16 X2013

Test MRT – moja kolej!

by joanna

ja_jesien

To ja. Mam 32. lata, dwoje dzieci. Ważę 46,5 kg przy wzroście 156 cm.

Po tym, jak kilka miesięcy temu zbadaliśmy naszego syna na opóźnione alergie pokarmowe testem MRT (Mediator Release Test), życie naszej rodziny bardzo się zmieniło. Być może pamiętacie, ale właśnie od tego testu zaczęli się Organiczni. Wyniki badań J. wprowadziły rewolucję w naszym jadłospisie – tak dużą, że założyłam blog, aby móc poukładać sobie wiedzę, a także zmobilizować się do poszukiwań nowych informacji na temat odżywiania.

Zdaję sobie sprawę, że nie ma prostej odpowiedzi na pytanie, co jeść, żeby czuć się dobrze i nie szkodzić swojemu organizmowi. Zwłaszcza że pokarm, który jemy w sensie dosłownym, jest jednym z kilku pokarmów, jakich sobie dostarczamy i jakie mają wpływ na nasze samopoczucie. Dieta to nie wszystko, ale nie da się zaprzeczyć jej ogromnemu wpływowi na naszą kondycję – zarówno fizyczną, jak i psychiczną. Nie znamy wszystkich tajemnic naszego ciała, nie wiemy do końca, dlaczego jedne rzeczy nam szkodzą, a inne pomagają np. w odzyskaniu zdrowia. Jednak jako osoba poszukująca (z założeniem, że mało która odpowiedź jest ostateczna) chcę się przekonać, co wyniknie z testu MRT w moim wypadku.

Jeśli chodzi o naszego starszego syna, zastosowanie diety poskutkowało – choć trwało to kilka miesięcy – prawdopodobnym wyleczeniem stanu zapalnego uszu (zgromadzony płyn) oraz pozbyciem się permanentnego kataru. Atopowe zapalenie skóry pojawia się i znika, jednak kiedy dieta jest ściśle przestrzegana, wygląd skóry synka jest idealny. (Jeśli jesteście ciekawi, jakie są jego zalecenia, zapraszam tu). Zdarzały się też reakcje alergiczne na pokarmy, które test uznał za bezpieczne (banan, gruszka), ponieważ alergia pokarmowa IgE-zależna (natychmiastowa) jest innym rodzajem reakcji niż alergia IgE-niezależna (opóźniona). W wypadku J. alergia objawia się wysiękiem z uszu (podłoże alergiczne potwierdzone przez laryngologa).

Przeczytaj: Czy moje dziecko może mieć alergię pokarmową?

Postanowiłam, że na 32 urodziny zrobię sobie test dla siebie. Chcę wiedzieć, czy dzięki diecie wyeliminuję dolegliwości uprzykrzające mi życie. Do tych najważniejszych należą:

  • migrenowe bóle głowy, trwające kilka dni (bardzo uciążliwe, zwłaszcza gdy jako karmiąca matka mam ograniczone możliwości łykania leków), czasem połączone z wymiotami (widzę pewien związek z jedzeniem jajek),
  • kłopoty z cerą – na twarzy, plecach i dekolcie (pryszcze; podczas laktacji jest ich bardzo mało),
  • nie do końca określone problemy z trawieniem (kiedyś stwierdzono u mnie zespół jelita nadwrażliwego, ale to przecież tylko objaw, nie przyczyna), wzdęcia, bóle brzucha, zgaga (zwłaszcza po pomidorach),
  • bóle stawów prawej dłoni (coś jak reumatyzm),
  • zespół suchego oka,
  • senność, ospałość, problemy z koncentracją.

Zrobienie testu na 150 substancji pokarmowych to dopiero początek. Z wynikami idę do dietetyka (pójdę do tej samej dr Partyki, u której byliśmy z J.) i ustalimy, co dalej – będę przechodzić przez kolejne fazy diety, które polegają na włączaniu kolejnych składników do menu.

Postaram się jak najrzetelniej opisać, przez co będę przechodzić. Po rozpoczęciu diety razem z J. (stosowaliśmy m.in. chlorellę) miałam spadek wagi i kilkutygodniową egzemę, jakby organizm pozbywał się toksyn. Spodziewam się, że teraz objawy oczyszczania będą mocniejsze, bo przecież dieta będzie skrojona na moją miarę.

Szczerze mówiąc, boję się wyników, ale jestem też ich ogromnie ciekawa. Czy rzeczywiście jajka mi szkodzą! I oby nie pomidory…

Więcej na temat testu MRT przeczytacie tu: http://leap.pl/

28 IX2013

Upiorny test: domowy proszek i orzechy

by joanna

Orzechy piorące kontra proszek do prania domowej roboty? Czemu nie.

