16 X2017

Pan zero waste: rozmowa przy kompoście

by joanna

Znamy się od 17 lat i to poniekąd dzięki mnie Tadek jeździ na rowerze. A jeździ 8 tys. km roczne. I choć wprowadzam w nasze życie różne wywrotowe idee, mniej lub bardziej radykalne, rzadko protestuje. Ale czasem protestuje mocno. Przeczytajcie, jak to jest być moim mężem, cyklistą i panem zero waste. 

Zero waste to idea zakładająca nieprodukowanie odpadów. Również tych do recyklingu. Dziś w Polsce staje się coraz bardziej popularna dzięki książkom Bei Johnson i Kasi Wągrowskiej. Jednak w ogólnej polskiej świadomości idea jest w najlepszym razie uznawana za dziwactwo, bo zazwyczaj nikt o ZW nie słyszał. Właściwie do niedawna nasza rodzina wcale nie znała tego określenia, ale nasz styl życia w pewien sposób dążył do ograniczenia śmiecenia. Od roku, za sprawą konferencji z Beą Johnson, przyspieszyliśmy tempo. Postanowiłam przepytać mojego wspaniałego męża, co właściwie o tym wszystkim sądzi.

Tadeusz: pan zero waste

Tadeusz: pan zero waste

JB: Czy czujesz się panem zero waste? (więcej…)

02 VII2017

Tu byłam: KOKOworld. Moda etyczna i etniczna

by joanna

KOKOworld – sklep stacjonarny w Krakowie – był miejscem, które od dawna bardzo chciałam zobaczyć. W końcu udało mi się wyskoczyć na jeden dzień do stolicy Małopolski i spotkać z założycielką marki Agatą Kurek. Spotkanie zaowocowało przemiłą rozmową, zdjęciami, które widzicie poniżej, oraz… zakupem.

Odwiedziny w KOKOworld

Odwiedziny w KOKOworld

KOKOworld jest polską marką, która już od pięciu lat działa na zasadzie współpracy z rzemieślnikami z różnych kontynentów. Współpraca oparta jest na zasadach Fair Trade (Sprawiedliwego Handlu): przejrzyste zasady, uczciwa zapłata i szacunek stanowią filar wsparcia udzielanego ludziom potrzebującym godnej pracy.

Sklep KOKOworld, Kraków, ul. Starowiślna 19

Sklep KOKOworld, Kraków, ul. Starowiślna 19

W praktyce wygląda to w ten sposób, że dzięki już wyrobionym kontaktom do Polski przybywają tkaniny przygotowane przez rzemieślników z Senegalu czy Indonezji do uszycia z nich ubrań zaprojektowany przez polski zespół KOKO. Ubrania szyte są w rodzinnej szwalni pod Krakowem.

Afrykańska kolekcja

Afrykańska kolekcja

Tkaniny mogą być farbowane (Senegal) lub stemplowane (batik – Indonezja). Kolory i wzory ubrań są niezwykle przyciągające wzrok.

Sklep KOKOworld

Sklep KOKOworld

Jak opowiadała mi Agata, czasem uda jej się dostać ograniczoną ilość materiału – wtedy kolekcje nie mogą być łatwo przedłużane. Domówienie konkretnej tkaniny może być niemożliwe, a czasem trzeba czekać na nią, aż np. pieczęć do robienia wzorów batikowych zostanie zamówiona i zrealizowana…

Sklep KOKOworld

Sklep KOKOworld

To sprawia, że niektóre z ubrań w kolekcji KOKOworld są zupełnie unikatowe.

Agata Kurek i ja

Agata Kurek i ja

Agata opowiadała mi o sposobach pozyskiwania tkanin i biżuterii, kładąc nacisk na realną współpracę. – Certyfikaty kosztują. Wolę zapłacić więcej wytwórcy-żywicielowi rodziny, którego znam i wiem, jak pracuje, niż starać się o dokument potwierdzający rzeczywistość. Choć widzę, że certyfikaty są oczekiwane. (Mogłyśmy więc wymienić się wrażeniami na ten temat, bo przecież część produktów w sklepach Kooperatywy Spożywczej, w której działam, także nie ma certyfikatu; liczy się znajomość producenta i procesu produkcji).

