16 X2017

Pan zero waste: rozmowa przy kompoście

by joanna

Znamy się od 17 lat i to poniekąd dzięki mnie Tadek jeździ na rowerze. A jeździ 8 tys. km roczne. I choć wprowadzam w nasze życie różne wywrotowe idee, mniej lub bardziej radykalne, rzadko protestuje. Ale czasem protestuje mocno. Przeczytajcie, jak to jest być moim mężem, cyklistą i panem zero waste. 

Zero waste to idea zakładająca nieprodukowanie odpadów. Również tych do recyklingu. Dziś w Polsce staje się coraz bardziej popularna dzięki książkom Bei Johnson i Kasi Wągrowskiej. Jednak w ogólnej polskiej świadomości idea jest w najlepszym razie uznawana za dziwactwo, bo zazwyczaj nikt o ZW nie słyszał. Właściwie do niedawna nasza rodzina wcale nie znała tego określenia, ale nasz styl życia w pewien sposób dążył do ograniczenia śmiecenia. Od roku, za sprawą konferencji z Beą Johnson, przyspieszyliśmy tempo. Postanowiłam przepytać mojego wspaniałego męża, co właściwie o tym wszystkim sądzi.

Tadeusz: pan zero waste

Tadeusz: pan zero waste

JB: Czy czujesz się panem zero waste?

TB: Odpowiedź nie jest prosta, bo z jednej strony w znacznej mierze identyfikuję się z tą ideą i staram się nie produkować śmieci i nic nie marnować, a z drugiej mi daleko do prawdziwego zera i wiem, że nigdy go nie osiągnę.

Uważasz, że robisz w tym kierunku więcej niż inni?

To akurat dość proste, bo większość ludzi nie robi w tym kierunku zupełnie nic. W naszej piekarni jesteśmy jedynymi świrami z własnym workiem na chleb, jak ostatnio kupowałem rybę do słoika, to sprzedawca od razu wiedział, kim jestem, bo wszyscy inni biorą od niego foliowe torebki. Poprzeczka ustawiona jest tak nisko, że trudno nad nią nie wystawać.

Przecież my też się tego od kogoś uczymy… W Polsce coraz więcej ludzi wie o idei ZW.

Ja akurat nie uczę się od nikogo. Działam intuicyjnie. Coraz więcej ludzi wie, ale nadal jest to mniejszość poniżej błędu statystycznego. Świadomość większości ludzi jest żadna, jest też część, którym coś dzwoni, tylko nie wiedzą, w którym kościele.

Kupowałem ostatnio w jednym warzywniaku, oczywiście bez żadnych foliowych torebek. Inna klientka, sama objuczona dziesiątkami foliówek, zwróciła na to uwagę i chciała mnie pochwalić. Powiedziała więc: „To pięknie. Trzeba jakoś z tą przyrodą walczyć”. Dla mnie to jest ilustracja takiej przeciętnej, ale wcale nie najgorszej świadomości – wiadomo, że trzeba walczyć, tylko nie do końca wiadomo, z kim i gdzie. No i samemu nie kiwnie się palcem w bucie…

Czy jesteś szczególnie dumny z którejś ze swoich ZW aktywności?

Lubię odmawiać toreb w sklepach, ale czy jestem z tego szczególnie dumny? Czy to jest powód do dumy? To jest normalne, zachowuję się normalnie, to wszyscy wkoło oszaleli.

A czy masz szczególne opory przed wprowadzeniem jakichś rozwiązań w życie?

Wielu granic nie jestem w stanie przekroczyć. I nie jest to kwestia oporów. Na przykład zamawiam sporo części rowerowych przez internet i nie mogę nic poradzić na to, że są pakowane w folię i papier. Mam też oczywiście swoje grzeszki, jak żel pod prysznic w plastikowej butelce. Najwyraźniej nie jestem dobrym materiałem na świętego.

Czy myślisz o tym, żeby przejść na zupełnie ZW transport i pozbyć się samochodu?

Rozważam, bo i tak dość rzadko używam samochodu. Jednak bardziej odpowiadałaby mi samochodowa kooperatywa, czyli użytkowanie jednego pojazdu np. przez trzy gospodarstwa. Niestety to na razie mało realne.

Tadek i nasz domowy kompost

Tadek i nasz domowy kompost

Gdybyś miał wybrać jedną z pięciu zasad ZW: odmawiaj, ograniczaj, używaj ponownie, recyklinguj i kompostuj, która wydaje Ci się najtrudniejsza?

