23 IV2014

Ja o naszych synach (i innych rzeczach)

by joanna

Od pewnego czasu nachodzi mnie myśl, zapewne naturalna dla matki dwóch małych chłopców. Chłopców niezwykle aktywnych, którym codziennie przydarzają się chłopackie przygody; czasem poleją się łzy, czasem krew. Którzy swą nieposkromioną ciekawość zaspokajają natychmiast, tu i teraz, co czasem ma bolesne konsekwencje, ma jednak źródło w przyrodzonej dziecięcej mądrości – tylko stawianie pytań daje odpowiedzi.

sikawka

Tak trudno czasem zapanować nad tym żywiołem, którym są moi dwaj synkowie. Są jeszcze sprawy, nad którymi zapanować nie sposób: upływ czasu, dorastanie, życie w przedszkolu…

Dlatego właśnie myślę sobie, że właśnie teraz jest czas na codzienną małą celebrację: wieczorem, kiedy zasypiamy z mężem w naszym łóżku, a w pokoju obok smacznie śpią chłopcy, cieszę się, czuję się naprawdę szczęśliwa i jestem spokojna, że wszyscy są razem. Że choć dzień mógł być ciężki, długi, smutny, nie szkodzi. Najważniejsze, że jeszcze jest czas na największą bliskość między naszą czwórką. Na cudowne karmienie piersią. Na przytulanie i łaskotki.

nadzialka_1

I oczywiście codziennie rano okazuje się, że nastąpiła nocna teleportacja i chłopcy śpią z nami.

30 V2013

„Księga Rodzicielstwa Bliskości” – recenzja

by joanna

Zacznę od tego, że Księga Rodzicielstwa Bliskości trafiła do mnie dzięki Emilce Jaworskiej i jej portalowi Vivat Poród. Myślę, że to dobry trop , aby podkreślić nierozerwalną łączność między miłością do dziecka a troską o planetę, która to troska w końcu zmienia się w coś więcej. W moim wypadku najpierw było dziecko, które nauczyło mnie, że dzisiejszy popularny styl życia prowadzi donikąd, i w pewnym sensie zmusiło mnie do gigantycznych zmian w moim otoczeniu. Potem było – jest – drugie dziecko, i dzięki tej dwójce mam na co dzień lekcję rodzicielstwa na różnych poziomach, wzbogaconą o nieustanny rozwój świadomości ekologicznej.

ksiegaAP

Kiedy zaczęłam czytać Księgę…, pomyślałam sobie: ale przecież to wszystko jest takie naturalne, takie oczywiste, ja to wszystko wiem. Czy jako matka prawie czterolatka i półroczniaka mogę jeszcze skorzystać z lektury poradnika (oj, do poradników jestem zrażona do końca życia), jak troszczyć się o niemowlę?

I wtedy – wiecie, co się stało? Przy kolejnym rozdziale, poświęconym karmieniu piersią, nagle zrozumiałam: to nie jest żaden poradnik. To jest książka o miłości. O tym, że matka wie najlepiej, co jest dobre dla jej dziecka. O tym, że „życzliwi” potrafią zniszczyć w niej naturalny instynkt, który każe każdej matce przytulić płaczące dziecko, podać pierś, kiedy jest zmęczone i chce zasnąć przy mamie, nosić blisko, kiedy jest marudne, spać w nocy w jednym łóżku, jeśli dziecko często budzi się na karmienie.

Siedem filarów rodzicielstwa bliskości (AP – Attachment Parenting) to wskazówki, jak nie stracić z dzieckiem przyrodzonej łączności, a jednocześnie – jak złapać oddech, gdy mama jest wykończona i po prostu ma dosyć (normalna sprawa). Autorzy – William Sears i Martha Sears – odsłaniają przed czytelnikiem własne doświadczenia rodzicielskie (mają ośmioro dzieci!) oraz opisują doświadczenia zdobyte dzięki pracy zawodowej (on jest pediatrą, ona pielęgniarką, oboje z ogromnym doświadczeniem). Bardzo mi się podoba, że nie są gołosłowni – opierają się na wszechstronnych badaniach, przywołują konkretne przypadki. Szczególnie dziękuję autorom za trzy rady: po pierwsze, aby nie bać się karmienia piersią po pierwszym roku życia, po drugie, aby nie słuchać trenerów dzieci, po trzecie, żeby znaleźć sobie (płatną) pomoc do domu i mieć dzięki temu chwilę wytchnienia.

Jakkolwiek kiczowato to zabrzmi, tę książkę czyta się sercem. Bo wszystko, co w niej napisano, jest w każdej mamie. Księga Rodzicielstwa Bliskości przypomina nam tylko, że wszystko, co do nas należy, to kochać swoje dzieci – i że możemy się tego nauczyć. Jeśli książka bywa zbyt amerykańska w swoim entuzjazmie, nie szkodzi. To literatura emocji.

Na koniec łyżka dziegciu: mam nadzieję, że przy kolejnym wydaniu korekta spisze się lepiej (te okresy czasu i przecinki…). Zawsze niestaranność redakcyjna psuje mi lekturę. Na szczęście w tym wypadku treść broni się sama.

Księga Rodzicielstwa Bliskości, William Sears, Martha Sears, wyd. Mamania, Warszawa 2013

26 III2013

Tonga – pakuj dziecko do siatki!

by joanna

tonga_2

Uwaga, uwaga, od dziś będziemy publikować wywiady! Z ciekawymi osobami, na ciekawe tematy…

Na pierwszy ogień poszła Maja Raczyńska-Kaczmarek, mama dwóch chłopców, prowadząca SklepwKropki.pl, popularyzatorka Tongi – niezwykle pomysłowego nosidełka, którego używam i które reklamuję gdzie się da.