Sklep KOKOworld

Sklep KOKOworld

Obok linii ubrań powstających z tkanin importowanych z Afryki i Azj KOKOworld projektuje ubrania szyte z bawełny z polskich przędzalni. Z tych materiałów powstają bardziej klasyczne ubrania, z kolekcji, które mogą „żyć” przez wiele lat.

Kolekcja KOKOworld

Kolekcja KOKOworld

Z KOKOworld współpracuje m.in. Maruna, krakowska projektantka i mistrzyni recyklingu. Jej kolorowe, unikatowe nerki można podziwiać w sklepie.

Nerka uszyta  duchu recyklingu

Nerka uszyta duchu recyklingu

Warto też zwrócić uwagę na wyjątkową biżuterię, powstającą w różnych zakątkach świata (również w Polsce). Jest to między innymi biżuteria z rybich łusek, powstająca na Cabo Verde.

Oryginalna biżuteria

Oryginalna biżuteria

Bardzo duże wrażenie robi sam sklep (działający w tej lokalizacji od wiosny 2017 r.). Wystrój jest dopracowany w najmniejszym detalu.

Mapa na suficie i wbite szpilki pokazują, skąd pochodzą materiały i biżuteria KOKOworld

Mapa na suficie i wbite szpilki pokazują, skąd pochodzą materiały i biżuteria KOKOworld

Wnętrze jest wygodne, jasne i bardzo przestronne.

Wnętrze sklepu

Wnętrze sklepu

W zasadzie główną rolę odgrywają tu ubrania i akcesoria, jednak wzrok przyciągają też detale.

Wnętrze sklepu

Wnętrze sklepu

Kiedy wejdzie się do środka, w zasadzie nie można się oprzeć kolorowej i radosnej atmosferze sklepu.

Wnętrze sklepu

Wnętrze sklepu

Ja zakochałam się w sukience z organicznej bawełny, którą można kupić tu. Jest tak czarująca, że znika ze sklepu w błyskawicznym tempie.

Sukienka KOKOworld Triangle Organic Olive

Sukienka KOKOworld Triangle Organic Olive

Na koniec zajrzałam jeszcze do biura KOKO, gdzie powstają projekty.

Biuro KOKOworld

Biuro KOKO

Miałam okazję porozmawiać o niezwykłej sesji na Rugii, o której więcej poczytacie tutaj.

Sklep KOKO

Sklep KOKO

Mam nadzieję, że Was zachęciłam do przyjrzenia się polskiej marce, która rzeczywiście wspiera – w sposób kreatywny i niezwykle kolorowy – potrzebujące osoby w różnych zakątków świata. Kupując w sklepie KOKO, przyczyniamy się do tego, że komuś będzie się żyło lepiej. Także w Polsce.

Aby kupić ubrania KOKO, nie musicie przyjeżdżać do Krakowa. Prężnie działa sklep internetowy (namiary poniżej).

Sklep KOKO

Sklep KOKO

KOKOworld

ul. Starowiślna 19, Kraków

Na Starowiślnej 19 w Krakowie

Na Starowiślnej 19 w Krakowie

Bardzo Was zachęcam do odwiedzenia tego pięknego i etycznego sklepu z wyjątkową modą. Znajdziecie tu zarówno odważniejsze kroje i wzory, jak i ubrania bardziej stonowane kolorystycznie, ale wciąż oryginalne pod względem kroju.

Jak się dowiedziałam, powstają właśnie pierwsze sztuki odzieży dla panów!

08 V2017

Życie na miarę. Odzieżowe niewolnictwo. Recenzja

by joanna

Książkę Marka Rabija Życie na miarę przeczytałam niedawno, ale książka nawet rok po wydaniu nie straciła nic na aktualności. Mam świadomość, że cztery lata po katastrofie w Rana Plaza niewiele się zmieniło, zarówno w Bangladeszu, jak i innych azjatyckich państwach-szwalniach. I w naszych głowach.

