np. kilkugodzinne moczenie w wodzie pęczaku czy płatków owsianych pozwoli na rozłożenie fitynianów, które odpowiadają m.in. za gorsze wchłanianie wapnia.

Po trzecie, nietolerancje pokarmowe. Dziś są powszechne i  nie są tożsame z alergiami. Warto byłoby wśród produktów najczęściej nietolerowanych wymienić soję i zaproponować zastąpienie jej czymś innym.

Po czwarte (ale bardzo ważne), moim zdaniem powinna znaleźć się tu tabela warzyw i owoców sezonowych oraz wyraźne wskazówki, jak komponować dietę w poszczególnych porach roku, kiedy części składników nie ma (świeżych).

Po piąte, szkoda, że nie skomentowano w żaden sposób badań T. Campbella i W. Davisa, dotyczących białka odzwierzęcego i pszenicy. Idzie rewolucja w odżywianiu, ale w Polsce niektóre instytucje ją prześpią.

Po szóste, choć to już bardzo luźna sugestia, może przydałoby się więcej przepisów umożliwiających karmienie dziecka według BLW (np. odpowiednio oznakowanych)? O samej metodzie jest już kilka słów w książce, więc niewiele więcej trzeba!

Podsumowując

Jestem czytelnikiem bardzo wymagającym i zdaję sobie sprawę, że moje recenzje nie opływają w słodkie pochwały. Mam nadzieję, że tego ode mnie oczekujecie.

„Zdrowy maluch. Poradnik żywieniowy dla rodziców” ma kilka mocnych zalet. Zawarte w nim przepisy są inspirujące i zachęcają do wzbogacenia menu o kilka nowych składników.

Książka może być argumentem w walce z niedouczonymi lekarzami, którzy na wegetarianów patrzą jak na UFO. Z pewnością uspokoi wielu rodziców, którzy są w rozterce – dawać dziecku mięso czy nie?

Moim zdaniem kompromis między postępowym wegetarianizmem a konserwą w białych fartuchach ma swoje minusy. Części czysto poradnikowej nie uważam za całkowicie zgodną z dzisiejszą wiedzą o odżywianiu. Może jednak wystarczy skupić się na tym, co znakomite, i od jutra ruszyć do garów – odkrywać z dzieckiem smaki wegetariańskich potraw – a niektórym dietetykom pozwolić mówić swoje…

Komentarz autorki książki

Magdalena Sikoń zapewniła mnie, że książka nie została napisana w taki sposób, aby „podlizać się” jakiejkolwiek instytucji, zwłaszcza IŻŻ (który na początku omyłkowo przypisałam jako instytucję współpracującą z autorkami).

02 XII2013

„Dlatego nie jemy zwierząt” – recenzja

by joanna

Tej książki byłam ciekawa od dawna. Po pierwsze, interesują mnie książki dla dzieci – bo jestem mamą i redaktorką. Po drugie, w Polsce weganizm/wegetarianizm dzieci zawsze łączy się z kontrowersjami, nieporozumieniami i często stanowczą negacją dietetyków i lekarzy. (A właśnie czytam polską książkę kucharską dla malutkich wegetarianów – to jest dopiero bomba!). Po trzecie, chciałabym być weganką albo choć wegetarianką i podpatruję trochę wegerodziny.

dlatego_0

„Dlatego nie jemy zwierząt. Książka o weganach, wegetarianach i wszystkich żywych istotach” Ruby Roth (Cień Kształtu, Warszawa 2013) jest lekturą wymagającą zaangażowania, ponieważ poruszane są tu zagadnienia, o których dzieci nie mają pojęcia. Myślę, że bardzo rzadko niewegetariańscy rodzice rozmawiają z potomstwem o tym, skąd się bierze mięso, co to jest parówka, z czego zrobiona jest wędlina. Chyba w większości jesteśmy (my, mięsożercy) zupełnie obojętni, czy nasz obiad składa się z cierpienia żywej istoty. W ogóle wyrzuciliśmy śmierć poza nawias, zabijanie zwierząt zmechanizowaliśmy, kupujemy fragmenty kury czy wołu nieprzypominające ptaka czy ssaka. Skoro sami nie chcemy o tym myśleć, to dlaczego mamy o tym rozmawiać z dziećmi?