Na pewno kompostuj. Nie mówię o sobie, tylko o innych, z którymi o tym rozmawiam. Ludzie zwykle nie mają gdzie i jak kompostować ani tym bardziej co zrobić z pozyskanym w ten sposób kompostem. Nie każdy ma działkę jak my, a miejskich kompostowników jest kilka na całą Warszawę – jeden na kilkaset tysięcy mieszkańców, jeden na sto czy więcej kilometrów kwadratowych.

Umiesz odmawiać? Bo że ograniczasz konsumpcję, wiem.

Sześć lat temu postanowiłem, że nie będę jadł słodyczy. Zderzenie tego z naszymi społecznymi obyczajami daje naprawdę dobry trening odmawiania. To czasem jest wręcz faux pas, ale biorę to na klatę. Jestem w tym bardzo dobry.

Nie ma złej pogody na rower!

Nie ma złej pogody na rower!

Rower: dla wielu osób jesteś symbolem kogoś kto jest zrośnięty z tym środkiem komunikacji. Czy zgodzisz się, że jest to pojazd zeroemisyjny? Tak jest pokazywany w porównaniu do samochodów.

W uproszczeniu – tak. Nie ma zresztą lepszego środka transportu. Chodzenie pieszo jest bardziej dosłownie zeroemisyjne, ale niezbyt efektywne – pieszy przemieszcza się wolno i na małe odległości, w dodatku nie może przenosić dużych ładunków, co na rowerze nie stanowi problemu.

Uproszczenie polega na tym, że rower emituje trochę CO2, głównie pośrednio. Po kolei:

  • produkcja i transport roweru i części, które się w nim wymienia w trakcie użytkowania, to emisja pośrednia,
  • zasilanie oświetlenia bateryjnego (zwłaszcza w sezonie jesienno-zimowym) i innych urządzeń – to również emisja pośrednia,
  • napędzanie roweru to już emisja pośrednia i bezpośrednia – kalorie, które się spala, trzeba pozyskiwać. Rowerzysta więcej je, co z prostych biologicznych przyczyn powoduje emisję bezpośrednią, ale też przyczynia się do pośredniej, bo jedzenie trzeba jakoś wyprodukować, przewieźć i przetworzyć.

Nazwijmy to szukaniem dziury w całym – rower i tak wygrywa. 

A co myślisz o swoim gospodarowaniu zasobami żywnościowymi? Zdarza Ci się marnować jedzenie?

To akurat kwestia wychowania, że do marnowania jedzenia mam bardzo surowy stosunek. Nie toleruję tego, bardzo mnie wkurza i boli, kiedy ktoś marnuje jedzenie. Nie umiem sobie przypomnieć, kiedy ostatnio coś zmarnowałem. Chyba rok temu, jak zebraliśmy tak dużo jabłek, że nie zdążyliśmy ich zjeść ani przerobić, a nie rozdawaliśmy wystarczająco sprawnie. Parę kilo poszło na zmarnowanie i pamiętam, że było mi z tym bardzo źle. 

Wiele osób dążących do życia ZW uważa, że mięso jest jednym z najbardziej zaśmiecających planetę produktów żywnościowych. W naszym koszu na śmieci główne odpadki (poza dziwnymi produkcjami naszych dzieci) to opakowania po ekologicznym mięsie i nabiale. Wyobrażasz sobie, że rezygnujemy z tych produktów?

Nie. W lecie okresowo rezygnuję z mięsa, ale nie z nabiału. Mam świadomość, że jedzenie mięsa jest bardzo złe dla planety, dlatego staram się ograniczać jego spożycie. Na tyle mnie stać.

Gąbka syntetyczna kontra myjka konopna

Gąbka syntetyczna kontra myjka konopna

Wiem, że nie wszystkie rozwiązania ZW w naszym domu Ci odpowiadają. Nie narzekasz na kubeł wyłożony reklamami, ale denerwuje Cię myjka konopna do naczyń. Wygoda jest dla Ciebie najważniejsza? A może oszczędność czasu? Jeśli Ci powiem, że myjka konopna i szczotka do naczyń starczą na lata i nie tylko zapobiegną zakupowi gąbek ze sztucznego tworzywa, ale dadzą oszczędności – nie będzie łatwiej przekonać się do takiej formy zmywania?

Myjka konopna mnie denerwuje, bo nie myje, a potrzebuję czasem coś umyć. To nie jest kwestia wygody, tylko podstawowej potrzeby domycia garów. Oszczędność może być dobrym argumentem dla nieprzekonanych, ale nie powinna być jedynym. Oszczędne i ekologiczne rozwiązania muszą też działać.

