27 VII2017

Zeolit: suplement i kosmetyk. Recenzja

by joanna

Zeolit – czym właściwie jest? Do czego może służyć? Okazuje się, że nie tylko jako składnik proszków do prania (o czym pisałam tutaj). Możliwości jego zastosowania jest znacznie więcej i jeśli wybierzemy odpowiedni rodzaj zeolitu, zrobimy z niego maseczkę czy pastę do zębów. Niektórzy stosują go także jako suplement diety.

Zeolit VegeLife

Zeolit VegeLife

Zeolit to naturalny minerał zawierający krzem i tlenek glinu, jego pochodzenie jest wulkaniczne. Występuje w postaci naturalnej oraz syntetycznej. Powszechnie używa się go w przemyśle, m.in. do oczyszczania wody, ponieważ wychwytuje z niej m.in. metale ciężkie.

Jego działanie sorpcyjne wynika zarówno z ujemnego naładowania (działanie antyoksydacyjne), jak i z gąbczastej budowy molekularnej (detoks). Zeolit wchłania szkodliwe cząsteczki do wewnątrz swojej struktury i pozwala się wydalić z organizmu. Ma też działanie antybakteryjne, przeciwwirusowe, przeciwgrzybicze.

W celu detoksu jako suplementu diety warto stosować go przez 30 dni po 5 g 3 x dziennie, to takie maksymalne dawki.

Zeolit - drobny, lekko zielonkawy proszek, właściwie bez zapachu i smaku

Zeolit – drobny, lekko zielonkawy proszek, właściwie bez zapachu i smaku

VegeLife Zeolite ACTIVE Crystal Activated

Gdzie kupić: Vege.Life

Cena: 115 zł za 450 g, 70 zł za 250 g, 6,15 zł za 20 g (więcej…)

19 VI2015

Jerzy Zięba, „Ukryte terapie” – recenzja

by joanna

Co sprawa, że Jerzy Zięba i jego książka „Ukryte terapie” są tak popularni wśród osób interesujących się naturalnymi metodami leczenia, stojących w opozycji do medycyny akademickiej? Książka ukazała się już jakiś czas temu, rozgłos zdobywa głównie pocztą pantoflową. Odesłania do niej znajdziemy na tematycznych forach internetowych, gdzie rozmawia się m.in. o alergiach.

Jerzy Zięba, „Ukryte terapie”

Jerzy Zięba, „Ukryte terapie”

(więcej…)

Off
30 X2013

Do diety gotowa – start!

by joanna

Choć minął już tydzień od rozmowy z dietetykiem na temat mojej diety, jej wdrożenie właśnie się zaczyna. Poprzednie doświadczenie podjęciem takiego wyzwania, jakim jest wyeliminowanie pewnych produktów spożywczych i wprowadzenie nowych, dało mi sporą wiedzę, jak przeprowadzić rewolucję w odżywianiu. Już wiem, że:

  • nie da się tego zrobić z dnia na dzień: trzeba się oswoić ze zmianami, zjeść zapasy z lodówki, zrobić nowe zakupy, przeczytać na spokojnie zalecenia,
  • trzeba poinformować bliskich o zmianie sposobu odżywiania (aby motywowali i nie kusili niezdrowymi produktami),
  • należy potraktować zmianę serio, przestrzegać zaleceń tyle czasu, ile czasu zajmie nam wdrożenie się do nowego stylu odżywiania; myślę, że potem wcale nie będziemy chcieli rezygnować z osiągniętej poprawy,
  • trzeba przygotować się na robienie zapasów, żeby mieć w domu zawsze bazę na kilka posiłków, zwłaszcza w momentach kryzysowych (napady głodu),
  • pewne sprawy okażą się trudne, ale tylko na początku; opanowanie nowych zasad odżywiania jest łatwiejsze, kiedy na początku będziemy ściśle się do nich stosować,
  • najtrudniejsze może okazać się żywienie poza domem; trzeba przyzwyczaić się do gotowania w domu potraw od zera, noszenia ze sobą własnego pożywienia oraz gotowania na wyjazdach; restauracje i stołówki raczej omijamy, często konieczne okazuje się pieczenie własnego chleba i zrezygnowanie z innych gotowych produktów,
  • zmiana odżywiania nie powinna być motywowana chęcią zrzucenia kilogramów – dlatego odrzucamy precz wszelkie tabele z kaloriami, jemy tyle, ile chcemy – ważne, CO jemy i pijemy (dużo wody np. z cytryną).

Da się!

Zmianę naszego menu zaczęłam w lutym tego roku (pierwszy wpis na blogu!) razem z J., po wykonaniu u niego testu na opóźnione alergie pokarmowe.

To było wyzwanie – luty nie jest miesiącem najbardziej różnorodnej oferty świeżych i lokalnych produktów. A akurat te najbardziej oczywiste (np. jabłka, buraki) odpadły nam z diety! Okazało się zresztą, że ja i mój starszy syn mamy momentami zbliżone wyniki testu MRT (jabłko, kiwi, burak, wysoka pozycja melona). Wynik J.:

mrt_j_1

Dla porównania mój wynik owocowo-warzywny:

mrt_JB_1

Program LEAP (Lifestyle, Eating And Performance) opiera się między innymi na zmianie nawyków żywieniowych pod okiem dietetyka. Nowy sposób odżywiania wprowadza się przez 27 dni – zaczynając od posiłków z produktów, które wyszły w teście najniżej (i tylko z tych produktów). Przy czym sam test, jak już pisałam, nie daje pełnej odpowiedzi. Na przykład mój wynik, w którym kwas benzoesowy jest wysoce reaktywny (u J. było to samo), eliminuje z mojej diety ciemne owoce, takie jak śliwki, maliny, jagody – przynajmniej na razie. Benzoesan znajduje się także w herbacie, a więc – mogę pić mało i słabą (choć w wyniku herbata wyszła OK).

mrt_ja_2

Jak widać, na żółto wyszło czerwone mięso, żyto, kukurydza oraz m.in. czosnek. Tuż pod czosnkiem znajduje się pieprz – ze względu na moje bóle stawów mam go odstawić (mogę zastąpić pieprzem seczuańskim).