Zainspirowana testem środków piorących, którego wyniki pięknie pokazano na blogu 3 poziomy (polecam!!!), postanowiłam uzupełnić brakujące ogniwo o możliwości domowego proszku do prania. Dla porównania wzięłam orzechy piorące, dodatkowo zrobiłam jeszcze jedno pranie w wyższej temperaturze i z użyciem odkażacza do pieluch.

Plamy testowałam na starych, grubych śpiochach z bawełny organicznej.

Zrobiłam wyjątkowo złośliwe plamy, z którymi zwykły proszek miałby problemy. Po pierwsze: smar rowerowy prosto z roweru.

upiorny_1

(więcej…)

07 VII2013

Moja zasada dotycząca kupowania żywności

by joanna

Jak już pisałam wczoraj, zamierzam podsumować kilka prostych zasad dotyczących właściwego odżywiania. Zaczynam od zasady dotyczącej sposobu kupowania żywności, bo od tego zależy jakość naszych posiłków.

Jedz żywność jak najmniej zanieczyszczoną, najlepiej ekologiczną lub własną. Sam/a przygotowuj posiłki, aby wiedzieć, co jesz.

Dlaczego to takie ważne? Przykład pojawił się dziś w mojej kuchni zupełnie niepodziewanie. Starszy syn może jeść tylko masło klarowane, więc sama je przygotowuję, ponieważ jest to bardzo proste i wychodzi nieco taniej niż kupowanie gotowego (przepis). Robię to systematycznie od kilku miesięcy i pierwszy raz znalazłam żywy dowód na to, jak jesteśmy oszukiwani na jakości, a wręcz – składzie produktów gotowych.

niemaslo_0

To, co widać na zdjęciu, na pewno nie jest masłem klarowanym. To jakaś obrzydliwa breja, mieszanina tłuszczów niewiadomego pochodzenia. Mam to dać czterolatkowi do jedzenia? W razie wątpliwości, jak wygląda masło klarowane, spójrzcie na to – gładkie, bez żadnych ok, grudek czy oddzielającej się cieczy.

maslo_klarowane_2

Gdybym mogła, robiłabym własne masło. Może i na to przyjdzie pora… Tymczasem musimy zwracać uwagę na to, co kupujemy. Najlepiej kupować produkty nieprzetworzone, do których niczego nie dodano – konserwantów, barwników itp. – aby panować nad składem naszych posiłków.

Czytajcie skład na opakowaniu! Na przykład moje ukochane orzeszki nerkowca bywają wzbogacone o jakieś związki siarki – takich nie kupuję. Podobnie jest z innymi bakaliami, które u nas zastępują słodycze. Najgorsze jest to, że choć skład podany przez producenta bywa w porządku, to już ten faktyczny jest dla nas, zwykłych konsumentów, tajemnicą… Cóż, przynajmniej wiadomo, jak w domu sprawdzić jakość masła.

Nawet gdybyśmy kupowali wyłącznie certyfikowaną żywność, wszystko opiera się na zaufaniu – do producenta, jednostek certyfikujących, kontrolerów… Duży biznes zawsze przyciąga hochsztaplerów i nic na to nie poradzimy. Więc może nie dajmy się zwariować i spróbujmy znaleźć złoty środek?

Jeśli chodzi o mięso (co nie dotyczy części naszych czytelników), nie ufam innym producentom niż ekologiczni, choć dopuszczam na stół wyroby od sprawdzonych dostawców (np. jagnięcina czy ryby – na ryby nie ma certyfikatu). Jak pisze Servan-Schreiber, znaleziono dowody na to, że jakość paszy spożywanej przez zwierzęta znacząco wpływa na jakość ich mięsa i mleka, szczególnie bilans kwasów tłuszczowych omega-3 i omega-6, od których zależy równowaga w naszym organizmie i jego zdolność do obrony przed rakogennymi mutacjami.

Nabiału prawie nie jemy, oprócz tego nieszczęsnego masła, odrobiny żółtego sera (eko) i jajek (zerówek). Chyba pora na ekologiczne masło, przynajmniej dla J. Problem z mięsem i nabiałem polega też na sposobie traktowania zwierząt. Nie wierzę w lepszą śmierć, ale wierzę w lepsze życie. Jeśli jem mięso, to przynajmniej płacę komuś, kto dobrze traktował swoje pogłowie.

fasola_papryka

Zanieczyszczenia w warzywach i owocach powstają już na etapie kiełkowania ziarna w glebie, z której wzrastająca roślina czerpie pożywienie razem np. z metalami ciężkimi. (Nie mówię już o GMO, bo tu cała historia zaczyna się w laboratoriach). Potem dochodzi oczywiście jakość wody, w tym deszczu, oraz wszystkie nawozy i środki ochrony roślin, które skutecznie niszczą chwasty i nasze zdrowie. Na samym końcu są jeszcze środki konserwujące żywność, aby nie zepsuła się podczas transportu.

