03 I2016

Wapń, witamina D3 i K2-MK7 – rozmowy z dietetykiem

by joanna

Nowy rok i u Organicznych nowy cykl rozmów – z dietetyczką Moniką Zielińską będę poruszała tematy ważne dla mnie i dla naszych czytelników.

Zapraszam Was serdecznie na pierwszą część naszej rozmowy poświęconą wapniowi i witaminom, które wspomagają jego wchłanianie.

Magister inżynier Monika Zielińska

monika_ZielinskaAbsolwentka żywienia człowieka i oceny żywności oraz dietetyki na Wydziale Nauk o Żywieniu Człowieka i Konsumpcji SGGW, a obecnie doktorantka w tamtejszej Katedrze Żywienia Człowieka. Absolwentka kursu Promotor Karmienia Piersią organizowanego przez Centrum Nauki o Laktacji. Swoje zainteresowania koncentruje wokół żywienia w ciąży, laktacji oraz w dzieciństwie, a zwłaszcza jego wpływu na rozwój poznawczy dziecka. Zajmuje się również edukacją żywieniową dzieci, młodzieży i ich rodziców oraz wolontariatem w Fundacji Bank Mleka KobiecegoFundacji Promocji Karmienia Piersią. Prywatnie miłośniczka polskiego teatru.

Kiedy po raz pierwszy rozmawiałam z panią Moniką na temat żywienia, mój starszy syn jeszcze nie miał nogi w gipsie, a młodszy był wciąż karmiony piersią. Tydzień po 3. urodzinach S. pożegnaliśmy się z karmieniem. To była moja decyzja, na szczęście została przyjęta przez synka ze zrozumieniem i obyło się bez silniejszych emocji – może dzięki temu, że starałam się wynagrodzić synkowi brak piersi poświęcaniem mu uwagi w inny sposób. (więcej…)

19 VI2015

Jerzy Zięba, „Ukryte terapie” – recenzja

by joanna

Co sprawa, że Jerzy Zięba i jego książka „Ukryte terapie” są tak popularni wśród osób interesujących się naturalnymi metodami leczenia, stojących w opozycji do medycyny akademickiej? Książka ukazała się już jakiś czas temu, rozgłos zdobywa głównie pocztą pantoflową. Odesłania do niej znajdziemy na tematycznych forach internetowych, gdzie rozmawia się m.in. o alergiach.

Jerzy Zięba, „Ukryte terapie”

Jerzy Zięba, „Ukryte terapie”

(więcej…)

Off
18 V2014

7 moich karygodnych błędów żywieniowych

by joanna

7 moich karygodnych błędów żywieniowych w karmieniu 18-miesięcznego dziecka

Przeczytaj: Rozmowy o żywieniu – dzieci karmione piersią w 2. i 3. roku życia

Przygotowuję się powoli do udziału w panelu dyskusyjnym podczas spotkania Mlekoteki w warszawskim Klubie Mam na Ursynowie 30 maja (więcej informacji tu). Będę mówić o tym, jak praktycznie wygląda karmienie dziecka z alergiami i nietolerancją pokarmową po 6. miesiącu życia (moją rozmówczynią  będzie Agata Aleksandrowicz – Hafija, a rozmowę będzie moderowała Justyna Antonik). Nie jestem dietetykiem, ale z powodu naszych problemów z alergiami śledzę z uwagą różne pomysły na diety i sposoby odżywiania małych oraz dużych ludzi.

Chciałam sprawdzić, jakie są najnowsze polskie zalecenia dotyczące karmienia dzieci w wieku 1–3, ponieważ moje dzieci jedzą tak, jak mogą. Czysta ciekawość skłoniła mnie do porównania wskazówek Instytutu Matki i Dziecka z moją wiedzą i doświadczeniem – matki i żony alergików. (Ten wpis dedykuję Mamie Alergika, której wiedza i doświadczenie przewyższają moje o 1000%).

poradnik_0

Kiedy zajrzałam do poradnika wydanego przez IMiD, mój mąż nie mógł się nadziwić, dlaczego tak głośno i często przeklinam? A ja na własne oczy przekonałam się, że ta instytucja, którą bardzo cenię za to, że ratuje dzieciom życie, w swoim wydawnictwie tak bezczelnie zaleca np. podawanie mleka modyfikowanego. Nie mówiąc już o wciskaniu kitu na temat mleka krowiego (już 20 lat temu było wiadomo, że mleko krowie szkodzi ludziom, a 2/3 populacji ludzkiej nie trawi laktozy; dziś można przywołać choćby badania T. Campbella).