Ważna jest fenyloetyloamina, podejrzana jako sprawca moich bólów głowy. Podobnie wszystkie produkty, które były poddane fermentacji. Niestety, zakwas chlebowy także jest sfermentowany… Ale ważniejsze tu są drożdże piekarskie:

mrt_ja_3

27 dni, 5 faz

Zwykle program wprowadzenia diety opiera się na pięciu częściach – każda faza to wprowadzanie kolejnych produktów. W wypadku dzieci (takich jak J.) włącza się od razu pokarmy z dwóch pierwszych faz, a dietetyk decyduje dodatkowo, co jeszcze można jeść od razu. Ja, jako matka karmiąca, mogę już jeść całkiem dużo. Poniżej mój indywidualnie zaplanowany rozkład włączania pokarmów:

Faza 1 i 2:

  • sola,
  • sum (niebadany, ale sprawdzony w praktyce – nie szkodzi),
  • dorsz,
  • krab (marzę o krabie, hehe),
  • makrela,
  • indyk,
  • jajko,
  • karp,
  • soja,
  • tuńczyk (nie za dużo ze względu na metale ciężkie),
  • baranina/jagnięcina,
  • królik,
  • kasza jaglana,
  • słodki ziemniak,
  • ryż,
  • owies,
  • orkisz,
  • ziemniak (solanina, która występuje w bakłażanie – obserwować!),
  • gryka,
  • kapusta,
  • dynia (pestki!),
  • kabaczek,
  • papryka (każda – ale uwaga, psiankowate – może być powiązana z bakłażanem),
  • pieczarki (ostrożnie),
  • sałata,
  • fasola jaś,
  • kalafior,
  • pomidor (psiankowate),
  • szparagi (to sobie poczekam na nie!),
  • groszek zielony,
  • cieciorka,
  • por,
  • cebula,
  • fasolka szparagowa,
  • brokuły,
  • cukinia,
  • marchew,
  • seler,
  • pietruszka,
  • gruszka (skreślam, związana z jabłkami),
  • figa,
  • awokado,
  • brzoskwinia,
  • cytryna,
  • grejpfrut,
  • morela,
  • papaja,
  • melon,
  • ananas,
  • truskawki,
  • pomarańcza,
  • herbata (słaba),
  • kawa (mało),
  • masło klarowane,
  • migdały,
  • orzechy laskowe (wyłączam, bo karmię),
  • soja (jak wyżej),
  • sezam,
  • ziele angielskie,
  • bazylia,
  • liść laurowy,
  • orzech kokosowy,
  • miód (wyłączam, nie lubię i nie jem cukru),
  • cukier buraczany i trzcinowy (jw.),
  • mięta,
  • koper,
  • musztarda,
  • sezam,
  • wanilia,
  • imbir,
  • kurkuma,
  • oregano.

Faza 3 (od 13. dnia):

  • śledź,
  • kurczak,
  • soczewica,
  • kakao,
  • orzechy nerkowca,
  • słonecznik.

Faza 4 (od 18. dnia):

  • pstrąg,
  • małż (już pędzę jeść małże!),
  • homar (jw.),
  • jęczmień,
  • pszenica,
  • ogórek,
  • oliwki,
  • banan,
  • mango,
  • pistacja.

Faza 5 (od 23. dnia):

  • krewetki,
  • fasola czerwona,
  • kaczka.

Moje dywagacje na temat przejścia na weganizm chwilowo zostają zawieszone: fakt, że szkodzi mi czerwone mięso, wcale mnie nie zmartwił, ale póki nastawiam się na oczyszczenie organizmu z toksyn, nie będę jeszcze bardziej ograniczać listy produktów. A w tej chwili bezwzględnie zakazane są te pokarmy:

  • czarna jagoda, śliwka, żurawina, malina, wiśnia, cynamon, goździki – kwas benzoesowy (wyłączone na kilka miesięcy),
  • kiwi, arbuz, melon kantalupa, jabłka, winogrona,
  • żyto, kukurydza,
  • bakłażan (pokrewne: ziemniak, pomidor, papryka – zobaczymy…), szpinak,
  • orzech ziemny, orzech włoski,
  • wieprzowina, wołowina,
  • muszkatoł, mak, czosnek, pieprz czarny,
  • nabiał – wszystko, co z mleka,
  • drożdże mix (winne, piekarskie, piwne), sardynka, łosoś.

