22 IV2014

„Głosy rewolucji żywnościowej” – recenzja

by joanna

Książka autorstwa ojca i syna – Johna i Oceana Robbinsów – to zbiór wywiadów przeprowadzonych pod kątem tematu zdrowego odżywiania (dieta roślinna jest tu ukazywana jako najzdrowsza) i zrównoważonego podejścia do zasobów naszej planety. 

glosy-rewolucji-zywnosciowej

John Robbins to weteran walki o upowszechnianie wiedzy o zdrowym odżywianiu, który postanowił porozmawiać z dwudziestoma osobami ważnymi dla osób interesujących się pochodzeniem pokarmu z własnego talerza. I tak mamy tu rozmowy (podzielone tematycznie) z:

  • Deanem Ornishem (dla mnie najciekawsze: czy orzech kokosowy jest zdrowy?),
  • Caldwellem Esselstynem (choroby serca a dieta),
  • Nealem Barnardem (cukrzyca a dieta),
  • Colinem Campbellem (białka zwierzęce, The China Study),
  • Joelem Fuhrmanem (dieta G-BOMBS, suplementy – m.in. kwas foliowy w postaci tabletek może przyczyniać się do rozwoju raka),
  • Jeffreyem Smithem (dla mnie zdecydowanie najciekawszy tekst, ponieważ zawiera sporo faktów na temat szkodliwości GMO – szkoda, że brakuje bibliografii),
  • Vandaną Shivą (jak się bronić przed Monsanto),
  • Billem McKibbenem (bydło a globalne ocieplenie),
  • Ronnie Cumminsem (żywność organiczna – czy można nawozić ją ludzkimi odchodami?),
  • Genem Baurem (humanitarne jedzenie),
  • Nicolette Hahn Niman (humanitarna hodowla zwierząt),
  • Rory Freedman (Skinny Bitch, weganizm),
  • Rajem Patelem (głód na świecie),
  • Michelem Simonem (zły przemysł żywnościowy),
  • Dennisem i Elizabeth Kucinichami (aktywiści na rzecz zdrowej żywności),
  • Morgan Spurlock (Supersize me),
  • Nikki Henderson (aktywistka na rzecz zdrowej żywności, prowadząca różne programy aktywizująca społeczności lokalne),
  • Frances Moore Lappe (pożywienie a nadzieja),
  • Kathy Freston (weganizm i duchowość),
  • Marianne Williamson (odchudzanie i duchowość),
  • na koniec Ocean Robbins rozmawia z Johnem Robbinsem.

Mam do tej książki stosunek ambiwalentny i wcale nie dlatego, że jem mięso (choć tylko z hodowli ekologicznych). Przede wszystkim chodzi o to, że została napisana dla Amerykanów i nie odpowiada mi stosunek istotnych informacji do tych mało ważnych lub partii tekstu irytująco skupionych na uprzejmym klepaniu się po plecach rozmówcy z autorem wywiadu.

Najbardziej zainteresowały mnie rozmowy poświęcone GMO, jako jedyne przyniosły mi jakąś nową wiedzę i usystematyzowały to, co już wiedziałam. Wiele partii tekstu było dla mnie po prostu nudne, bo amerykańska rzeczywistość polityczna i jej niuanse nie do końca przystają do naszej sytuacji. Poza tym wywiady w dużej mierze opierają się na założeniu, że czytelnik bezkrytycznie podziela poglądy autorów. Widziałabym w tych tekstach choć odrobinę polemiki, ziarno wątpliwości. A może globalne ocieplenie to mit? A William Davis miał rację, i to pszenica nam szkodzi, a nie mięso? Czy tłuszcze nasycone rzeczywiście powodują choroby serca?

Rewolucja żywnościowa, miejmy nadzieję, naprawdę nadejdzie. Wszystkie głosy są ważne. Książka Robbinsów pokazuje, że na szczęście są na świecie ludzie świadomi potrzeby zmian. Czy jest ich wystarczająco dużo? Czy przekonają innych do porzucenia śmieciowego jedzenia?

Czy polecam tę książkę? Nie wiem. Myślę, że nie jest przeznaczona dla Polaków, którzy jeśli są świadomi, nie znajdą w niej niczego nowego. A ci nieświadomi i mniej zainteresowani raczej jej nie przeczytają. Traktuję ją jako ciekawostkę, ale chyba jednak nie rewolucyjną…

Dziękuję Wegarnia.pl za pożyczenie książki do recenzji.

05 XI2013

Przepis na mleko owsiane

by joanna

owsiane_5

Mleko owsiane stało się w naszym domu produktem spożywczym pierwszej potrzeby, odkąd mamy pewność, że 4/4 naszej rodziny absolutnie nie może mieć nic wspólnego z mlekiem krowim i kozim (przeczytaj: „Alergia na mleko i błąd erzacu”). Mleko owsiane pijemy wszyscy (zamiennie z ryżowym) i do niedawna po prostu je kupowałam. Lubiłam wersję wzbogaconą w wapń, ale tu przeczytałam, że wapń spowalnia wchłanianie cennych składników mleka owsianego, takich jak cynk, choć z drugiej strony wapń neutralizuje fityniany (obecne m.in. w surowych ziarnach zbóż; również zaburzają wchłanianie np. żelaza i wapnia).

