16 X2017

Pan zero waste: rozmowa przy kompoście

by joanna

Znamy się od 17 lat i to poniekąd dzięki mnie Tadek jeździ na rowerze. A jeździ 8 tys. km roczne. I choć wprowadzam w nasze życie różne wywrotowe idee, mniej lub bardziej radykalne, rzadko protestuje. Ale czasem protestuje mocno. Przeczytajcie, jak to jest być moim mężem, cyklistą i panem zero waste. 

Zero waste to idea zakładająca nieprodukowanie odpadów. Również tych do recyklingu. Dziś w Polsce staje się coraz bardziej popularna dzięki książkom Bei Johnson i Kasi Wągrowskiej. Jednak w ogólnej polskiej świadomości idea jest w najlepszym razie uznawana za dziwactwo, bo zazwyczaj nikt o ZW nie słyszał. Właściwie do niedawna nasza rodzina wcale nie znała tego określenia, ale nasz styl życia w pewien sposób dążył do ograniczenia śmiecenia. Od roku, za sprawą konferencji z Beą Johnson, przyspieszyliśmy tempo. Postanowiłam przepytać mojego wspaniałego męża, co właściwie o tym wszystkim sądzi.

Tadeusz: pan zero waste

Tadeusz: pan zero waste

JB: Czy czujesz się panem zero waste?

TB: Odpowiedź nie jest prosta, bo z jednej strony w znacznej mierze identyfikuję się z tą ideą i staram się nie produkować śmieci i nic nie marnować, a z drugiej mi daleko do prawdziwego zera i wiem, że nigdy go nie osiągnę.

Uważasz, że robisz w tym kierunku więcej niż inni?

To akurat dość proste, bo większość ludzi nie robi w tym kierunku zupełnie nic. W naszej piekarni jesteśmy jedynymi świrami z własnym workiem na chleb, jak ostatnio kupowałem rybę do słoika, to sprzedawca od razu wiedział, kim jestem, bo wszyscy inni biorą od niego foliowe torebki. Poprzeczka ustawiona jest tak nisko, że trudno nad nią nie wystawać.

Przecież my też się tego od kogoś uczymy… W Polsce coraz więcej ludzi wie o idei ZW.

Ja akurat nie uczę się od nikogo. Działam intuicyjnie. Coraz więcej ludzi wie, ale nadal jest to mniejszość poniżej błędu statystycznego. Świadomość większości ludzi jest żadna, jest też część, którym coś dzwoni, tylko nie wiedzą, w którym kościele.

Kupowałem ostatnio w jednym warzywniaku, oczywiście bez żadnych foliowych torebek. Inna klientka, sama objuczona dziesiątkami foliówek, zwróciła na to uwagę i chciała mnie pochwalić. Powiedziała więc: „To pięknie. Trzeba jakoś z tą przyrodą walczyć”. Dla mnie to jest ilustracja takiej przeciętnej, ale wcale nie najgorszej świadomości – wiadomo, że trzeba walczyć, tylko nie do końca wiadomo, z kim i gdzie. No i samemu nie kiwnie się palcem w bucie…

Czy jesteś szczególnie dumny z którejś ze swoich ZW aktywności?

Lubię odmawiać toreb w sklepach, ale czy jestem z tego szczególnie dumny? Czy to jest powód do dumy? To jest normalne, zachowuję się normalnie, to wszyscy wkoło oszaleli.

A czy masz szczególne opory przed wprowadzeniem jakichś rozwiązań w życie?

Wielu granic nie jestem w stanie przekroczyć. I nie jest to kwestia oporów. Na przykład zamawiam sporo części rowerowych przez internet i nie mogę nic poradzić na to, że są pakowane w folię i papier. Mam też oczywiście swoje grzeszki, jak żel pod prysznic w plastikowej butelce. Najwyraźniej nie jestem dobrym materiałem na świętego.

Czy myślisz o tym, żeby przejść na zupełnie ZW transport i pozbyć się samochodu?

Rozważam, bo i tak dość rzadko używam samochodu. Jednak bardziej odpowiadałaby mi samochodowa kooperatywa, czyli użytkowanie jednego pojazdu np. przez trzy gospodarstwa. Niestety to na razie mało realne.

