19 X2017

Banany Milagros: wybierz etyczny smak!

by joanna

Banany pokonują drogę kilku tysięcy kilometrów z drzew na nasze stoły, przechodzą przez dziesiątki rąk. To produkt spożywczy będący zaprzeczeniem tego, co dla mnie bliskie: lokalności i sezonowości. Zapominamy, że banan to luksus, bo w Polsce jest dostępny od ręki przez cały rok za śmieszną cenę. Błąd! Nie kupuj śmiesznie tanich bananów w supermarkecie. Wybierz etyczny smak certyfikowanych bananów z kooperatyw spożywczych.

Banany Milargos. Zdjęcie: www.biotropic.com

Banany Milargos. Zdjęcie: www.biotropic.com

Nie jem bananów z kilku przyczyn, również ideologicznych, ale przede wszystkim mi nie służą. Nie zmienia to faktu, że miliony Polaków nie wyobrażają sobie menu bez tych owoców. W Unii Europejskiej roczna średnia to 10 kg na mieszkańca, w Polsce – 7 kg (dane z 2015 roku), ale importerzy widzą ogromny potencjał w zwiększeniu tego rynku. Dlatego zorganizowałam dostawy etycznych bananów do naszych sklepów Kooperatywy w Warszawie. Chciałam, żeby pożeracze bananów mieli wybór i mogli płacić za produkt wysokiej jakości, jednocześnie wspierając dobre działania na drugiej półkuli. W obliczu niedawnych huraganów nawiedzających Karaiby ta pomoc jest jeszcze ważniejsza! (więcej…)

19 II2013

Ekologia a… fazy księżyca

by joanna

Nawet jeśli interesujemy się ekologią i staramy się żyć tak, aby nie szkodzić planecie, często nie wiemy, w co się pakujemy… Mówię to oczywiście w pozytywnym sensie – ekologia to rozbudowana filozofia życia, która ma swoje odcienie, poziomy zaawansowania i odmiany.

Jest oczywiście warstwa najbardziej znana, z którą często utożsamiamy zjawisko ekologii: protesty w obronie przyrody, akcje Greenpeace, petycje w sprawie ratowania zagrożonych gatunków itp. Dwadzieścia lat temu w Polsce mówiło się o ludziach, którzy oblewają witryny sklepów futrzarskich czerwoną farbą, że to oszołomy – ale wtedy inne akcje w obronie przyrody były zupełnie niewidoczne (może oprócz albumu z naklejkami WWF – pamiętacie? wymieniało się nimi na przerwach w szkole…). Dziś wielu przeciwników akcji proekologicznych mówi na ekodziałaczy – ekoterroryści. Nie przeczę, że czasem środki, za których pomocą głosi się miłość do planety, bywają radykalne, a czasem po prostu niewiele mają wspólnego z miłością bliźniego, który jest częścią ekosystemu. Może jednak człowiek jako największy pasożyt na Ziemi zasługuje na dosadne traktowanie? ;)

Oprócz tych najbardziej spektakularnych działań jest jeszcze ekologia na co dzień: segregacja śmieci, oszczędzanie żywności, wody, gazu, prądu, kupowanie jedzenia ze znaczkiem BIO. To działanie na polu osobistym (w przeciwieństwie do wyżej omówionych działań globalnych) jest najpowszedniejsze, bo też i najłatwiej jest zarządzać własnym domem, własną kuchnią, łazienką czy garderobą. Nie trzeba zmieniać świata, żeby żyć w swoim ekologicznym rytmie. Myślę, że i nasza rodzina wpisuje się w ten nurt, choć staram się, aby nasza wiedza i nawyki przekraczały ten podstawowy poziom. Dlaczego? Ponieważ takie działanie na małą skalę to tylko jeden krok w stronę tej Wielkiej Ekologii, życia zgodnie z naturą. Jasne, w mieście to jest niemożliwe, żeby uwolnić się od sieci zależności, na którą nie ma się wpływu. Jesteśmy uzależnieni od dostawcy wody, prądu, gazu – sami nie jesteśmy w stanie zdobyć energii w bezpieczny i legalny sposób. To samo jest z kanalizacją – na upartego można by gromadzić ekskrementy w wiadrze… ale co legalnie robić z jego zawartością?