Przejrzałam polską sieć i ze smutkiem odkryłam, że nie ma wiarygodnie przygotowanej informacji na temat diety dziecka karmionego piersią w drugim i trzecim roku życia. Nie mówiąc o tym, że nie ma nigdzie informacji, jak komponować posiłki dla malutkiego alergika. Pierwszą jaskółką – jednakże daleką od ideału – jest książka „Zdrowy maluch” M. Sikoń i M. Skowron, przedstawiający dietę wegetariańską dla najmłodszych. Wiem, że Mama Alergika przygotowuje swoją książkę kucharską i czekam na nią z niecierpliwością!

Po przeczytaniu poradnika wydanego przez IMiD postanowiłam, że przyznam się do moich największych błędów żywieniowych, mimo których moje dzieci rosną piękne, silne i mądre.

1. Nie karmię dziecka mlekiem modyfikowanym ani nabiałem mlecznym*. Karmię piersią dziecko, które chodzi i zaraz zacznie mówić.

poradnik1

Ja, mój mąż i starszy syn mamy udokumentowaną nietolerancję białka krowiego i koziego, w każdej postaci. Jakie są szanse, że czwarte z nas ma inne uwarunkowania?

Wszelkie sugestie, żeby odstawić młodego od piersi, odpieram argumentem, że nie mam mu co dać w zamian (tzn. mogłabym podawać mu mleko kobyle lub wielbłądzie, ale proszę mi powiedzieć, po co???).

* Na samym dole tekstu znajduje się lista przykładowych produktów z podaną zawartością wapnia w 100 g.

2. Karmię dziecko w nocy, ponieważ je kocham i wiem, że tego potrzebuje.

poradnik6

Nocą moje mleko ma inny skład, bardzo ważny pod względem składników wpływających na rozwój mózgu (jest tłustsze). Według ekspertów utrwalam złe nawyki żywieniowe (chyba że chodziło tylko o mieszankę mleczną? Nie wiadomo).

3. Nie daję dziecku jajek (pół żółtka wtedy, całe żółtko kiedy indziej itp.). Nie liczę kalorii, nie sprawdzam, ile zjadło, nie mierzę wartości poszczególnych składników. Jestem za BLW.

poradnik3

Moje dzieci dostają czerwonych plam na twarzy od kontaktu z jajkiem, niemal natychmiast po zjedzeniu kawałka. Mam w nosie wszystkie tabele i zalecenia typu „tyle a tyle miligramów wapnia dziennie”.

90 lat temu za pomocą (dość nieetycznego) eksperymentu udowodniono, że jeśli dziecku pozwolimy jeść to, co chce (pod warunkiem podsuwania mu nieprzetworzonej żywności), to ono z głodu nie zginie (patrz link). Udowodniono, że każde dziecko dobiera sobie menu indywidualnie, zgodnie ze swoim upodobaniem, ale i potrzebą oraz uwarunkowaniami np. alergicznymi. Dzieci są mądrzejsze, niż chcielibyśmy w to wierzyć.

Wszystkie wskazówki typu „dwie szklanki mleka dziennie” uważam za chybione i szkodliwe. Nie każde dziecko pije mleko, nie każde musi pić mleko, a jeśli jest karmione piersią, to mierzenie ilości spożytego pokarmu byłoby jakimś kuriozum.

4. Nie uważam, żeby produkty zbożowe były najważniejsze w diecie. Najważniejsze są warzywa.

poradnik2

Węglowodany są bardzo ważne i muszą być wysokiej jakości, dlatego sama piekę chleb, tylko na zakwasie, a jeśli kupuję, to sprawdzony, bez dodatków, na zakwasie. Oprócz tego, że nasza rodzina jest uczulona na drożdże, to dzięki zakwasowi rozkładane są szkodliwe kwasy fitynowe (zawarte w ziarnach zbóż),  prawdopodobna przyczyna złego wchłaniania m.in. wapnia z pożywienia. Są pewne przesłanki mówiące o tym, że to drożdże w chlebie, a nie brak witaminy D3 w pożywieniu spowodowały epidemię krzywicy w XIX wieku (źródło, M. Konarzewski, „Na początku był głód”, s. 78-79, Warszawa: PIW, 2005).