Jesteś redaktorem, więc pytanie podchwytliwe. Papier czy e-book?

To nie takie proste. Bo niby e-book, ale np. dzieci potrzebują jednak papieru, a pomysły, żeby podręczniki zastąpić tabletami, są chore i szkodliwe. Niektóre książki ze względu na walory estetyczne nie nadają się do przerobienia na e-booki.

Mam też w miarę świeżą anegdotkę. Niedawno ukazała się książka Pablopavo, czy raczej Pawła Sołtysa, „Mikrotyki”. Chcę ją, ale nadal jej nie kupiłem, bo nie mogę się zdecydować, czy papier, czy e-book. Na e-booku autor nie wpisze mi dedykacji! Zapytałem Pawła, co zrobić, a on odpowiedział, żebym kupił jedno i drugie.

Ograniczaj się!… Na koniec jeszcze jedno ważne pytanie. Kiedy rok temu wróciłam z konferencji Bei Johnson i powiedziałam, że od dziś wprowadzamy restrykcje ZW, popukałeś się w głowę. Dziś, patrząc na nasze/moje wybory, dalej czujesz, że mieszkasz z ekoświrem?

Spójrz na mnie. Nadal się pukam w czoło.

Tadek i zero waste

Tadek i zero waste

08 X2017

Alternatywny transport – obejrzyj i przesiądź się lub przejdź!

by joanna

Zapraszam Was na kolejny odcinek serii „Punkt krytyczny” realizowanej w ramach projektu „Energia odNowa” koordynowanego przez WWF Polska. Tym razem bohaterem jest alternatywny transport. Poświęćcie 5 minut i pomyślcie o swoich nawykach komunikacyjnych.

„Alternatywny transport”, Marcin Dorociński

„Alternatywny transport”, Marcin Dorociński

Nasza rodzina mieszka w Warszawie, gdzie trwa nieustanna walka o zwiększenie przestrzeni dla samochodów, ponieważ miasto się korkuje, aut jest coraz więcej, a miejsc parkingowych nie przybywa. Zmotoryzowani mieszkańcy najchętniej widzieliby poszerzone ulice (kosztem pasów zieleni, chodników, buspasów), mniej sygnalizacji świetlnej, mniej przejść dla pieszych. I jeszcze wszędzie darmowe parkingi.

Paradoks ustępowania właścicielom aut polega na tym, że im więcej jest w mieście miejsca dla samochodów, tym więcej tych samochodów się pojawia (przeczytaj o prawie Lewisa-Mogridge’a). W ten sposób nigdy nie zlikwiduje się korków.

Obejrzyj:

Plan, aby zmienić w Polsce transport publiczny na zasilany energią elektryczną pozyskiwaną z odnawialnych źródeł energii, brzmi dziś jak bajka o żelaznym wilku. Dzisiejsza sytuacja polityczna sprawiła, że inwestorzy finansujący rozwój zielonej energii w naszym kraju wycofują się i liczą straty. Stawianie na energię odnawialną zawsze łączyło się z dużymi kosztami inwestycji w infrastrukturę. Kiedy w Polsce zaczęto inwestować w tę nowoczesną technologię, pomyślne wiatry nagle się odwróciły i dziś wracamy do brudnej energii węglowej.

Alternatywny transport

Chciałabym napisać, że zachęcam Was do wybierania transportu napędzanego elektrycznie: autobusów elektrycznych, tramwajów, pociągów. Ale w obecnej sytuacji myślę tylko o tym, żeby korzystać przede wszystkim z własnych nóg i roweru. I do tego Was namawiam.

„Alternatywny transport” (kadr z filmu )

„Alternatywny transport” (kadr z filmu )

Mamy samochód, który służy naszej czteroosobowej rodzinie do przemieszczania się np. na działkę, kiedy w bagażniku przewozimy kilka kilogramów kompostu w ośmiu wiadrach (pociągiem to nierealne). Staramy się też współdzielić go z innymi lub pożyczamy potrzebującym znajomym. Zwykle jednak nim nie jeździmy. Mam nadzieję, że kiedy nasze dzieci podrosną i będą bardziej samodzielne, po prostu przestaniemy go używać.