(więcej…)

22 VI2013

Yatra znaczy pielgrzymka

by joanna

Kiedy patrzę na takie osoby jak Marta Kotlarska, myślę, że fajnie widzieć kogoś, kto spełnia moje marzenia o dalekich podróżach, poznawaniu ciekawych ludzi i wpadaniu na pomysł, jak szukać wspólnego języka między kulturami.

Marta nie tylko jeździ po świecie, ale wymyśla i realizuje niezwykłe projekty, zamienia pomysł w rzeczywistość: książkę, zdjęcie, międzykulturową współpracę. Do takich projektów należą między innymi warsztaty z fotografią otworkową, realizowane na warszawskiej Pradze oraz w Londynie (http://www.akademiapstryk.pl/), a także zaangażowanie romskich dzieci żyjących w Wielkiej Brytanii w powstanie książki „Romano Bumburumbum” (można ją obejrzeć tu).

mk_romano_bumburumbum_14

To nie wszystkie rzeczy, jakich podjęła się Marta – ciekawym polecam jej stronę http://martushkafromeast.blogspot.co.uk/

Tym razem jako Martushka Fromeast, razem z koleżanką Anną Udowicką, postanowiła udokumentować zjawisko pielgrzymowania w hinduizmie.

Dziewczyny postanowiły najpierw pojechać do Syabru Bensi w Nepalu i tam pracować z mieszkańcami wioski:

W Syabru Bensi bazą projektu będzie piekarnia Polska, jeden z pierwszych polskich projektów pomocowych na terenie Azji Południowej, oraz lokalna szkoła – znajdujące się w starej części Syabru, leżącej bezpośrednio na pieszym szlaku do Doliny Langtang oraz do jeziora Gosaikunda. Podczas pleneru  fotograficznego prowadzonego z grupą dzieci z Syabru przygotowane zostaną zdjęcia ilustrujące lokalną opowieść związaną z jeziorem Gosaikunda. Wystawa tych prac zostanie pokazana w przestrzeni publicznej w wiosce SyabruBensi w okresie święta Jainai Purima oraz w Kathmandu, a następnie zawędruje też do Polski.

IMG_5763

Następnie udadzą się na dwie pielgrzymki: Gosaikunda Yatra (do jeziora położonego na wysokości 4380 m n.p.m.) oraz Nanda Devi Raj Yatra, aby uwiecznić je na fotografiach. Szczególnie ciekawa jest ta druga:

Jest to bardzo rzadkie wydarzenie. Odbywa się co 12 lat. Ostatnia Raj Yatra miała miejsce w roku 2000. Jest to najdłuższy trekking religijny na świecie. Tysiące wyznawców mijają na swej drodze jezioro Roopkund, owiane sławą dzięki znajdującym się na jego brzegach setkom ludzkich szkieletów. Lokalna legenda opowiada historię króla Kanauj, Radży Jsdhaval, który ze swą ciężarną żoną, służącymi oraz trupą tancerzy zginął w burzy gradowej w pobliżu jeziora Roopkund.

Trasa pielgrzymki przechodzi przez obszary górskie, na których panuje bogini Nanda, w kierunku szczytu Gaungati, który jest uważana za mieszkanie jej małżonka, Lorda Shiwy. Wizerunek bogini oraz podarunki dla niej są niesione w procesji przez bosonogich wyznawców, którzy zatrzymują się na noc w kolejnych miejscowościach. Niesionych jest także ponad 300 idoli i kolorowe parasole. Pielgrzymka jest metaforycznym nawiązaniem do wędrówki, którą odbywa kobieta w dniu ślubu, kiedy tradycyjnie przenosi się z domu rodzinnego do domu rodziny męża. Z tego powodu jest ważną metaforą kobiecego losu w tradycyjnej kulturze hinduskiej.

Aby to fotograficzne wyzwanie mogło się udać, dziewczyny muszą zebrać 2,5 tysiąca funtów. Każdy może wesprzeć ich projekt, wpłacając dowolną kwotę za pomocą platformy kickstarter – tu: http://www.kickstarter.com/projects/593383308/hindi-yatras Mają czas tylko do 14 lipca.

yatra01

Zachęcam do przyjrzenia się bliżej temu, co Marta już zrobiła i co zamierza – moim zdaniem każde działanie na rzecz naszej planety powinno zaczynać się od ludzi. Im więcej wiemy o sobie nawzajem, tym więcej w nas szacunku do innych kultur, więcej pokory i chęci poszukiwania dobrych rozwiązań. Trzymam kciuki za Martę i jej Yatra Project!