Tadek i nasz domowy kompost

Tadek i nasz domowy kompost

Gdybyś miał wybrać jedną z pięciu zasad ZW: odmawiaj, ograniczaj, używaj ponownie, recyklinguj i kompostuj, która wydaje Ci się najtrudniejsza?

Na pewno kompostuj. Nie mówię o sobie, tylko o innych, z którymi o tym rozmawiam. Ludzie zwykle nie mają gdzie i jak kompostować ani tym bardziej co zrobić z pozyskanym w ten sposób kompostem. Nie każdy ma działkę jak my, a miejskich kompostowników jest kilka na całą Warszawę – jeden na kilkaset tysięcy mieszkańców, jeden na sto czy więcej kilometrów kwadratowych.

Umiesz odmawiać? Bo że ograniczasz konsumpcję, wiem.

Sześć lat temu postanowiłem, że nie będę jadł słodyczy. Zderzenie tego z naszymi społecznymi obyczajami daje naprawdę dobry trening odmawiania. To czasem jest wręcz faux pas, ale biorę to na klatę. Jestem w tym bardzo dobry.

Nie ma złej pogody na rower!

Nie ma złej pogody na rower!

Rower: dla wielu osób jesteś symbolem kogoś kto jest zrośnięty z tym środkiem komunikacji. Czy zgodzisz się, że jest to pojazd zeroemisyjny? Tak jest pokazywany w porównaniu do samochodów.

W uproszczeniu – tak. Nie ma zresztą lepszego środka transportu. Chodzenie pieszo jest bardziej dosłownie zeroemisyjne, ale niezbyt efektywne – pieszy przemieszcza się wolno i na małe odległości, w dodatku nie może przenosić dużych ładunków, co na rowerze nie stanowi problemu.

Uproszczenie polega na tym, że rower emituje trochę CO2, głównie pośrednio. Po kolei:

  • produkcja i transport roweru i części, które się w nim wymienia w trakcie użytkowania, to emisja pośrednia,
  • zasilanie oświetlenia bateryjnego (zwłaszcza w sezonie jesienno-zimowym) i innych urządzeń – to również emisja pośrednia,
  • napędzanie roweru to już emisja pośrednia i bezpośrednia – kalorie, które się spala, trzeba pozyskiwać. Rowerzysta więcej je, co z prostych biologicznych przyczyn powoduje emisję bezpośrednią, ale też przyczynia się do pośredniej, bo jedzenie trzeba jakoś wyprodukować, przewieźć i przetworzyć.

Nazwijmy to szukaniem dziury w całym – rower i tak wygrywa. 

A co myślisz o swoim gospodarowaniu zasobami żywnościowymi? Zdarza Ci się marnować jedzenie?

To akurat kwestia wychowania, że do marnowania jedzenia mam bardzo surowy stosunek. Nie toleruję tego, bardzo mnie wkurza i boli, kiedy ktoś marnuje jedzenie. Nie umiem sobie przypomnieć, kiedy ostatnio coś zmarnowałem. Chyba rok temu, jak zebraliśmy tak dużo jabłek, że nie zdążyliśmy ich zjeść ani przerobić, a nie rozdawaliśmy wystarczająco sprawnie. Parę kilo poszło na zmarnowanie i pamiętam, że było mi z tym bardzo źle. 

Wiele osób dążących do życia ZW uważa, że mięso jest jednym z najbardziej zaśmiecających planetę produktów żywnościowych. W naszym koszu na śmieci główne odpadki (poza dziwnymi produkcjami naszych dzieci) to opakowania po ekologicznym mięsie i nabiale. Wyobrażasz sobie, że rezygnujemy z tych produktów?

Nie. W lecie okresowo rezygnuję z mięsa, ale nie z nabiału. Mam świadomość, że jedzenie mięsa jest bardzo złe dla planety, dlatego staram się ograniczać jego spożycie. Na tyle mnie stać.