Niby niedużo, ale jak bardzo uprzykrza życie wyłączenie drożdży, przekonałam się już w lutym. Dopytanie o skład chleba i bułek spowodowało nasz rodzinny bojkot piekarenki koło domu (i wkrótce splajtowała… mam nadzieję, że nie przez nas, hehe). Zadawanie pytania wszędzie poza domem: a z czego to jest zrobione, czy na pewno nie ma drożdży? – nawet nam się znudziło. Znaleźliśmy idealny chleb na zakwasie, bez drożdży u ulepszaczy, blisko domu i… właśnie się okazało, że muszę przestać jeść żyto. Poszukiwany chleb pszenny/orkiszowy na zakwasie, bez drożdży, bez dodatków – ktokolwiek widział… Ponieważ w okolicy domu nie znalazłam jeszcze piekarni z taką ofertą, piekę sobie sama pieczywo orkiszowe, na zakwasie orkiszowym. Kto wie, może wychodzę na tym najlepiej?

chleb_orkiszowy

 

Dodatkowe zalecenia

Oprócz menu dostałam zalecenia, jak wzmocnić swój organizm (zostałam obejrzana pod kątem wchłaniania mikro- i makroelementów, mam podobno ich niedobór, zwłaszcza cynku). W dodatku jestem karmiąca, więc wszystko dobre oddaję S.

Na skórę (która już – prawdopodobnie pod wpływem uruchomienia detoksykacji – zaczyna wyglądać gorzej, wylazły pryszcze) powinnam brać coś, co dostarczy mi GLA – kwas gamma-linolenowy. Wybrałam olej z ogórecznika – pitny, ponieważ kapsułki zawierają żelatynę, a żelatyna zwykle jest robiona z wieprzowiny… Będziemy pić wszyscy.

Na wzmocnienie oraz dostarczenie kwasów omega-3, witaminy D3 (już jesień), A, E, DHA i EPA  – tran, dr Partyka poleciła firmę Kirkman – zamówiłam, zobaczymy, z czym to się je.

Na niedobory -witaminy dla karmiących + chelat cynku – (jeszcze nie zamówiłam).

Na wchłanianie – naturalny prebiotyk – inulina (węglowodany pozyskiwane z agawy), którą zaczęłam już stosować i musiałam odstawić. Strasznie mnie przeczyszcza. Może spróbuję z jakąś maleńką dawką.

Dr Partyka poleciła także mleko klaczy (J. też miał pić), ale trochę przeraża mnie jego cena. I w ogóle do mleka mam stosunek podejrzliwy. Może kiedyś się przełamię.

3, 2, 1… start!

Przede mną miesiąc obserwacji. Zaczynam od dziś. Większość rzeczy do jedzenia już mam, teraz muszę wymyślić jakąś fajną pastę do kanapek – z fasoli, mam już opracowane pasty z papryki oraz z soczewicy. Spodziewajcie się przepisów – nic tak nie motywuje do odkryć kulinarnych, jak ograniczenia w diecie!

03 IX2013

Witamina D – wielki kit?

by joanna

Od razu na wstępie zastrzegam: nie jestem lekarzem, nie mam wykształcenia dietetycznego. Wszystko, co piszę poniżej, opiera się na moich przemyśleniach i doświadczeniach oraz literaturze. Jestem matką dwóch chłopców (w tej chwili jeden ma 4 lata, drugi 10 miesięcy)* i miałam kilka lat na dokonanie spostrzeżeń dotyczących polskich pediatrów. Jednocześnie zastrzegam, że absolutnie nikogo nie namawiam do podążania w moje ślady – do tematu podchodzę subiektywnie, krytycznie, przekornie i wbrew standardowym zaleceniom lekarzy. Czytelniku, czytasz na własną odpowiedzialność, a przed użyciem zdobytej wiedzy skonsultuj się ze swoim zdrowym rozsądkiem.

Zawsze podkreślam, że zachęcam do samodzielnego myślenia i drążenia tematu, w tym wypadku – suplementacji witaminy D u niemowląt.

Nie jestem przeciwniczką suplementacji, jestem przeciwniczką narzucania wszystkim tych samych norm, bez indywidualnych badań itp.

* Uaktualnienie luty/marzec 2015 r.: chłopcy rosną, więc i młodszy dostaje już witaminę D w okresie jesienno-zimowym, ponieważ mam nadzieję, że pomaga mu to na AZS. Niestety, suplementacja nie daje wystarczających efektów (w wynikach starszego poziom niewystarczający), dlatego mam obawy, że podawanie syntetycznej witaminy D w naszym wypadku mija się z celem.

tran

„Czy Bóg to zaniedbał?”

Do napisania tego wpisu zainspirowała mnie książka Udo Pollmera, która zawiera sporo kontrowersyjnych tez na temat m.in. suplementów diety (które autor uznaje w większości za szkodliwe). Notabene ten niemiecki antydietetyk w wielu kwestiach zgodziłby się z Józefem Słoneckim (książkę tego pana również czytam, ale na raty – jak skończę, opowiem).

Część książki „Smacznego! Chorzy z powodu zdrowego jedzenia” (PIW, Warszawa 2010) poświęcona niemowlętom jest moim zdaniem lekturą obowiązkową wszystkich rodziców, którzy chcą świadomie karmić swoje dzieci. Niekoniecznie dlatego, że we wszystko należy uwierzyć – wręcz przeciwnie, myślę, że we wszystko należy wątpić i samemu podejmować decyzje, zamiast ślepo ufać białemu fartuchowi.

Podrozdział, który wezmę pod lupę tym razem, nosi znamienny tytuł: „Czy Bóg to zaniedbał?” i jest bardzo krótki – dwie strony o suplementowaniu witaminy D u niemowląt.

Witamina D (uznawana bardziej za hormon niż witaminę), najkrócej mówiąc, potrzebna jest do tego, aby nasz organizm wchłaniał z pożywienia wapń. Według dzisiejszych zaleceń lekarzy niemowlęta karmione piersią powinny otrzymywać dawkę witaminy D3 codziennie.