02 V2013

Kibuc Lotan: permakultura na pustyni

by joanna

English version (extended)

lotan_1

Niedawno Organiczni odwiedzili Ghanę – pozostajemy w gorącym klimacie! Tym razem zapraszam Was do… Izraela. Ten ciekawy pod wieloma względami kraj (politycznie również, ale to nie blog o polityce) słynie między innymi z kibuców – realizacji wizji małych społeczności prowadzących niemal samowystarczalne gospodarstwa. Wizja łącząca założenia syjonizmu z socjalizmem była w dużej mierze utopijna, jednak kibuce istnieją do dziś, choć niekoniecznie w takiej formie, o jakiej myślano sto lat temu.

Społeczności, w których nie ma własności prywatnej, jest w miarę sprawiedliwy podział obowiązków, a wszyscy pracują dla wspólnego dobra, są obecne w różnych postaciach, z czego nie zawsze zdajemy sobie sprawę. Choćby squaty, które z ekologią i permakulturą (zrównoważonym rozwojem, dążeniem do budowania systemów równowagi ekologicznej w otoczeniu człowieka) mają bardzo dużo wspólnego.

lotan_6

Przedstawiam Wam rozmowę z Alexem Cicelskim, założycielem kibucu Lotan – szczególnego miejsca na mapie Izraela, które w tym roku obchodzi swoje trzydziestolecie.

J.B. Alex, twoje nazwisko brzmi polsko…?

A.C.: Cicelsky pochodzi od polskiego „cieśla”. Urodziłem się w Stanach Zjednoczonych, moi dziadkowie uciekli tam przed II wojną światową.

Zanim przyjechałem do Izraela, studiowałem rolnictwo, spawanie i projektowanie. Tu [na Pustyni Arava], w wieku 22 lat, założyłem kibuc Lotan.

Kibuc powstał w 1983 roku. Jakie były jego początki?

Kiedy przybyłem do kibucu, nie było w nim dosłownie niczego: jedno drzewo, tylko skały i piasek aż po horyzont. Zasadziliśmy daktylowce, zbieraliśmy cebulę, melony, kukurydzę i pomidory; w miesiącach zimowych stosowaliśmy nawadnianie kropelkowe. Zbiory wysyłaliśmy do europejskich sklepów i zużywaliśmy na własne potrzeby. Czas mijał, społeczność rosła, pary się pobierały, rodziły się dzieci… Dziś Lotan to małe miasteczko z 200 mieszkańcami.

lotan_8

Jak opisałbyś kibuc Lotan?

Jesteśmy zorganizowaną, rosnącą społecznością o nastawieniu ekologicznym, praktykującą egalitarny judaizm postępowy. Skupiamy się na poszanowaniu i wzmacnianiu indywidualnych zdolności naszych mieszkańców. Nie jesteśmy społeczeństwem idealnym, ale staramy się żyć według pewnych ideałów – dbania o siebie nawzajem, bycia zdrowymi i aktywnymi mieszkańcami świata. Celebrujemy rytuały związane z cyklem życia w twórczy i artystyczny sposób. I spędzamy dużo czasu na dworze.

Co jest myślą przewodnią filozofii kibucu Lotan?

Moim zdaniem – takie założenie, że to my, ludzie, jesteśmy na tej planecie aktywnymi uczestnikami tworzenia. Bierzemy odpowiedzialność za to, aby gospodarnie zaspokoić nasze potrzeby. Nasze działania mają głęboki wpływ na naturę, nawet jeśli to niezamierzone, chcemy więc rozwijać się bez szkody dla środowiska. Strategią naszej społeczności jest rozwój gospodarki i społeczeństwa, w którym wszyscy ludzie mają taką samą szansę rozwinąć swoje unikalne możliwości.

lotan_9

Czy udaje się wam żyć w zgodzie z założeniami permakultury?

Niektórzy określają permakulturę jako samowystarczalność. W naszym kibucu w produkcji żywności jest ona nieosiągalna, ponieważ lato jest zbyt gorące, aby starczyło nam jedzenia, nie mamy wystarczająco dużo wody. Zrobiliśmy duże postępy w zakresie produkcji własnej energii elektrycznej za pomocą paneli słonecznych, ale ta jest obecnie ograniczona przez regulacje rządowe oraz wysokie koszty inwestycyjne. Wyzwania związane ze środowiskiem są trudne, ale nauczyliśmy się różnych rozwiązań, wcale nie tak innych od stosowanych w środowisku miejskim – zwłaszcza teraz, gdy zmiana [globalnego] klimatu sprawia, że w miastach jest gorąco zarówno w dzień, jak i w nocy.

Ironia losu, inną definicją zrównoważonego rozwoju jest to, co skłoniło nas do wyboru miejsca kibucu. Chcieliśmy zbudować Lotan na ziemi, której nie dotyczyły konflikty terytorialne między Izraelem a jej sąsiadami. Zdecydowaliśmy się na pustynię Arava, bo w zasadzie nikt nie chciał tu żyć, nie było wątpliwości, że należy ona do Izraela.

lotan_4

Uprawiacie permakulturę na pustyni. Czy to bardzo trudne?

