16 V2016

Dylan Evans, „Eksperyment Utopia” – recenzja

by joanna

– Ze względów prawnych w książce nie mogłem opisać pewnych wydarzeń, ale mogę was zapewnić, że niektórych ludzi nie chcę już nigdy widzieć – powiedział na spotkaniu z polskimi czytelnikami Dylan Evans, autor książki „Eksperyment Utopia”. Zarówno sam eksperyment, jak i jego opis są świadectwem nieuniknionego nadejścia wyzwania, przed jakim stanie ludzkość: intelektualnego zmierzenia się z autodestrukcją w wymiarze ekologicznym, ekonomicznym czy etycznym.

„Eksperyment Utopia” (wyd. Relacja, Warszawa 2016) to książka kolaż, umiejętnie łącząca trzy główne wątki, z których każdy mógłby być w zasadzie osobną opowieścią.

eksperyment_utopia_1

Kryzys, piekło i powrót

Autor, Brytyjczyk, psycholog z wykształcenia, w wyniku okoliczności i dokonywanych wyborów pracował przy rozwijaniu sztucznej inteligencji. W pewnym momencie zdał sobie jednak sprawę, że praca nie daje mu radości, a wręcz odrzuca go spędzanie godzin w laboratorium naukowym. Rzucił pracę, sprzedał wszystko i oddał się szalonemu eksperymentowi w wietrznych i wilgotnych górach Szkocji – o tym opowiada pierwsza opowieść. Kryzys związany z wiekiem średnim czy coś więcej? Evans sądzi, że to choroba duszy, która toczyła go od lat, aż wreszcie przejęła nad nim kontrolę. Dociekliwemu czytelnikowi z pewnością takie wyjaśnienie nie wystarczy.

Druga opowieść dotyczy wyzwania, jakie Dylan Evans postawił przed sobą i ochotnikami: rzucić wszystko i stać się jak rozbitek po katastrofie totalnej, która zmieniła świat nieodwracalnie i spowodowała, że ludzie musieli wrócić do samowystarczalności. 18 miesięcy symulacji miało dać odpowiedź na wiele pytań, czy i jak ludzie mogliby poradzić sobie po upadku globalnej wioski. Przebieg eksperymentu, pod wieloma względami nieidealny, był wystarczająco obfity w wydarzenia, żeby można było śmiało wyciągać z niego wnioski.

I wreszcie trzecia historia, zamykająca obie w sposób dość nieoczekiwany, słodko-gorzki powrót to rzeczywistości po chorobie psychicznej, której podłoża możemy się doszukiwać zarówno w usposobieniu autora-bohatera, jak i w czasach, w których żyjemy. 10 lat po eksperymencie dostajemy od autora relację zarówno z okoliczności i przebiegu choroby, jak i jej leczenia. Wszystko kończy się źle i dobrze – mógłby powiedzieć autor – ale czy w ogóle powinniśmy się zastanawiać, jak to się skończy?

eksperyment_utopia_3

Nieunikniona katastrofa

Evans w pewnym momencie swojego życia stanął w miejscu (konkretnie – w Meksyku), skąd zobaczył kompletny upadek cywilizacji (Majów) i uwierzył, że w skali globalnej jest on również kwestią czasu. Uważał wówczas, że prawdopodobieństwo katastrofy w ciągu najbliższych lat wynosi 50%. Wszystko z powodu nadmiernej eksploatacji bogactw naturalnych Ziemi, które już za moment się skończą, oraz ocieplania się klimatu i nieskutecznych prób zatrzymania pewnych zjawisk uruchomionych przez człowieka, takich jak zanieczyszczenie środowiska czy – paradoksalnie – nadmierny rozwój maszyn. Uzależnienie od technologii sprawia – twierdził Evans, zaczytujący się wówczas w manifeście Unabombera – że człowiek nie będzie za chwilę w stanie żyć bez sztucznej inteligencji, powierzając jej swoje życie, pozwalając na podejmowanie kluczowych decyzji. Wciąż jednak zależnej od kosztownej energii elektrycznej. Kiedy skończą się główne zasoby, z których produkujemy energię, ludzie stracą oparcie w technologii i nastąpi chaos.

