Covid-19 pulsooksymetr

Jak przeszliśmy covid-19

Przez covid-19 zostałam wyłączona z życia na dwa tygodnie i były to dni bardzo trudne. Nie dlatego, że chorowałam bardzo ciężko: chorowałam przeciętnie. Nie było zagrożenia życia, klęłam tylko na wracającą jak bumerang temperaturę i kilka dni upierdliwego kaszlu. Mój mąż trafił lepiej i gorzej, bo nie miał gorączki, ale dopadła go mgła mózgowa. Piszę o tym, bo myślę, że wpis będzie pewną pamiątką po tych chorych czasach. Może zresztą i Was zainteresuje, jak chorowaliśmy na covid.

Wciąż nie mam siły, żeby wstać z łóżka na dłużej, choć pierwsze objawy pojawiły się 2 kwietnia, a najgorsze minęło 11 kwietnia. A jedną z rzeczy, których nie znoszę, to bezczynność, zarówno zawodowa, jak i domowa. Napisanie tego postu okazało się też wyjątkowo trudne.

Covid dzień pierwszy: Wielki Piątek

Zaczyna się od bólu gardła, coraz silniejszego, oraz okazjonalnie kaszlu. Sprawdzam temperaturę – rośnie.

Siadam do komputera i zapisuję się na test przez specjalny formularz. Choć jest już po 18:00, dostaję SMS-a w 10 minut. Czuję, że zaczynające się właśnie święta będą mi utrudniać życie i punkty testowania albo będą zamknięte, albo oblegane. Na szczęście testy są aterytorialne (mimo wskazanego miejsca i godziny w SMS-ie). Szykuję się na sobotnie jeżdżenie po mieście.

Covid dzień drugi: Wielka Sobota

Wsiadamy do auta i jeździmy po okolicy. Jest 9:00, nie jadłam, nie piłam od 8:00 – na testy każą przychodzić po 2-godzinnej przerwie w spożywaniu czegokolwiek i myciu zębów. Stajemy w kolejce do drive thru koło cmentarza na Powązkach. Wita nas wielki napis NAMIOT ŚMIERCI.

W kolejce jesteśmy dziewiątym samochodem, ale punkt jest jeszcze zamknięty. Mimo informacji na stronie internetowej, że otwierają o 9:00, pracownicy przyjeżdżają około 10:10. Samochody powoli przesuwają się w kolejce.

Czuję się źle, ale to takie samopoczucie pt. „coś mnie bierze”. Delektuję się czasem poza domem, mam świadomość, że skierowanie na test oznacza automatyczną 10-dniową kwarantannę.

Około 10:30 wjeżdża w nas auto z tyłu. Pani za kierownicą ma gorączkę i nie panuje nad autem. Zderzak do wymiany.

O 11:00 jesteśmy już w namiocie śmierci. Człowiek w białym kombinezonie wsadza mi jałowy patyk do nosa i dalej. Potem wyjmuje i podaje karteczkę z namiarami na wynik. Jedziemy do domu. Gorączka wzrosła, ale jest to okolica 37,7°C, moja standardowa temperatura przez najbliższe dni.

Wynik jest około 23:00, ale tylko na stronie ALAB-u. Wynik jest nierozstrzygający. Nie wiem, jakim cudem.

Namiot śmierci
Namiot śmierci

Covid dzień trzeci: Wielka Niedziela

Czuję się coraz słabiej, dzwonię na infolinię, co mam zrobić z moim wynikiem. Nic mam nie robić. Dopiero gdy zostanie wpisane do systemu, będzie możliwa powtórka. W dodatku jestem zobowiązana do robienia testów dopóty, dopóki nie uzyskam wyraźnego wyniku.

Wszystko jest zawieszone: ja jestem na kwarantannie, reszta domowników nie.

Covid dzień czwarty: Lany Poniedziałek

Wynik testu pojawia się w systemie, mogę zgłosić się na kolejny test! Jednak tym razem na skierowanie czekam długo. Ponieważ mam nowy test, kwarantanna automatycznie wydłuża się o kilka dni.

W Warszawie większość punktów testujących ma dziś wolne z okazji świąt. Jedziemy na ostatnią chwilę do punktu w Wilanowie. Pustki, pobranie trwa moment, znowu grzebią mi przez nos. Wracamy do domu. Wynik testu przychodzi w nocy i jest pozytywny.

Covid dzień piąty

Każę mężowi zapisać się na test. Jestem objęta izolacją domową (10 dni), reszta domowników – kwarantanną, która trwa 17 dni od momentu mojego skierowania na drugi test. Zrobienie testu może skrócić im odsadkę o 7 dni!

