20 XII2016

„Walenty i spółka” – kryminał dietetyczny (recenzja)

by joanna

„Walenty i spółka” to pierwsza część wyjątkowej serii książek dla dzieci (6+), która łączy przygodę, zdrowe odżywianie, wątek tajemnicy i dużo humoru. Nasz siedmiolatek połknął lekturę niemal za jednym zamachem i już domaga się kolejnych tomów. Dlaczego warto kupić dzieciom książkę Moniki Oworuszko i najlepiej przeczytać razem z nimi?

„Walenty i spółka” w rękach naszych synów

„Walenty i spółka” w rękach naszych synów

Na książkę „Walenty i spółka” trafiłam dość przypadkowo, dzięki Szkole na Widelcu, ale rekomendacja była bardzo przekonująca. Sama okładka zachęca, aby wziąć książkę do ręki – a wnętrze nie rozczarowuje.

„Walenty i spółka”: kryminał dietetyczny

Pierwszy tom jest bardziej dietetyczny niż kryminalny: poznajemy całą galerię postaci, w tym personifikację m.in. tłuszczu, węglowodanów, białka i wody. Dwoje dzieci – Kasia i Krzyś – w osiedlowym sklepie spożywczym spotykają się z nachalnym wciskaniem niezdrowych słodyczy i chipsów, i niestety często mu ulegają. Jednak dzięki zorganizowanej akcji osób, którym zależy na zdrowym odżywianiu dzieci, bohaterowie dowiadują się o zaletach prawidłowo skomponowanej diety i zmieniają swoje nawyki.

Świeży oddech jak zefirek...

Świeży oddech jak zefirek…

Wątek tajemniczych postaci, które prawdopodobnie działają na szkodę dzieci, dopiero został zarysowany. Jesteśmy bardzo ciekawi, co było dalej, czy wyjaśni się, kim jest mężczyzna z rudą brodą?

Tęgomir Tłuszcz ma swoje zalety

W „Walentym i spółce” podoba mi się połączenie – zaiste niełatwe – wartkiej akcji, zaskakujących wydarzeń, barwnych postaci, humoru i pożytecznych informacji. Widać, że autorka postawiła na inteligentnego młodego odbiorcę (docelowo uczniowie I–IV klasy szkoły podstawowej). Wielokrotnie pozwala na samodzielne wysuwanie wniosków i ocenianie sytuacji, zarazem pokazując, że nic nie jest wyłącznie złe albo dobre (no, poza chipsami i niezdrowymi batonikami). W końcu nawet Tęgomir Tłuszcz okazuje się potrzebny. Myślę, że dzięki swojej formie, również graficznej, książka ma duży potencjał budowania pozytywnego myślenia o zdrowym jedzeniu wśród dzieci.

„Walenty i spółka”, wyd. Mobuki

„Walenty i spółka”, wyd. Mobuki

Gdybym miała coś wytknąć, wolałabym zobaczyć Werę Wodę częstującą wszystkich wodą z kranu zamiast z butelki, natomiast Błażej Białko mógłby zwrócić uwagę na to, że wielu dzieciom i dorosłym mleko szkodzi, a zdrowe kości można budować również dzięki warzywom. Ale to już niuanse, z którymi można by polemizować merytorycznie, a nie na poziomie literackim.

Bardzo się cieszę, że w polskich księgarniach możemy kupić coraz więcej starannie wydanych książek dla dzieci, mądrze mówiących o odżywianiu.

Autorki

Seria z Walentym została napisana przez Monikę Oworuszko, która studiowała m.in. dietetykę i literaturę dla dzieci. Autorka tekstu jest jednocześnie własnym wydawcą – prowadzi wydawnictwo Mobuki.

Książki zilustrowała Małgorzata Banaś-Domińska, absolwenta warszawskiej ASP. Jej zawdzięczamy lekkie, pozytywne i zachęcające ilustracje, będące integralną częścią lektury.

Polecam!

Książki można kupić w sieciach księgarni internetowych oraz w księgarniach naziemnych.

Monika Oworuszko, „Walenty i spółka”, Warszawa [2016]

Cena: od około 17 zł

www.mobuki.plwww.walentyispolka.pl

14 IX2016

Bożena Kropka – „Co mi dolega?” – recenzja

by joanna

Druga książka dietetyczki Bożeny Kropki jest lekturą, którą czytelnicy „Pokonaj alergię” mogą potraktować jako swego rodzaju uporządkowanie wiedzy upakowanej w poprzednim, bardzo obszernym dziele autorki (tu nasza recenzja). Z kolei osoby, którzy z Bożeną Kropką zetkną się pierwszy raz, pewnie z ciekawości sięgną po poprzednią publikację.

co_mi_dolega_0

Autorka robi przegląd zagadnień, które według niej stanowią najistotniejsze i najczęstsze zjawiska dietetyczno-zdrowotne i stawia tezę, że odżywianie oraz dbanie o jakość naszego otoczenia i dobre samopoczucie stanowią klucz do naszego zdrowia. Przytacza też anegdoty ze swojego życia zawodowego i osobistego, jak zmiana sposobu odżywiania czasem radykalnie zmieniała życie chorego.