I tak, i nie. Ideą permakultury jest moim zdaniem rozwijanie systemów, które biorą pod uwagę ludzi w określonej społeczności, w określonym miejscu, klimacie oraz dostępne zasoby. Nasza praca zaczęła się od zainicjowania zmian, które biorą to wszystko pod uwagę. Zaczęliśmy od recyklingu – mimo niezdolności władz regionalnych do zbierania odpadów. Wykorzystujemy niebiodegradowalne elementy budowlane, włókna papieru jako dodatek do tynków i odpady organiczne jako kompost. Staramy się produkować żywność bez żadnych pestycydów, herbicydów i nawozów przemysłowych. Odkryliśmy, że możemy zamienić piasek w glebę poprzez dodanie kompostu i doprowadzenie rurami wody do nawadniania.

Do naszych ogrodów zaczęły przylatywać ptaki wędrowne, więc kupiliśmy ziemię przylegającą do kibucu – gdzie znajdowała się opuszczona kopalnia piasku. Posadziliśmy tam lucernę i utworzyliśmy nieduże zbiorniki wodne – dzięki temu powstał rezerwat przyrody dla ptaków wędrownych.

lotan_5

Opowiedz nieco więcej o tym rezerwacie.

Najlepiej pójść tam bardzo wcześnie rano. Mamy swoich przewodników – znawców miejscowej flory i fauny – którzy organizują spacery po parku właśnie o świcie, kiedy ptaki, zarówno wędrowne, jak i żyjące na miejscu, są aktywne. Po oglądaniu ptaków idzie się do jednej z ostatnich wydm po izraelskiej stronie granicy (Jordania leży zaledwie kilka metrów od kibucu!). Można zobaczyć ślady najróżniejszych zwierząt, które przychodzą tam w nocy: węży, jaszczurek, chrząszczy, skorpionów, sów, myszy i myszoskoczków, lisów, wilków, a nawet hien. Pustynia czasem wydaje się pusta, ale tak naprawdę tętni życiem. To delikatny ekosystem, zależny od naszej ochrony.

lotan_2

Jak budujecie swoje domy?

Gotowe domy okazały się zupełnie nieodpowiednie do naszego klimatu. Po kilku latach wydawania zbyt wielu pieniędzy na energię elektryczną potrzebną do schładzania ich w bardzo upalne dni i noce zaczęliśmy sprawdzać rozwiązania techniczne, dzięki którym nasze domy wykonane z naturalnych materiałów są komfortowe przy użyciu niewielkich ilości energii elektrycznej. Bele słomy i kopuły geodezyjne w domach w EcoCampusie używają mniej niż połowę energii potrzebnej do schłodzenia pomieszczeń w porównaniu do standardowych domów. Zimą ogrzewanie nie jest potrzebne w ogóle – domy nagrzewają się wystarczająco dzięki światłu słonecznemu, które przechodzi przez południowe okna.

Czy uprawiacie także rolnictwo biodynamiczne?

Leah Zigmond, nasza ogrodnik, zanim przeniosła się do Lotan, była zawodowym ogrodnikiem biodynamicznym w Zachodniej Wirginii. Przez jakiś czas prowadziła u nas uprawy biodynamiczne, ale teraz po prostu koncentruje się na uprawach ekologicznych.

lotan_7

Co uprawiacie?

Różne sałaty, szpinak, bok choy, boćwinę, brokuły, kalafior, słonecznik, słodkie ziemniaki, kukurydzę, brukselkę, cebulę, kwiaty jadalne, zioła i przyprawy – w tym bazylię, miętę i anyż – rzepę, rzodkiewki, owoce kaktusa, oliwki, guawa, morwę, figi, daktyle…

lotan_3

Czym jest Centrum Ekologii Kreatywnej?

Jest to nasza placówka edukacyjna. Oferujemy warsztaty i kursy, które trwają od jednego dnia do pełnego semestru uczelni (zrównoważona inżynieria). Najbardziej popularnym kursem są sześciotygodniowe Zielone Praktyki (mieliśmy już dwóch polskich absolwentów). To zaawansowany kurs projektowania zgodnego z permakulturą, oferujący wiele godzin praktyki w ogrodnictwie ekologicznym, budownictwie naturalnym, konstruowaniu urządzeń sanitarnych bez wody, inżynierii budowlanej „zrób to sam”, gotowania słonecznego i umiejętności budowania społeczności.

Z czego jesteście najbardziej dumni?