Z samego rana dzwonię do mojej przychodni, żeby zapisać się na teleporadę. Niestety teleporady dla dorosłych są dopiero na za dwa dni. W razie niebezpieczeństwa mam po prostu dzwonić po pogotowie.

Zapisuję się na teleporadę w Luxmedzie na kolejny dzień.

Tadek idzie na test i czeka na wynik.

Ze mną już jest tak słabo, że zostaję w łóżku. Gorączka jest coraz bardziej upierdliwa.

Dzwoni do mnie Sanepid i MOPS. Znajomi podrzucają pulsoksymetr i jedzenie.

Wynik Tadka przychodzi wieczorem i jest pozytywny. Jego kwarantanna zmienia się w izolację domową.

Covid dzień szósty

Dzieci są w pełni sił, ale i tak zapisuję je na teleporadę. Chcemy, żeby pobrano im wymaz, niech się wyjaśni, czy chorujemy wszyscy. Ich teleporada jest tego samego dnia, lekarka upiera się na karetkę wymazową (choć moglibyśmy podjechać z nimi do punktu, Sanepid to potwierdził).

Lekarka z Luxmedu przepisuje mi lek na rozrzedzenie wydzieliny, kaszel się nasila, ale nie jest to jeszcze tragedia. Poza tym od samego początku biorę witaminę C i D oraz leki na gorączkę. Na zmianę jest to ibuprom i aspiryna, choć ten drugi lek nie jest oficjalnie wskazywany przy covidzie, to po prostu czuję się po nim lepiej. Na szczęście nikt nie wciska mi amantadyny. Generalnie odcinam się od wszelkich foliarskich źródeł wiedzy i stawiam wyłącznie na to, co mówią mi lekarze. Właściwie odcinam się od wszystkiego, co wymaga czytania.

Dzwoni do nas karetka wymazowa, przyjadą jutro.

Covid dzień siódmy

Ja i Tadek mamy teleporadę z przychodni. Ponieważ moje objawy są znacznie bardziej zaawansowane niż Tadka, mam przykaz brania leków na gorączkę i kaszel. Oczywiście witaminy C i D. Tadek przechodzi covid łagodnie, ale twierdzi, że czuje się lekko zdurniały. Walczy z ostrym cieniem mgły mózgowej.

Po 13:00 przyjeżdża karetka. Pani w stroju teletubisia pobiera chłopakom wymaz z nosa (ale nie tak głęboko jak nam, po prostu wsadza patyczki do dziurek nosowych; nam patyczki sięgały aż do gardła).

Wieczorem mamy wyniki: chłopcy nie mają covida.

Covid dzień ósmy

Leżę i staram się nic nie robić. Gdzieś obok toczy się życie pt. szkoła online chłopców. W chwilach przytomności odpalam na tablecie Netflixa i oglądam „Bridgertonów”.

Mój kaszel robi się coraz nieprzyjemniejszy. Raz jest mokry, raz suchy. Czuję ucisk w klatce piersiowej i żeby nie kasłać, leżę cały czas na brzuchu. To jedyna pozycja, która pozwala mi oddychać bez kaszlu. Od spania w dziwnej pozie zaczyna boleć mnie kręgosłup.

Saturacja wciąż na poziomie 97-99.

Covid dzień dziewiąty

Ja i Tadek tracimy węch. Dla pewności wąchamy ocet i kawę.

Covid dzień dziesiąty

Mam jadłowstręt. Za to po raz pierwszy nie mam temperatury i zaczynam mieć nadzieję, że to się kiedyś skończy.

Znajoma podrzuca zupę ogórkową, która jest bardzo smaczna, ale powoduje u mnie rozstrój żołądka.

Wieczorem zwlekam się do komputera i przygotowuję kwity dla księgowego, bo może jestem chora, ale wciąż mam firmę. Po wszystkim jestem mokra z wysiłku.

Covid dzień jedenasty

Nie mam gorączki. Węch jest przytępiony, przez co smak też nie jest taki jak zwykle. Leżę i szukam na Netfliksie czegoś odmóżdżającego. Pada na „Emily w Paryżu”. Tak, jest to żałosny wybór, ale w sam raz na mój stan.

Covid dzień dwunasty

Próbuję pracować, co kończy się migreną. Nie mogę czytać, nie mogę pisać. Od ponad 10 dni nie bardzo reaguję na maile i telefony. Ma to swój urok, choć też zdaję sobie sprawę, że będę musiała w końcu odpisać na te wszystkie wiadomości.