Czy z książki „Co mi dolega?” rzeczywiście możemy dowiedzieć się, dlaczego czujemy się źle? Wbrew tytułowi chyba nie to jest intencją autorki, żeby szukać u siebie choroby. Książka jest przewodnikiem po zagadnieniach związanych ze zdrowym odżywianiem oraz zaburzeniami funkcjonowania organizmu. (więcej…)

23 XI2015

Grzegorz Łapanowski: Rewolucja kulinarna jest możliwa – wywiad

by joanna

Grzegorz Łapanowski i jego Fundacja „Szkoła na widelcu” wykonują w polskich stołówkach gigantyczną robotę edukacyjną, którą wobec przeciwności niewyobrażalnych dla zwykłego zjadacza chleba może prowadzić jedynie osoba o niespożytych pokładach energii i optymizmu.

grzegorzlapanowski_2

Z Grzegorzem o naprawie sytuacji polskich stołówek w szkołach i przedszkolach można rozmawiać godzinami. To człowiek, który poznał realia gotowania posiłków dla kilkuset dzieci w źle wyposażonych kuchniach, za stawkę 5, 3, a nawet 2 złotych na osobę. Zawsze pod presją czasu, często z brakiem rąk do pracy, a czasami dodatkowo z paradoksalnymi wymogami lokalnymi (np. obiad wydawany od godziny 9:20, żeby wszystkie dzieci zdążyły zjeść przed końcem lekcji, po których wsiadają do autobusu i wracają do domu).

Logo_FSNW

Kiedy oglądam najnowsze „dziecko” fundacji – program „Misja stołówka” (Polsat Café, przy braku telewizora korzystamy z Ipli) – czasem włos mi się jeży, czasem się wzruszam, a najczęściej mam poczucie bezradności wobec tysiąca przeszkód, które stoją na drodze zdrowej i smacznej kuchni w placówkach edukacyjnych.

– Trzeba tylko chcieć – Grzegorz powtarza to zdanie jak mantrę i widać, że on całym sercem wierzy, że zmiany są możliwe.

grzegorzlapanowski_0

JB: Za chwilę koniec pierwszej edycji „Misji stołówka”. Będą następne? 

Grzegorz Łapanowski: Nie wiem! (Śmiech). To było niezwykłe doświadczenie, ale także bardzo wyczerpujące. Nie przypuszczałem, że poświęcimy na to aż tyle energii. Gdybym miał kontynuować realizację tego projektu, może postarałbym się, aby pokazywać tylko pozytywne przykłady… 

Dlaczego? Przecież mocny przekaz, choć bywa nieprzyjemny, lepiej trafia do widza i na pewno jest lepiej zapamiętywany. Ja widzę w „Misji…” znakomitą lekcję dla wszystkich związanych z gastronomią w placówkach edukacyjnych, właśnie dzięki przykładom pozytywnym i negatywnym. 

Myślisz? To doświadczenie nauczyło nas bardzo dużo. Całą serię dwunastu odcinków przygotowywaliśmy prawie pół roku i to był bardzo intensywnie wykorzystany czas. Dziś wiem, że ludzie pracujący w stołówkach to często prawdziwi bohaterowie, jeśli popatrzymy na to, w jakich warunkach muszą pracować i jak są do tego przygotowani. 

No właśnie, masz okazję oglądać dosłownie od kuchni placówki z różnych zakątków Polski. Choć generalizacja może być niesprawiedliwa, masz chyba jakieś ogólne wrażenie na temat tych wszystkich odwiedzonych miejsc.

Sytuacja jest bardzo różna. Daleko nam do stołówek brytyjskich czy amerykańskich, ale z drugiej strony – czy można się z nimi porównywać? W Polsce nie jest znowu aż tak źle, tylko od takiego mówienia na pewno nie będzie lepiej. Przykładowo wyposażenie szkolnych kuchni – pomijając słabej jakości noże, stare garnki i patelnie – na dziesięć odwiedzonych placówek tylko dwie miały piece konwekcyjne. To sprzęt, który można kupić za kilka tysięcy złotych, a daje ogromne możliwości w przygotowaniu posiłków. [Taki piec można obejrzeć dokładniej w 10. odcinku „Misji stołówka” – przyp. red.]. Jednak samym narzekaniem lub marzeniami nikt jeszcze pieca do szkolnej stołówki nie załatwił, trzeba działać. Wielokrotnie powtarzam, że aby coś uzyskać, trzeba być upartym i cierpliwym – wysyłać pisma do urzędów, szukać sponsorów, organizować zbiórki pieniędzy. Ale to wierzchołek góry lodowej. 