Jeździmy na rowerach cały rok. Do pracy, po zakupy, do przedszkola, do lekarza. Bo w mieście tak jest najtaniej i najszybciej. Warszawskie korki, niestety, dotykają też komunikacji miejskiej – tylko metro daje prawdziwą swobodę przemieszczania się po stolicy, jednak ono nie dojeżdża wszędzie. W innych polskich miastach nie ma nawet metra. Zasilanego zresztą energią z węgla…

Punkt krytyczny

Co tydzień pojawia się nowy odcinek serii. Zapraszam Was do śledzenia naszego bloga, ponieważ będziemy pisać o kilku z nich. A jeśli jeszcze nie widzieliście pełnometrażowego filmu „Punkt krytyczny. Energia odNowa”, bardzo Was zachęcam.

Obejrzeliście? Napiszcie, co myślicie! Czy jesteście w stanie zmienić swoje nawyki i korzystać z roweru, pociągu, tramwaju?

life
NFOS

logowww.energiaodnowa.pl

20 XI2013

Kostką bauma w rezerwat

by tadeusz

Wyobraźcie sobie taką sytuację. Jesteście w Tatrach, nad Czarnym Stawem pod Rysami. Piękny letni dzień. Patrzycie w górę, na Kazalnicę i Niżnie Rysy, podziwiacie ich surowe piękno. Potem odwracacie się i podziwiacie toń Morskiego Oka, okoloną ciemną zielenią. Na drugim brzegu widać schronisko – stamtąd przed chwilą przyszliście. A teraz pochylacie głowę i patrzycie na to, po czym przyszliście – chodnik z kostki bauma. Coś tu nie pasuje, prawda? Powiem więcej, coś tu przeraża, oburza, woła o pomstę do nieba.

Oczywiście nikt jeszcze nie upadł na głowę aż tak mocno, żeby wybetonować szlak nad Czarny Staw. Mam nadzieję, że nigdy do tego nie dojdzie. Ale pewności już nie mam, bo jednak różne lokalne władze wpadają na takie pomysły. Więcej – są w stanie je przeforsować i przeprowadzić, wydać kolosalne pieniądze z kieszeni podatników na dewastację rezerwatu przyrody i jeszcze szczycić się tym jako inwestycją mającą na celu dobro mieszkańców. Bo po kostce bauma chodzić wygodniej i bezpieczniej niż po ścieżce, a jak się ustawi gęsto mocne latarnie w środku lasu, to w nocy nikt na nic nie wpadnie. A rezerwat… A kogo obchodzi rezerwat!

Czemu o tym piszę? Powód znajduje się w Lesie Bielańskim, najpiękniejszym lesie na terenie Warszawy, rezerwacie przyrody, objętym również ochroną w ramach programu Natura 2000 i wygląda tak:

beton_bielanski1

A wcześniej ta dróżka wyglądała tak:

beton_bielanski2

Samorząd od wielu lat przymierzał się do budowy tego chodnika, ale wciąż się nie udawało. Regionalny Dyrektor Ochrony Środowiska wydawał negatywne opinie na temat kładzenia betonu w rezerwacie, tym bardziej że do budowy chodnika trzeba wyciąć parę wielkich drzew. W dodatku ekolodzy protestowali… Sprawa się odwlekała. Ale nareszcie – RDOŚ udało się przekonać (nie pytajcie, jak – nie wiem), ekologów nie spytano i zdanie i oto mamy – trwa budowa betonowego chodnika przez rezerwat. Na razie jest ponad sto metrów, przed zimą ma być gotowy cały (850 metrów).

Chodnik powstaje po południowej stronie ul. Dewajtis, ulicy, która na odcinku niespełna kilometra prowadzi przez las do zabytkowego kościoła pw. bł. E. Detkensa oraz kilka budynków należących do katolickiej uczelni UKSW (dawniej ATK). Ulicą Dewajtis samochody dojeżdżają zarówno do tych instytucji, jak i do całkowicie komercyjnych firm, którym UKSW podnajmuje lokale. Uzasadnieniem dla budowy chodnika jest fakt, że w słotnych okresach gruntowa nawierzchnia rozmiękała i piesi do kościoła i kampusu wędrowali jezdnią, co nie służyło ich bezpieczeństwu. Zresztą paniusie w butach na szpilkach łaziły jezdnią nawet przy pięknej pogodzie. Uzasadnienie to jest o tyle słabe, że jezdnia z dużym natężeniem ruchu w ogóle nie powinna przebiegać przez rezerwat przyrody, więc najlepiej byłoby zakazać tam ruchu pojazdów i zamienić ją w ciąg pieszy lub pieszo-rowerowy. W dodatku istnieją plany doprowadzenia dojazdu i dojścia do kościoła i kampusu od drugiej strony, gdzie dystans do pokonania przez las wynosi nie 850, a 200 metrów, w dodatku cały czas brzegiem, a nie środkiem lasu. Prawdziwym powodem budowy chodnika jest faktycznie chęć usunięcia pieszych z jezdni, ale nie dla ich bezpieczeństwa, a dla usprawnienia ruchu kołowego na tej ulicy. Czyli jego wzmożenia, zwiększenia hałasu, zanieczyszczenia spalinami i zagrożenia dla dzikich zwierząt.