To, co możemy zrobić, to uważnie kupować warzywa i owoce. David Servan-Schreiber w swojej książce „Antyrak. Nowy styl życia” proponuje spisanie sobie listy warzyw i owoców, które są podatne na zanieczyszczenia np. pestycydami, oraz takich, które przyjmują ich stosunkowo mało. Dzięki temu, jeśli nie mamy pieniędzy na żywność ekologiczną, możemy kupować produkty bezpieczniejsze. A jeśli decydujemy się na kupowanie żywności organicznej, możemy częściowo zrezygnować z poszukiwania certyfikatów w wypadku tych warzyw i owoców, które znajdują się na liście „ŹRÓDŁO MNIEJ WAŻNE”.

Najbardziej skażone owoce – te należy kupować ze źródeł certyfikowanych:

Najbardziej skażone warzywa:

  • papryka,
  • seler naciowy,
  • zielona fasola,
  • ziemniaki (no więc, te 18 zł za 2 kg już mnie tak nie bolą, hehe),
  • szpinak,
  • sałata (ile to historii o śmierci chomików po sałacie słyszałam…),
  • ogórki,
  • dynia.

ananas_0

Mniej skażone owoce – ŹRÓDŁO MNIEJ ISTOTNE:

  • banany,
  • pomarańcze,
  • mandarynki,
  • ananas,
  • grejpfrut,
  • melon,
  • arbuz,
  • śliwki,
  • kiwi,
  • jagody (u nas jagody rosną raczej dziko, więc powinny być bezpieczne, należy je tylko dobrze opłukać!),
  • mango,
  • papaja,
  • awokado.

Mniej skażone warzywa – ŹRÓDŁO MNIEJ ISTOTNE:

  • brokuły,
  • kalafior,
  • kapusta,
  • grzyby,
  • szparagi,
  • pomidory (co za ulga! Kocham pomidory i nie zawsze czekam do BioBazaru z ich kupnem…),
  • cebula,
  • bakłażan,
  • groszek zielony,
  • rzodkiewka.

(Źródło: David Servan-Schreiber, „Antyrak. Nowy styl życia”, Warszawa 2009)

warzywa_eko_0

Co ważne, autor podkreśla, że lepiej zjeść nawet nieekologiczne warzywa czy owoce, niż jeść ich za mało. Wartość posiłku wychodzi i tak dodatnia dla naszego zdrowia. To dobra wiadomość dla tych, których nie stać na żywność organiczną i czują się z tego powodu sfrustrowani, bo wszędzie mówi się o zdrowym odżywianiu, ale ceny ekoproduktów jakoś nie spadają…

Na liście brakuje mi marchewki – nie badano jej? Na pewno nie dam dziecku nieekologicznej marchwi.

Nie dotarłam też (jeszcze) do badań na temat innych produktów – zbóż, kasz itp. Wiem natomiast, że jedną z najbardziej opryskiwanych roślin na świecie jest kawa i tę należy pić ekologiczną, najlepiej Fair Trade.

Dobrze mieć jednak świadomość, że nie wszystko nas truje.

A już wkrótce zastanowię się nad drugą wskazówką żywieniową – indeksem glikemicznym. Smacznego!

Do samodzielnej lektury:

Tu przeczytacie, jak pozbyć się niechcianych substancji z powierzchni owoców i warzyw:

http://domposwojemu.blogspot.com/2013/05/o-warzywach-owocach-i-pozbywaniu-sie.html

Parszywa dwunastka owoców i warzyw (lista nieco się różni):

http://dziecisawazne.pl/brudna-dwunastka-2012/

09 VI2013

Orkiszowa pizza na zakwasie

by joanna

Pierwszą pizzę na zakwasie zrobiłam w ciemno i na oko. Wyszła! I choć mówi się, że udanych eksperymentów się nie powtarza, na prośbę czytelniczek zrobiłam pizzę ponownie, tym razem dokładnie spisując proporcje składników.

pizza4

 

Uwaga, przepis! Na orkiszową pizzę na zakwasie, bez drożdży.

Składniki (proponuję ekologiczne) – na jedną blachę ciasta (dla 2 osób):

  • 250 g mąki orkiszowej typ 2000,
  • 5 łyżek oliwy,
  • 5 łyżek zakwasu orkiszowego*,
  • 200 ml wody,
  • sól.