Nasz program ma misję, aby walczyć z przyczyną epidemii nadwagi i otyłości, która dotyka coraz więcej polskich dzieci. One tyją najszybciej ze wszystkich młodych mieszkańców Europy. Problem jest tak złożony, że sam piec konwekcyjny go nie rozwiąże. 

lapanowski_1

Ja i Grzegorz Łapanowski w Food Lab Studio.

Masz całą listę rzeczy, które trzeba naprawić. 

To jest działanie na lata. Potrzeba strategii, która zmieni od postaw myślenie o jedzeniu, o posiłkach w szkole, o żywności w sklepie. W Polsce brakuje odgórnego planu, który oprócz tego, że na przykład narzuca prawo zmieniające zasady przygotowywania posiłków, to jeszcze pomaga wdrożyć się w nowy system w praktyce. Nowe rozporządzenie zmieniające zasady gotowania posiłków w szkołach i przedszkolach powstało w dobrej wierze, ale jednocześnie nikt szkolnych kuchni nie przygotował na tę zmianę ani pod kątem wiedzy, ani wyposażenia czy logistyki. Zalecają gotować na parze, ale nie mówią jak zrobić to dla 300 dzieci i nie dają ani złotówki na sprzęt. I tak dalej. A największą burę zbierają kucharki – kobiety ciężko pracujące za najniższą krajową, odpowiedzialne za nakarmienie rzeszy dzieci, czasem za niewiarygodnie niską stawkę. I to do nich wszyscy mają pretensje, że do tej pory było niezdrowo, monotonnie albo niesmacznie. Tymczasem to znów tylko jeden z aspektów skomplikowanego systemu żywienia zbiorowego w szkołach. 

W takim razie jak powinno się działać, żeby ogarnąć wszystkie te wątki, składające się na problem z odżywianiem dzieci? 

Tak jak mówiłem, to musi być działanie systemowe, długofalowe i wieloetapowe. Nie wystarczy wymagać, nakładać kary, zmieniać prawo, trzeba jeszcze chcieć pomóc i nie zasłaniać się brakiem pieniędzy. Czasem brakuje bardzo niewiele, żeby usprawnić działanie konkretnej kuchni. Na przykład zatrudnienie dodatkowej osoby lub zaproponowanie współpracy miejscowej szkole gastronomicznej. Wyobrażasz sobie mycie i obranie warzyw dla kilkuset dzieci. Ktoś to musi robić, a to tylko jedno z zadań w kuchni. W dodatku to rzadkość, żeby intendent, odpowiedzialny za zaopatrzenie i menu, miał realną styczność z kuchnią – gotował na co dzień. To jest bardzo ciężka praca.

Kiedyś normą było, że jedna osoba gotowała dla 50 dzieci – dziś jest to jedna osoba na 120 dzieci. Przy takim obciążeniu personelu, jakie widziałem w niektórych placówkach, nie dziwię się, że tam nie jest dobrze. Trzeba jakoś motywować tych ludzi, szkolić, wspierać. Wiesz, że 80% kadry w tych stołówkach nie ma wykształcenia związanego z gastronomią? 

Uważasz, że to powinien być wymóg? 

Absolutnie nie. Natomiast powinno się inwestować w te osoby. Wysyłać na szkolenia, uczyć dobrego gotowania. Pytałem o to kucharki i co się okazywało? Że na przykład miały, owszem, szkolenie, sponsorowane przez producenta kostek rosołowych. I dowiadywały się, że nie wolno gotować zupy na kościach, że należy używać gotowego produktu, bo to jest bezpieczniejsze. 

Jednak zazwyczaj tych szkoleń po prostu nie ma. 

grzegorzlapanowski_3

Jak wobec tego wyobrażasz sobie system dobrych szkoleń? 

Powinny zostać uruchomione państwowe instytucje doradcze, które nie miałyby interesu w promowaniu produktów wysoko przetworzonych. Które zatrudniałyby dietetyka oraz kucharza i faktycznie uczyłyby osoby związane z tą gastronomią szkolną i przedszkolną, jak zdrowo i smacznie gotować. Potrzebne są regularne szkolenia, ale to wymaga czasu i oczywiście pieniędzy, o których się nie mówi. Pieniądze są potrzebne również na produkty. A jak ugotować dwudaniowy, zdrowy obiad za 2 złote na dziecko? 