Na dwóch stronach książki Pollmera znajdują się jednak argumenty, które utwierdzają mnie w moim intuicyjnym przekonaniu: niemowlęta karmione piersią zazwyczaj nie potrzebują suplementacji witaminy D. Najcenniejszy jest dla mnie argument zawarty w tytule rozdziału. Z jakiej racji mam uważać, że pokarm doskonały dla mojego dziecka – moje mleko – z jakiegoś powodu jest wybrakowany o tę jedną jedyną witaminę?

Trzy głosy, Trzeci Świat

Kiedy urodził mi się pierwszy synek, podążałam ścieżkami wskazanymi przez polską służbę zdrowia – do czasu, kiedy polska służba zdrowia nie bardzo umiała pomóc przy alergii, AZS, problemach skórnych, nie mówiąc już o problemie znacznie trudniejszym – alergicznej, przewlekłej obecności płynu w uszach.

Przy drugim dziecku nie słucham bezkrytycznie lekarzy. Ufam zasadzie: im mniej leków, szczepień, wizyt u państwowego pediatry, tym lepiej.

Na temat witaminy D3 (której S. nie dostał ani razu, choć urodził się w listopadzie) usłyszałam trzy różne opinie od trzech różnych pediatrów.

1. Wygląda pani na wykształconą osobę, a pani dziecko jest jak z Trzeciego Świata. Może ja pani dam tę witaminę? (Pediatra z NFZ).

2. Wolałabym, żeby S. brał witaminę D3, ale jeśli pani jest przeciwna, zróbmy mu badanie na jej poziom. (Pediatra prywatny, Enel-Med, leczy m.in. homeopatią). Badanie wykonałam, poziom w normie.

3. Nie ma potrzeby podawania witaminy D3 niemowlętom, jeśli nie ma do tego wskazań. S. pięknie się rozwija, jedno ciemiączko zarosło, drugie ma czas do końca 2. roku życia. Witamina D może więcej zaszkodzić, jeśli podamy ją niepotrzebnie. (Pediatra prywatny, 30 lat stażu w państwowej służbie zdrowia, obecnie leczy przede wszystkim homeopatią).

Duży rozrzut, prawda?

Co mówi Pollmer

Autor „Smacznego!…” opisuje sytuację, w której zalecano podawanie witaminy D3 nie tylko niemowlętom, ale także matkom karmiącym. Nacisk, jaki kładą na to lekarze, można nazwać wręcz presją, prowadzącą do zastraszania rodziców krzywicą czy nowotworami.

Prawie nikt nie mówi matkom o niebezpieczeństwach, jakie powoduje przedawkowanie witaminy D (2, 58, 67, 75). Co ciekawe, objawy zatrucia witaminą D wyglądają bardzo podobnie do krzywicy (30, 337, 755), ponieważ „duże ilości witaminy D powodują wypłukiwanie wapnia z kości”, co stwierdził profesor Ernst Lindner z Uniwersytetu w Gießen (337). Spożywanie witaminy D jest zatem tak ryzykowne, że podobnie jak witamina A, powinna być ona dodawana do artykułów spożywczych pod ścisłą kontrolą (31).

– pisze Pollmer (s. 359).

O niebezpieczeństwie związanym z przedawkowaniem witaminy D dowiedziałam się od pediatry nr 3. Próżno szukałam informacji na ten temat w polskim internecie. Być może po niemiecku znalazłabym jakieś artykuły, ale niestety nie władam tym językiem.

Jeśli chodzi o niemowlęta, jednym z niebezpieczeństw takiego przedawkowania jest zbyt szybkie zarastanie ciemiączka, co może mieć znaczenie przy rozwoju mózgu. Znam jednego niemowlaka z problemem zbyt szybkiego zarastania ciemiączka – lekarze po takiej diagnozie u kilkutygodniowego chłopca od razu kazali odstawić witaminę D.

W mleku matki z natury jest mało witaminy D. Mimo to wapń z mleka matki jest świetnie wchłaniany przez niemowlę. Jak to możliwe? Dziś wiemy, że istnieją przynajmniej dwa związki, które przejmują funkcję witaminy D jako transportera wapnia w jelicie niemowlęcia: występujący w ogromnych ilościach cukier mleczny, laktoza, oraz określone białka mleka, fosfokazeiny (29, 64, 72, 74, 590).

(s. 360).

Wiem, że jesteśmy bombardowani informacjami na temat niedoboru tej witaminy, straszeni, zachęcani do kupowania suplementów. Myślę, że osoby, które nie prowadzą zdrowego trybu życia, nie chodzą na spacery, siedzą zamknięte w domach czy biurach przez cały dzień faktycznie mogą mieć problem z jej brakiem. W dodatku jedna znajoma dermatolog oraz jedna dietetyczna powiedziały nam o dobrym wpływie suplementacji witaminy D na skórę atopowców. Dlatego nasz starszy syn (powtarzam – ma 4 lata!) w niesłoneczne miesiące dostaje tran.

Ponieważ organizm dzięki światłu słonecznemu może sam produkować witaminę D, zdrowe dzieci nie cierpią na jej brak, jeśli wychodzą na świeże powietrze (68, 754, 759). Dostarczanie witaminy D jest więc  potrzebne tylko w określonych przypadkach i „wymaga” według DGE „nadzoru lekarskiego” (1). (…) Należy zatem przyjąć, że niemowlę powinno być chronione przed tą witaminą. [podkreślenie moje – J.B.].

(s. 360).

