Rzecz o bobie

Latem nasza rodzina dzieli się na dwie frakcje. Jednej przewodzę ja, drugiej Joanna. Do mojej frakcji pasuje nazwa bobożercy. Ta druga to bobofoby. Ten sezon bobożercy zaczęli z przewagą, bo zarówno J., jak i S. wcinali ze mną bób aż im się uszy trzęsły. Po jakimś czasie S. uznał jednak, że ma dosyć i został bobofobem. Od paru tygodni pożeramy więc bób tylko we dwóch. Szacuję, że od początku sezonu zjedliśmy już przynajmniej 40 kg bobu.

bupszczochem1

O tym, że bób warto jeść nie tylko dla smaku, nie muszę chyba przekonywać. Witamina B, witamina C, prowitamina A, błonnik, białko… Samo zdrowie. Niektórym przeszkadza wstydliwy i smrodliwy skutek uboczny jedzenia bobu. Z nim jednak łatwo sobie poradzić – wystarczy bób odpowiednio przyprawić i problem znika lub znacznie się zmniejsza.

Skoro już wspomniałem o przyprawianiu, chyba pora, żebym zdradził przepis na moją i J. ulubioną postać bobu. Sam go wymyśliłem parę lat temu i od tego czasu propaguję wśród znajomych, bo uważam, że warto. Przede wszystkim – ja nie obieram bobu. Łupiny też są jadalne, smaczne i zdrowe, a obranie kilograma gorącego bobu to robota, której nie lubię i na którą nigdy nie mam czasu. Na pewno nie codziennie przez dwa miesiące.

Parę lat temu postanowiłem połączyć bób, czosnek, oliwę, sól i zioła prowansalskie. Wszystko świetnie pasowało, tylko był jeden problem – po gładkich bobowych łupinach oliwa z dodatkami spływała na dno naczynia i po zjedzeniu słabo przyprawionego bobu trzeba było jeszcze wyjeść czy wypić z dna oliwę z przyprawami. Bez sensu. Na szczęście jakiś czas temu wynaleziono tłuczek (ubijak) do ziemniaków, który znakomicie sprawdza się również jako tłuczek do bobu. Po rozgniecionym bobie nic nie spływa, wszystko wsiąka, miesza się, nabiera smaku…

bupszczochem2

Teraz po kolei. Kilogram bobu myjemy i wrzucamy do garnka. Gotujemy do miękkości. Trzeba sprawdzać, bo młody bób potrafi być mięciutki po 15 minutach, a stary potrafi się gotować i pół godziny. Solimy. Podczas gotowania szykujemy czosnek – ja daję 4 duże ząbki na kilogram. Po odcedzeniu bobu wciskamy do niego czosnek, wsypujemy zioła prowansalskie, dodatkowo solimy, jeśli jest taka potrzeba, i obficie zalewamy oliwą. Nie umiem podać dokładnej objętości oliwy, ale to ma być naprawdę tłuste. Bo inaczej będzie suche. Po dokładnym ugnieceniu (tak żeby żadne ziarenko bobu nie pozostało nienaruszone) można wcinać. Banalne, prawda?

bupszczochem3

Zacząłem pisać ten tekst wcale nie po to, żeby napisać, że bób jest fajny, ani nie po to, żeby kogoś zachęcić do jedzenia bobu. Chciałem opisać przygodę, którą miałem parę dni temu, kiedy to zetknąłem się pierwszy raz w życiu z inną odmianą bobu – bobem karmazynowym. Jeszcze tydzień temu nawet nie wiedziałem, że coś takiego istnieje. Tymczasem Kasia i Karol, moi znajomi, którzy mają szczęście mieszkać na wsi i hodować własne ekologiczne warzywa na własnym zagonku, zgłosili się do mnie i zaproponowali, że dadzą mi spróbować właśnie takiego dziwnego bobu. Wykazali się nie lada szczodrością, bo podarowali mi aż 42 dag bobu, podczas gdy cały ich tegoroczny zbiór wyniósł ok. 90 dag.

bupszczochem4

Czerwone ziarenka ugotowałem tak samo, jak gotuję zielone.

bupszczochem5

Dobrze, że sprawdzam, bo okazało się, że bób karmazynowy mięknie bardzo szybko. Robi się przy tym brunatny, ciemniejszy niż ten zielony. Gotowałem znacznie poniżej 20 minut, a i tak nawet łupinki byłby bardzo miękkie. Już przy próbowaniu zdecydowałem, że ugniotę po swojemu tylko połowę, a drugą połowę zjem bez przyprawiania i rozgniatania, bo smakowało to bardzo ciekawie. Niby jak bób, ale jednak inaczej. O wiele bardziej delikatnie i z jakąś dodatkową nutką, której nie umiem nazwać, ale umiem określić jako bardzo miłą. Ziarenka były nieco mniejsze niż te zielone, a w środku już nie czerwone, tylko zielone, może nawet bardziej niż zwyczajne.

bupszczochem6

Resztę bobu rozgniotłem po swojemu. Część J. zabrał do przedszkola, resztę zjadłem na kolację. Było pyszne, ale mało mi, a nie wiem, gdzie kupić więcej. Od Kasi i Karola więcej nie dostanę, bo ich skromny zbiór przestał już istnieć, a w sprzedaży nigdy nie widziałem takiego czerwonego bobu. Jak żyć? Czy może raczej –  jak żryć?

Może przeczytasz także:

Nieco nierówne, ale nie szkodzi!

5xO. Moje supermydło lawendowe. Jak powstało?

Moje supermydło lawendowe powstało z mieszanki olejów zalegających w mojej szafce łazienkowej. Większość z nich

Musujące kostki do toalety: przepis

Musujące kostki do toalety, zwane też bombami, to szybki, efektowny i ekologiczny sposób na natychmiastowe

Alergeny w menu i obowiązki restauracji. Odpowiedź Ministerstwa

Latem nasza rodzina znacznie częściej korzysta z oferty lokali gastronomicznych. Nie mogą być to przypadkowe

2 thoughts on “Rzecz o bobie”

  1. Przepis na Wasz bób już wypróbowałam. Pokombonowałam tylko z ziołami. Pyszny, rewelacyjny, warto! Co do karmazynowego, też nie znałam, ale `kto szuka ten znajdzie` :-)

  2. Cześć. Jestem Pat i też jestem bobożercą. Polecam do powyższego dania wkroić pomidora, cebulkę czerwoną i polać obficie balsamico. Tymianek też pasuje bardzo. Pozdro!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

CommentLuv badge