Rozwiązaniem problemu z pieniędzmi mogłoby być opodatkowanie „śmieciowego” jedzenia. To również jeden ze sposobów, aby ograniczyć jego spożycie. Podatek od cukru i szkodliwych dla zdrowia izomerów „trans” kwasów tłuszczowych, z którego środki mogłyby iść na zdrowe odżywianie dzieci w szkołach i przedszkolach. Taki podatek funkcjonuje już w wielu rozwiniętych państwach, również w Europie. 

Co jeszcze oprócz szkoleń, dodatkowych rąk do pracy i sprzętu może uratować nasze dzieci? 

Ogródki przyszkolne, zajęcia kulinarne, takie jak ZPT na każdym poziomie edukacji, zdrowe sklepiki szkolne prowadzone przez dzieci, kampanie informacyjne, zaangażowanie nauczycieli. I oczywiście szeroka kampania skierowana na edukację rodziców. Te wydatki to w istocie inwestycje, które zwrócą się z nawiązką.  

lapanowski_2

Tylko trzeba do rodziców dotrzeć. 

Znów brakuje spójnego systemu edukacyjnego, który objąłby także tę grupę. 

Jako osoba zainteresowana zdrowym odżywianiem widzę, że jest bardzo dużo inicjatyw, również lokalnych, które bezpłatnie oferują tę wiedzę. Szkoła na Widelcu jest jednym z przykładów, ale choćby moja dzielnica – warszawskie Bielany – organizuje konferencje dla przedszkoli, szkół i rodziców na temat zapobiegania otyłości. Tylko wiadomo – przychodzą na nie ci, którzy chcą. 

Otóż to. Kiedyś w szkołach była edukacja kulinarna, to powinno wrócić. Wiedza o zdrowym odżywianiu powinna być obowiązkowa. W tej chwili oddolne działanie inicjatyw pozarządowych robi więcej niż nasze państwo, które tylko wymaga, ale mało kto odważy się naruszyć status quo. Wiadomo, że do wykonania jest gigantyczna praca, która przyniesie efekty za kilka lat. Wszyscy się boją, że zejście z utartych ścieżek spowoduje katastrofę. Na pewno łatwo nie będzie. 

Wy w ramach edukacji kulinarnej gotujecie z dziećmi. Łatwiej z młodszymi czy ze starszymi? 

Wiesz, pierwsze dwa lata życia dziecka mają decydujące znaczenie, czy wyrośnie na niejadka, czy smakosza. To instynkt samozachowawczy – kiedy dziecko staje się bardziej samodzielne, przestaje łatwo akceptować nowe smaki, żeby się nie po prostu nie zatruć czymś, co przypadkowo trafi mu do rąk i buzi. Przedszkolaki są wybredne, jedzą to, co znają, a kto z rodziców ma dziś czas na pokazywanie dziecku różnorodnych produktów? [Chyba ja – przyp. red.]. Z nastolatkiem można już pogadać, łatwiej go przekonać do nowości. Ale to nie znaczy, że nie należy próbować z kilkulatkami. 

W przedszkolach zapewne słyszysz ten sam argument, który ja usłyszałam w swoim: próbowaliśmy zdrowego żywienia i wszystko lądowało w koszu. 

No tak, bo pewnie spróbowali raz i tyle. Tymczasem jeśli nie mamy przekonania do jakiegoś smaku, trzeba podejść do niego nawet 10 razy, żeby go polubić. Przecież z dziećmi jest tak samo. Raz nie zje, drugi raz nie zje, a za trzecim razem spróbuje. 

Ale porażka boli, co widać również w twoim programie. 

Porażka jest wpisana w nasze warsztaty. Myślę, że po prostu trzeba zaakceptować, że dzieci nie zasmakują w nowościach z marszu. Ja wierzę, że  się uda – prędzej czy później – dlatego nie poddaję się łatwo i działam, póki nie osiągnę sukcesu. W tym wypadku trzeba być konsekwentnym, upartym i cierpliwym, ale przede wszystkim trzeba chcieć. 

W stołówkach szkolnych i przedszkolnych panuje przekonanie, że należy gotować to, co dzieci zjedzą. No dobra, ale przecież chodzi o to, żeby dzieci jadły zdrowo. Rozumiem niezadowolenie rodziców, łatwo żądać zmian, narzekać na jedzenie. Ale czy warzywa, których dziecko nie chce jeść na stołówce, zjada tak chętnie podczas rodzinnego obiadu? Albo zupa bez wzmacniaczy smaku i zapachu – czy jest atrakcyjniejsza niż ta z kostką rosołową serwowana w domu? Chcąc osiągnąć sukces we wspólnym celu, jakim jest poprawa jakości żywienia dzieci w naszym kraju, musimy działać razem, ale każdy musi zacząć od siebie. Rewolucja kulinarna jest możliwa, tylko dajmy jej szansę.

Niech żyje rewolucja! Dzięki za rozmowę – trzymam kciuki za kolejne udane, smaczne akcje.