Gąbka syntetyczna kontra myjka konopna

Gąbka syntetyczna kontra myjka konopna

Wiem, że nie wszystkie rozwiązania ZW w naszym domu Ci odpowiadają. Nie narzekasz na kubeł wyłożony reklamami, ale denerwuje Cię myjka konopna do naczyń. Wygoda jest dla Ciebie najważniejsza? A może oszczędność czasu? Jeśli Ci powiem, że myjka konopna i szczotka do naczyń starczą na lata i nie tylko zapobiegną zakupowi gąbek ze sztucznego tworzywa, ale dadzą oszczędności – nie będzie łatwiej przekonać się do takiej formy zmywania?

Myjka konopna mnie denerwuje, bo nie myje, a potrzebuję czasem coś umyć. To nie jest kwestia wygody, tylko podstawowej potrzeby domycia garów. Oszczędność może być dobrym argumentem dla nieprzekonanych, ale nie powinna być jedynym. Oszczędne i ekologiczne rozwiązania muszą też działać.

Jesteś redaktorem, więc pytanie podchwytliwe. Papier czy e-book?

To nie takie proste. Bo niby e-book, ale np. dzieci potrzebują jednak papieru, a pomysły, żeby podręczniki zastąpić tabletami, są chore i szkodliwe. Niektóre książki ze względu na walory estetyczne nie nadają się do przerobienia na e-booki.

Mam też w miarę świeżą anegdotkę. Niedawno ukazała się książka Pablopavo, czy raczej Pawła Sołtysa, „Mikrotyki”. Chcę ją, ale nadal jej nie kupiłem, bo nie mogę się zdecydować, czy papier, czy e-book. Na e-booku autor nie wpisze mi dedykacji! Zapytałem Pawła, co zrobić, a on odpowiedział, żebym kupił jedno i drugie.

Ograniczaj się!… Na koniec jeszcze jedno ważne pytanie. Kiedy rok temu wróciłam z konferencji Bei Johnson i powiedziałam, że od dziś wprowadzamy restrykcje ZW, popukałeś się w głowę. Dziś, patrząc na nasze/moje wybory, dalej czujesz, że mieszkasz z ekoświrem?

Spójrz na mnie. Nadal się pukam w czoło.

Tadek i zero waste

Tadek i zero waste

05 I2014

Pytania o weganizm: rozmowa z Katarzyną Biernacką

by joanna

Odkąd przeczytałam książkę „Jeść przyzwoicie” Karen Duve, moje wyobrażenie o istnieniu świata szczęśliwych kur/krów legło w gruzach. Autorka brała udział w akcjach uwalniania drobiu z ferm i przy tej okazji mogła porównać, jak wygląda chów klatkowy z chowem ekologicznym. Co z tego, że ptaki mają wolny wybieg, skoro kur są tysiące i do wyjścia z kurnika przedostanie się może kilkaset? (Według zapewnień pewnego polskiego hodowcy zielononóżek jego kury mają łatwy dostęp do kilku wyjść z kurnika, „a ile z nich z tego korzysta – nikt nie sprawdza” – śmiał się nieco z mojego pytania).

A krowy z logo Demeter – czyż nie są tak samo wykorzystywane do produkcji mleka jak te „przemysłowe”?

wymiona

Krowie mleko tylko dla cieląt?

To oczywiście nie koniec rozterek. Mięso, nabiał, produkty skórzane oraz odzwierzęce – to wszystko jest częścią naszej codzienności, kultury. Podobnie jak dzikie zwierzęta w cyrku czy zoo.

Wierzę, że ludzie nie są z gruntu źli i dzisiejszy świat wygląda jak wygląda, bo ludzie są nieświadomi cierpienia, które istnieje za murami ferm. Łańcuch towarowo-usługowy jest tak długi, że konsument – odseparowany od pierwotnego produktu – nie ma pojęcia, jak wygląda hodowla zwierząt.­­ Ale to się – powoli, bo powoli – zmienia.

