03 VII2014

Las otwiera serca i oczy

by joanna

Wróciliśmy z dwutygodniowego pobytu w górach, mieszkaliśmy we wsi hen za lasem (niestety, to wieś cywilizowana, ale wystarczająco wiejska). Powrót do bloku w stolicy okazał się trudny, zwłaszcza dla dzieci. Bo jak to, nagle nie mogą wyjść na dwór i pójść na pole? Zbierać kwiatków, sypać piaskiem, rozrabiać wśród przyrody?

Czytam właśnie książkę poświęconą zjawisku zabierania dzieciom możliwości obcowania z przyrodą: „Ostatnie dziecko lasu” Richarda Louva, wyd. Relacja, Warszawa 2014. Choć dotyczy ona amerykańskich realiów, bardzo wiele opisanych sytuacji znamy z własnego podwórka. Dosłownie.

ostatnie_dziecko_lasu

Autor pokazuje nam, jak w ciągu ostatniego wieku zmieniliśmy obecność przyrody w swoim otoczeniu. Nie żyjemy wśród dzikiej natury, okiełznawszy tylko niewielkie poletko na nasze potrzeby. Dążymy do opanowania całego krajobrazu wokół. Ograniczamy kontakt z przyrodą, ponieważ uznajemy ją za niebezpieczną. Boimy się jej, bo jej nie znamy. Lecz zamiast fascynować się jej niezgłębioną mocą, tajemniczością, potencją – podporządkowujemy kolejne dzikie obszary, żeby spełniały wymogi cywilizacji. Wszystko musi być bezpieczne, poznane, odkryte, najlepiej pokazane jak na talerzu.

Jeśli mieliście szczęście bywać w dzieciństwie w miejscach z dziką przyrodą (mówię tu choćby o zaniedbanych łąkach czy zagajniku nad rzeką) i bawić się z rówieśnikami, bez rodziców, być może wspominacie – jak ja – to szczególne poczucie wolności, swobodnego obcowania z otoczeniem. Pewnie, że bywało (albo wydawało się, że jest) niebezpiecznie. W tym cały urok.

Braterskie zabawy na łące.

Braterskie zabawy na łące.

Richard Louv zebrał i przywołuje kilkadziesiąt opowieści o przygodach z dzieciństwa, anegdot dotyczących wspaniałych – choć często prostych – zabaw w terenie. W kontraście do opowieści współczesnych dzieci, które tkwią w okowach strachu rodziców o ich bezpieczeństwo, zdrowie, życie. Dziś wszystko musi być certyfikowane, z atestem, ubezpieczone NW, bo wszędzie kryje się zło. Brak zaufania rodziców do innych ludzi (i dzieci innych ludzi) u najmłodszych skutkuje samotnością, nudą i godzinami przed telewizorem/komputerem. Są też poważniejsze konsekwencje tzw. zespołu deficytu natury, które objawiają się w kondycji psychofizycznej dzieci – potem nastolatków i dorosłych – „chronionych” przed swobodnym obcowaniem z przyrodą.

Tatrzański Park Narodowy - przyroda nieco okiełznana, ale wciąż dzika.

Tatrzański Park Narodowy – przyroda nieco okiełznana, ale wciąż dzika.

Autor książki zebrał wyniki badań dotyczących m.in. zabaw i zajęć zorganizowanych. Chyba nie dziwi nas, że:

swobodna zabawa na świeżym powietrzu jest znacznie skuteczniejsza niż obowiązkowe zajęcia zorganizowane przez dorosłych. Jak na ironię, wychodzi na to, że organizatorzy zajęć przyrodniczych i zabaw na świeżym powietrzu powinni uczynić to doświadczenie tak niezorganizowanym, jak to tylko możliwe – nie pozbawiając go zarazem znaczenia. Niełatwe zadanie. (s. 187-188)