Z naszych dzieci i studentów. Większość z naszych dzieci wybiera roczną pracę wolontariusza, zanim wstępuje do armii [służba wojskowa w Izraelu jest obowiązkowa i dotyczy wszystkich – J.B.]. Nasi studenci robią niesamowite rzeczy w Izraelu i na całym świecie. Do ich inicjatyw należą: zarządzanie ekoedukacją parków wzorowanych na Lotan w Palestynie i Jordanii, prowadzenie kursów permakultury w Palestynie, organizowanie społeczności w Chinach, budowanie centrum dziedzictwa sztuk performatywnych w Ghanie, dzięki czemu wieś dostaje zatrudnienie, budowanie domu dziecka – farmy w Namibii, nauczanie rolnictwa ekologicznego w Kamerunie, Kenii i Nigerii, prowadzenie obozów letnich dla dzieci miejskich w Aspen Colorado, nauka vermiculture (kompostowania za pomocą robaków [sic!]) w Berkeley w stanie Kalifornia, wdrażanie ogrodów w szkołach w Cambridge (MA), Idaho, Nowym Jorku, nauczanie zdrowego gotowania na „pustyni żywności” w Lynchburg (Virginia), opracowanie dźwiękowych systemów sanitarnych [sound sanitation systems] w Ekwadorze i Peru oraz tworzenie darmowej aplikacji EcoGuide na iPhone’a, a teraz również na wszystkie komputery i smartfony: www.kibbutzlotan.com/ecoguide.

W kibucu pracują różni wolontariusze. Czy każdy może do was dołączyć?

Mamy ograniczoną liczbę miejsc dla wolontariuszy. Nasi ekowolontariusze pracują w ogrodzie, przy konserwacji terenu, są też nauczycielami, więc musimy ich angażować na dłuższy czas. Wolimy wybierać wolontariuszy z tych osób, które ukończyły nasze Zielone Praktyki. Dla tych, którzy chcą przyjechać na krótko, mamy ofertę „płać na swój sposób”. Płacą za pokój i wyżywienie, a pracują w ramach naszego zespołu i uczestniczą w niektórych zajęciach prowadzonych w trakcie pobytu.

Dziękuję za rozmowę!

Zdjęcia/pictures: Center for Creative Ecology www.kibbutzlotan.com

Informacje:

http://www.kibbutzlotan.com

www.facebook.com/lotan.ga

www.facebook.com/lotan.kibbutz

www.facebook.com/kibbutzlotan

10 III2013

Greenwashing, czyli ekościema

by joanna

Dorzucam garść mojego specjalnego składnika: ekologicznego bulionu warzywnego bez ekstraktu drożdżowego. Bardzo trudno go było dostać. Nawet w sklepie z żywnością ekologiczną jest tylko bulion z ekstraktem drożdżowym, a to nowoczesne określenie glutaminianu w wersji greenwashing, czyli ekologia dla naiwnych. Ja, jako dobra matka, nie ścierpię glutaminianu w naszej kuchni.

Charlotte Roche, Modlitwy waginy, wyd. Czarna Owca, Warszawa 2012

Czy spotkaliście się już z określeniem greenwashing? Ja nieoczekiwanie poznałam je dzięki cytowanej książce, którą czytałam już parę miesięcy temu. Z powieści Roche zapamiętałam dwie rzeczy: bohaterka ma spore problemy ze sobą, natomiast nie ma prawie żadnych z ekologią… Obiecuję, że do książki jeszcze wrócę, a dziś chcę się skupić na zjawisku nabijania w butelkę nieświadomych, a pełnych dobrej woli ekokonsumentów.

Ze zjawiskiem greenwashingu mamy do czynienia, odkąd powstał ruch ekologiczny, bo gdzie drwa rąbią, tam wióry lecą. Samo słowo pierwszy raz zostało użyte w 1986 roku przez Jaya Westervelta w artykule na temat hoteli, które pod przykrywką dbania o planetę prosiły klientów o rzadsze wymienianie ręczników.

Ileż to znamy podobnych przykładów, kiedy próbuje nam się wmówić, że jakieś rozwiązanie jest lepsze, bardziej ekologiczne? Choćby zmuszenie nas do zrezygnowania ze zwykłych żarówek na rzecz żarówek kompaktowych, które okazały się nie takie znowu przyjazne środowisku. Kiedy taka żarówka się stłucze (a to się zdarza), powstaje niemały kłopot z rtęcią. No więc jak to, wycofuje się termometry rtęciowe, a każe używać świetlówek z tym metalem?

greenwashing

Jeśli dobrze poszukamy, znajdziemy takich przykładów mnóstwo, najczęściej mniejszego kalibru. Samochody ekologiczne na prąd – to jedna z tych ekościem, które kwituję pustym śmiechem. Skąd się bierze prąd? Tylko 8% światowej energii pochodzi ze źródeł odnawialnych (elektrownie wiatrowe, wodne). W Polsce może być to około 10%. A więc nie łudźmy się, że samochód na prąd produkuje mniej spalin – on tylko produkuje je za pomocą elektrowni.