Marek Rabij, Życie na miarę. Odzieżowe niewolnictwo

Marek Rabij, Życie na miarę. Odzieżowe niewolnictwo

– Oczywiście, że temat nie jest zamknięty – powiedział mi autor Życia na miarę. – Ale temat szycia ubrań w ubogich krajach Azji nie jest już tak popularny, wydawnictwa nie proszą o teksty, bo ludzie przestali się tym interesować. Tak będzie do kolejnej katastrofy – kwituje Marek Rabij, który pojechał do Dhaki dwukrotnie, aby przyjrzeć się z bliska biznesowi odzieżowemu w Bangladeszu. (więcej…)

01 II2017

Idea zero waste – życia bez śmieci – w praktyce. Rozmowa z Olą

by joanna

Idea zero waste – życia bez śmiecenia – wciąga. Gdy powoli dowiadujesz się, o co w tym wszystkim chodzi, zaczynasz traktować to jak wyzwanie. Dlaczego podjęcie decyzji o nieśmieceniu jest nieodwracalne? Zapraszam do przeczytania rozmowy z Aleksandrą – zaangażowaną propagatorką idei ZW, założycielką grupy tematycznej na Facebooku.

Aleksandra:

Wychowałam się w Krakowie, mieszkam w tym mieście już 28 lat i nadal je odkrywam. Miejsca, ludzi i możliwości, a tego tu nie brakuje. Na każdym kroku czai się dobra energia, tylko trzeba chcieć patrzyć, a potem jej troszkę pomóc, by docierała dalej i dalej. Niestety czyha tu też smok… yy, smog. Staram się więc uciekać w lasy, góry, im dalej tym lepiej. Im wyżej też. Kiedyś stwierdziłam, że pewnego dnia wyjdę na trzytysięcznik.

Idea zero waste w praktyce

Idea zero waste w praktyce

Kiedyś myślałam też, że będę nieziemską reżyserką, panią od eventów kulturalnych, reklamy i PR-u, instruktorką tanga argentyńskiego, zdobywać trofea na konkursach jeździectwa konnego, no i będę jeszcze lepszą twórczynią filcowych zawieszek-zwierzątek. I choć te i inne zajęcia były wspaniałą częścią mojego życia, nie skradły mojego serca tak jak góry, koncerty i wyjazdy DUB-owe, no i oczywiście Zero Waste. Aha. No i buty. Kocham buty… I bardzo dbam o tę mą dość pokaźną kolekcję, a co za tym idzie, nie znoszę braku szacunku do ludzi, ich pracy i zaangażowania. Nie pojmuję też, dlaczego tyle jedzenia się na świecie marnuje! Mam na tym punkcie świra!

JB: Jaka jest Twoja historia bezodpadowa? Założyłaś grupę Zero Waste Polska na Facebooku – co Cię inspirowało? (więcej…)

21 I2017

Kosmetyki Jan Barba – w duchu zero waste

by joanna

Kosmetyki Jan Barba to pierwsza odpowiedź na moje poszukiwania kosmetyków w duchu bezśmieciowym. Wbrew skojarzeniom nie są przeznaczone wyłącznie dla panów i nie służą do pielęgnacji bród. To całkowicie naturalne, ręcznie robione polskie kosmetyki, sprzedawane w opakowaniach zwrotnych.

Być może pamiętacie, że pisałam o Bei Johnson i jej misji dzielenia się koncepcją na życie bez odpadów (zero waste). Na konferencji opowiadała o tym, jak wygląda jej szafka na kosmetyki – stało tam dosłownie kilka produktów, w tym krem do twarzy w szklanej butelce. „Udało mi się namówić producenta, żeby nie naklejał na butelkę żadnych nalepek” – mówiła Bea z dumą.

Obejrzyj recenzję kremu Bioelixir M!

Cieszę się, że mogę przedstawić Wam polską firmę, która nie dość, że samodzielnie produkuje kosmetyki naturalne, to w dodatku pakuje je w szklane opakowania zwrotne! Ale po kolei.