*Zakwas orkiszowy robi się tak samo jak żytni, czyli do szklanego pojemnika wlewa się np. 100 g przegotowanej wody i wsypuje 100 g mąki, miesza i odstawia pod oddychającym przykryciem w ciepłe miejsce. Codziennie przez kilka dni dolewa się wody i mąki i miesza, po 5 dniach zakwas powinien być gotowy (wyraźne spulchnienie, kwaśnawy zapach). gotowy zakwas trzymamy w lodówce pod oddychającym przykryciem, dokarmiamy wodą i mąką raz na tydzień.

Wykonanie:

Mieszamy składniki na ciasto, aż powstanie gęsta, elastyczna masa. Odstawiamy pod ściereczką w ciepłe miejsce np. na noc, aby sobie wyrosło. Tak wygląda wyrośnięte ciasto już wyjęte z miski (górą do dołu):

pizza1

Wyjmujemy ciasto i rozprowadzamy je na blasze wyłożonej papierem do pieczenia – nie wałkujemy wałkiem, żeby nie straciło pulchności.

pizza2

Wkładamy blachę do piekarnika, żeby ciasto nieco urosło i się upiekło – na przykład do zimnego piekarnika, nastawionego na 180°C wkładamy na 20 minut; do już rozgrzanego – na 10 min. Chodzi o to, żeby ciasto było już na tyle suche, aby móc położyć na nim składniki i polać np. pulpą pomidorową.

pizza3

Wyjmujemy blachę z ciastem, kładziemy na nim dowolne składniki – ja dałam dziś cebulę, czosnek, świeżą bazylię, pulpę pomidorową, oliwki. Poprzednią wersję zrobiłam z duszonymi pieczarkami. Można użyć świeżych pomidorów, papryki, mięsa, ananasa, co kto lubi.

Wkładamy blachę ponownie do piekarnika. Można np. ustawić go na 250°C i trzymać ciasto około 10 min, po czym położyć ser i odczekać, aż się rozpuści. Można też utrzymać 180°C, włożyć pizzę na 20 min, położyć ser i dać jej jeszcze 10 min.

Pizza jest gotowa do jedzenia. Ciasto powinno być suche, ale nie twarde. Zbyt dużo pulpy pomidorowej może je rozmiękczyć – dziś pizza nam się nieco rozpadała, ale była pyszna.

Smacznego! Czekam na Wasze wersje i Wasze zdjęcia!

26 IV2013

Recykling kawy: odmładzający peeling

by joanna

Jeśli parzycie sobie prawdziwą  kawę, nie wyrzucajcie fusów! Jest kilka sposobów na ich wykorzystanie.

[Uaktualnienie 1.09.2015 r.] Wprawdzie ja już niemal dwa lata nie piję kawy, za to mój mąż zaczął parzyć ją regularnie dla siebie. Dzięki temu mam stałą dostawę ciemnych fusów, które stanowią podstawę mojego ulubionego peelingu.

W zależności od tego, jak drobno zmielimy ziarna, tak gruby będzie nasz peeling.

peeling_kawowy_1

Kofeina zawarta w kawie ma znakomite działanie antycellulitowe. Chodzi przede wszystkim o działanie od wewnątrz – po spożyciu kawy – ale użycie fusów jako kosmetyku także może mieć dobre skutki.

Drobniejsze fusy można z powodzeniem wykorzystać do peelingu twarzy. Musimy tylko dobrać do fusów olejek odpowiedni do naszej cery.

peeling_kawowy_3

Jak stosować fusy z kawy

  • Po pierwsze – najzwyklejszy peeling. Do fusów z kawy dodajemy kilkanaście kropel odżywczego olejku kosmetycznego – polecam olej arganowy (więcej o jego właściwościach przeczytasz tu). Może być to zarówno peeling twarzy, jak i całego ciała. Do dokładnego usunięcia peelingu używam rękawicy GLOV.
  • Po drugie – okłady z fusów. Należy zmieszać fusy z kawy z oliwą/olejem, posmarować mieszanką ciało tam, gdzie wydaje nam się zacellulitowane, i zawinąć te partie folią aluminiową lub spożywczą (chodzi o zachowanie ciepła). Postać kilkanaście minut, wyglądając jak popsuty android, a następnie spłukać wodą.
peeling_kawowy_2

Do fusów z kawy dodaję organiczny olej arganowy Etja.

To chyba najtańszy kosmetyk naturalny, jaki znam: zrecyklingowana kawa!

Ciekawostka: pielęgnacja ogrodu

Fusy z kawy można umieścić na grządkach i w doniczkach z uprawami. Ponieważ mają właściwości zakwaszające, dobrze się upewnić, które rośliny będą wdzięczne za taki okład z kawy. A są to na przykład pomidory.