Jako ciekawostkę autor pisze, że witamina D jest podawana szczurom jako trutka…

Zalecana dawka słońca (tu chyba opinie wszystkich pediatrów są podobne) – półgodzinny spacer w ciągu dnia, dziecko powinno być w wózku z odkrytymi rączkami i nóżkami, nieposmarowane kremem z filtrem, ale w wypadku mocnego słońca powinno przebywać w cieniu – wystarczą promienie słoneczne odbite np. od wózka czy piasku na plaży. W dni pochmurne te promienie przecież także działają, tyle że dziecko jest bardziej ubrane – wniosek: spacer powinien być dłuższy…

Do tego wpisu przygotowywałam się emocjonalnie dość długo, bo czuję, że poruszam temat, którego w Polsce nie ma. Wiem, jakie jest oficjalne stanowisko lekarzy. Chętnie się dowiem, jakie jest Wasze stanowisko – osobiste. Co intuicyjnie czujecie. Chętnie o tym porozmawiam i poszerzę swoją wiedzę, bo kontr-źródeł jest tak mało…

Tu ciekawy artykuł na temat niedoborów witaminy D3, wynikających z naszego stylu życia.

Bibliografia Pollmera (kolejność pojawiania się w tekście, w nawiasie pozycja w bibliografii w książce):

  • „Empfehlungen für die Nährstoffzufuhr”, DGE, Frankfurt 1991. (1)
  • Machlin L.J., „Handbook of vitamins”, New York 1991. (58)
  • Europäische Kommission, „Brechte des Wissenschaftliflichen Lebensmittelausschusses”, Luxemburg 1994. (754)
  • Bayer W., Schmidt K., „Vitamine in Prävention und Therapie”, Stuttgart 1991. (2)
  • Combs G. F., „The Vitamins” w: „Fundamental Aspects in Nutrition and Health”, San Diego 1992. (21)
  • Holick M. F. i in., „N. Engl. J. Med.” 1992, 326, s. 1178. (67)
  • Jacobus C. H. i in., „N. Engl. J. Med.” 1992, 326, s. 1173. (75)
  • Würgler f. E., „Naturwiss. Rundsch.” 1993, 46, s. 485.30. (30)
  • Linder E., „Toxikologie der Nahrungsmittel”, Stutgart 1990. (337)
  • Macholz R., Lewerenz H. J., „Lebensmitteltoxikologie”, Berlin 1989. (755)
  • „Verordnung über vitaminisierte Lebensmittel”, BGB1 I, s. 1989. (31)
  • Pollmer U., „Natur”, t. 4, 1994, s. 68. (757)
  • Cochet B. i in., „Gastroenterol.” 1983, 84, s. 935. (29)
  • Gammelgaard-Larsen C., w: Hoogland A. J. i in., „Food Ingredients Asia”, Maarssen 1991, s. 53. (64)
  • Kitts D. D. i in., „Brit. ‚J. Nutr.'” 1992, 68, s. 765. (72)
  • Miller, s. C. i in., „J. Nutr.” 1988, 118, s. 82. (74)
  • Schlimme E. i in., w: Lebensmittelchemische Gesellschaft Milchproteine”, Hamburg 1991, 4, s. 213. (590)
  • Haddad J. G., „N. Eng. J. Med.” 1992, 326, s. 1213. (68)
  • Specker B. L., „Am. J. Clin. Nutr.” 1994, 59, dod., s. 484. (759)
  • Ala-Houhala M. i in., „Am. J. Clin. Nutr.” 1988, 48, s. 1057. (32)
  • Takeuchi A. i in., „J. Nutr.” 1989, 119, s. 1639. (651)
  • DiPalma J. R., Ritchi D. M., „Ann. Rev. Pharmacol. Toxicol.” 1977, 17, s. 765. (71)
  • Toda T. i in., „Fd. Chem. Toxicol.” 1985, 23, s. 585. (73)
  • Kummerow F. i in., „Am. J. Clin. Nutr.” 1976, 29, s. 579. (650)
  • „Fd. Chem. News” 1991, 33, s. 19, za: „BIBRA Bull.” 1991, 30, s. 200. (33)
  • Hadler M. R., „Span” 1984, 27, s. 74. (34)
  • Hayes W. J., Laws E. R., „Handbook of Pesticide Toxicology”, San Diego 1991. (343)
  • Worthing C. R., „The Pesticide Manual – A World Compendium”, Farnham 1991. (415)
26 VIII2013

Udo Pollmer: diety szkodzą! (Recenzja)

by joanna

Książka „Smacznego! Chorzy z powodu zdrowego jedzenia” była wymagającą lekturą na wakacje: wymagająca uwagi oraz nieustannego podkreślania ołówkiem oraz pisania uwag na marginesach… Wymagającą również pod względem wielkości (prawie 400 stron tekstu), różnorodności tematów (dobra gimnastyka dla umysłu) oraz pod względem zadania postawionego przed czytelnikiem: książka mówi o żywieniu, ale nie mówi, jak i co jeść. Znajdziemy za to wiele cennych informacji, czego do ust lepiej nie brać.

smacznego_2

Jestem zainspirowana i zmotywowana lekturą, aby podzielić się z Wami kilkunastoma spostrzeżeniami na temat – a jakże – jedzenia.