5. Nie podaję produktów gotowych, ze słoiczka.

poradnik4

Uważam, że jest to nabijanie rodziców w… słoiczek. Żaden gotowy posiłek, choćby ugotowany z najczystszych warzyw, owoców i zbóż, nie dorówna domowemu, przygotowanemu ze świeżych produktów.

Moje dzieci zresztą nie lubiły słoiczków. Starszemu podawałam, młodszy dostał raz i od razu pokazał, co o tym myśli.

Ciekawa rozmowa na temat wartości dań w słoiczkach: http://dziecisawazne.pl/odwiedzamy-fabryke-gerbera/

6. Nie suplementuję witaminy D.

poradnik5

Jeśli trzeba, podaję starszakowi tran na odporność. Młodszy dostaje witaminę D w naturalnej postaci dzięki mojemu mleku i swojej diecie.

Zobacz: Witamina D – wielki kit?

7. Nie wierzę, że jakiekolwiek standardy są dobre dla wszystkich.

Nie wierzę w odgórne normy, tabelki, przedziały liczbowe. To wszystko jest zrobione dla ludzi, którzy nie mają zielonego pojęcia, że fast food szkodzi, a cukier tuczy. Staram się jednak sięgać wzrokiem trochę dalej.

Patrzę na moje dzieci i widzę, co im służy, a co nie. Nie daję pochopnie suplementów diety, nie ufam lekarzom, którzy lubią eksperymentować na dzieciach („Proszę sprawdzić, może mu już ta alergia minęła?”). Wierzę w zdrową, prostą dietę opartą na świeżych produktach, najchętniej lokalnych. Wiem, że alergicy nie mogą jeść wszystkiego bezkarnie. Wiem, że nikomu nie zależy na zdrowiu moim i moich dzieci bardziej ode mnie.

 

Jako dodatek zamieszczam przykładowe dzienne menu dla moich chłopców.

Przykładowe menu moich alergików (u młodszego wszędzie należy dodać: pierś na żądanie)

Śniadanie:

  • kanapki: chleb żytni lub orkiszowy (mąka razowa lub z pełnego przemiału), na zakwasie, humus, rzodkiewki
  • kubeczek mleka owsianego lub woda

Drugie śniadanie:

lub

  • kasza jaglana z mlekiem owsianym i karobem i opcjonalnie rodzynkami
  • woda, opcjonalnie raz na tydzień sok z ekologicznych pomarańczy (sprawdzonej firmy)

Obiad:

  • opcjonalnie zupa: wywar z warzyw i kombu, makaron ryżowy lub pszenny, warzywa zmiksowane lub czysty wywar / zupa krem z kaszą jaglaną
  • drugie danie: kasza gryczana (młodszy) / kasza jęczmienna łamana / makaron pszenny / makaron orkiszowy / ziemniaki gotowane lub pieczone / bataty gotowane na parze
  • pieczona pierś indyka lub kurczaka w ziołach i z oliwą / pieczony schab wieprzowy / falafele z kaszą jaglaną / pieczona ryba z pewnego źródła (sum, pstrąg)
  • warzywa sezonowe – kapusta, pomidory, sałata, topinambur, ogórek zielony
  • woda

Deser:

  • suszone daktyle / suszone figi / suszone morele / świeże owoce sezonowe dozwolone w diecie (winogrona, melony, morele, brzoskwinie, truskawki) / orzechy nerkowca

Kolacja:

  • kanapeczki z pieczonym schabem i masłem klarowanym (pieczywo jak do śniadania), oliwki, szczypiorek
  • woda

W menu nie ma: produktów mlecznych, soi, jajek, kakao, jabłek, bananów, ciemnych owoców, drożdży, pietruszki, buraków, dyni, fasoli, migdałów, wołowiny, cukru, miodu, większości ryb. Sezonowo – gdy pylą brzozy – nie ma także m.in.: ziemniaków, marchewki, selera, moreli, brzoskwini (ale to nie jest sezon ani na świeże morele, ani na brzoskwinie), mango.

Przeczytaj: Dlaczego nie trzeba pić mleka? Wapń jest wszędzie!