1404471_10151999255749140_1823725929_o

Empatia

Stowarzyszenie Empatia jest organizacją działającą na rzecz upowszechniania wiedzy na temat weganizmu, w praktyce jego członkowie zajmują się również edukowaniem społeczeństwa w zakresie praw zwierząt. Weganizm jest przecież świadomym wyborem wynikającym z decyzji, będącej z kolei konsekwencją wiedzy. Idea niejedzenia produktów pochodzenia zwierzęcego (w tym miodu), nienoszenia ubrań pochodzenia zwierzęcego (w tym wełny), nieużywanie kosmetyków testowanych na zwierzętach lub zawierających składniki pochodzenia zwierzęcego (w tym wosk pszczeli i lanolina) opiera się na założeniu, że krzywdzenie zwierząt  (zadawanie im cierpienia i zabijanie) nie jest usprawiedliwione, gdyż – przeciwnie do lwa zabijającego gazelę na sawannie – mamy możliwość wyboru.

1461808_10152033675919140_1093089760_n

Porozmawiałam na ten temat z Katarzyną Biernacką ze Stowarzyszenia Empatia, przez kilka lat jego prezeską, dziś członkinią zarządu. – Nazwa naszego stowarzyszenia mówi sama za siebie, chcemy wzbudzać empatię wobec innych istot, nie tylko ludzi, ale także zwierząt pozaludzkich, szczególnie tych hodowanych na mięso, mleko czy jajka. Nasze działania są skierowane na konsumentów, uświadamiamy tych, którzy kupują, nie zajmujemy się hodowcami. Staramy się także oddziaływać na polskie prawo. W tej chwili jest szansa na nowelizację ustawy o ochronie zwierząt, która wyeliminowałaby hodowle zwierząt na futra, a także wykorzystywanie zwierząt w cyrkach w naszym kraju.

Dzikie, domowe i te trzecie

– Choć w artykule 1. Ustawy o ochronie zwierząt jest zapisane: „zwierzę nie jest rzeczą”, to tak naprawdę mało kto myśli o tych zwierzętach, które hodujemy i systematycznie zabijamy – mówi Kasia Biernacka. – Zajmujemy się naszymi domowymi pupilami, przywiązujemy się do nich, dbamy o nie, myślimy o ich potrzebach i rozumiemy ich uczucia. Ale te zwierzęta, które przychodzą na świat, aby spełnić nasze zachcianki i umrzeć, nie mieszczą się w naszym wyobrażeniu istot, które tak samo czują, myślą, chcą żyć, jak nasi domowi ulubieńcy. Tak jak widzimy pewne podobieństwo między nami a kotami czy psami, tak odmawiamy tego podobieństwa – zdolności do myślenia, emocji, odczuwania cierpienia – zwierzętom, które rodzą się, aby stać się produktem.

171

Rzeczywiście, myślę sobie, że wiele osób wzrusza się losem bezdomnego kotka czy pieska, może nawet interesuje się ginącymi gatunkami w Puszczy Amazońskiej czy Afryce, ale hodowla przemysłowa zwierząt jest mało atrakcyjna jako temat rozmyślań. W końcu wydaje nam się, że krowy czy kury raczej nie wyginą, mają swoje „domy” i głodne nie chodzą. Kasia Biernacka przeciwstawia się tym stereotypom: – Szczególnie w hodowli przemysłowej miejsce, gdzie zwierzęta mieszkają – np. kury w klatkach czy świnie przebywające ogromną część życia w kojcach porodowych – trudno nazwać „domem”. Z jedzeniem też jest różnie, szczególnie w wypadku chowu małych zwierząt, takich jak kury czy norki, spada znaczenie pojedynczego zwierzęcia, bo jego cena była niska, a zastąpienie kolejnym zwierzęciem też nie będzie kosztowne. Do tego, w jednej fermie mamy parę do parudziesięciu tysięcy zwierząt i parę osób z obsługi – w takich warunkach opieka weterynaryjna to czysta fikcja, nie tylko dlatego, że się nie opłaca, ale dlatego, że po prostu nie da rady obsłużyć tych wszystkich zwierząt. Tak więc zwierzęta chorują (pilnuje się głównie profilaktyki chorób wirusowych, żeby całe stado nie umarło, bo to faktycznie byłby szok ekonomiczny dla właściciela), a niektóre choroby mogą uniemożliwić jedzenie. Przycinanie dziobów kurom, żeby się nie dziobały w tłoku, to okaleczenie, które nieraz wiąże się z trudnością w pobieraniu pokarmu albo chronicznym bólem, który zniechęca do pobierania pokarmu.