A wszystkie importowane warzywa i owoce, zwłaszcza te certyfikowane? Mam podwójne wątpliwości. Po pierwsze, jak można uznawać za ekologiczne towary, które pokonują tysiące kilometrów za pomocą samochodów i samolotów? Po drugie, chciałabym wiedzieć, w jaki sposób się je transportuje, czy faktycznie nie używa się żadnych nieekologicznych sposobów na zapewnienie im świeżości? Jeśli ktoś zna odpowiedź, niech nie milczy. Oczywiście, kupuję ekologiczne produkty importowane, ale bardzo rzadko świeże – przede wszystkim produkty paczkowane, bo nie wszystko u nas rośnie, a czasem trzeba urozmaicić dietę. Zawsze jednak pamiętam, że moim ideałem jest hasło KUPUJ LOKALNIE, KUPUJ SEZONOWO.

No i jeszcze są kosmetyki. Choćby chusteczki dla niemowląt – na opakowaniu jest napisane, że nie zawierają np. oleju mineralnego. Matka się cieszy i wkłada paczkę do koszyka. Tymczasem okazuje się, że może parafiny w nich nie ma, ale są parabeny i PEG-i. Jeszcze lepsze są etykiety informujące o braku składnika, który nie ma prawa się znaleźć w środku. Nie mówiąc o oszukiwaniu wizualnym – jaja z numerem 3 opatrzone obrazkiem kury chodzącej po polu, mleko UHT z wizerunkiem krowy na łące itp. Ponieważ przeciętny konsument nie wie, jak powstaje jedzenie, nabiera się na te etykiety i kupuje podrobiony pokarm produkowany w fabryce jaj czy mleka.

Jak już wielokrotnie pisałam, tylko wiedza daje nam możliwość prawdziwego wyboru. Kupujesz kotlet wieprzowy, a zjadasz konia. Kupujesz parówkę cielęcą, a wcinasz tłuszcz wieprzowy. Kupujesz ser żółty i jesz olej palmowy. Część z tych produktów ma taki skład w świetle prawa! Co więc robić? Czytać etykiety, sprawdzać, pytać, a przede wszystkim nie kupować produktów gotowych. I nie nabierać się na każde ekohasło z reklamy, bo w reklamie chodzi o to, żebyś kupił, co wciskają, a dodatkowo uwierzył, że pomagasz środowisku.

07 III2013

Piramida żywienia, czyli indoktrynacja od małego

by joanna

Lekko zelektryzowała mnie informacja z przedszkola J., że będą się uczyć zasad prawidłowego żywienia, w związku z czym dzieci mają przynieść opakowania m.in. po ryżu, płatkach i jogurcie. Mam duże obawy, że nie będzie to do końca zgodne z tym, co Julek widzi na swoim talerzu co dnia. Ani z tym, co widzą jego koledzy i panie z przedszkola na jego talerzu co dnia… Jak już pisałam, mój starszy syn musi nosić własny wikt, ponieważ ma zbyt skomplikowaną dietę, żeby móc korzystać z posiłków przedszkolnych – brawo dla pani dyrektor, że się zgodziła (J. nie jest jedyny, więc miałam przetarte szlaki). W każdym razie po placówkach edukacyjnych spodziewać się można wszystkiego, skoro do przedszkoli weszła kampania wieprzowa.

Teraz jemy przede wszystkim warzywa – od pomysłu na nie zaczynam cały posiłek. Staram się robić różne pasty, kotleciki, surówki, bezmięsne zupy – jest to zasługa naszej diety, w której sporo warzyw okazało się bezpiecznych. Dziś pierwszy raz utarłam surówkę z selera i marchewki – zapomniałam, że może być taka smaczna! W każdym razie mój strasznie mięsożerny mąż wpływa na obecność mięcha na naszym stole – ostatnio wróciłam do królika, który okazuje się dobrą bazą do kotlecików z ciecierzycy (taki falafel z mięchem). Ja mięsa nie muszę jeść, ale lubię.

Jeśli mój syn ma przynieść opakowanie po płatkach, to chyba owsianych…? Żadnych innych nie jemy, bo płatki śniadaniowe to wysoko przetworzony produkt, pozbawiony wartości i naładowany cukrem. Jogurty akurat są na indeksie z powodu mleka, ale takie zwykłe nieekologiczne jogurty nie umywają się do tradycyjnego nabiału (nie mówiąc o eko)… A opakowanie po ryżu przyniesie, czemu nie:

ryz

Mam nadzieję, że mimo wszystko to nawyki wyniesione z domu ukształtują smak J. Bądź co bądź, polskim przedszkolom daleko jeszcze do ideału pod tym względem, choć powstają inicjatywy bardzo chwalebne, takie jak wprowadzenie żywności ekologicznej do stołówek. W Łomży

03 III2013

Bajka o słońcu, czyli Zielonych Bajek cd.

by joanna

Oto kolejna książka z serii Zielone Bajki (tydzień temu pisałam o Bajce o drzewie), autorstwa Elizy Piotrowskiej, wydanej nakładem wydawnictwa Biobooks. Trudno powstrzymać się od porównania obu bajek, lecz może zachowam to na koniec.

okładka_slonce

Jak zwykle, zacznę od oprawy graficznej. Książka jest śliczna, naładowana pięknymi kolorami i kontrastami. Barwy mówią czasem więcej niż tekst – groźny pożar został przedstawiony intensywną czerwienią i groźną czernią, a soczysta zieleń ilustruje dobre działanie promieni słonecznych, potrzebnych do wzrostu ludziom, zwierzętom czy roślinom. Wśród ilustracji znajdziemy też kolaże, a nawet dobrze znany portret Kopernika.