Kontrowersyjny antydietetyk

Autorami książki są Udo Pollmer http://de.wikipedia.org/wiki/Udo_Pollmer oraz jego współpracownicy: Andrea Fock, Ulrike Gonder i Karin Haug. Pollmer to znana postać w Niemczech. Jest słynnym i kontrowersyjnym autorytetem w dziedzinie odżywania, z wykształcenia – chemikiem żywności. W swoich wypowiedziach kpi z dietetyków i ich zaleceń:

Ja dietetycy świętują urodziny i święta? Lekko posłodzonymi plackami z pełnego zboża, duszoną piersią indyka i lekko okolonymi ziemniakami? A toasty wznoszą szklaneczką rozcieńczonego soku pomarańczowego?

(s. 10).

A czasem oskarża ich o wpędzanie pacjentów w poważne choroby związane z zaburzeniami odżywiania.

Jeśli spojrzycie, jak wygląda Udo Pollmer (zdjęcia), uznacie, że nie należy on do ascetów i raczej sobie dogadza niż odmawia jedzenia, które lubi. Nic dziwnego – uważa, że człowiek powinien słuchać swojego apetytu. Tu do przeczytania ciekawy wywiad z Pollmerem na temat wpędzania ludzi w poczucie winy z powodu tego, że jedzą to, co lubią, co szczególnie dotyczy kobiet, od których wymaga się sylwetki wieszaka (czerwiec 2013 r., po niemiecku).

Zespół Pollmera EU.LE eV (Europäisches Institut für Lebensmittel- und Ernährungswissenschaften – Europejski Instytut Żywności i Żywienia – organizacja pozarządowa) zajmuje się oczywiście odżywianiem, o czym poczytacie na stronie http://www.euleev.de/, gdzie publikowane są teksty, krótkie informacje czy linki do materiałów wideo (niestety wszystko w języku Goethego). Przykładowo w jednym z ostatnich tekstów podważana jest zasadność zarzutów wegetarianów o przeznaczeniu zbyt dużej ilości ziemi na hodowlę bydła.

Inspiracje

Chociaż książka „Smacznego! Chorzy z powodu zdrowego jedzenia” została wydana po raz pierwszy w Niemczech w 1994 roku, a aktualizowana w 2001 roku, w Polsce ukazała się dopiero w roku 2010. Wielka szkoda! Zawiera gigantyczną bibliografię, dzięki której autorzy wypadają wiarygodniej: nie piszą tego, co im się wydaje, opierają się na źródłach. Prawie 900 pozycji – niestety – niezbyt świeżych (lata 70.–90. ubiegłego wieku). Jak szybko dezaktualizują się te artykuły? Nie wiem. Wiem jedno – autorzy przytaczają badania, o których dziś się nie mówi, a które zadają kłam wielu mitom żywieniowym. Książka mająca 20 lat zazwyczaj celnie uderza w słabe miejsca współczesnego myślenia o odżywianiu. Pewnie dlatego, że jesteśmy co najmniej 20 lat za Niemcami…

Samych poruszanych kwestii jest chyba kilkadziesiąt, dlatego książka jest bardzo gruba, choć rozdziały krótkie. Te zagadnienia zainteresowały mnie najbardziej i o wielu z nich na pewno napiszę osobno:

  • dlaczego nie należy ufać tabelom i nie uczyć się liczb (kalorie, zawartość różnych substancji itp.),
  • dlaczego nie warto – a czasem nie należy – brać suplementów diety oraz dlaczego nie należy kupować żywności wzbogaconej w witaminy itp.,
  • dlaczego nie należy przejmować się cholesterolem,
  • czym jest żywność funkcjonalna i dlaczego nie należy jej kupować,
  • jakie są wady diety pełnowartościowej (dziś dotyczy to zwłaszcza witarian, o których Pollmer być może jeszcze nie wiedział),
  • dlaczego ludzie jedzą zboże (w dodatku ustawiają je na dole piramidy żywieniowej!),
  • do czego potrzebne jest przetwarzanie pokarmu, w tym gotowanie czy naturalne zakwaszanie chleba,
  • współczesny przemysł spożywczy – jak podrabia się jedzenie,
  • jak przygotowuje się produkty spożywcze, aby nas uzależniały,
  • cukier – niezbędny do życia (do tego rozdziału mam kilka istotnych zastrzeżeń),
  • używki: alkohol, kawa, herbata, przyprawy, czekolada, opiaty,
  • dlaczego stosowanie diet odchudzających jest groźne i nieskuteczne,
  • odżywianie dzieci – po pierwsze, BLW ma już 90 lat! Po drugie, jakie są niezwykłe właściwości mleka matki. Po trzecie, dlaczego nie należy podawać niemowlętom witaminy D.

Nie sądzę, żeby Pollmer wiedział wszystko najlepiej i na pewno nie uwierzę we wszystko, co napisał, bezkrytycznie. Myślę jednak, że daje wiele cennych tropów, jak szukać wiedzy o tym, co nam szkodzi, a co pozwala zdrowo funkcjonować. Do kilku rozdziałów mam zastrzeżenia braku istotnych informacji, a do całej książki – że brakuje w niej wyraźnego zdania: swojego instynktu mogą słuchać ludzie zdrowi. Tacy, którzy odżywiają się zgodnie ze swoimi potrzebami od zawsze. Tymczasem ilu z nas już od pierwszych dni życia dostawało sztuczne mleko? Ilu z nas przejadło kilogramy śmieciowego jedzenia? Nasze organizmy nie są zdrowe, bo nasza żywność jest oszukana – żeby móc jeść normalnie, najpierw trzeba odzyskać – tudzież uzyskać – balans i pozwolić naszemu ciału funkcjonować zdrowo. Zacznijmy od prostego jedzenia, kupowanego w postaci nieprzetworzonej, sami gotujmy!

smacznego_1

Polecam tę książkę osobom, które przeczytały już kilka poradników w swoim życiu i czują w nich jakiś podstęp. Polecam też lekturę tym, którzy w przeciętnym sklepie spożywczym dostają oczopląsu od kolorowych opakowań – słodyczy, jogurtów, żywności funkcjonalnej – bo nic dla siebie tam nie widzą.