Pytam Kasi, skąd się bierze takie myślenie, że zwierzęta hodowlane nie potrzebują naszej pomocy.

– Jest duża zasłona informacyjna. Wielu rzeczy po prostu nie wiemy, 99% ludzi nie było na fermie i nie wie, jak to wygląda. Ludzie nie oglądają zakładów produkcyjnych, w dodatku mamy w sobie taką ufność do cywilizacji – wierzymy, że jest czymś dobrym i nie dopuszcza do złych rzeczy. A przecież w Polsce dopiero niedawno wprowadzono zakaz bicia dzieci!

No tak, do tego 40% Polaków dalej sądzi, że bicie dzieci jest dobre.

82

To moja prywatna sprawa

Ludzie uważają, że tak jak chowanie potomstwa jest sprawą prywatną, tak i w traktowanie zwierząt nie powinien wtrącać się nikt z zewnątrz. Tymczasem z wielu powodów tak nie jest.

– Weźmy choćby fermy, gdzie hoduje się zwierzęta na futra– mówi Kasia. – Pierwszym, najważniejszym powodem, dlaczego fermy są złe, jest fakt traktowania ich bezbronnych mieszkańców jak przedmioty, jak przyszłe produkty. A przecież zwierzę nie jest rzeczą. Na fermach dzieją się takie rzeczy, że te miejsca są zagrożeniem dla środowiska, produkują mnóstwo zanieczyszczeń i nikt nie chce mieć ich w swojej okolicy, ponieważ przeraźliwie śmierdzą. A w naszym kraju ferm jest sporo, co wynika z zakazów hodowania zwierząt na futra w innych krajach.

(Tu przeczytacie więcej o fermach futerkowych i faktycznym traktowaniu żyjących tam zwierząt, zwłaszcza raport „Drapieżny biznes. Konsekwencje hodowli norek w Polsce dla zwierząt, ludzi i środowiska”)

Porażająca jest też dychotomia w naszym myśleniu o zwierzętach hodowlanych, co jest usankcjonowane prawnie. Kura mieszkająca na fermie ma do swojej dyspozycji powierzchnię mniej więcej kartki A4. – To mniej niż ma mój kot w transporterku, a przecież nie trzymałabym w nim kota przez cały dzień – mówi Kasia. – Podejrzewam, że kura jest nawet bardziej ruchliwa, a musi spędzać w takiej klatce całe życie… które notabene trwa zwykle rok lub dwa lata, bo później jej trzymanie przestaje się opłacać. Zresztą warunki ferm także wynikają z oszczędności – zwierzętom nie da się więcej, niż wymaga tego prawo, bo liczy się każda złotówka.

Dobre życie, zła śmierć

Zadałam Kasi dwa ważne dla mnie pytania. Po pierwsze, co, jeśli chcemy/musimy jeść mięso, ale trudno nam się pogodzić z faktami, jak zwierzęta są traktowane. Są przecież miejsca, gdzie zwierzęta żyją dobrze. Po drugie, produkty odzwierzęce takie jak wełna mogą pochodzić ze źródeł, co do których mamy pewność, że zwierzęta żyły w zgodzie ze swoją naturą (np. tradycyjny wypas owiec).   Katarzyna odpowiedziała stanowczo: – Nawet jeśli zwierzęta mają dobre warunki, to tylko dopóty, dopóki przynoszą zysk. Kiedy są już niewydajne, zostają zabite.

To fakt, nawet w „szczęśliwych” gospodarstwach „szczęśliwe” zwierzęta nie umierają naturalnie, bo to się nie opłaca. Myślę, że to samo dotyczy krów z logo Demeter, które są hodowane na mleko. Podobno dba się o nie jak o domowych pupili, leczy homeopatią, zapewnia komfortowe warunki. A zarazem zmusza do nienaturalnej produkcji mleka, które kiedyś się kończy. I co wtedy?