Kosmetyki Jan Barba

Kosmetyki Jan Barba

Kosmetyki Jan Barba – zielarz z brodą

Miałam wielką przyjemność spotkać się z Martą i Bartkiem, aby osobiście porozmawiać o ich przedsięwzięciu. Markę Jan Barba wymyślił Bartek, który kilka lat temu – jeszcze studiując w Anglii – postanowił, że kosmetyki naturalne będą ważną częścią jego życia. Przez 2,5 roku pogłębiał swoją wiedzę i doskonalił przepisy oparte wyłącznie na naturalnych składnikach. (więcej…)

13 V2016

Pizca del Mundo, czyli kilka słów o kawie Fair Trade

by joanna

Polska nieformalna kooperatywa firm wspiera peruwiańską kooperatywę rolników. I dzięki temu wielbiciele dobrej arabiki mogą sięgnąć po ekologiczną i etyczną kawę wysokiej jakości, paloną w Polsce. I przyczynić się do czynienia dobra. Nie, nie mam złudzeń, wiem, co większość Polaków myśli, słysząc, że coś jest Fair Trade…

szczyptaswiata_2

Przy okazji Dnia Sprawiedliwego Handlu (14 maja 2016 r.) oraz kawowego World Fairtrade Challenge (13–15 maja 2016 r. – dołącz!), a także dzięki nieoczekiwanemu spotkaniu z Agą Bińkowską ze Szczypty Świata wraca u nas temat kawy i Sprawiedliwego Handlu. (Nie piję kawy od 2,5 roku i tęsknię za nią!).

Pizca del Mundo (po polsku szczypta świata) to marka z pewnością znana wielbicielom etycznych produktów, zwłaszcza yerba mate i kawy. Jest to jedyna polska marka FT – firma spod Wrocławia sprowadza na nasz rynek ekologiczne i etycznie pozyskiwane surowce, które przetwarza i pakuje pod swoją nazwą. Charakterystyczne malunki zdobią każdą torebkę kawy czy mate, a nazwy są inspirowane miejscami związanymi z produktem, np. jeziorem czy wioską. – Jesteśmy geografami z wykształcenia – śmieje się Aga Bińkowska, która razem z mężem Borysem prowadzi Szczyptę Świata.

Aga i ja na warszawskim BioBazarze (niestety zdjęcie z telefonu).

Aga i ja na warszawskim BioBazarze (niestety zdjęcie z telefonu).

Kawa to jedna z najbardziej zanieczyszczonych chemią roślin na świecie – przy konwencjonalnych uprawach stosuje się silne herbicydy czy pestycydy, dlatego wybieranie tej ekologicznej powinno być nawykiem. Tak samo, jak szukanie kawy produkowanej etycznie. Europejczycy nie mają wyboru, muszą sprowadzać kawę z innych kontynentów, tym bardziej powinni przyglądać się temu, skąd pochodzi. Wspieranie małych rolników, zrzeszonych w lokalnych kooperatywach, którzy mają możliwość zadbania o swoje uprawy z należytą uwagą, to nie tylko wybieranie produktów wyższej jakości (choć dla niektórych to ona gra najważniejszą rolę). To także wkład w budowanie przeciwwagi dla monopolu gigantycznych koncernów spożywczych.

Cupping.

Cupping w wykonaniu młodej damy.

– Kiedy zamawiamy ziarna kawy w kooperatywie, wybieramy konkretnego rolnika, którego produkt smakował nam najlepiej – mówi Aga. – W tym roku zdecydowaliśmy się na zamówienie z peruwiańskiej Eco-Vrae. Znamy ją – bywaliśmy u nich, próbowaliśmy kaw i patrzyliśmy, jak pracują. Tu nie zsypuje się wszystkich ziaren razem, więc zawsze wiadomo, które ziarno od kogo pochodzi, każdy worek jest podpisany nie tylko nazwą kooperatywy, ale też nazwiskiem rolnika, zatem np. nasza jasno wypalona peruwiańska kawa to ziarna od Yovany Cordova (na zdjęciu jej córeczka pomagająca nam w cuppingu, jeszcze w magazynie w Pangoa), a z kolei ziarna od Gerardo Bravo (na zdjęciu z Agą) świetnie sprawdziły się w kawach palonych pod espresso.

szczyptaswiata_4

Peruwiańska kawa przypłynęła do Polski dzięki współpracy ponad podziałami.