  • Podobno kawa zawiera sporo cennych dla roślin składników mineralnych, w tym azot.
  • Jest także naturalnym odstraszaczem ślimaków i… kotów. Jeśli koty Wasze lub Waszych sąsiadów lubią grzebać w Waszym ogrodzie, fusy z kawy zmieszane ze skórką pomarańczową skutecznie zniechęcą sierściuchy do niszczenia upraw. Podobno.

 

20 IV2013

Ogrodnictwo balkonowe – zasiałam truskawki!

by joanna

Jestem ogrodowym laikiem i szybko się to nie zmieni, ale muszę przyznać, że pielęgnowanie roślin jest przyjemne. Gdybym miała własny ogródek przy domu, na pewno postarałabym się bardziej, obecnie jestem skazana na balkon i nadziałkę (jak mówi J.).

Dziś wreszcie uporządkowałam sprawy balkonowe, a impulsem był zakup w sklepie Tchibo dwóch kompletów do samodzielnego wysiania truskawek (promocja – drugi produkt 50% taniej). Za 45 zł otrzymałam dwie doniczki z osłonkami, ziemię i nasiona z gwarancją, że nie są GMO.

truskawki_tchibo

Postanowiłam, że dziś wreszcie skończę z nieładem w głównej donicy i usunąwszy badyle oraz dziwne przedmioty wrzucone przez sąsiadów z góry, posadziłam jałowiec i bratki (otrzymane za elektrośmieci) oraz mieczyk, który J. sadził w przedszkolu.

balkonowy_ogrodek_1

Ten żółty płyn na zdjęciu to woda z kiełkownicy (akurat hodujemy ekokiełki soczewicy) – ma ona podobno dużo dobrych składników potrzebnych roślinom. Traktuję ją jako naturalny nawóz.

balkonowy_ogrodek_2

Rozsadziłam też moje pomidorki, które dostałam od Kasi – słucham jej rad, co robić z nimi, bo opanowanie zasad hodowli pomidora trochę mnie przerasta. I oczywiście zasiałam truskawki. Niemieckie, he he. Kupione w sklepie z kawą. Taki świat…

A wszystkie rośliny będę oczywiście opryskiwać wywarem z orzechów piorących!

 

19 IV2013

Ekologiczny środek ochrony roślin z OP*

by joanna

*OP – orzechy piorące (żeby tytuł nie był za długi).

Niedawno dzięki naszej znajomej zostałam balkonowym hodowcą pomidora. Konkretnie – koktajlowego.

pomidorki

(więcej…)

15 III2013

MRT – co możemy jeść?

by joanna

Czeka nas niedługo ponowne spotkanie z dietetykiem, który prowadzi naszą dietę MRT. Co mu powiem?

  • J. miał silną reakcję alergiczną na gruszkę i mniejszą na grejpfruta. Poza tym była poprawa z jego uszami, tak jakby płyn trochę odpuścił (zasługa diety czy balonika otovent?), ale obawiam się, że po obecnej grypie znowu będzie taki sam problem. Skóra J. jest w nieco lepszym stanie, ale nie jest to gładka skórka niemowlaka. Poza tym oczyszczanie organizmu odbywa się również przez skórę, więc mogę się spodziewać raczej pogorszenia.
  • Ja z kolei schudłam 3 kilo. Nie jemy z J. cukru (ja także owoców, na razie), jemy bardzo mało białej mąki. Na szczęście tylko ja chudnę, a więc tylko ja miałam problem z niewłaściwą dietą? Może u dzieci to jest inaczej? W każdym razie jeśli schudnę jeszcze trochę, zacznę się niepokoić, bo przecież karmię, a podczas poprzedniej laktacji to raczej przybywało mi na wadze.
  • Ja biorę chlorellę i probiotyk, J. na razie sam probiotyk, bo mam wątpliwości, czy chlorella mu służyła.

Czekam na to, co usłyszę od dietetyka: wizytę mamy 26 marca. Poprzednia wizyta mocno mnie wykończyła psychicznie, musiałam w dwie godziny przyswoić tyle informacji, że zgłupiałam. Teraz wiem więcej, oczekiwania też mam większe. Przeczytałam już poradnik żywieniowy Janusa, czytam Słoneckiego i niedługo zreferuję. Moim zdaniem poradniki żywieniowe piszą ludzie nawiedzeni!!!! Co nie znaczy, że nie miewają racji.

co_z_tego_bedzie

Pomyślałam, że dla wygody napiszę, jak wygląda nasze ograniczenie dietetyczne. Wymienię wszystkie produkty, które są dozwolone, dzięki czemu o każdej porze dnia i nocy każdy będzie mógł tu zajrzeć i wiedzieć, czym nas uraczyć, hehe.