„Ubój zwierząt wymaga szczególnej staranności i uwagi. Trzeba mieć świadomość, że całe przetwórstwo mięsa rozpoczyna się z [chwilą] śmierci istoty żywej i jej duszy. Względy etyczne i moralne wymagają takiego traktowania zwierząt podczas transportu i uboju, by stres, strach, pragnienie i ból ograniczyć na ile jest to tylko możliwe. Długość transportu należy skracać na tyle, na ile jest to możliwe, dlatego też zwierzęta powinny być ubijane w regionie, w którym były chowane” – wyjątek z dokumentu „Kryteria produkcji dla Demeter, rolnictwa biodynamicznego® i pokrewnych chronionych znaków handlowych” http://www.demeter.org.pl/downloads/Kryteria_Produkcji_Demeter_2009.pdf

– Jeśli ktoś faktycznie nie miałby wyboru i musiał jeść produkty pochodzenia zwierzęcego – mówi Kasia – takiej osobie powiedziałabym, żeby jadła tyle, ile musi. Jestem jednak przekonana, że prawie każdy może skomponować jadłospis w taki sposób, aby wykluczyć produkty pochodzenia zwierzęcego (o czym niżej).

Dobre życie, dobra śmierć, dobra wełna?

Znam bardzo dobrze pewne gospodarstwo pod Warszawą, w którym mieszkają owce i kozy dlatego, że ich właścicielka kocha zwierzęta. Kilka dni temu spytałam ją o to, co myśli o ograniczeniach związanych z weganizmem i czy strzyże swoje owce?

– Nasze kozy i owce żyją po to, żeby żyć, umrą, kiedy nadejdzie ich pora – odpowiedziała. – Strzyżemy je i doimy – wełnę grępluje moja mama, a mleko pojawiło się samo, kiedy bezdzietna koza pozazdrościła koleżankom-matkom i sama napełniła wymiona – bez dojenia mogłaby zachorować. Nie czuję, że wykorzystuję moje zwierzęta, mieszkają z nami prawie jak domowi pupile. Wychodzą na powietrze, pasą się na łąkach, nikt ich nie zamierza zjeść.

Takie podejście można by uznać za dwuznaczne: owce i kozy są hodowane (i rozmnażane) dla kaprysu człowieka. Ale czy w ogóle trzymanie zwierząt w domu nie jest kaprysem? Nie każdy właściciel psa czy kota bierze zwierzaka ze schroniska (zgadzam się, że powinien). Gdzie przebiega granica w dawaniu azylu i dobrego życia zwierzętom hodowlanym, gdzie zaczyna się egoistyczne spełnianie zachcianek o własnej zagrodzie? Czy Karen Duve, trzymająca w obejściu konie, muły czy kury, postępowała źle?

216

Weganizm a sprawa polska

Kasia Biernacka widzi coraz większe zainteresowanie weganizmem, rozumianym jako osobiste odstąpienie od wykorzystywania zwierząt. – Jest duży postęp, duże zainteresowanie, może nawet jakaś moda… Na świecie pojawia się coraz więcej organizacji działających na rzecz weganizmu, coraz więcej lokali gastronomicznych , produktów… W Polsce liczba samych wegan to pewnie około 1%, ale temat staje się coraz bardziej popularny. Nasze akcje „Weganizm – spróbujesz?” czy Tydzień weganizmu mają co roku większe grono odbiorców. Niestety, wciąż jest mało publikacji na ten temat w języku polskim. Podczas Tygodnia Weganizmu gościmy m.in. Małgorzatę Desmond, chyba najbardziej znaną polską dietetyczkę, która wspiera osoby niejedzące produktów odzwierzęcych.

Nie jedz, jeśli nie musisz

Znana amerykańska dietetyczka Virginia Messina (tu wywiad z nią: http://empatia.pl/str.php?dz=118&id=816&str=6) twierdzi, że nie ma żadnych przeciwwskazań, aby stosować dietę roślinną. Nawet w ciąży i w okresie laktacji (Messina napisała specjalną książkę dla weganek, gdzie udziela konkretnych rad dietetycznych, tu fragmenty po polsku: http://www.weganizm.info/zwierzece-matki-virginia-messina/, tu można kupić książkę: http://wegarnia.pl/sport-i-zdrowie/109-vegan-for-her-virginia-messina.html).