– Żeby sprowadzić ziarna kawy i kakao z Peru, skrzyknęliśmy się z kilkoma niewielkimi polskimi firmami produkującymi kawę i czekoladę. Myślę, że to dość wyjątkowa sytuacja, aby zorganizować taki transport dla różnych odbiorców. Dzięki temu mniejsze firmy tak naprawdę bez pośredników dostały produkt znakomitej jakości. Towar pochodził z dwóch kooperatyw: Eco-Vrae i Satipo.

Ziarna przypłynęły do Europy kontenerowcem – ze względów logistycznych zostały wyładowane w Hamburgu i stamtąd dotarły do Polski transportem lądowym. Tu ziarna kawy zostały podzielone i producenci zajęli się nimi we własnym zakresie.

Wypalamy kawę w Polsce, ale w zewnętrznej palarni – mówi Aga. – Nasze peruwiańskie kawy różnią się stopniem palenia. Oconal (Villa Rica w wersji mielonej) jest średnio palona, a Pangoa (Mazamari – mielona) jasno palona. Różnica w temperaturze palenia to czasem kilka stopni – to wystarczy, żeby zmienić smak. Przykładowo Pangoa jest palona w 215°C, a Patuca – w 227°C. Polacy nadal gustują niestety w ciemno palonej kawie, ale powoli się to zmienia. I dobrze, ponieważ im jaśniejsza kawa, tym więcej smaków można w niej poczuć. Popularne na naszym rynku palenie w wysokiej temperaturze bywa spowodowane niską jakością ziarna – przykładowo z dużą ilością defektów (powyżej 20% ziaren z pleśnią, nadjedzonych przez robaki itp.), które tuszuje się ciemnym paleniem. Wraz ze wzrostem temperatury znikają z kawy zarówno dobre smaki, jak i te złe, zmniejsza się też zawartość kofeiny czy flawonoidów, a rośnie zawartość popiołu – jak w każdym palonym produkcie.

szczyptaswiata_9

Najgorsze ziarno zwykle jest przeznaczane na kawę rozpuszczalną, którą osiąga się przez zmielenie kawy, zaparzenie jej, odcedzeniu fusów, a następie poddaniu wywaru wysokiej temperaturze (tzw. spray-drying). Tak powstaje proszek – kawa instant, dużo mniej wartościowa niż parzona.

– My również produkujemy kawę rozpuszczalną – opowiada Aga – jednak stosujemy liofilizację (tzw. freeze-drying) i przede wszystkim dobrej jakości ekologiczne ziarna. Zamiast dwukrotnie poddawać wywar wysokiej temperaturze, po filtracji jest ona zamrażana, a następnie w procesie sublimacji pozbywa się lodu. Taka kawa ma wyższą jakość niż ta w proszku, a można ją poznać po tym, że jest w postaci kryształków.

szczyptaswiata_3

Spytałam Agi, jak wygląda praca na miniplantacjach kawy. – Zazwyczaj to poletka od 2,5 do 5 czy 10 hektarów, zwykle zacienionych wysokimi drzewami, dzięki czemu kawa smakuje lepiej, a gniazdujące na nich ptaki pomagają w redukcji ilości szkodników (zdjęcie). Te mniejsze raczej nie stanowią jedynego źródła utrzymania rodziny, większe już tak. Panuje tam zwyczaj pomagania sobie po sąsiedzku, dzięki czemu praca idzie sprawniej. Pomagają też starsze dzieci, ale nie wyobrażajmy sobie zaraz jakiejś niewolniczej pracy pięciolatków – uspokaja Aga. – Na tej samej zasadzie, jak my angażujemy dzieci do pomocy w domu, tak peruwiańskie dzieci po powrocie ze szkoły pomogą w drobnych pracach. W Peru nie ma problemu pracy dzieci, które normalnie chodzą tam do szkoły.

szczyptaswiata_5

Choć Fair Trade dla Polaków to wciąż często fanaberia, bo trudno uwierzyć w dość abstrakcyjną pomoc ludziom na drugiej półkuli, mam przekonanie, że każda taka inicjatywa wpływa na świadomość potencjalnych klientów. Mało produktów spożywczych jest tak popularnych na całym świecie, jak kawa czy kakao, co jest wykorzystywane przez gigantycznych producentów, zalewających rynek produktami pośledniej jakości. To odbija się zarówno na pierwszym ogniwie łańcucha – ludziach pracujących przy uprawach kawowców i kakaowców – jak i konsumentach, którzy zachęceni niższą ceną wybierają niższą jakość.