Finał  „Misji stołówka” już 24 listopada w Polsat Café o 21:30.

Przepisy z programu znajdziecie tutaj. 

Zjęcia – materiały Fundacji Szkoła na widelcu.

19 X2015

Kochasz dziecko, więc karm zdrowo!

by joanna

Pamiętacie, że pierwsze śniadanie jest najważniejszym posiłkiem w ciągu całego dnia? A wiedzieliście, że to, co jemy na śniadanie, determinuje nasz wybór produktów na drugie śniadanie?

O tych badaniach będę jeszcze pisać – „Ocena wyboru produktów spożywczych w czasie pobytu w szkole uczniów warszawskich szkół podstawowych w kontekście spożywania przez nich śniadań” (Monika Zielińska, Karolina Gajda, Jadwiga Hamułka, 2014) to tekst obowiązkowy dla wszystkich rodziców!

Wraz z rozpoczęciem nauki w szkole na ogół następuje pogorszenie sposobu żywienia się dzieci, co wynika między innymi z ich częściowego usamodzielnienia się w sferze wyboru żywności.

– piszą autorki, które zbadały nawyki żywieniowe 761 uczniów warszawskich podstawówek.

pierwsze_sniadanie_2

(więcej…)

16 VI2014

Wapń jest wszędzie

by joanna

Jeśli nie możecie pić mleka ani jeść jego przetworów, przy dobrze zbilansowanej diecie suplementy wapnia (wcale nieobojętne dla zdrowia) mogą być zbędne. To samo dotyczy matek karmiących małych alergików, uczulonych na białko mleka krowiego.

Przeczytaj też: 7 moich karygodnych błędów żywieniowych

Wapń jest pierwiastkiem obecnym w produktach, które codziennie spożywamy. Nie każde źródło wapnia jest tak samo dobre, liczy się bowiem przyswajalność, którą mogą hamować np. solanina, kwas szczawiowy czy kwas fitynowy. Polskie zalecenia uwzględniają te ewentualne straty, dzienna wskazana dawka wapnia w diecie dziecka to około 600 mg (1-3 lata), dla dorosłego – 900 mg, dla kobiet w ciąży – 1400 mg.

Nie dajmy się zwariować producentom nabiału! Wapń jest nam bardzo potrzebny do życia, ale… niekoniecznie z mleka.

Dobrze zbilansowana dieta może nie zawierać mleka innego niż ludzkie.

wapn

Oto przykładowe produkty z wapniem. Podana liczba to mg/100 g produktu. Liczby podaję m.in. wg tabelki otrzymanej od dietetyka – niektóre źródła podają wartości nieco inne, choć przybliżone.

Ryby:

  • szproty (konserwa, razem z ośćmi) – 800-1000,
  • sardynki  (konserwa, razem z ośćmi) – 400-500,
  • śledź solony – 62,
  • flądra świeża – 27,
  • pstrąg świeży – 24,
  • dorsz wędzony – 20,
  • łosoś wędzony – 15,
  • makrela świeża – 12,
  • karp świeży – 10.

Mięso, jaja:

  • żółtko jaja kurzego – 147,
  • jaja sadzone – 38,
  • jaja gotowane – 37,
  • wołowina (szponder) – 27,
  • królik (tuszka) – 19,
  • skrzydło kurczaka – 14,
  • kurczak (tuszka) – 10,
  • mięso z podudzia indyka, – 8,
  • wątróbka kurczaka – 8,
  • indyk (tuszka) – 6,
  • wołowina (pieczeń) – 3.

Produkty zbożowe:

  • otręby pszenne – 119,
  • chleb żytni razowy – 71,
  • płatki owsiane górskie – 54,
  • ryż brązowy – 32,
  • kasza jęczmienna – 31,
  • kasza gryczana – 25,
  • kasza jaglana – 10,
  • ryż biały – 10.

Owoce:

  • rodzynki suszone – 78,
  • daktyle suszone – 70,
  • cytryna bez skóry – 40,
  • pomarańcza – 33,
  • melon – 27,
  • maliny – 25-35,
  • morele – 23,
  • wiórki kokosowe – 23,
  • śliwki – 16,
  • truskawki – 16,
  • awokado – 11,
  • banan – 6,
  • jabłko – 4.

Orzechy, nasiona:

  • migdały – 239-250,
  • figi suszone – 203-280,
  • orzechy laskowe – 186
  • morele suszone – 139,
  • nasiona słonecznika – 131,
  • sezam (nasiona) – 114,
  • orzechy włoskie – 87.