Tak jak wyobrażam sobie zrezygnowanie z ubrań, które zostały uszyte kosztem życia zwierząt (są już wegańskie martensy!), i nie chcę myć się mydłem, które zawiera sodium tallowate (tłuszcz zwierzęcy), tak do wielu kwestii muszę jeszcze dojrzeć. Dochodzę do podobnego wniosku, co Karen Duve w „Jeść przyzwoicie”: ograniczenie konsumpcji produktów odzwierzęcych jest już krokiem w dobrą stronę. Duve miała wątpliwości: ubrania ze skóry ekologicznej są wykonane z tworzyw sztucznych, prawdopodobnie ropopochodnych. Gdzie tu ekologia? Kasia Biernacka przywołuje jednak raport (Assessing the Environmental Impacts of Consumption and Production UNEP, 2010), który mówi wyraźnie, że nic – żadna produkcja oparta na wydobyciu ropy naftowej – nie zanieczyszcza tak naszej planety, jak masowa hodowla zwierząt oraz uprawa pól pod paszę. – Nie powinniśmy też myśleć o skórach jako o produkcie ubocznym pozyskiwania mięsa – mówi Kasia. – To jest dodatkowy zysk dla hodowców, który tylko wzmacnia cały przemysł.

Może niektórzy nazwą mnie hipokrytką, bo przekładam swoje upodobania kulinarne i wygodę nad niedokładanie do krwawego interesu. Mimo wszystko dziś byłoby naszej rodzinie zbyt trudno, gdy mamy restrykcyjne ograniczenia z powodów zdrowotnych. To jest jednak temat, który jest ciągle obecny w mojej głowie i kto wie, jaką ścieżką kulinarną w końcu pójdziemy…

Do samodzielnej lektury:

Szowinizm gatunkowy – http://pl.wikipedia.org/wiki/Szowinizm_gatunkowy

Materiały dla rodziców małych wegan (zalecenia dietetyczne, po polsku) – http://empatia.pl/zdrowie/?dz=118&id=816

Stowarzyszenie Otwarte Klatki – http://www.otwarteklatki.pl/

Koalicja na Rzecz Zakazu Hodowli Zwierząt Futerkowych w Polsce – http://antyfutro.pl/

Cyrk bez zwierząt – http://cyrkbezzwierzat.wordpress.com/

Zdjęcia pochodzą z zasobów Stowarzyszenia Empatia

http://empatia.pl/

https://www.facebook.com/EmpatiaPL

02 XII2013

„Dlatego nie jemy zwierząt” – recenzja

by joanna

Tej książki byłam ciekawa od dawna. Po pierwsze, interesują mnie książki dla dzieci – bo jestem mamą i redaktorką. Po drugie, w Polsce weganizm/wegetarianizm dzieci zawsze łączy się z kontrowersjami, nieporozumieniami i często stanowczą negacją dietetyków i lekarzy. (A właśnie czytam polską książkę kucharską dla malutkich wegetarianów – to jest dopiero bomba!). Po trzecie, chciałabym być weganką albo choć wegetarianką i podpatruję trochę wegerodziny.

dlatego_0

„Dlatego nie jemy zwierząt. Książka o weganach, wegetarianach i wszystkich żywych istotach” Ruby Roth (Cień Kształtu, Warszawa 2013) jest lekturą wymagającą zaangażowania, ponieważ poruszane są tu zagadnienia, o których dzieci nie mają pojęcia. Myślę, że bardzo rzadko niewegetariańscy rodzice rozmawiają z potomstwem o tym, skąd się bierze mięso, co to jest parówka, z czego zrobiona jest wędlina. Chyba w większości jesteśmy (my, mięsożercy) zupełnie obojętni, czy nasz obiad składa się z cierpienia żywej istoty. W ogóle wyrzuciliśmy śmierć poza nawias, zabijanie zwierząt zmechanizowaliśmy, kupujemy fragmenty kury czy wołu nieprzypominające ptaka czy ssaka. Skoro sami nie chcemy o tym myśleć, to dlaczego mamy o tym rozmawiać z dziećmi?

dlatego_1

Książka zmusza nas do zastanowienia się nad sposobem pozyskiwania mięsa i kosztami jego produkcji. W warstwie tekstowej mamy krótkie opowieści o tym, jak żyją zwierzęta na wolności, co lubią, że mają swoje humory, że są mądre, rodzinne i zdolne do silnych uczuć. Niestety, w niewoli tracą możliwość podążania za instynktem, są sztucznie karmione, trzymane w ciasnych pomieszczeniach, oddzielone od rodziny. W dodatku hodowle przemysłowe powodują zanieczyszczenie środowiska, tak jak masowe wyławianie ryb z mórz czy wycinanie lasów deszczowych.