Także tym, którym nie smakuje dzisiejsze pieczywo i źle się czują po pszennych bułeczkach. Tym, którzy chcieliby zaufać swojemu organizmowi, ale w radiu, telewizji i u lekarza w kółko słyszą, że potrzebują jakichś suplementów, bo bez nich umrą albo przynajmniej wykrzywi ich na drugą stronę i odpadną im genitalia.

Wiedza to siła – brońmy się nią przed sztucznym dokarmianiem!

Na koniec jeden z moich ulubionych cytatów:

Dla medycyny odżywiania jelito ciągle jest jeszcze czarną skrzynką, której przypisuje się różne właściwości w zależności od potrzeb rynku. Naukowcy z różnych krajów zgadzają się co do tego, że dobrze jest zaglądać człowiekowi nie tylko do ust, by sprawdzać, co je, ale także analizować odchody i mocz.

(s. 131).

Czego doświadczyłam niejednokrotnie jako ciężarówka, a potem jako matka. Lekarze lubią zaglądać nam w wyniki, zamiast zapytać: jak sypiamy, jak jemy? Pollmer podkreśla to dobitnie: każdy z nas jest inny i ma indywidualne potrzeby. Czy dobieramy sobie buty według standardowego numeru? Jeśli nie, to dlaczego chcemy mieć takie same liczby w wynikach badań, jak osoby w innym wieku, z inną wagą, z innego kraju?

„Smacznego! Chorzy z powodu zdrowego jedzenia”, Państwowy Instytut Wydawniczy, Udo Pollmer, Andrea Fock, Ulrike Gonder, Karin Haug, Warszawa 2010.

Fragmenty książki (wcale nie te najlepsze!):

http://www.polityka.pl/kultura/ksiazki/fragmenty/1504784,1,fragment-ksiazki-smacznego-chorzy-z-powodu-zdrowego-jedzenia.read

15 III2013

MRT – co możemy jeść?

by joanna

Czeka nas niedługo ponowne spotkanie z dietetykiem, który prowadzi naszą dietę MRT. Co mu powiem?

  • J. miał silną reakcję alergiczną na gruszkę i mniejszą na grejpfruta. Poza tym była poprawa z jego uszami, tak jakby płyn trochę odpuścił (zasługa diety czy balonika otovent?), ale obawiam się, że po obecnej grypie znowu będzie taki sam problem. Skóra J. jest w nieco lepszym stanie, ale nie jest to gładka skórka niemowlaka. Poza tym oczyszczanie organizmu odbywa się również przez skórę, więc mogę się spodziewać raczej pogorszenia.
  • Ja z kolei schudłam 3 kilo. Nie jemy z J. cukru (ja także owoców, na razie), jemy bardzo mało białej mąki. Na szczęście tylko ja chudnę, a więc tylko ja miałam problem z niewłaściwą dietą? Może u dzieci to jest inaczej? W każdym razie jeśli schudnę jeszcze trochę, zacznę się niepokoić, bo przecież karmię, a podczas poprzedniej laktacji to raczej przybywało mi na wadze.
  • Ja biorę chlorellę i probiotyk, J. na razie sam probiotyk, bo mam wątpliwości, czy chlorella mu służyła.

Czekam na to, co usłyszę od dietetyka: wizytę mamy 26 marca. Poprzednia wizyta mocno mnie wykończyła psychicznie, musiałam w dwie godziny przyswoić tyle informacji, że zgłupiałam. Teraz wiem więcej, oczekiwania też mam większe. Przeczytałam już poradnik żywieniowy Janusa, czytam Słoneckiego i niedługo zreferuję. Moim zdaniem poradniki żywieniowe piszą ludzie nawiedzeni!!!! Co nie znaczy, że nie miewają racji.

co_z_tego_bedzie

Pomyślałam, że dla wygody napiszę, jak wygląda nasze ograniczenie dietetyczne. Wymienię wszystkie produkty, które są dozwolone, dzięki czemu o każdej porze dnia i nocy każdy będzie mógł tu zajrzeć i wiedzieć, czym nas uraczyć, hehe.

Białka (kolejność mniej więcej od najbezpieczniejszego):

  • indyk,
  • królik,
  • sola (ale ciężko dostać z pewnego źródła),
  • halibut, tuńczyk (jak z solą),
  • pstrąg,
  • kurczak,
  • wieprzowina,
  • karp,
  • baranina/jagnię,
  • soczewica.

Skrobie (jw.)

  • pszenica (zwłaszcza orkisz),
  • kukurydza,
  • kasza jaglana,
  • ryż (brązowy, basmati),
  • owies (płatki, otręby),
  • ziemniaki, mąka ziemniaczana,
  • żyto,
  • jęczmień.

Ze względu na obecność glutenu chcę ograniczyć pszenicę, żyto i jęczmień.

Warzywa

  • szparagi,
  • bakłażany,
  • pomidory,
  • groszek zielony,
  • cieciorka,
  • kalafior,
  • fasolka szparagowa,
  • kabaczek,
  • marchewka,
  • cebula (zwłaszcza czerwona jest dobra; szczypior),
  • por,
  • cukinia,
  • papryka – wszystkie kolory,
  • seler (z tym ostrożnie, bo ogólnie uczula),
  • sałata,
  • cykoria,
  • ogórek świeży,
  • kapusta każda – świeża,
  • szpinak,
  • brokuły.