Bez prądu nie ma życia?

Jeśli spojrzymy na historię ludzkości, ostatnie 10 tysięcy lat osiadłego trybu życia w porównaniu do niewiele ponad 100 lat powszechnego dostępu do prądu wydaje się jakimś mitycznym czasem ciemności – dosłownie i w przenośni. A gdyby nagle te 100 lat gwałtownego skoku cywilizacji okazały się przede wszystkim katalizatorem katastrofy i spowodowały powrót do tej ciemności? Czy człowiek umiałby znaleźć w sobie siłę i mądrość, aby przeżyć w nowym, postapokaliptycznym świecie, czerpiąc wiedzę z przeszłości?

Dylan Evans.

Dylan Evans.

Dylan Evans sprzedał swój dom, zwolnił się z pracy i zbudował Utopię. Na miejsce nowego zamieszkania wybrał nieprzyjazną, dziką okolicę – jednak wciąż w pobliżu cywilizacji. Wydał pieniądze na zorganizowanie swego rodzaju wioski, w której mieszkało się w jurtach, używało ognia jako głównego źródła energii, uprawiało rośliny oraz hodowało świnie. W książce wielu rzeczy trzeba się domyślać, to nie jest przepis na zbudowanie samowystarczalnej ekospołeczności, ale podawane rozwiązania są pomysłowe i pokazują, że Evans solidnie zgłębił przykłady podobnych przedsięwzięć. Przyznam, że nawet fakt „oszukiwania” w eksperymencie (uczestnicy robili zakupy w supermarkecie, jeździli samochodami, czasowo opuszczali Utopię) nie był dość istotny, aby według mnie zaburzyć budowanie swoistych relacji międzyludzkich w warunkach kryzysu. Może i spora część całego przedsięwzięcia była prowadzona połowicznie, jednak to wystarczyło, aby przekonać się, jak trudne zadanie wymyślił Evans. Produkowanie mydła ze świńskiego tłuszczu i popiołu wzbudziło mój szacunek, ale strachem napawały mnie opisy (zbyt skąpe!) kompletnego rozprzężenia wspólnoty wobec wycofania się jej założyciela w chorobę.

To wszystko było prawdziwe właśnie dlatego, że katastrofa (choć część uczestników wyczekiwała jej z podnieceniem) nie jest momentem przynoszącym ulgę czy lepszą jakość – a tak właśnie wyobrażał sobie to Evans przed przystąpieniem do eksperymentu. Chciał zostać człowiekiem natury, twardym drwalem i silnym wzorcem nowych ludzi, ale obnażona słabość człowieka uzależnionego od cywilizacji tylko pogorszyła jego stan psychiczny. Co istotne, inni uczestnicy eksperymentu najczęściej uznawali tę przygodę za pozytywne wyzwanie i czerpali z niej satysfakcję. Nikt jednak poza Evansem nie pozbawił się całego majątku i możliwości powrotu do pracy, aby za chwilę zwątpić w słuszność obrania nowej drogi.

Spotkanie z Dylanem Evansem.

Spotkanie z Dylanem Evansem.