 

03 IX2013

Witamina D – wielki kit?

by joanna

Od razu na wstępie zastrzegam: nie jestem lekarzem, nie mam wykształcenia dietetycznego. Wszystko, co piszę poniżej, opiera się na moich przemyśleniach i doświadczeniach oraz literaturze. Jestem matką dwóch chłopców (w tej chwili jeden ma 4 lata, drugi 10 miesięcy)* i miałam kilka lat na dokonanie spostrzeżeń dotyczących polskich pediatrów. Jednocześnie zastrzegam, że absolutnie nikogo nie namawiam do podążania w moje ślady – do tematu podchodzę subiektywnie, krytycznie, przekornie i wbrew standardowym zaleceniom lekarzy. Czytelniku, czytasz na własną odpowiedzialność, a przed użyciem zdobytej wiedzy skonsultuj się ze swoim zdrowym rozsądkiem.

Zawsze podkreślam, że zachęcam do samodzielnego myślenia i drążenia tematu, w tym wypadku – suplementacji witaminy D u niemowląt.

Nie jestem przeciwniczką suplementacji, jestem przeciwniczką narzucania wszystkim tych samych norm, bez indywidualnych badań itp.

* Uaktualnienie luty/marzec 2015 r.: chłopcy rosną, więc i młodszy dostaje już witaminę D w okresie jesienno-zimowym, ponieważ mam nadzieję, że pomaga mu to na AZS. Niestety, suplementacja nie daje wystarczających efektów (w wynikach starszego poziom niewystarczający), dlatego mam obawy, że podawanie syntetycznej witaminy D w naszym wypadku mija się z celem.

tran

„Czy Bóg to zaniedbał?”

Do napisania tego wpisu zainspirowała mnie książka Udo Pollmera, która zawiera sporo kontrowersyjnych tez na temat m.in. suplementów diety (które autor uznaje w większości za szkodliwe). Notabene ten niemiecki antydietetyk w wielu kwestiach zgodziłby się z Józefem Słoneckim (książkę tego pana również czytam, ale na raty – jak skończę, opowiem).

Część książki „Smacznego! Chorzy z powodu zdrowego jedzenia” (PIW, Warszawa 2010) poświęcona niemowlętom jest moim zdaniem lekturą obowiązkową wszystkich rodziców, którzy chcą świadomie karmić swoje dzieci. Niekoniecznie dlatego, że we wszystko należy uwierzyć – wręcz przeciwnie, myślę, że we wszystko należy wątpić i samemu podejmować decyzje, zamiast ślepo ufać białemu fartuchowi.

Podrozdział, który wezmę pod lupę tym razem, nosi znamienny tytuł: „Czy Bóg to zaniedbał?” i jest bardzo krótki – dwie strony o suplementowaniu witaminy D u niemowląt.

Witamina D (uznawana bardziej za hormon niż witaminę), najkrócej mówiąc, potrzebna jest do tego, aby nasz organizm wchłaniał z pożywienia wapń. Według dzisiejszych zaleceń lekarzy niemowlęta karmione piersią powinny otrzymywać dawkę witaminy D3 codziennie.

Na dwóch stronach książki Pollmera znajdują się jednak argumenty, które utwierdzają mnie w moim intuicyjnym przekonaniu: niemowlęta karmione piersią zazwyczaj nie potrzebują suplementacji witaminy D. Najcenniejszy jest dla mnie argument zawarty w tytule rozdziału. Z jakiej racji mam uważać, że pokarm doskonały dla mojego dziecka – moje mleko – z jakiegoś powodu jest wybrakowany o tę jedną jedyną witaminę?

Trzy głosy, Trzeci Świat

Kiedy urodził mi się pierwszy synek, podążałam ścieżkami wskazanymi przez polską służbę zdrowia – do czasu, kiedy polska służba zdrowia nie bardzo umiała pomóc przy alergii, AZS, problemach skórnych, nie mówiąc już o problemie znacznie trudniejszym – alergicznej, przewlekłej obecności płynu w uszach.

Przy drugim dziecku nie słucham bezkrytycznie lekarzy. Ufam zasadzie: im mniej leków, szczepień, wizyt u państwowego pediatry, tym lepiej.

Na temat witaminy D3 (której S. nie dostał ani razu, choć urodził się w listopadzie) usłyszałam trzy różne opinie od trzech różnych pediatrów.

1. Wygląda pani na wykształconą osobę, a pani dziecko jest jak z Trzeciego Świata. Może ja pani dam tę witaminę? (Pediatra z NFZ).