Bezpośrednie przesłanie książki jest proste: szacunek wobec naszej planety to szacunek wobec zwierząt i roślin. Dlatego nie jemy zwierząt – mówi narrator.

Oczywiście, choć historyjki są napisane prostym językiem, nic tu nie jest proste. Autorka podeszła do tematu bez oskarżania kogokolwiek o stan rzeczy – ona pokazuje, jak dziś żyją zwierzęta hodowlane. To, co jest niedopowiedziane, musi młodym słuchaczom dopowiedzieć lektor – ludzie hodują zwierzęta, żeby je zjeść. Hodują je w strasznych warunkach, żeby uzyskać jak najwięcej mięsa za jak najmniej pieniędzy. Robią to kosztem środowiska. Przez co trują planetę, która jest ich domem.

dlatego_3

Mój starszy syn (niecałe 4,5 roku) długo nie był zainteresowany książką. Przyznam, że nie wiem, czemu, może chodzi o dosyć dziwne ilustracje?  (Autorka książki jest jednocześnie autorką obrazów). Moim zdaniem, tak jak treść jest odpowiednia dla kilkulatka, tak obrazy są niejednoznaczne, często zbyt udziwnione. J. pytał mnie parę razy, co to za zwierzę (chodziło o nosorożca, goryla, słonia, małpkę). Ilustracje są raczej dla dorosłych i mnie osobiście nie wszystkie przypadły do gustu z powodu karykaturalnej kreski (świnki czy krowy). Z pewnością jednak kryje się w nich duży ładunek emocjonalny – zestawienie szczęśliwych zwierząt z żyjącymi w niewoli jest dobrze skontrastowane.

dlatego_2

Jako redaktorka zwróciłam uwagę na błędy – głównie interpunkcyjne – liczę na to, że kolejne wydanie będzie ich już pozbawione. W ogóle mam nadzieję, że będzie kolejne wydanie, bo takie książki są bardzo potrzebne.

„Dlatego nie jemy zwierząt” niekoniecznie jest przeznaczona dla tych, którzy nie jedzą mięsa. Wręcz przeciwnie – wspólna lektura, pod warunkiem, że połączona z rozmową z dzieckiem, przypomni mięsożercom, jak naprawdę wygląda świat. Uwrażliwi najmłodszych na krzywdę zwierząt, to na pewno. Mój synek bardzo się zmartwił, że gęś (kaczka?) na obrazku jest zraniona i dopytywał, dlaczego te ptaki w klatce mają rany.

Bądźmy mądrymi rodzicami i nie ukrywajmy przed dziećmi prawdy o tym, co jemy. Bądźmy mądrymi konsumentami i jeśli jemy mięso, wspierajmy małe hodowle, gdzie zwierzęta po prostu żyją lepiej. Zrezygnujmy z nabiału, który jest pozyskiwany od krów-niewolnic. Kupujmy odpowiedzialnie.

Za zdjęcia i wypożyczenie książki do recenzji dziękuję Mikołajowi Jastrzębskiemu.

logo2

10 VII2013

„Etyka w modzie” – recenzja

by joanna

Książkę „Etyka w modzie” Magdaleny Płonki (wydaną nakładem MSKPU, Warszawa 2013) przeczytałam już dawno, ale ponieważ jest to lektura pozostawiająca niedosyt i zachęcająca do poszukiwań różnych odpowiedzi, nie chciałam tak po prostu opisać książki. W związku z informacjami zawartymi w „Etyce…” rozpoczęłam pewne poszukiwania, które trwają, ale których częściowe rezultaty już mam.

ATT00048 (więcej…)