Jeśli chodzi o treść, zdecydowanie podniosłabym próg wiekowy z 3+ na 5+. Bajka o słońcu opowiada o rzeczach zbyt abstrakcyjnych dla trzylatka, takich jak historia astronomii. Mojemu synkowi staram się tłumaczyć, że Ziemia to planeta, która krąży wokół Słońca, ale czy jest on w stanie pojąć zjawisko, które ma tak ogromną skalę? On dopiero zaczyna rozumieć, czym jest czas i przestrzeń. Na szczęście tylko część książeczki mówi o sprawach bardzo trudnych. Za pomocą bardzo poetyckiego języka autorka opowiada o tym, że Słońce jest nam niezbędne do życia, jest częścią naszego świata, jemu zawdzięczamy na przykład tlen. Może być także groźne – nieostrożni plażowicze narażają się na poparzenia słoneczne, a nadmiar słońca, susza, grozi pożarem. Najładniejszą częścią książki jest moim zdaniem zakończenie, gdzie pojawia się miłość jako skutek uboczny promieni słonecznych. A z miłości rodzą się dzieci i szczęście. To zrozumie każdy, w każdym wieku!

Na koniec małe porównanie. Myślę, że Bajka o słońcu jest pod wieloma względami lepiej zrobiona niż Bajka o drzewie, choćby pod względem graficznym mocniej do mnie przemawia. W treści jest bardziej różnorodna – i historia tu się zmieściła, i trochę czystej ekologii (baterie słoneczne), i uczucia… Brawo za mniejszą dosłowność niektórych ilustracji – dzięki temu mamy więcej treści w króciutkiej książeczce. Jednak to książka dla nieco starszych dzieci, które – parafrazując – poznały już świat co nieco. Z ciekawością czekam na Bajkę o wodzie i Bajkę o wietrze.

24 II2013

Bajka o drzewie, czyli o przyrodzie dla najmłodszych

by joanna

Tę książeczkę kupiłam, podobnie jak Ekonieboraka, z myślą o edukacji ekologicznej J.

Bajka o drzewie Elizy Piotrowskiej, wydana przez wydawnictwa Biobooks, to jednak zupełnie inna bajka…

bajka-o-drzewie

Zacznę może od oprawy graficznej, ponieważ – jak już pisałam – mój syn traktuje ją równie poważnie jak treść. Cenię książki, które zostały w całości opracowane przez jedną osobę, o ile efekt jest udany. Uważam, że autor ilustrujący własny tekst ma w ręku podwójną moc przemawiania do czytelnika. Często bywa tak, że operując słowem, widzi się najpierw obraz i ten obraz staje się dopiero punktem wyjściowym tekstu. W wypadku ilustracji Elizy Piotrowskiej dużym plusem jest ich wyrazistość, która spodoba się młodym czytelnikom (choć książka przeznaczona jest dla dzieci od lat 3, my czytaliśmy ją na pewno przed trzecimi urodzinami J.). Zależenie od upodobań dosłowność obrazów, która nie rozwija w żaden sposób tekstu, może być liczona na plus lub na minus – z jednej strony dzieci lubią znajdować odzwierciedlenie słów w ilustracji, z drugiej strony, kiedy coś jest ponad czytaną treść, intryguje i zachęca do poszukiwania połączenia słowo-obraz. W Bajce o słońcu (o której wkrótce napiszę) autorka pod tym względem poszła nieco dalej.

Bajka o drzewie to bardzo ładnie opowiedziana historia pewnego drzewa, które od najmniejszej roślinki jest uczestnikiem wielkiego cyklu zmian w przyrodzie. Motywem przewodnim są zmieniające się pory roku, które wpływają na świat zwierząt i roślin. Deszcz, słońce, wiatr, śnieg – wszystko ma swoje miejsce w przyrodzie. Drzewo to tylko pretekst do pokazania dzieciom, że natura podlega dwóm czasom – cyklicznemu, powtarzającemu się rok za rokiem, oraz linearnemu, który można poznać po tym, że coś się rodzi i rośnie (przybywa słoi w pniu drzewa). Motyw śmierci jest jednak zupełnie nieobecny (z okazji roku Tuwimowskiego można by zacytować: Raz przyszli drwale, drzewo zrąbali…).