Covid dzień trzynasty

Chcę już normalnie funkcjonować! Ale wciąż muszę leżeć w łóżku.

Dzwonią kontrolnie z przychodni, dostaję jeszcze jedno opakowanie leku na rozrzedzenie wydzieliny.

Covid dzień czternasty

Jestem w kompletnej rozsypce emocjonalnej. Wiem, że covid może pogłębiać depresję, w moim wypadku to chyba ją podwoił. Marzę o samotności. Marzę o tym, żeby nie być.

O północy kończy się nasza izolacja domowa. Tadek czuje się na tyle dobrze, że idzie na nocny spacer.

Po covidzie

Przeczołgana przez 10 dni gorączki i mocno osłabiona, czuję, że ta choroba dała mi w kość fizycznie i psychicznie. Małe mieszkanie i cztery osoby non stop ze sobą to koszmar nie tylko dla osoby z problemami psychicznymi. Nasze dzieci też już łażą po ścianach przez całą tę kwarantannę i szkołę online. One są ofiarami tej pandemii w inny sposób niż dorośli, bo te kilkanaście miesięcy to spory kawałek ich życia.

Jak na ironię, czas, który zajęła nam choroba, mieliśmy spędzić w Neapolu. Mieliśmy kupione bilety lotnicze i spanie. Miesiąc temu wszystko zaczęło się sypać, odwołano samoloty, pozamykano muzea. Kto wie, czy byśmy polecieli?

Jeśli cokolwiek ma przywrócić mi siły, to nadzieja na podróżowanie i zwiedzanie. Na to, że szczepienia i bycie ozdrowieńcem da możliwość przemieszczania się i korzystania z oferty kulturalnej czy to w Polsce, czy za granicą. Potrzebuję tego jak powietrza.

Tymczasem dziękujemy wszystkim osobom, które pomogły nas w czasie izolacji domowej. Nasi sąsiedzi i znajomi niezwykle troskliwie zajmowali się nami, robili nam zakupy, wynosili śmieci i odbierali paczki z paczkomatów. Mieliśmy znacznie więcej propozycji pomocy niż byliśmy w stanie wykorzystać, choć bardzo się staraliśmy, żeby każdy chętny mógł coś dla nas zrobić! 

Mieliśmy też oferowane wsparcie MOPS-u i Sanepidu, na szczęście nie było potrzeby, żeby z tego korzystać. Nie przyjechała do nas policja, nie musieliśmy machać z balkonu, a aplikacja „Kwarantanna domowa” zacięła się w moim telefonie po 4 dniach wysyłania zdjęć, jak to grzecznie leżę w łóżku. Tadek nie instalował jej wcale.

To był ciężki czas i czuję, że odzyskiwanie sił, czy to na rower, czy to na pole dance, zajmie mi tygodnie. Jak dobrze, że mamy to za sobą! Przy okazji sprawdzimy naszym dzieciom przeciwciała, czy chłopcy są odporni, bo już chorowali bezobjawowo, czy po prostu to cholerstwo ich nie bierze.

Jeśli macie jakieś pytania o covid, śmiało pytajcie.

Może przeczytasz także:

Pole dance

Pole dance i kubeczek menstruacyjny

Kiedy pierwszy raz zapisywałam się na zajęcia z pole dance (taniec na rurze, choć tak
Czy można zaprzyjaźnić się z kurą?

Czy można zaprzyjaźnić się z kurą?

Nasz młodszy syn (notabene silnie uczulony na jajka) ma jakiś wyjątkowy dar do zjednywania sobie
Nie mam drukarki

Dlaczego nie mam drukarki

Nie mam drukarki - to zdanie od czasu do czasu muszę wypowiedzieć lub napisać, żeby

2 thoughts on “Jak przeszliśmy covid-19”

  1. Wróciłam do Twojego wpisu szukając, czy miałaś światłowstręt.
    W Sene nie panują juz nad niczym, na test covid skierowali tylko córkę, bo ja łyknęłam paracetamol i w momencie badania nie miałam gorączki.
    Ale zaczęło się od rozwolnienia, bolu głowy, lekkiej temperatury.. Szybko dołączył bol gardła, a od dzisiaj bol… oczu.
    Corka po przespanych 4 dniach czuje sie dobrze, jestem zmeczona, slaba. Co za cholerstwo.
    A, obie jestesmy zaszczepione.

    1. Przykro mi :( Trzymajcie się i obyście jak najszybciej były zdrowe i w pełni sił. Światłowstrętu nie pamiętam szczególnie, tylko ból głowy.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

CommentLuv badge