2. Wolałabym, żeby S. brał witaminę D3, ale jeśli pani jest przeciwna, zróbmy mu badanie na jej poziom. (Pediatra prywatny, Enel-Med, leczy m.in. homeopatią). Badanie wykonałam, poziom w normie.

3. Nie ma potrzeby podawania witaminy D3 niemowlętom, jeśli nie ma do tego wskazań. S. pięknie się rozwija, jedno ciemiączko zarosło, drugie ma czas do końca 2. roku życia. Witamina D może więcej zaszkodzić, jeśli podamy ją niepotrzebnie. (Pediatra prywatny, 30 lat stażu w państwowej służbie zdrowia, obecnie leczy przede wszystkim homeopatią).

Duży rozrzut, prawda?

Co mówi Pollmer

Autor „Smacznego!…” opisuje sytuację, w której zalecano podawanie witaminy D3 nie tylko niemowlętom, ale także matkom karmiącym. Nacisk, jaki kładą na to lekarze, można nazwać wręcz presją, prowadzącą do zastraszania rodziców krzywicą czy nowotworami.

Prawie nikt nie mówi matkom o niebezpieczeństwach, jakie powoduje przedawkowanie witaminy D (2, 58, 67, 75). Co ciekawe, objawy zatrucia witaminą D wyglądają bardzo podobnie do krzywicy (30, 337, 755), ponieważ „duże ilości witaminy D powodują wypłukiwanie wapnia z kości”, co stwierdził profesor Ernst Lindner z Uniwersytetu w Gießen (337). Spożywanie witaminy D jest zatem tak ryzykowne, że podobnie jak witamina A, powinna być ona dodawana do artykułów spożywczych pod ścisłą kontrolą (31).

– pisze Pollmer (s. 359).

O niebezpieczeństwie związanym z przedawkowaniem witaminy D dowiedziałam się od pediatry nr 3. Próżno szukałam informacji na ten temat w polskim internecie. Być może po niemiecku znalazłabym jakieś artykuły, ale niestety nie władam tym językiem.

Jeśli chodzi o niemowlęta, jednym z niebezpieczeństw takiego przedawkowania jest zbyt szybkie zarastanie ciemiączka, co może mieć znaczenie przy rozwoju mózgu. Znam jednego niemowlaka z problemem zbyt szybkiego zarastania ciemiączka – lekarze po takiej diagnozie u kilkutygodniowego chłopca od razu kazali odstawić witaminę D.

W mleku matki z natury jest mało witaminy D. Mimo to wapń z mleka matki jest świetnie wchłaniany przez niemowlę. Jak to możliwe? Dziś wiemy, że istnieją przynajmniej dwa związki, które przejmują funkcję witaminy D jako transportera wapnia w jelicie niemowlęcia: występujący w ogromnych ilościach cukier mleczny, laktoza, oraz określone białka mleka, fosfokazeiny (29, 64, 72, 74, 590).

(s. 360).

Wiem, że jesteśmy bombardowani informacjami na temat niedoboru tej witaminy, straszeni, zachęcani do kupowania suplementów. Myślę, że osoby, które nie prowadzą zdrowego trybu życia, nie chodzą na spacery, siedzą zamknięte w domach czy biurach przez cały dzień faktycznie mogą mieć problem z jej brakiem. W dodatku jedna znajoma dermatolog oraz jedna dietetyczna powiedziały nam o dobrym wpływie suplementacji witaminy D na skórę atopowców. Dlatego nasz starszy syn (powtarzam – ma 4 lata!) w niesłoneczne miesiące dostaje tran.

Ponieważ organizm dzięki światłu słonecznemu może sam produkować witaminę D, zdrowe dzieci nie cierpią na jej brak, jeśli wychodzą na świeże powietrze (68, 754, 759). Dostarczanie witaminy D jest więc  potrzebne tylko w określonych przypadkach i „wymaga” według DGE „nadzoru lekarskiego” (1). (…) Należy zatem przyjąć, że niemowlę powinno być chronione przed tą witaminą. [podkreślenie moje – J.B.].

(s. 360).