Warzywa:

  • soja (nasiona suche) – 240, gotowana – 70,
  • pietruszka – natka – 193,
  • fasola biała (nasiona suche) – 163,
  • jarmuż – 157,
  • boćwina – 97,
  • szczypiorek – 97,
  • szpinak – 93, gotowany – 600,
  • fasolka szparagowa – 65,
  • bób – 60,
  • seler – 60,
  • brokuły – 48,
  • por – 48,
  • kapusta pekińska – 45,
  • burak – 41,
  • czosnek – 41-85,
  • seler naciowy – 41,
  • marchew – 36,
  • cykoria – 32,
  • rzodkiewka – 29,
  • cebula – 25,
  • sałata – 24,
  • szparagi – 22,
  • bakłażan – 18,
  • ogórek – 15,
  • pieczarka (świeża) – 11,
  • pomidor – 9,
  • kukurydza – 6,
  • ziemniaki – 4.

Inne:

  • wodorosty kombu – 800,
  • spirulina – 131,
  • melasa z karobu – 123,
  • inulina – 11,5.

Zawartość wapnia w niektórych produktach można sprawdzić np. tu: http://www.ile-kalorii.pl/

Przeczytaj też: http://dziecisawazne.pl/o-wapniu-co-wzmacnia-kosci-inaczej-niz-w-telewizji/

27 V2014

Miejsce mleka mamy po 6. miesiącu życia dziecka (również alergika)

by joanna

Trwa Tydzień Promocji Karmienia Piersią i z tej okazji w całej Polsce odbywają się spotkania tematyczne w ramach Mlekoteki. Sama biorę udział w spotkaniu poświęconym roli mleka mamy w diecie dziecka, które skończyło 6 miesięcy – moją rolą będzie powiedzenie kilku słów na temat żywienia małego alergika.

Bardzo serdecznie Was zapraszam na spotkanie (i oczywiście wszystkie inne wydarzenia w ramach Tygodnia Promocji Karmienia Piersią).

Info: https://www.facebook.com/events/232637256925645/

30 maja 2014 r. Klub Mam na Ursynowie, ul. Lasek Brzozowy 2, Warszawa Ursynów, godzina 13:00.

Razem z Agatą Aleksandowicz (Hafija.pl) porozmawiamy m.in o rozszerzaniu diety. Opowiem trochę, co zrobić, gdy nasze dziecko jest alergikiem i na różne potrawy reaguje np. wysypką – jak zadbać o zbilansowaną dietę, gdy z menu musimy wykreślić nabiał, niektóre warzywa, owoce czy ryby.

A to cały piątkowy plan spotkań:

10:00-10:40 – Mleczne wsparcie – pogadanka o piersiach mamy: bliskość, emocje, mity laktacyjne: Justyna Antonik i Małgorzata Darmas.
10:40-11:20 – Brafitting – sztuka doboru biustonosza oraz karmić wygodnie i praktycznie – Magdalena Rąbel i Elżbieta Śliwa oraz Natalia Orłow-Ostrowska.
11:20-12:00 – Ciało mamy i dziecka po porodzie – Monika Krawczyk i Agnieszka Słoniowska.
12:00-13:00 – Co współczesna kobieta wiedzieć powinna – profilaktyka pierwotna nowotworów – Dorota Ołowska i Małgorzata Rejent.
13:00-13:40 – Miejsce mleka mamy po 6. miesiącu życia dziecka (również alergika) – Agata Aleksandrowicz i Joanna Baranowska.
13:40-14:20 – Ortodoncja jako połączenie zgryzu i postawy ciała (spojrzenie holistyczne na człowieka) – dr Aleksandra Gabren-Syller.
14:20-15:00 – Trudne karmienia początki – mleczny dialog – Magdalena Dulęba-Basior i Kinga Stokowska.
Zapisy/ pytania/ kontakt: tel. 601 343 699, e-mail: jadoula@chustobaby.pl
Zapraszamy serdecznie!!! Wstęp bezpłatny! Dzieci mile widziane.

Sama wybieram się na spotkanie z fizjoterapeutką.

mlekoteka_plakat
Przypominam też, że 1 czerwca karmiące cyce wychodzą na ulice!

25 V2014

Rozmowy o żywieniu – dzieci karmione piersią w 2. i 3. r. ż.

by joanna

Przeszukałam internet tu i tam w poszukiwaniu informacji na temat żywienia dziecka po 12. roku miesiącu życia – dziecka karmionego piersią.  (O tym, co znalazłam: 7 moich karygodnych błędów żywieniowych). Mam wrażenie, że dla wszystkich autorytetów z poważnych instytucji karmienie piersią kończy się w 12. miesiącu życia dziecka, a potem idzie w ruch butelka z mieszanką albo – o zgrozo – mlekiem krowim.

Rozumiem, że kobiet karmiących powyżej roku jest kilka procent i bardziej opłaca się robić badania, analizy i poradniki dla tych, które rezygnują z podawana mleka naturalnego, lubią gotowe dania w słoiczkach i w ogóle gotowe rozwiązania.