Owoce (niektóre są mocno od czapy)

  • cytryna,
  • [żurawina, śliwka, wiśnia, czarna jagoda, czarna porzeczka – zawierają benzoesan sodu, drażniący śluzówkę jelita, więc ostrożnie albo wcale – myślę, że do lata poprawimy stan jelit i jednak będziemy je jeść],
  • melon Galia,
  • arbuz,
  • brzoskwinia,
  • [gruszka – okazała się bardzo uczulająca],
  • truskawki,
  • mango (okazało się niemożliwością dostać smaczne ekomango),
  • morela,
  • ananas (jeszcze nie próbowaliśmy, to w końcu cytrus),
  • [grejpfrut – J. zareagował uczuleniem],
  • oliwki,
  • papaja (hm),
  • pomarańcza (wolę na razie nie próbować),
  • winogrona/rodzynki,
  • awokado,
  • figi,
  • [banan – znam drania, powoduje ogromną reakcję w uszach J.],
  • melon kantalupa.

Nabiał
Całkowity zakaz nabiału (za jakiś czas spróbujemy z jogurtami, ale to już jak będziemy pewni, że jelita – forma znakomita).

Orzechy, nasiona, oleje

  • orzech włoski (J. go pokochał i nie jest uczulony),
  • nerkowiec (przed nami),
  • kukurydza,
  • orzech laskowy (no nie wiem),
  • oliwa z oliwek,
  • pistacje (przed nami),
  • [orzech ziemny – powoduje procesy gnilne w jelitach],
  • słonecznik, olej słonecznikowy,
  • sezam,
  • mak.

Przyprawy

  • bazylia,
  • czosnek,
  • musztarda (?),
  • imbir (ostrożnie),
  • kurkuma,
  • gałka muszkatołowa,
  • orzech kokosowy – wiórki, olej, mleczko,
  • wanilia,
  • pieprz,
  • koper,
  • koper włoski,
  • [cynamon – bo benzoesan],
  • ziele angielskie,
  • [cukier trzcinowy, miód, cukier buraczany],
  • sezam,
  • liście laurowe,
  • mak.

Zabronione (na razie?): nabiał krowi i kozi, drożdże, dorsz, makrela, łosoś, sardynka, migdały, jabłka, maliny, kiwi, kasza gryczana, żółcień pomarańczowa, kwas benzoesowy, pietruszka, buraki, dynia, czerwona fasola, soja, fasola jaś, migdały, jajka, kakao, oregano, mięta.

Te wytyczne traktuję jako poziom zero. Teraz pewnie zajmiemy się zmniejszeniem grzyba w kiszkach i odbudową ścian jelit. A miksturę Słoneckiego najpierw wypróbuję na mężu, ha.

18 II2013

Chlorella, zielona moc glona

by joanna

Dziś do naszej diety wkroczyła ta zielona piguła.

chlorella_i

Mówię od razu, że nie jestem fanatyczką suplementów diety, ale z nich korzystam – przynajmniej dopóki trwa zima i póki karmię piersią. Poza tym, odkąd postanowiliśmy naprawić nasze jelita, wspomagam się czosnkiem w kapsułkach i probiotykiem. J. bierze natomiast probiotyk i tran z rekina, który zawiera omega-3, również pomagający jelitom się odbudować. S. dostaje probiotyk, a dlaczego – o tym innym razem.

Nasza dietetyczka poradziła, aby przepędzić nieco candida albicans z naszych trzewi i brać chlorellę jako środek wspomagający. Ma ona podobno niezwykłe właściwości, ale może od początku.

Chlorella jest jednokomórkowym glonem, który żyje w najróżniejszych wilgotnych miejscach na Ziemi, w wodach zarówno słodkich, jak i słonych. Podobno jest to bardzo stary gatunek, tak stary, że pamięta dinozaury. Ma niezwykłą zdolność wyłapywania wszelkich zanieczyszczeń – absorbuje toksyny, metale ciężkie, konserwanty i bakterie chorobotwórcze, dlatego może być wykorzystywana w kuracjach oczyszczających. Gdy dociera do jelit, wychwytuje napotkane szkodniki i wiąże je ze sobą, a następnie pociąga w stronę wyjścia… Można ją spożywać w postaci proszku lub tabletek.

Według zapewnień producentów chlorella jest tak bezpieczna, że mogą ją jeść dzieci, kobiety w ciąży, kobiety karmiące oraz zwierzęta. Oprócz detoksu chlorella zapewnia organizmowi mnóstwo wartościowych składników, przede wszystkim chlorofilu, a także aminokwasów, witaminy B (zwłaszcza B12, której brakuje weganom – chlorella jest jej niezwierzęcym źródłem), aminokwasy, białko, kwasy tłuszczowe… Wygląda na to, że mała chlorella może dużo dobrego.

Spróbujemy, zobaczymy. Nie jest to tani suplement, również dlatego, że kupuje się go w dużych ilościach i duże ilości spożywa na raz. Wszystko, co się o chlorelli pisze, brzmi fantastycznie, ale oczywiście nie wierzę w cuda. Natomiast dopuszczam możliwość, że suplementy diety działają.

Do samodzielnej lektury:

http://chlorella.pl

http://www.natura24.pl/go/_info/?user_id=296&lang=pl