Jeśli nigdy wcześniej nie próbowaliście kawy ze znakiem Fair Trade, a cenicie dobry smak i aromat, zachęcam Was do kupienia na próbę produktu ze znakiem FT. W wypadku kawy cena nie jest aż tak wysoka, żeby był to luksus – a być może zasmakujecie również w dokładaniu swoich kilku groszy do szlachetnej inicjatywy.

szczyptaswiata_6

Wszystkie zdjęcia bez sygnaturki – szczyptaswiata.pl.

Zajrzyj:

14 IV2016

Skąd się wzięło moje jajko?

by joanna

250 niosek „zwykłych” oraz 150 zielononóżek. Wygrzebane dziury w ziemi, zalotne spojrzenia kur i władcze piania kogutów. Kurnik, który nie śmierdzi. Ferma w Grzybowie koło Magnuszewa – stąd pochodzą jajka, które jem.

Jeśli chcesz być naprawdę świadomym konsumentem żywnościowym, musisz się trochę wysilić – albo wydelegować osoby, którym ufasz, aby sprawdziły, skąd naprawdę pochodzi nasze pożywienie. Jako Kooperatywa Spożywcza prowadząca sklep otwarty dla wszystkich bierzemy odpowiedzialność za nasz towar. Dlatego co jakiś czas odwiedzamy naszych dostawców i dowiadujemy się jak najwięcej, aby przekazywać klientom jak najwięcej informacji o towarze oferowanym w sklepie Kooperatywy.

jaja_grzybow_7

(Pamiętajcie, że wciąż zbieramy na otwarcie nowego sklepu – więcej informacji tutaj).

Kury na emach

W niedzielę 10 kwietnia nasza ekipa wyruszyła z Warszawy do Grzybowa koło Magnuszewa, aby odwiedzić gospodarstwo Marleny i Piotra. Zostaliśmy przywitani nie tyle chlebem i solą, co jajem i jarmużem – gospodarze przygotowali dla nas przepyszny wegetariański poczęstunek na bazie swoich produktów. Najpierw jednak poprosiliśmy o oprowadzenie po dobrach.

jaja_grzybow_1 (więcej…)

15 II2016

5 faktów na temat śniadania – rozmowy z dietetykiem

by joanna

Monikę Zielińską, z którą rozmawiałam już na temat m.in. wapnia w diecie (patrz Wapń, witamina D3 i K2-MK7) tym razem zapytałam o najważniejszy posiłek dnia: śniadanie. Dlaczego tak ważne jest, aby nie zapominać o nim przed wyjściem do przedszkola, szkoły czy pracy? Jak powinno wyglądać śniadanie? Czy może być w postaci zupy? Czytajcie!

Magister inżynier Monika Zielińska

monika_ZielinskaAbsolwentka żywienia człowieka i oceny żywności oraz dietetyki na Wydziale Nauk o Żywieniu Człowieka i Konsumpcji SGGW, a obecnie doktorantka w tamtejszej Katedrze Żywienia Człowieka. Absolwentka kursu Promotor Karmienia Piersią organizowanego przez Centrum Nauki o Laktacji. Swoje zainteresowania koncentruje wokół żywienia w ciąży, laktacji oraz w dzieciństwie, a zwłaszcza jego wpływu na rozwój poznawczy dziecka. Zajmuje się również edukacją żywieniową dzieci, młodzieży i ich rodziców oraz wolontariatem w Fundacji Bank Mleka KobiecegoFundacji Promocji Karmienia Piersią. Prywatnie miłośniczka polskiego teatru.

Fakt 1. Po śniadaniu lepiej pracujemy

J.B.: Dlaczego tak ważne jest, aby pierwszy posiłek – śniadanie – był zjadany przez dzieci w domu, przed szkołą?