Jako ciekawostkę autor pisze, że witamina D jest podawana szczurom jako trutka…

Zalecana dawka słońca (tu chyba opinie wszystkich pediatrów są podobne) – półgodzinny spacer w ciągu dnia, dziecko powinno być w wózku z odkrytymi rączkami i nóżkami, nieposmarowane kremem z filtrem, ale w wypadku mocnego słońca powinno przebywać w cieniu – wystarczą promienie słoneczne odbite np. od wózka czy piasku na plaży. W dni pochmurne te promienie przecież także działają, tyle że dziecko jest bardziej ubrane – wniosek: spacer powinien być dłuższy…

Do tego wpisu przygotowywałam się emocjonalnie dość długo, bo czuję, że poruszam temat, którego w Polsce nie ma. Wiem, jakie jest oficjalne stanowisko lekarzy. Chętnie się dowiem, jakie jest Wasze stanowisko – osobiste. Co intuicyjnie czujecie. Chętnie o tym porozmawiam i poszerzę swoją wiedzę, bo kontr-źródeł jest tak mało…

Tu ciekawy artykuł na temat niedoborów witaminy D3, wynikających z naszego stylu życia.

Bibliografia Pollmera (kolejność pojawiania się w tekście, w nawiasie pozycja w bibliografii w książce):

  • „Empfehlungen für die Nährstoffzufuhr”, DGE, Frankfurt 1991. (1)
  • Machlin L.J., „Handbook of vitamins”, New York 1991. (58)
  • Europäische Kommission, „Brechte des Wissenschaftliflichen Lebensmittelausschusses”, Luxemburg 1994. (754)
  • Bayer W., Schmidt K., „Vitamine in Prävention und Therapie”, Stuttgart 1991. (2)
  • Combs G. F., „The Vitamins” w: „Fundamental Aspects in Nutrition and Health”, San Diego 1992. (21)
  • Holick M. F. i in., „N. Engl. J. Med.” 1992, 326, s. 1178. (67)
  • Jacobus C. H. i in., „N. Engl. J. Med.” 1992, 326, s. 1173. (75)
  • Würgler f. E., „Naturwiss. Rundsch.” 1993, 46, s. 485.30. (30)
  • Linder E., „Toxikologie der Nahrungsmittel”, Stutgart 1990. (337)
  • Macholz R., Lewerenz H. J., „Lebensmitteltoxikologie”, Berlin 1989. (755)
  • „Verordnung über vitaminisierte Lebensmittel”, BGB1 I, s. 1989. (31)
  • Pollmer U., „Natur”, t. 4, 1994, s. 68. (757)
  • Cochet B. i in., „Gastroenterol.” 1983, 84, s. 935. (29)
  • Gammelgaard-Larsen C., w: Hoogland A. J. i in., „Food Ingredients Asia”, Maarssen 1991, s. 53. (64)
  • Kitts D. D. i in., „Brit. ‚J. Nutr.'” 1992, 68, s. 765. (72)
  • Miller, s. C. i in., „J. Nutr.” 1988, 118, s. 82. (74)
  • Schlimme E. i in., w: Lebensmittelchemische Gesellschaft Milchproteine”, Hamburg 1991, 4, s. 213. (590)
  • Haddad J. G., „N. Eng. J. Med.” 1992, 326, s. 1213. (68)
  • Specker B. L., „Am. J. Clin. Nutr.” 1994, 59, dod., s. 484. (759)
  • Ala-Houhala M. i in., „Am. J. Clin. Nutr.” 1988, 48, s. 1057. (32)
  • Takeuchi A. i in., „J. Nutr.” 1989, 119, s. 1639. (651)
  • DiPalma J. R., Ritchi D. M., „Ann. Rev. Pharmacol. Toxicol.” 1977, 17, s. 765. (71)
  • Toda T. i in., „Fd. Chem. Toxicol.” 1985, 23, s. 585. (73)
  • Kummerow F. i in., „Am. J. Clin. Nutr.” 1976, 29, s. 579. (650)
  • „Fd. Chem. News” 1991, 33, s. 19, za: „BIBRA Bull.” 1991, 30, s. 200. (33)
  • Hadler M. R., „Span” 1984, 27, s. 74. (34)
  • Hayes W. J., Laws E. R., „Handbook of Pesticide Toxicology”, San Diego 1991. (343)
  • Worthing C. R., „The Pesticide Manual – A World Compendium”, Farnham 1991. (415)
26 VIII2013

Udo Pollmer: diety szkodzą! (Recenzja)

by joanna

Książka „Smacznego! Chorzy z powodu zdrowego jedzenia” była wymagającą lekturą na wakacje: wymagająca uwagi oraz nieustannego podkreślania ołówkiem oraz pisania uwag na marginesach… Wymagającą również pod względem wielkości (prawie 400 stron tekstu), różnorodności tematów (dobra gimnastyka dla umysłu) oraz pod względem zadania postawionego przed czytelnikiem: książka mówi o żywieniu, ale nie mówi, jak i co jeść. Znajdziemy za to wiele cennych informacji, czego do ust lepiej nie brać.

smacznego_2

Jestem zainspirowana i zmotywowana lekturą, aby podzielić się z Wami kilkunastoma spostrzeżeniami na temat – a jakże – jedzenia.