Louv w ogóle opiera się na badaniach naukowych, które wskazują na niezwykle ważną funkcję przyrody w rozwoju człowieka. I w życiu dorosłym także (np. porównanie kondycji psychicznej pracowników, którzy mieli widok przez okno na zieleń, z tymi, którzy widzieli ścianę innego budynku). Bardzo wiele z konkluzji jest tak oczywistych, że mówiłam sobie: przecież to wiem, czuję to, po co o tym pisać? Ale w pewnym momencie zrozumiałam: trzeba o tym mówić, trzeba pisać, bo nasze dzieci wyrosną na ludzi, którzy nie będą wiedzieli, jak wygląda krzaczek poziomki albo krowi placek! Nie będą znały zapachu bagna ani smaku bezsmakowego górskiego potoku. Czy będą ich interesowały zajęcia w szkole z biologii, skoro nie będą miały szansy obejrzeć ptaków, owadów, kwiatów w naturze?

dzieci_lasu_2

Chłopcy i potok. Rozrywka na godziny.

Polecam tę książkę tym bardziej, że ona przypomina nam te niezwykle przyjemne momenty, kiedy byliśmy dziećmi, otwartymi na nowe doznania. Las – łąka – góry – morze – potok – otwierają nam serca i oczy. Autor delikatnie wskazuje drogę – pozwólmy dzieciom na spontaniczną zabawę bez naszej stałego stałego nadzoru. Zabierajmy je na wyprawy z przygodami (np. pod namiot), ale nie narzucajmy sposobu korzystania z natury.

Dziś byłam z młodszym synkiem na placu zabaw. Po godzinach spędzonych nad brzegiem potoku, gdzie wrzucaliśmy kamyki do wody, budowaliśmy tamy, oglądaliśmy „robaki” i przypatrywaliśmy się nurtowi, miejsce ze sztucznie wyodrębnionymi szlakami „tu idź – tu zjedź” wydało mi się frustrująco nudne. Rozumiem już swoją niechęć do miejskich placów zabaw, na które najchętniej wysyłam synów z kimś innym. Wobec możliwości przyrody trudno pozostać obojętnym, a już na pewno nie da się z nią nudzić. Co jednak zrobić, gdy mieszkamy w mieście, gdzie natura w wersji dzikiej jest tępiona? Tu nie puszczę moich synów na podwórko samych (za parę lat – tak). Pozostaje mi jak najczęstsze uciekanie poza miasto. A może, kto wie, kiedyś uda mi się zamieszkać w wymarzonym domu pod Warszawą…

Może przeczytasz także:

5 Responses to “Las otwiera serca i oczy”

  • A ja mam pytanie odnośnie alergii. Czy w czasie pobytu na wsi dzieciakom nie przeszkadzały trawy, zboża i pyłki? Jak radziłaś sobie z dietą?
    Mama Alergika ostatnio pisze o…Wytrawne babeczki z cukinią i suszonymi pomidorami oraz alergia na rybyMy Profile

    • Celne pytania Mamy Alergika :) (odpowiada Żona i Matka Alergików)
      Zacznę od diety – tam, gdzie jeździmy, mamy do dyspozycji całą normalną kuchnię, z piekarnikiem itp. Wszystko gotowałam. Część rzeczy przywiozłam z Warszawy, ale np. chleb piekłam, batony owsiane itp. na bieżąco. Okazało się też, że w Zakopanem – kilkanaście kilometrów od nas – jest sklep ekologiczny i mogłam dokupić mąkę czy kaszę (i daktyle). Jedyna wpadka alergiczna to ta z kobylim mlekiem, ale to nie wynikło z zaniedbania, tylko z posłuchania rady pani Partyki :)
      Co do alergenów wziewnych – mieliśmy z tym problem, ponieważ w górach pory pylenia są przesunięte o jakieś 2 tygodnie i właściwie nie było różnicy, jeśli chodzi o łąki. Oczywiście tereny leśne czy nad potokiem były „czyste” i tam bywaliśmy sporo. Padało też trochę deszczu. Na szczęście w tej chwili nie mamy problemów z alergią krzyżową, najwyraźniej jest to problem tylko brzozy. Więc smarkali chłopcy, niestety. Mam nadzieję, że nasz kolejny wypoczynek, tym razem nad morzem, będzie już spokojniejszy, choć z kolei będzie problem z gotowaniem, bo jedziemy do domu bez prądu… ;)

Trackbacks & Pings

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>

CommentLuv badge