Tongę zobaczyłam przypadkiem na Facebooku, tuż przed imprezą w Forcie Sokolnickiego w Warszawie, gdy byłam w 4. miesiącu drugiej ciąży i myślałam o jakimś sprytnym nosidle.
S. trafił do siateczki jak mała rybka, kiedy miał może dwa tygodnie. Dziś ma prawie pięć miesięcy i tam gdzie S., tam ja i Tonga na podorędziu. O tym, jak nosić maluszki, możecie przekonać się tu (na zdjęciu – ja i S.). A o tym, że Tonga jest niezwykłym wynalazkiem, przeczytacie poniżej.

tonga_1

J.B.: Kiedy pierwszy raz spróbowałaś Tongi? Co cię w niej urzekło?

M.R.-K.: Pierwszy raz zobaczyłam Tongę na spotkaniu z Claude Didierjean-Jouveau, autorką książeczki „Nosimy nasze dziecko” (wyd. Mamania) [około 3 lat temu – przyp. J.B.]. Zauważyłam podczas spotkania Tongę u jednej z mam, a i w samej książce Tonga jest serdecznie polecana. Mój młodszy synek miał wtedy 2 miesiące. Byłam doświadczoną chustomamą, starszy synek lubił się nosić. Rozglądałam się jednak za czymś prostszym, mając w perspektywie wożenie starszaka do przedszkola z maleństwem u boku. Jak się potem okazało, prostota i funkcjonalność Tongi procentowały, gdy dwa razy dziennie niosłam Maleństwo do i z przedszkola, prowadząc starszego synka spokojnie za rękę.

Jaka jest historia tego nosidełka? Czym zostało zainspirowane?

Wynalazczyni Tongi Arlette Schlegel-Liebert jako antropolog zwiedziła sporą część świata i zawsze bacznie przypatrywała się sposobom, w jaki ludzie w różnych kulturach noszą swoje dzieci. Do stworzenia Tongi dla własnych dzieci zainspirowały ją m.in. siatki do łowienia ryb w Bretanii i amazońscy Indianie, a sama nazwa „Tonga” oznacza „nosić”.

Poznałaś Arlette Schlegel Liebert. Jaka to osoba?

Jestem z nią w kontakcie, to przemiła starsza pani, mieszkająca w Paryżu. Produkuje swoje nosidełko już od lat 80. ubiegłego wieku. To niemal manufaktura, krótkie serie, co jakiś czas zmieniane kolory i niewielka dostępna liczba sztuk. Dzięki temu, że pomysłodawczyni trzyma pieczę nad całością powstawania nosidełka, zachowane są jakość i wzornictwo. Za tą marką nie stoi żaden wielki koncern, potężny marketing ani budżety reklamowe. Renomę Tongi budują dobre opinie matek i ojców, którzy polecają kolejnym rodzicom to nietypowe, niewielkie i poręczne nosidełko.

A twoim zdaniem największe zalety Tongi to…

Zaletami Tongi są m.in. mały rozmiar, lekka i prosta konstrukcja, łatwa regulacja, dobrej jakości wytrzymała bawełna.

Jednak cena nosidełka może wydać się niektórym wygórowana – za co tak naprawdę płacimy? Jakie atesty ma Tonga?

Tonga jest w całości produkowana we Francji. Zarówno siatka, jak i klamra mają niezbędne atesty wytrzymałości i bezpieczeństwa. Bawełna, z której utkana została Tonga, i barwniki użyte do jej koloryzacji są certyfikowane. Tonga jest opatentowana i zgodna z normą europejską 13209-2, ma nośność od 3,5 do 15 kg. Cena nosidełka, którego możemy używać niemal od urodzenia do prawie 3. roku życia dziecka, w porównaniu z innym produktami dla dzieci z tej kategorii, nie jest ani wygórowana, ani niska. Kupując Tongę, płacimy za dobry design, funkcjonalność, pomysł i wykonanie w UE. Rzeczy dziecięce zawierają też 23% VAT, który dosyć znacznie rzutuje na cenę detaliczną.

A jak myślisz, ile osób w Polsce ma już Tongę?

Często widzę na ulicy czy w sklepie sytuacje, w których aż się prosi, żeby dźwigający dziecko na biodrze rodzic dał odpocząć swojej ręce i kręgosłupowi, używając Tongi. Jednak popularność tego kieszonkowego nosidełka rośnie podobnie jak zaufanie do najprostszych rozwiązań. Szacuję, że dziś Tongę ma w Polsce około 250–300 osób.

Gdzie możemy ją kupić?

Nosidełko można nabyć w pierwszym sklepie internetowym, który popularyzuje Tongę www.sklepwkropki.pl.

Jakie kolory są najpopularniejsze?

Z mojego doświadczenia wynika, że serca polskich rodziców podbiła Tonga tęczowa, ten wzór zdecydowanie najlepiej się sprzedaje.

tonga_3

Czy Tongę kupują również ojcowie?

Mężczyźni, którzy raz przymierzyli Tongę, szybko stają się jej zwolennikami. Trafia do nich prostota tego nosidełka, cenią sobie jego niewielkie gabaryty i fakt, że nie muszą się zawijać w zwoje bawełny ani zapinać w kolejne szelki i sprzączki. Panowie stanowią znaczny odsetek klientów mojego sklepu internetowego.

Widziałam już pieluszki wielorazowe w skali „dla misia”, może jest więc wersja Tongi mini dla lalek?

Niestety, wersji mini dla lalek jeszcze nie powstała, ale może podsunę ten pomysł Arlette. Byłby to polski wkład w rozwój tego nosidełka :)

Dziękuję za rozmowę i trzymam kciuki, żeby Tonga zdobywała coraz większą popularność!