dlatego_1

Książka zmusza nas do zastanowienia się nad sposobem pozyskiwania mięsa i kosztami jego produkcji. W warstwie tekstowej mamy krótkie opowieści o tym, jak żyją zwierzęta na wolności, co lubią, że mają swoje humory, że są mądre, rodzinne i zdolne do silnych uczuć. Niestety, w niewoli tracą możliwość podążania za instynktem, są sztucznie karmione, trzymane w ciasnych pomieszczeniach, oddzielone od rodziny. W dodatku hodowle przemysłowe powodują zanieczyszczenie środowiska, tak jak masowe wyławianie ryb z mórz czy wycinanie lasów deszczowych.

Bezpośrednie przesłanie książki jest proste: szacunek wobec naszej planety to szacunek wobec zwierząt i roślin. Dlatego nie jemy zwierząt – mówi narrator.

Oczywiście, choć historyjki są napisane prostym językiem, nic tu nie jest proste. Autorka podeszła do tematu bez oskarżania kogokolwiek o stan rzeczy – ona pokazuje, jak dziś żyją zwierzęta hodowlane. To, co jest niedopowiedziane, musi młodym słuchaczom dopowiedzieć lektor – ludzie hodują zwierzęta, żeby je zjeść. Hodują je w strasznych warunkach, żeby uzyskać jak najwięcej mięsa za jak najmniej pieniędzy. Robią to kosztem środowiska. Przez co trują planetę, która jest ich domem.

dlatego_3

Mój starszy syn (niecałe 4,5 roku) długo nie był zainteresowany książką. Przyznam, że nie wiem, czemu, może chodzi o dosyć dziwne ilustracje?  (Autorka książki jest jednocześnie autorką obrazów). Moim zdaniem, tak jak treść jest odpowiednia dla kilkulatka, tak obrazy są niejednoznaczne, często zbyt udziwnione. J. pytał mnie parę razy, co to za zwierzę (chodziło o nosorożca, goryla, słonia, małpkę). Ilustracje są raczej dla dorosłych i mnie osobiście nie wszystkie przypadły do gustu z powodu karykaturalnej kreski (świnki czy krowy). Z pewnością jednak kryje się w nich duży ładunek emocjonalny – zestawienie szczęśliwych zwierząt z żyjącymi w niewoli jest dobrze skontrastowane.

dlatego_2

Jako redaktorka zwróciłam uwagę na błędy – głównie interpunkcyjne – liczę na to, że kolejne wydanie będzie ich już pozbawione. W ogóle mam nadzieję, że będzie kolejne wydanie, bo takie książki są bardzo potrzebne.

„Dlatego nie jemy zwierząt” niekoniecznie jest przeznaczona dla tych, którzy nie jedzą mięsa. Wręcz przeciwnie – wspólna lektura, pod warunkiem, że połączona z rozmową z dzieckiem, przypomni mięsożercom, jak naprawdę wygląda świat. Uwrażliwi najmłodszych na krzywdę zwierząt, to na pewno. Mój synek bardzo się zmartwił, że gęś (kaczka?) na obrazku jest zraniona i dopytywał, dlaczego te ptaki w klatce mają rany.

Bądźmy mądrymi rodzicami i nie ukrywajmy przed dziećmi prawdy o tym, co jemy. Bądźmy mądrymi konsumentami i jeśli jemy mięso, wspierajmy małe hodowle, gdzie zwierzęta po prostu żyją lepiej. Zrezygnujmy z nabiału, który jest pozyskiwany od krów-niewolnic. Kupujmy odpowiedzialnie.

Za zdjęcia i wypożyczenie książki do recenzji dziękuję Mikołajowi Jastrzębskiemu.

logo2