Białka (kolejność mniej więcej od najbezpieczniejszego):

  • indyk,
  • królik,
  • sola (ale ciężko dostać z pewnego źródła),
  • halibut, tuńczyk (jak z solą),
  • pstrąg,
  • kurczak,
  • wieprzowina,
  • karp,
  • baranina/jagnię,
  • soczewica.

Skrobie (jw.)

  • pszenica (zwłaszcza orkisz),
  • kukurydza,
  • kasza jaglana,
  • ryż (brązowy, basmati),
  • owies (płatki, otręby),
  • ziemniaki, mąka ziemniaczana,
  • żyto,
  • jęczmień.

Ze względu na obecność glutenu chcę ograniczyć pszenicę, żyto i jęczmień.

Warzywa

  • szparagi,
  • bakłażany,
  • pomidory,
  • groszek zielony,
  • cieciorka,
  • kalafior,
  • fasolka szparagowa,
  • kabaczek,
  • marchewka,
  • cebula (zwłaszcza czerwona jest dobra; szczypior),
  • por,
  • cukinia,
  • papryka – wszystkie kolory,
  • seler (z tym ostrożnie, bo ogólnie uczula),
  • sałata,
  • cykoria,
  • ogórek świeży,
  • kapusta każda – świeża,
  • szpinak,
  • brokuły.

Owoce (niektóre są mocno od czapy)

  • cytryna,
  • [żurawina, śliwka, wiśnia, czarna jagoda, czarna porzeczka – zawierają benzoesan sodu, drażniący śluzówkę jelita, więc ostrożnie albo wcale – myślę, że do lata poprawimy stan jelit i jednak będziemy je jeść],
  • melon Galia,
  • arbuz,
  • brzoskwinia,
  • [gruszka – okazała się bardzo uczulająca],
  • truskawki,
  • mango (okazało się niemożliwością dostać smaczne ekomango),
  • morela,
  • ananas (jeszcze nie próbowaliśmy, to w końcu cytrus),
  • [grejpfrut – J. zareagował uczuleniem],
  • oliwki,
  • papaja (hm),
  • pomarańcza (wolę na razie nie próbować),
  • winogrona/rodzynki,
  • awokado,
  • figi,
  • [banan – znam drania, powoduje ogromną reakcję w uszach J.],
  • melon kantalupa.

Nabiał
Całkowity zakaz nabiału (za jakiś czas spróbujemy z jogurtami, ale to już jak będziemy pewni, że jelita – forma znakomita).

Orzechy, nasiona, oleje

  • orzech włoski (J. go pokochał i nie jest uczulony),
  • nerkowiec (przed nami),
  • kukurydza,
  • orzech laskowy (no nie wiem),
  • oliwa z oliwek,
  • pistacje (przed nami),
  • [orzech ziemny – powoduje procesy gnilne w jelitach],
  • słonecznik, olej słonecznikowy,
  • sezam,
  • mak.

Przyprawy

  • bazylia,
  • czosnek,
  • musztarda (?),
  • imbir (ostrożnie),
  • kurkuma,
  • gałka muszkatołowa,
  • orzech kokosowy – wiórki, olej, mleczko,
  • wanilia,
  • pieprz,
  • koper,
  • koper włoski,
  • [cynamon – bo benzoesan],
  • ziele angielskie,
  • [cukier trzcinowy, miód, cukier buraczany],
  • sezam,
  • liście laurowe,
  • mak.

Zabronione (na razie?): nabiał krowi i kozi, drożdże, dorsz, makrela, łosoś, sardynka, migdały, jabłka, maliny, kiwi, kasza gryczana, żółcień pomarańczowa, kwas benzoesowy, pietruszka, buraki, dynia, czerwona fasola, soja, fasola jaś, migdały, jajka, kakao, oregano, mięta.

Te wytyczne traktuję jako poziom zero. Teraz pewnie zajmiemy się zmniejszeniem grzyba w kiszkach i odbudową ścian jelit. A miksturę Słoneckiego najpierw wypróbuję na mężu, ha.

02 III2013

Chlebek jaglany – dzieci go kochają!

by joanna

Jakiś czas temu, zainspirowana przepisem z bloga Smakoterapia, postanowiłam wprowadzić do naszej diety kaszę jaglaną, znaną ze swoich wspaniałych właściwości. Poleca się ją jako pokarm oczyszczający organizm z toksyn (zawiera antyoksydanty), a zarazem lekkostrawny, bezglutenowy i bogaty w witaminy. Jako jedyna kasza ma działanie odkwaszające nasz organizm (co jest ważne w wypadku np. mięsożerców). Do jej zalet należy także wspomaganie układu odpornościowego, usuwanie nadmiaru śluzów (np. podczas infekcji), rozgrzewanie organizmu, regeneracja błon śluzowych… Co ciekawe, jej indeks glikemiczny jest wysoki – 71.