Nic nie robi się samo, więc warto powiedzieć, kto to robi. Dokumenty są jawne, więc można śmiało powiedzieć, że za budowę betonowego chodnika na terenie rezerwatu przyrody odpowiada przede wszystkim burmistrz dzielnicy Bielany, pan Rafał Miastowski z Platformy Obywatelskiej. Jego decyzje wspiera prezydent Warszawy, pani Hanna Gronkiewicz-Waltz, również z Platformy Obywatelskiej. Niech nikogo nie zmyli słowo „obywatelska” w nazwie. Obywateli się o zdanie nie pyta – urzędnik chce mieć beton i każe kłaść beton.

Nie mam złudzeń, że budowę tego chodnika da się zatrzymać. Wydano na nią milion złotych i pewnie będzie zakończona. Mimo to protestuję i zachęcam do protestowania. Zapraszam do udziału w wydarzeniu Nie betonujcie nam rezerwatu! na Facebooku, do pisania mejli do władz Bielan i władz Warszawy. I mam nadzieję, że moja wizja z kostką bauma w Tatrach nigdy się nie spełni, a Las Bielański będzie ostatnim rezerwatem zdewastowanym przez urzędników.

 

PS Oba zdjęcia wykorzystane w tym wpisie są autorstwa Pauliny Lis, której serdecznie dziękuję. Polecam też jej album Koszmar bauma w Lesie Bielańskim na Facebooku, w którego opisie można również przeczytać kilka mądrych i ciekawych zdań na temat tej skandalicznej inwestycji.

 

PS2 Gdyby ktoś chciał poznać szczegóły, zajrzeć do pism, opinii, decyzji i tak dalej… albo zweryfikować to, co napisałem powyżej, zachęcam do odwiedzenia tych stron:
http://www.lasbielanski.waw.pl/komunikaty.html#k-2010-02-17
http://www.zm.org.pl/?a=las_bielanski-13a
http://www.zm.org.pl/?a=las_bielanski-13a#Pismo_burmistrza_Bielan
http://www.gazetaecho.pl/chodnik-przy-dewajtis-dobry-pomysl-na-pewno-drogi_65900
http://tvnwarszawa.tvn24.pl/informacje,news,betonowa-kostka-w-rezerwacie-trwa-budowa-w-lesie-bielanskim,106155.html
http://warszawa.gazeta.pl/warszawa/1,34862,14979861,Betonuja_sciezke_w_rezerwacie__Puszcza_autobusy_przez.html#TRLokWarsTxt

05 IV2013

Odśnieżanie, czyli forsa w błoto pośniegowe

by tadeusz

Można było się tego spodziewać – jak informuje warszawski Zarząd Oczyszczania Miasta, środki przeznaczone na odśnieżanie zostały już tej zimy przekroczone. Stołeczny ratusz zarezerwował na ten cel 72 miliony złotych, a już parę dni temu rzeczniczka ZOM-u mówiła o wydanych 74 milionach. Wiosny wciąż nie ma, pewnie dojdzie do 80 milionów. A teraz pora na ważne pytanie – po co?

Już od dawna chodzi mi po głowie taka myśl, że zabawa w odśnieżanie wszystkich ulic jest bez sensu. Oczywiście, są ulice, które muszą być czarne – główne arterie, żeby karetka czy straż pożarna nie ugrzęzła w zaspie. Dobrze też odśnieżyć ulice ze stromymi podjazdami, żeby nie było jak w kultowym „Ale urwał” albo jak w tym filmie:


Ale po co odśnieżać wszystkie ulice? Przecież to nic dziwnego, że w zimie jest śnieg. Mieszkamy w Polsce, nie w Tunezji, więc lepiej nauczmy się żyć ze śniegiem, zamiast z nim walczyć.