M.Z.: Śniadanie jest pierwszym posiłkiem po długiej przerwie nocnej i dostarcza energii na najbliższe – zazwyczaj bardzo aktywne – godziny. Dzięki temu wspiera naturalną aktywność fizyczną i psychiczną, korzystnie wpływa na koncentrację, kreatywność czy procesy poznawcze, co dalej może się przekładać na osiągnięcia szkolne dzieci. Są badania, które wskazują również, że dzieci spożywające śniadania charakteryzują się wyższym ilorazem inteligencji niż ich rówieśnicy niespożywający śniadań. Ponadto, niespożywanie śniadań może być przyczyną rozdrażnienia czy obniżonego nastroju.

pierwsze_sniadanie_1 (więcej…)

03 I2016

Wapń, witamina D3 i K2-MK7 – rozmowy z dietetykiem

by joanna

Nowy rok i u Organicznych nowy cykl rozmów – z dietetyczką Moniką Zielińską będę poruszała tematy ważne dla mnie i dla naszych czytelników.

Zapraszam Was serdecznie na pierwszą część naszej rozmowy poświęconą wapniowi i witaminom, które wspomagają jego wchłanianie.

Magister inżynier Monika Zielińska

monika_ZielinskaAbsolwentka żywienia człowieka i oceny żywności oraz dietetyki na Wydziale Nauk o Żywieniu Człowieka i Konsumpcji SGGW, a obecnie doktorantka w tamtejszej Katedrze Żywienia Człowieka. Absolwentka kursu Promotor Karmienia Piersią organizowanego przez Centrum Nauki o Laktacji. Swoje zainteresowania koncentruje wokół żywienia w ciąży, laktacji oraz w dzieciństwie, a zwłaszcza jego wpływu na rozwój poznawczy dziecka. Zajmuje się również edukacją żywieniową dzieci, młodzieży i ich rodziców oraz wolontariatem w Fundacji Bank Mleka KobiecegoFundacji Promocji Karmienia Piersią. Prywatnie miłośniczka polskiego teatru.

Kiedy po raz pierwszy rozmawiałam z panią Moniką na temat żywienia, mój starszy syn jeszcze nie miał nogi w gipsie, a młodszy był wciąż karmiony piersią. Tydzień po 3. urodzinach S. pożegnaliśmy się z karmieniem. To była moja decyzja, na szczęście została przyjęta przez synka ze zrozumieniem i obyło się bez silniejszych emocji – może dzięki temu, że starałam się wynagrodzić synkowi brak piersi poświęcaniem mu uwagi w inny sposób. (więcej…)

23 XI2015

Grzegorz Łapanowski: Rewolucja kulinarna jest możliwa – wywiad

by joanna

Grzegorz Łapanowski i jego Fundacja „Szkoła na widelcu” wykonują w polskich stołówkach gigantyczną robotę edukacyjną, którą wobec przeciwności niewyobrażalnych dla zwykłego zjadacza chleba może prowadzić jedynie osoba o niespożytych pokładach energii i optymizmu.

grzegorzlapanowski_2

Z Grzegorzem o naprawie sytuacji polskich stołówek w szkołach i przedszkolach można rozmawiać godzinami. To człowiek, który poznał realia gotowania posiłków dla kilkuset dzieci w źle wyposażonych kuchniach, za stawkę 5, 3, a nawet 2 złotych na osobę. Zawsze pod presją czasu, często z brakiem rąk do pracy, a czasami dodatkowo z paradoksalnymi wymogami lokalnymi (np. obiad wydawany od godziny 9:20, żeby wszystkie dzieci zdążyły zjeść przed końcem lekcji, po których wsiadają do autobusu i wracają do domu).

Logo_FSNW

Kiedy oglądam najnowsze „dziecko” fundacji – program „Misja stołówka” (Polsat Café, przy braku telewizora korzystamy z Ipli) – czasem włos mi się jeży, czasem się wzruszam, a najczęściej mam poczucie bezradności wobec tysiąca przeszkód, które stoją na drodze zdrowej i smacznej kuchni w placówkach edukacyjnych.

– Trzeba tylko chcieć – Grzegorz powtarza to zdanie jak mantrę i widać, że on całym sercem wierzy, że zmiany są możliwe.

grzegorzlapanowski_0

JB: Za chwilę koniec pierwszej edycji „Misji stołówka”. Będą następne? 