Kasza jaglana tak po prostu jest moim zdaniem mdła i zupełnie nieciekawa, ale ponieważ ma tak dobre działanie, warto spróbować przemycić ją do codziennego menu.

chlebek_pomidorowy

 

Przepis na mój chlebek jaglany jest naprawdę prosty.

Składniki:

  • ekologiczna kasza jaglana – szklanka (odmierzona przed ugotowaniem), gotowana z odrobiną soli – mnie ugotowanie garnuszka kaszy zajmuje około 10 min plus czas na wchłonięcie reszty wody podczas stygnięcia,
  • ekologiczna pulpa pomidorowa – około 200-300 gramów,
  • kilka łyżek mąki kukurydzianej (z ryżową także się uda),
  • łyżka-dwie oliwy z oliwek,
  • suszona bazylia – według uznania,
  • sól – według uznania,
  • świeżo zmielony pieprz + kurkuma (nierozłączna para przypraw działających antynowotworowo).

Wszystko zmiksować, ewentualnie dodać zagęszczającej mąki lub rozrzedzającej pulpy – konsystencja powinna być jak ciasta na naleśniki lub gęstsza – wylać na płaską blachę do pieczenia wyłożoną papierem do pieczenia, posypać otrębami i wsadzić do piekarnika na 45 min w temperaturze 180 st. C. Placek powinien mieć grubość do 0,5 cm.

Mój starszy syn uwielbia te chlebki, zawsze szuka miejsc, gdzie „chrupie”.

Powyższy przepis można dowolnie modyfikować pod względem zawartości przypraw i warzyw – my możemy jeść pomidory, więc daję pomidory, ale próbowałam też z porem (wychodzi ostry) i marchewką. Czekam na Wasze opinie!

21 II2013

Jeśli dziś piątek, to jemy spaghetti

by tadeusz

Ponieważ to mój pierwszy wpis na tym blogu, czuję pewną tremę. W dodatku zamierzam pisać nie o rowerach, nie o oszczędzaniu wody, ale o czymś zupełnie innym… O religii! Jak powszechnie wiadomo, trwają starania o formalne zarejestrowanie w Polsce Kościoła Latającego Potwora Spaghetti. Jak mniej powszechnie wiadomo, pastafarianie, czyli wyznawcy wspomnianego Potwora (dalej zwanego FSM), obchodzą święto religijne w każdy piątek. A jakże inaczej mieliby świętować, niż jedząc pyszne spaghetti? Tak się składa, że od bardzo dawna przyrządzam to pyszne danie prawie w każdy piątek.

Nie każdy w naszym domu lubi połączenie pomidorów i mięsa, jadamy więc spaghetti w wersji jarskiej, nie takie na obraz i podobieństwo FSM. Żadnych wielkich pulpetów! To chyba nie jest bluźnierstwo… Lista składników spaghetti jest więc krótka, a przyrządzenie bardzo proste. Coś w sam raz dla pracusiów, którzy po męczącym tygodniu w robocie nareszcie mają chwilę, żeby stanąć przy garach.

Jako pierwszy pod nóż wędruje czosnek. Czosnek ekologiczny jest mniejszy niż ten ze zwykłego warzywniaka, więc potrzeba go więcej. Ja się nie cackam, biorę całą główkę. Jeśli ktoś nie lubi czosnku, wcale nie musi nas odwiedzać. Czosnek obieram i siekam drobno (czasem mniej drobno, jak mi się nie chce). W zimie obieram o kilka ząbków więcej, które odkładam na potem. Do nich jeszcze wrócimy. Posiekany czosnek wrzucam na głęboką patelnię, do mocno rozgrzanej oliwy (oczywiście – ekologicznej).

spagh_1

Jak wiadomo z dobrych filmów gangsterskich, czosnek nie może podsmażać się zbyt długo. W „Chłopcach z ferajny”, jeśli mnie pamięć nie myli, jako górną granicę podawano dwie minuty. W rzeczywistości bywa różnie, czasem wystarczy minuta, a czasem można smażyć i trzy. Nie można mu jednak pozwolić się przypalić, bo zgorzknieje i wszystko popsuje, więc zamiast mierzyć czas, warto po prostu uważnie patrzeć. Czosnek powinien lekko zżółknąć, nie zbrązowieć. Z mojego doświadczenia wynika, że przypala się najpierw na obrzeżach patelni. I to jest ostatni dzwonek na wykonanie kolejnego kroku.