Wierszyk napisany jest lekko i zgrabnie, w sam raz dla trzylatków. Język jest wręcz poetycki, dużo tu ładnych metafor (Zanim drzewo dotknie nieba…), a samo drzewo jest spersonifikowane – ma duszę i sny, jak człowiek. Ta lektura to znakomity wstęp do edukacji ekologicznej; sięga do obrazów działających na wyobraźnię, rozbudzających szacunek do przyrody. Zdecydowanie polecam i czekam na kolejne książki z serii Zielone Bajki.

17 II2013

Draka Ekonieboraka, czyli jak dorosnąć do ekologii

by joanna

Dziś pierwsza recenzja ekolektury – na pewno nie ostatnia!

Cała nasza rodzina kocha książki – jesteśmy bardzo związani ze słowem pisanym jako niezwykle zdolni redaktorzy (patrz: Kim jesteśmy?) i każda okazja jest dobra, żeby sprezentować J. jakąś ładną i sensowną publikację. Przestaliśmy kupować kolejne woluminy dla siebie (chwilowo), ponieważ nie mamy na nie miejsca. Jest oczywiście miejsce w naszym Kindelku, ale tam z kolei czeka cała porcja pysznych lektur z Wolnych Lektur. Dla J. na Kindle’a jeszcze za wcześnie, więc jemu kupujemy papierowe wydania :)

Nasz 3,5-letni syn jest wzrokowcem – podobno to takie męskie… W naszym wypadku przejawia się to m.in. podczas wieczornej lektury książek do poduszki. Żeby J. chciał posłuchać książki, a potem wracać do niej co jakiś czas, publikacja musi mieć przede wszystkim interesujące obrazki. Treść jest oczywiście ogromnie ważna, ale jeśli oprawa graficzna nie przypadnie J. do gustu, mówi, że książki po prostu nie lubi. Na szczęście nie brakuje teraz dobrych ilustratorów i ciekawych tekstów (a przecież jako rodzice i poloniści surowo oceniamy każde wydawnictwo).

okladka

Tej lektury na pewno nie mogło zabraknąć w naszym domu. Znalazłam ją przypadkowo w internecie i właściwie kupiłam w ciemno. Draka Ekonieboraka autorstwa Emilii Dziubak, Elizy Saromy-Stępniewskiej i Iwony Wierzby, wydana nakładem poznańskiego wydawnictwa Albus okazała się dokładnie tym, czego szukałam: niezbędnikiem w edukacji ekologicznej całej rodziny. Zawartość książki jest zróżnicowana pod względem formy: to zabawne, wpadające w ucho wierszyki o przygodach Ekonieboraka przeplatane poważniejszymi poradami Profesora Sumienie, który przytacza ciekawostki, fakty i liczby na tematy poruszane w sąsiadującym wierszyku. Tak jak wierszyki spodobają się i dwulatkowi, i trzydziestolatkowi, tak poważniejsze rozdziały dla malucha mogą być nużące – ale to zupełnie nie szkodzi. Doceniam właśnie tę różnorodność w przekazie, dzięki której książka znajdzie odbiorców w każdym wieku. jedyny problem, jaki widzę, to dezaktualizacja danych (np. liczba psów w Warszawie na pewno zmienia się z roku na rok).

I tak, kiedy J. zażyczy sobie Draki na dobranoc, przeżywamy z Ekonieborakiem jego ekologiczne porażki: marnowanie wody, niesprzątanie po psie, wyrzucanie jedzenia, śmiecenie na ulicy, nierozsądne korzystanie z samochodu, niesortowanie odpadów, marnowanie energii elektrycznej… Za każdym razem historyjka kończy się dla bohatera nauczką – nieekologiczny tryb życia zawsze obraca się przeciwko niemu. Na szczęście wszystko kończy się szczęśliwie, a morał jest prosty: nigdy nie jest za późno na porzucenie złych przyzwyczajeń, co ma skutek dla naszej planety, a także – naszej kieszeni.

Do największych zalet książki zaliczam prostotę przekazu zawartą w dowcipnej formie. Nawet jeśli czasem rym jest nieco częstochowski, nic to nie szkodzi. Całość jest prześlicznie wydana – ilustracje i oprawa graficzna Emilii Dziubak zachwycają mnie, mojego męża i mojego starszego syna (młodszy nie widzi jeszcze nic poza cycem). Podoba mi się pomysł na wizualną opozycję, a zarazem paralelę Ekonieboraka i Profesora Sumienie – tak naprawdę taki nieborak siedzi w każdym z nas, ale wystarczy trochę pomyśleć, zastanowić się, czasem odświeżyć wiadomości, aby znowu stał się „borakiem”.

Na minus zaliczam niedociągnięcia w postaci błędów interpunkcyjnych i przynajmniej jednego ortograficznego (nie sprzątnięcie), bo moim zdaniem w książkach dla dzieci błędów robić nie wolno. Poza tym same plusy: za mądrą treść, zabawną formę tekstową i staranne opracowanie graficzne. Mam nadzieję, że można liczyć na kontynuację współpracy trzech pań autorek – kupuję w ciemno!