Kontrowersyjny antydietetyk

Autorami książki są Udo Pollmer http://de.wikipedia.org/wiki/Udo_Pollmer oraz jego współpracownicy: Andrea Fock, Ulrike Gonder i Karin Haug. Pollmer to znana postać w Niemczech. Jest słynnym i kontrowersyjnym autorytetem w dziedzinie odżywania, z wykształcenia – chemikiem żywności. W swoich wypowiedziach kpi z dietetyków i ich zaleceń:

Ja dietetycy świętują urodziny i święta? Lekko posłodzonymi plackami z pełnego zboża, duszoną piersią indyka i lekko okolonymi ziemniakami? A toasty wznoszą szklaneczką rozcieńczonego soku pomarańczowego?

(s. 10).

A czasem oskarża ich o wpędzanie pacjentów w poważne choroby związane z zaburzeniami odżywiania.

Jeśli spojrzycie, jak wygląda Udo Pollmer (zdjęcia), uznacie, że nie należy on do ascetów i raczej sobie dogadza niż odmawia jedzenia, które lubi. Nic dziwnego – uważa, że człowiek powinien słuchać swojego apetytu. Tu do przeczytania ciekawy wywiad z Pollmerem na temat wpędzania ludzi w poczucie winy z powodu tego, że jedzą to, co lubią, co szczególnie dotyczy kobiet, od których wymaga się sylwetki wieszaka (czerwiec 2013 r., po niemiecku).

Zespół Pollmera EU.LE eV (Europäisches Institut für Lebensmittel- und Ernährungswissenschaften – Europejski Instytut Żywności i Żywienia – organizacja pozarządowa) zajmuje się oczywiście odżywianiem, o czym poczytacie na stronie http://www.euleev.de/, gdzie publikowane są teksty, krótkie informacje czy linki do materiałów wideo (niestety wszystko w języku Goethego). Przykładowo w jednym z ostatnich tekstów podważana jest zasadność zarzutów wegetarianów o przeznaczeniu zbyt dużej ilości ziemi na hodowlę bydła.

Inspiracje

Chociaż książka „Smacznego! Chorzy z powodu zdrowego jedzenia” została wydana po raz pierwszy w Niemczech w 1994 roku, a aktualizowana w 2001 roku, w Polsce ukazała się dopiero w roku 2010. Wielka szkoda! Zawiera gigantyczną bibliografię, dzięki której autorzy wypadają wiarygodniej: nie piszą tego, co im się wydaje, opierają się na źródłach. Prawie 900 pozycji – niestety – niezbyt świeżych (lata 70.–90. ubiegłego wieku). Jak szybko dezaktualizują się te artykuły? Nie wiem. Wiem jedno – autorzy przytaczają badania, o których dziś się nie mówi, a które zadają kłam wielu mitom żywieniowym. Książka mająca 20 lat zazwyczaj celnie uderza w słabe miejsca współczesnego myślenia o odżywianiu. Pewnie dlatego, że jesteśmy co najmniej 20 lat za Niemcami…

Samych poruszanych kwestii jest chyba kilkadziesiąt, dlatego książka jest bardzo gruba, choć rozdziały krótkie. Te zagadnienia zainteresowały mnie najbardziej i o wielu z nich na pewno napiszę osobno:

  • dlaczego nie należy ufać tabelom i nie uczyć się liczb (kalorie, zawartość różnych substancji itp.),
  • dlaczego nie warto – a czasem nie należy – brać suplementów diety oraz dlaczego nie należy kupować żywności wzbogaconej w witaminy itp.,
  • dlaczego nie należy przejmować się cholesterolem,
  • czym jest żywność funkcjonalna i dlaczego nie należy jej kupować,
  • jakie są wady diety pełnowartościowej (dziś dotyczy to zwłaszcza witarian, o których Pollmer być może jeszcze nie wiedział),
  • dlaczego ludzie jedzą zboże (w dodatku ustawiają je na dole piramidy żywieniowej!),
  • do czego potrzebne jest przetwarzanie pokarmu, w tym gotowanie czy naturalne zakwaszanie chleba,
  • współczesny przemysł spożywczy – jak podrabia się jedzenie,
  • jak przygotowuje się produkty spożywcze, aby nas uzależniały,
  • cukier – niezbędny do życia (do tego rozdziału mam kilka istotnych zastrzeżeń),
  • używki: alkohol, kawa, herbata, przyprawy, czekolada, opiaty,
  • dlaczego stosowanie diet odchudzających jest groźne i nieskuteczne,
  • odżywianie dzieci – po pierwsze, BLW ma już 90 lat! Po drugie, jakie są niezwykłe właściwości mleka matki. Po trzecie, dlaczego nie należy podawać niemowlętom witaminy D.

Nie sądzę, żeby Pollmer wiedział wszystko najlepiej i na pewno nie uwierzę we wszystko, co napisał, bezkrytycznie. Myślę jednak, że daje wiele cennych tropów, jak szukać wiedzy o tym, co nam szkodzi, a co pozwala zdrowo funkcjonować. Do kilku rozdziałów mam zastrzeżenia braku istotnych informacji, a do całej książki – że brakuje w niej wyraźnego zdania: swojego instynktu mogą słuchać ludzie zdrowi. Tacy, którzy odżywiają się zgodnie ze swoimi potrzebami od zawsze. Tymczasem ilu z nas już od pierwszych dni życia dostawało sztuczne mleko? Ilu z nas przejadło kilogramy śmieciowego jedzenia? Nasze organizmy nie są zdrowe, bo nasza żywność jest oszukana – żeby móc jeść normalnie, najpierw trzeba odzyskać – tudzież uzyskać – balans i pozwolić naszemu ciału funkcjonować zdrowo. Zacznijmy od prostego jedzenia, kupowanego w postaci nieprzetworzonej, sami gotujmy!

smacznego_1

Polecam tę książkę osobom, które przeczytały już kilka poradników w swoim życiu i czują w nich jakiś podstęp. Polecam też lekturę tym, którzy w przeciętnym sklepie spożywczym dostają oczopląsu od kolorowych opakowań – słodyczy, jogurtów, żywności funkcjonalnej – bo nic dla siebie tam nie widzą.

Także tym, którym nie smakuje dzisiejsze pieczywo i źle się czują po pszennych bułeczkach. Tym, którzy chcieliby zaufać swojemu organizmowi, ale w radiu, telewizji i u lekarza w kółko słyszą, że potrzebują jakichś suplementów, bo bez nich umrą albo przynajmniej wykrzywi ich na drugą stronę i odpadną im genitalia.

Wiedza to siła – brońmy się nią przed sztucznym dokarmianiem!

Na koniec jeden z moich ulubionych cytatów:

Dla medycyny odżywiania jelito ciągle jest jeszcze czarną skrzynką, której przypisuje się różne właściwości w zależności od potrzeb rynku. Naukowcy z różnych krajów zgadzają się co do tego, że dobrze jest zaglądać człowiekowi nie tylko do ust, by sprawdzać, co je, ale także analizować odchody i mocz.

(s. 131).

Czego doświadczyłam niejednokrotnie jako ciężarówka, a potem jako matka. Lekarze lubią zaglądać nam w wyniki, zamiast zapytać: jak sypiamy, jak jemy? Pollmer podkreśla to dobitnie: każdy z nas jest inny i ma indywidualne potrzeby. Czy dobieramy sobie buty według standardowego numeru? Jeśli nie, to dlaczego chcemy mieć takie same liczby w wynikach badań, jak osoby w innym wieku, z inną wagą, z innego kraju?

„Smacznego! Chorzy z powodu zdrowego jedzenia”, Państwowy Instytut Wydawniczy, Udo Pollmer, Andrea Fock, Ulrike Gonder, Karin Haug, Warszawa 2010.

Fragmenty książki (wcale nie te najlepsze!):

http://www.polityka.pl/kultura/ksiazki/fragmenty/1504784,1,fragment-ksiazki-smacznego-chorzy-z-powodu-zdrowego-jedzenia.read