Kolejnym krokiem jest dodanie pomidorów. Jak ktoś ma akurat lato (ja dziś nie mam) i chęć do zabawy (to czasem miewam), może użyć świeżych pomidorów. Ja zazwyczaj sięgam po butelkę passaty pomidorowej. Passata to taki przecier. Ekologiczną passatę kupuję na BioBazarze, ale podobną i prawie równie dobrą można kupić w sieci drogerii na literkę R. Tak, ekologiczne pomidory z drogerii. Tu jest kiosk Ruchu, ja tu mięso mam!

spagh_2

Pomidory pochodzą z Włoch, więc są znacznie słodsze niż tutejsze, ale i tak dodaję odrobinę cukru. To znaczy dodawałem… takiego brązowego, trzcinowego, ekologicznego. Teraz już nie dodaję, bo domownikom nie wolno. Zastępuję go ksylitolem, czyli takim cukrem brzozowym (nie mylić z wodą brzozową!). Czubata łyżeczka na całą flaszkę przecieru wystarczy, w końcu to ma być danie obiadowe, nie deser. Oprócz tego chili wedle uznania (najlepiej na otro!) i trochę otartej bazylii. Wszystko razem ma bulgotać, aż trochę zgęstnieje, czyli aż odparuje nadmiar wilgoci. Prawa fizyki (albo FSM, kto to wie) powodują, że czas zależy od powierzchni parowania. U mnie trwa to ok. 40 minut. Trzeba co jakiś czas mieszać, ale jest też sporo czasu na inne przyjemności.

Jedną z tych przyjemności jest zrywanie, mycie i siekanie świeżej bazylii. Przez większość roku używam bazylii ekologicznej, która jest lepsza niż ta z supermarketu, a przy tym tańsza, bo krzaki są ogromne, chętnie odrastają i starczają na bardzo długo. Niestety, za oknem zima, ekologicznej bazylii ni ma, więc stosuję tę supermarketową. Wygląda i smakuje podobnie. Ilość – wedle uznania. Siekanie – wedle uznania. Warto wrzucić krótko przed końcem gotowania, żeby zachowała choć trochę kształtu i koloru.

spagh_4

Drugą przyjemnością jest tarcie sera. Ortodoksyjne przepisy dopuszczają tylko parmigiano reggiano, jednak ten jest w Polsce bardzo drogi, a poza tym nie bardzo wiem, skąd wziąć ekologiczny parmezan, więc trochę naginam reguły gry i trę na tarce mój ulubiony ser Bismarck (nie jest to Żelazny Ser, bez obaw). Trę mało, bo tylko ja w naszym domu mogę spożywać krowie produkty. Ser stoi na stole w osobnym naczyniu, z którego sypie się już na talerz wedle uznania.

Ojej, makaron! Nie wstawiliśmy makaronu! No i dobrze. Makaron gotuje się krótko, zwłaszcza że powinien być al dente. Trzeba go więc wstawić, kiedy już konsystencja sosu bliska jest idealnej. Nikogo chyba nie zaskoczy, że stosuję pełnoziarnisty makaron z ekologicznej pszenicy. Kiedy już wrzucę go do wrzątku, zwykle wrzucam bazylię do sosu i podlewam ją jeszcze oliwą (wedle uznania, ja lubię tłusto). Do garnka z makaronem nie wlewam oliwy, bo to raczej bez sensu. Wrzucam za to sól, ale to chyba oczywiste.

spagh_3

Teraz właśnie przychodzi czas na dodatkowy czosnek. Dodaję go tylko zimą, dzięki niemu powstaje sezonowa wersja potrawy – kilka minut przed zdjęciem sosu z ognia wciskam dodatkowe ząbki do sosu. Smak czosnku dominuje później w spaghetti, a jeśli później jedzie się komunikacją miejską, to jedzie się… i nie ma tłoku!

Kiedy makaron będzie gotowy, czyli al dente (trzeba próbować, liczby na opakowaniach to podłe kłamstwa), odcedzam go i w wielkim garze mieszam dokładnie z sosem. Następnie stawiam pod przykryciem na małym gazie, ale co chwilę odkrywam i mieszam, żeby spaghetti nie przywarło do dna. Henry Hill mówił chyba o 20 sekundach, ale ja nie należę do mafii i nie muszę stosować jej reguł. Dlatego moje spaghetti stoi na gazie nawet trzy minuty. Ten czas potrzebny jest na związanie sosu z makaronem. Niektórzy sądzą, że spaghetti to makaron polany sosem. Nie – makaron polany sosem to makaron polany sosem. Spaghetti to makaron, który dość długo grzał się dobrze wymieszany z sosem, by stanowić z nim nierozerwalną całość.

Dobra, już nie nudzę. Można jeść!

spagh_5

Buon appetito!