Ucieczka i nowa droga

Evans pisze szczerze o postępie swojej choroby, która doprowadziła go nawet do spontanicznego małżeństwa (w trakcie eksperymentu), a następnie do mentalnego wycofania się z obu społeczności – rodzinnej i „utopijnej”. Podczas lektury książki miałam nieustanne skojarzenie z filmem Larsa von Triera „Melancholia” (uwaga, SPOILER), w którym główna bohaterka jest obdarzona wyjątkowym darem wiedzy o rzeczywistości i przyszłych wydarzeniach. Zamiast zyskać wyzwolenie dzięki poznaniu prawdy, bohaterka zapada na depresję – być może dlatego, że wie o nieuniknionym, nadchodzącym końcu świata, jak i o fakcie, że nie ma innych istot poza ludźmi we wszechświecie – za chwilę wszystko definitywnie się skończy, zarówno dla niej i jej bliskich, jak i dla historii życia. Czy więc przekonanie o nadchodzącej katastrofie o skali porównywalnej z końcem świata, może być pozytywnym doświadczeniem? Evans ostrzega, że wiara w destrukcję przynosi destrukcję. Wyłączenie się psychologicznych mechanizmów obronnych typu wyparcie (przecież nie myślimy codziennie o swojej śmierci), które chcąc nie chcąc spowodował u siebie, zaprowadziło go do szpitala psychiatrycznego, gdzie skończył swój eksperyment.

Odzyskiwanie równowagi było dla Evansa procesem długotrwałym, który musiał być wspierany przez lekarzy i leki. Być może, jak opisuje to w książce, cała historia była dla niego przejściem pozytywnej dezintegracji, czyli budowaniem swojej osobowości na nowo, po bolesnym rozpadzie poprzedniej. Byłby to dość kosztowny krok do przodu w samorozwoju, w zasadzie nie do ominięcia w wypadku szczególnie wrażliwych jednostek.

Podczas spotkania z Dylanem Evansem w warszawskim Wrzeniu Świata zadałam autorowi „Eksperymentu” pytanie o to, jak dziś widziałby się w obliczu katastrofy – czy byłby tym szczęśliwcem, który poradziłby sobie w obliczu nowych wyzwań? – Po takiej katastrofie życie nie miałoby żadnej wartości – odpowiedział. – Nie czekajmy na nią, żyjmy tym, co mamy dziś.

Spotkanie z Dylanem Evansem.

Spotkanie z Dylanem Evansem.

Człowiek w warunkach nieludzkich

Evans stworzył Utopię, aby obserwować ludzi i przekonać się, jak będzie wyglądało życie po katastrofie. Choć ochotnicy zorganizowali swego rodzaju demokratyczną komunę, bez wyraźnej hierarchii i opartą na dobrowolności, z książki wyłania się raczej pesymistyczny obraz „nowego” człowieka. Mimo że nic nie wiemy o groźnych waśniach między uczestnikami, co najwyżej o przywłaszczaniu sobie wspólnej własności, kwestia przemocy musiałaby pojawić się prędzej czy później.

Choć eksperyment jest niewątpliwie wciągający, czy mało było w historii ludzkości przykładów, że taka sytuacji kończy się zwykle tak samo? Być może grupa ludzi, aby przetrwać w niesprzyjających warunkach, musi jednak mieć lidera, jasny podział obowiązków, nagrody, kary, sądy. I może nie powinniśmy się martwić naszym „odczłowieczeniem” w „nieludzkich” warunkach, ale raczej dążyć do tego, żeby jak najdłużej nie dopuścić do powstania takich warunków?

Za jakiś czas zwiększająca się aktywność Słońca spowoduje, że życie na Ziemi i tak zniknie, chcemy tego, czy nie…

I na koniec mały cytat:

Któregoś wieczora, gdy znowu wróciliśmy do tego tematu, zauważyłem, że jeden z ochotników wyjął długi nóż do polowań i zaczął pieszczotliwie jeździć palcem wskazującym po jego ostrzu. Kopia manifestu Unabombera leżała otwarta na stole. Pomyślałem sobie, że gdyby teraz wszedł tutaj policjant, mógłby nas łatwo wziąć za nawiedzoną bandę ekoterrorystów, ukrywającą się w lesie i szykującą do popełnienia kolejnych potworności. Nagle Adam skoczył na równe nogi, zupełnie jakby usłyszał moje myśli.

– Słyszcie to? – wysyczał. (s. 158)

Książkę polecam, bardzo.

Dylan Evans, „Eksperyment Utopia”, wydawnictwo Relacja, Warszawa 2016, cena w promocji 29,90 zł

Może przeczytasz także:

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>

CommentLuv badge