Pomyślałam sobie jednak, że dla tych kilku procent zrobię coś dobrego i poprosiłam o pomoc Małgorzatę Jackowską, doulę, promotorkę karmienia piersią i żywieniowca. Dzięki zaangażowaniu Gosi (za co bardzo jej dziękuję) powstał poniższy tekst, który być może rozwieje kilka wątpliwości mam karmiących piersią „długo”, „bardzo długo” i „nie wiem jak bardzo to długo”.

GosiaJackowska

(więcej…)

26 VIII2013

Udo Pollmer: diety szkodzą! (Recenzja)

by joanna

Książka „Smacznego! Chorzy z powodu zdrowego jedzenia” była wymagającą lekturą na wakacje: wymagająca uwagi oraz nieustannego podkreślania ołówkiem oraz pisania uwag na marginesach… Wymagającą również pod względem wielkości (prawie 400 stron tekstu), różnorodności tematów (dobra gimnastyka dla umysłu) oraz pod względem zadania postawionego przed czytelnikiem: książka mówi o żywieniu, ale nie mówi, jak i co jeść. Znajdziemy za to wiele cennych informacji, czego do ust lepiej nie brać.

smacznego_2

Jestem zainspirowana i zmotywowana lekturą, aby podzielić się z Wami kilkunastoma spostrzeżeniami na temat – a jakże – jedzenia.

Kontrowersyjny antydietetyk

Autorami książki są Udo Pollmer http://de.wikipedia.org/wiki/Udo_Pollmer oraz jego współpracownicy: Andrea Fock, Ulrike Gonder i Karin Haug. Pollmer to znana postać w Niemczech. Jest słynnym i kontrowersyjnym autorytetem w dziedzinie odżywania, z wykształcenia – chemikiem żywności. W swoich wypowiedziach kpi z dietetyków i ich zaleceń:

Ja dietetycy świętują urodziny i święta? Lekko posłodzonymi plackami z pełnego zboża, duszoną piersią indyka i lekko okolonymi ziemniakami? A toasty wznoszą szklaneczką rozcieńczonego soku pomarańczowego?

(s. 10).

A czasem oskarża ich o wpędzanie pacjentów w poważne choroby związane z zaburzeniami odżywiania.

Jeśli spojrzycie, jak wygląda Udo Pollmer (zdjęcia), uznacie, że nie należy on do ascetów i raczej sobie dogadza niż odmawia jedzenia, które lubi. Nic dziwnego – uważa, że człowiek powinien słuchać swojego apetytu. Tu do przeczytania ciekawy wywiad z Pollmerem na temat wpędzania ludzi w poczucie winy z powodu tego, że jedzą to, co lubią, co szczególnie dotyczy kobiet, od których wymaga się sylwetki wieszaka (czerwiec 2013 r., po niemiecku).

Zespół Pollmera EU.LE eV (Europäisches Institut für Lebensmittel- und Ernährungswissenschaften – Europejski Instytut Żywności i Żywienia – organizacja pozarządowa) zajmuje się oczywiście odżywianiem, o czym poczytacie na stronie http://www.euleev.de/, gdzie publikowane są teksty, krótkie informacje czy linki do materiałów wideo (niestety wszystko w języku Goethego). Przykładowo w jednym z ostatnich tekstów podważana jest zasadność zarzutów wegetarianów o przeznaczeniu zbyt dużej ilości ziemi na hodowlę bydła.

Inspiracje

Chociaż książka „Smacznego! Chorzy z powodu zdrowego jedzenia” została wydana po raz pierwszy w Niemczech w 1994 roku, a aktualizowana w 2001 roku, w Polsce ukazała się dopiero w roku 2010. Wielka szkoda! Zawiera gigantyczną bibliografię, dzięki której autorzy wypadają wiarygodniej: nie piszą tego, co im się wydaje, opierają się na źródłach. Prawie 900 pozycji – niestety – niezbyt świeżych (lata 70.–90. ubiegłego wieku). Jak szybko dezaktualizują się te artykuły? Nie wiem. Wiem jedno – autorzy przytaczają badania, o których dziś się nie mówi, a które zadają kłam wielu mitom żywieniowym. Książka mająca 20 lat zazwyczaj celnie uderza w słabe miejsca współczesnego myślenia o odżywianiu. Pewnie dlatego, że jesteśmy co najmniej 20 lat za Niemcami…

Samych poruszanych kwestii jest chyba kilkadziesiąt, dlatego książka jest bardzo gruba, choć rozdziały krótkie. Te zagadnienia zainteresowały mnie najbardziej i o wielu z nich na pewno napiszę osobno:

  • dlaczego nie należy ufać tabelom i nie uczyć się liczb (kalorie, zawartość różnych substancji itp.),
  • dlaczego nie warto – a czasem nie należy – brać suplementów diety oraz dlaczego nie należy kupować żywności wzbogaconej w witaminy itp.,
  • dlaczego nie należy przejmować się cholesterolem,
  • czym jest żywność funkcjonalna i dlaczego nie należy jej kupować,
  • jakie są wady diety pełnowartościowej (dziś dotyczy to zwłaszcza witarian, o których Pollmer być może jeszcze nie wiedział),
  • dlaczego ludzie jedzą zboże (w dodatku ustawiają je na dole piramidy żywieniowej!),
  • do czego potrzebne jest przetwarzanie pokarmu, w tym gotowanie czy naturalne zakwaszanie chleba,
  • współczesny przemysł spożywczy – jak podrabia się jedzenie,
  • jak przygotowuje się produkty spożywcze, aby nas uzależniały,
  • cukier – niezbędny do życia (do tego rozdziału mam kilka istotnych zastrzeżeń),
  • używki: alkohol, kawa, herbata, przyprawy, czekolada, opiaty,
  • dlaczego stosowanie diet odchudzających jest groźne i nieskuteczne,
  • odżywianie dzieci – po pierwsze, BLW ma już 90 lat! Po drugie, jakie są niezwykłe właściwości mleka matki. Po trzecie, dlaczego nie należy podawać niemowlętom witaminy D.

Nie sądzę, żeby Pollmer wiedział wszystko najlepiej i na pewno nie uwierzę we wszystko, co napisał, bezkrytycznie. Myślę jednak, że daje wiele cennych tropów, jak szukać wiedzy o tym, co nam szkodzi, a co pozwala zdrowo funkcjonować. Do kilku rozdziałów mam zastrzeżenia braku istotnych informacji, a do całej książki – że brakuje w niej wyraźnego zdania: swojego instynktu mogą słuchać ludzie zdrowi. Tacy, którzy odżywiają się zgodnie ze swoimi potrzebami od zawsze. Tymczasem ilu z nas już od pierwszych dni życia dostawało sztuczne mleko? Ilu z nas przejadło kilogramy śmieciowego jedzenia? Nasze organizmy nie są zdrowe, bo nasza żywność jest oszukana – żeby móc jeść normalnie, najpierw trzeba odzyskać – tudzież uzyskać – balans i pozwolić naszemu ciału funkcjonować zdrowo. Zacznijmy od prostego jedzenia, kupowanego w postaci nieprzetworzonej, sami gotujmy!

smacznego_1

Polecam tę książkę osobom, które przeczytały już kilka poradników w swoim życiu i czują w nich jakiś podstęp. Polecam też lekturę tym, którzy w przeciętnym sklepie spożywczym dostają oczopląsu od kolorowych opakowań – słodyczy, jogurtów, żywności funkcjonalnej – bo nic dla siebie tam nie widzą.

Także tym, którym nie smakuje dzisiejsze pieczywo i źle się czują po pszennych bułeczkach. Tym, którzy chcieliby zaufać swojemu organizmowi, ale w radiu, telewizji i u lekarza w kółko słyszą, że potrzebują jakichś suplementów, bo bez nich umrą albo przynajmniej wykrzywi ich na drugą stronę i odpadną im genitalia.

Wiedza to siła – brońmy się nią przed sztucznym dokarmianiem!

Na koniec jeden z moich ulubionych cytatów:

Dla medycyny odżywiania jelito ciągle jest jeszcze czarną skrzynką, której przypisuje się różne właściwości w zależności od potrzeb rynku. Naukowcy z różnych krajów zgadzają się co do tego, że dobrze jest zaglądać człowiekowi nie tylko do ust, by sprawdzać, co je, ale także analizować odchody i mocz.

(s. 131).

Czego doświadczyłam niejednokrotnie jako ciężarówka, a potem jako matka. Lekarze lubią zaglądać nam w wyniki, zamiast zapytać: jak sypiamy, jak jemy? Pollmer podkreśla to dobitnie: każdy z nas jest inny i ma indywidualne potrzeby. Czy dobieramy sobie buty według standardowego numeru? Jeśli nie, to dlaczego chcemy mieć takie same liczby w wynikach badań, jak osoby w innym wieku, z inną wagą, z innego kraju?

„Smacznego! Chorzy z powodu zdrowego jedzenia”, Państwowy Instytut Wydawniczy, Udo Pollmer, Andrea Fock, Ulrike Gonder, Karin Haug, Warszawa 2010.

Fragmenty książki (wcale nie te najlepsze!):

http://www.polityka.pl/kultura/ksiazki/fragmenty/1504784,1,fragment-ksiazki-smacznego-chorzy-z-powodu-zdrowego-jedzenia.read