W czasie tej zimy musiałem parę razy przejechać się samochodem. Najprzyjemniej jechało się w czasie dużej śnieżycy, kiedy pługosolarki nie zdążyły jeszcze przejechać i ulice zalegała warstwa ślicznego, miękkiego puchu. Wszyscy jechali 20-30 km/h, grzecznie i spokojnie aż miło.

sniezyca

W takich warunkach poważnych wypadków w mieście nie ma, zdarzają się kolizje, ale niegroźne, bo co komu szkodzi puknąć się z prędkością pieszego. Jednak zaniechanie odśnieżania większości ulic poprawiłoby bezpieczeństwo nie tylko ze względu na spadek prędkości. Szybko spadłaby liczba samochodów na ulicach, na skutek okrutnej, ale bardzo pożytecznej naturalnej selekcji. Ci, którzy nie kupili opon zimowych, musieliby wybrać inny środek transportu. Podobnie ci, którzy nie umieją sobie radzić na śniegu, nadużywają gazu i hamulca. I dobrze – kto nie umie jeździć, niech lepiej chodzi.

organiczni5

Oprócz poprawy bezpieczeństwa i płynności ruchu (nie ma samochodów – nie ma korków) miasto odniosłoby korzyść ekologiczną. Oczywiście byłoby mniej smrodu z rur wydechowych, ale również mniej zniszczeń od soli. Sól, którą posypuje się drogi, ma – jak to sól – działanie żrące. Wie o tym każdy, któremu zniszczyła buty, wiedzą opiekunowie psów, którym niszczy łapki i przynajmniej jedna osoba, której zżarła amortyzator w rowerze. Drzewa w kontakcie z tym paskudztwem bardzo cierpią. Warto przyjrzeć się dolnym partiom pni drzew rosnących niedaleko ulic – po zimie ich kora wygląda naprawdę okropnie, pełna tego, co na ludzkiej skórze nazywałoby się ranami. Władze warszawskiego Żoliborza posłuchały namów mieszkańców i przestały sypać sól na ul. Czarnieckiego. Po kilku miesiącach eksperymentu urzędnicy ze zdziwieniem stwierdzili, że negatywnych skutków nie było, roślinność nie została zniszczona i w dodatku w kasie zostało więcej pieniędzy.

Pieniądze! No właśnie, wrócę do tematu, od którego zacząłem. Gdyby miasto zrezygnowało z odśnieżania większości ulic, a ograniczyło się tylko do głównych i nachylonych, oszczędziłoby mnóstwo pieniędzy. Może połowę, może więcej. Już sama rezygnacja z sypania soli daje ogromne oszczędności – przy okazji eksperymentu na Czarnieckiego władze Żoliborza podały, że koszt jednego płużenia 1 km kw. jezdni to 30 zł, a koszt jednego płużenia z soleniem – aż 190 zł.  Oszczędności można by przeznaczyć np. na odśnieżanie chodników, bo przy wielu ulicach w ogóle się tego nie robi, a piesi grzęzną i wywracają się, podczas gdy auta pędzą obok po czarnej nawierzchni. Może też wreszcie znalazłyby się środki na odśnieżanie dróg dla rowerów, którymi mogliby popędzić do biur i fabryk wszyscy, którzy samochody rozsądnie zostawili w zaspie pod domem.

12 III2013

Rowerem na Stare Miasto!

by tadeusz

Być może nadchodzi wiekopomna chwila! I nie chodzi o rozpoczęty dziś event we Włoszech, tylko o warszawską Starówkę. Po bez mała 20 latach jego obowiązywania władze Warszawy rozważają zniesienie zakazu jazdy rowerem po Starym i Nowym Mieście. Trzymam kciuki za stołecznych włodarzy, bo całe dzielnice, po których nie wolno poruszać się rowerami, czynią z Warszawy ewenement na skalę światową i nie najlepiej świadczą o podejściu do zrównoważonego transportu.

zakaz_rower

Warszawscy urzędnicy postanowili – zanim podejmą tę jakże trudną decyzję – zorientować się, co o sprawie sądzą mieszkańcy. Dlatego na stronie Zarządu Transportu Miejskiego (nie wiem, czemu tam, może przez powiązanie z Veturilo?) uruchomili ankietę, w której można zagłosować za zniesieniem tego głupiego zakazu. Niby można też zagłosować przeciw, ale po co? Zachęcam do głosowania! Nie wiem, czy wyniki ankiety będą miały jakiś wpływ na rzeczywistość, ale jeśli tak, to lepiej, żeby wynik był właściwy. Ankietę znajdziecie w kolumnie przy prawej krawędzi strony.