Jeśli więc z jednej strony czujemy potrzebę prowadzenia życia, które będzie zgodne z naszym sumieniem, a z drugiej strony nie jesteśmy w stanie działać na większą skalę (bo nie w smak nam przykuwanie się do drzew w obronie Rospudy), moim zdaniem warto skupić się na pogłębianiu wiedzy na temat ochrony przyrody. Wiedza to potęgi klucz, jak mawiali starzy belfrzy, i w tym naprawdę tkwi moc. Im więcej wiemy o życiu planety, o jej cyklach, o jej bogactwie i niezwykłej sile przyrody, tym większa jest nasza siła przekonywania innych, że trzeba zmieniać nasze życie w wymiarze globalnym. Ekologia to filozofia, którą – aby uprawiać – trzeba wyznawać. na szczęście ma niejedno oblicze. Inna jest filozofia wegetarianów, weganów, frutarianów, a inna zagorzałych mięsożerców. Myślę, że dla każdego jest miejsce na naszej planecie, bo dopóki jest różnorodność, dopóty jest rozwój.

Jako ciekawostkę chciałam przytoczyć jedną z odmian rolnictwa ekologicznego: rolnictwo biodynamiczne. Dla tych, którzy interesują się jedynie końcowym produktem rolnictwa w postaci „marchewki bez chemii”, może być zaskakujące, że te marchewki mogą być dobre albo jeszcze lepsze. Niby zasady upraw organicznych są te same: bardzo surowe przepisy dopuszczają plony wyhodowane bez użycia nawozów sztucznych, środków ochrony roślin i innych trujących substancji, które przenikają do żywności, a następnie do organizmu tego, kto tę żywność zjada. Można stosować nawozy naturalne, opryski z pokrzywy i inne sposoby, które wykorzystują rośliny czy zwierzęta. To może być np. sadzenie obok siebie marchewki i cebuli, które wzajemnie przeganiają sobie szkodniki, albo wspieranie pszczół samotnic przez budowanie im miejsc na gniazda. Nie jestem rolnikiem, ale domyślam się, że dbanie o zdrowie gleby, o jej żyzność, o bioróżnorodność otoczenia, połączone z uprawą roślin bez stosowania łatwych rozwiązań to ciężka praca. Nie mówiąc już o ekochowie zwierząt: wolny wybieg, ekologiczna pasza, dbanie o kondycję… Dlatego właśnie nakładanie na siebie dodatkowych obowiązków wydaje się nieopłacalnym szaleństwem. A jednak, historia rolnictwa biodynamicznego trwa już kilkadziesiąt lat i zaczęła się na ziemiach polskich. W 1924 roku w Kobierzycach pod Wrocławiem Austriak Rudolf Steiner poprowadził kurs Podstawy wiedzy duchowej dla powodzenia w rolnictwie, powstało tam również pierwsze gospodarstwo biodynamiczne, prowadzone według zasad, które dziś nazwalibyśmy ekologicznymi, ale u podstaw wszystkiego stała filozofia antropozoficzna. Życie zgodnie z naturą to uważne przypatrywanie się, jak przyroda funkcjonuje, jak się zmienia i pod wpływem jakich czynników. Dlatego właśnie niezwykle ważny w rolnictwie biodynamicznym jest kalendarz księżycowy, który obok stosowanego powszechnie kalendarza słonecznego także wyznacza fazy np. siewu i zbioru plonów. Wydaje mi się, że można to podsumować jako wierzenie, że człowiek, przyroda, Ziemia, cały otaczający nas kosmos to jeden organizm, którego poszczególne części są ze sobą nieodłącznie związane i wpływają na siebie. W rolnictwie biodynamicznym sieć zależności jest więc jeszcze gęstsza niż w zwykłym rolnictwie organicznym, dzięki czemu często plony są jeszcze lepsze. Dodam jeszcze, że filozofia antropozoficzna jest na bakier z Kościołem katolickim, dlatego osoby głęboko wierzące tym bardziej powinny wiedzieć, co kupują ;)

Brzmi to wszystko niewiarygodnie? Wiem. Jednak spróbujcie znaleźć wśród produktów ekologicznych te pod marką Demeter – będą jeszcze droższe, często jeszcze smaczniejsze. A jeśli nie wierzycie, że wyprodukowano je zgodnie z cyklem księżyca, zajrzyjcie na polską stronę Demeter :)

ksiezyc

I pamiętajcie, że ekologia to niezwykle złożone zagadnienie – jeśli chcemy mieć wpływ na to, co dzieje się wokół nas, musimy sięgać wzrokiem poza własne podwórko. Jeść jajka z numerem 0 nie dlatego, że kura nie jadła GMO, tylko dlatego, że kura miała wolność i widziała w swoim życiu słońce. Kupować mięso z farm ekologicznych nie dlatego, że krowa nie dostała antybiotyków, ale dlatego, że miała dostęp do prawdziwej trawy. Czy zjadanie krowy jest ekologiczne, to już zupełnie inna historia…