Grzegorz Łapanowski: Nie wiem! (Śmiech). To było niezwykłe doświadczenie, ale także bardzo wyczerpujące. Nie przypuszczałem, że poświęcimy na to aż tyle energii. Gdybym miał kontynuować realizację tego projektu, może postarałbym się, aby pokazywać tylko pozytywne przykłady… 

Dlaczego? Przecież mocny przekaz, choć bywa nieprzyjemny, lepiej trafia do widza i na pewno jest lepiej zapamiętywany. Ja widzę w „Misji…” znakomitą lekcję dla wszystkich związanych z gastronomią w placówkach edukacyjnych, właśnie dzięki przykładom pozytywnym i negatywnym. 

Myślisz? To doświadczenie nauczyło nas bardzo dużo. Całą serię dwunastu odcinków przygotowywaliśmy prawie pół roku i to był bardzo intensywnie wykorzystany czas. Dziś wiem, że ludzie pracujący w stołówkach to często prawdziwi bohaterowie, jeśli popatrzymy na to, w jakich warunkach muszą pracować i jak są do tego przygotowani. 

No właśnie, masz okazję oglądać dosłownie od kuchni placówki z różnych zakątków Polski. Choć generalizacja może być niesprawiedliwa, masz chyba jakieś ogólne wrażenie na temat tych wszystkich odwiedzonych miejsc.

Sytuacja jest bardzo różna. Daleko nam do stołówek brytyjskich czy amerykańskich, ale z drugiej strony – czy można się z nimi porównywać? W Polsce nie jest znowu aż tak źle, tylko od takiego mówienia na pewno nie będzie lepiej. Przykładowo wyposażenie szkolnych kuchni – pomijając słabej jakości noże, stare garnki i patelnie – na dziesięć odwiedzonych placówek tylko dwie miały piece konwekcyjne. To sprzęt, który można kupić za kilka tysięcy złotych, a daje ogromne możliwości w przygotowaniu posiłków. [Taki piec można obejrzeć dokładniej w 10. odcinku „Misji stołówka” – przyp. red.]. Jednak samym narzekaniem lub marzeniami nikt jeszcze pieca do szkolnej stołówki nie załatwił, trzeba działać. Wielokrotnie powtarzam, że aby coś uzyskać, trzeba być upartym i cierpliwym – wysyłać pisma do urzędów, szukać sponsorów, organizować zbiórki pieniędzy. Ale to wierzchołek góry lodowej. 

Nasz program ma misję, aby walczyć z przyczyną epidemii nadwagi i otyłości, która dotyka coraz więcej polskich dzieci. One tyją najszybciej ze wszystkich młodych mieszkańców Europy. Problem jest tak złożony, że sam piec konwekcyjny go nie rozwiąże. 

lapanowski_1

Ja i Grzegorz Łapanowski w Food Lab Studio.

Masz całą listę rzeczy, które trzeba naprawić. 

To jest działanie na lata. Potrzeba strategii, która zmieni od postaw myślenie o jedzeniu, o posiłkach w szkole, o żywności w sklepie. W Polsce brakuje odgórnego planu, który oprócz tego, że na przykład narzuca prawo zmieniające zasady przygotowywania posiłków, to jeszcze pomaga wdrożyć się w nowy system w praktyce. Nowe rozporządzenie zmieniające zasady gotowania posiłków w szkołach i przedszkolach powstało w dobrej wierze, ale jednocześnie nikt szkolnych kuchni nie przygotował na tę zmianę ani pod kątem wiedzy, ani wyposażenia czy logistyki. Zalecają gotować na parze, ale nie mówią jak zrobić to dla 300 dzieci i nie dają ani złotówki na sprzęt. I tak dalej. A największą burę zbierają kucharki – kobiety ciężko pracujące za najniższą krajową, odpowiedzialne za nakarmienie rzeszy dzieci, czasem za niewiarygodnie niską stawkę. I to do nich wszyscy mają pretensje, że do tej pory było niezdrowo, monotonnie albo niesmacznie. Tymczasem to znów tylko jeden z aspektów skomplikowanego systemu żywienia zbiorowego w szkołach. 

W takim razie jak powinno się działać, żeby ogarnąć wszystkie te wątki, składające się na problem z odżywianiem dzieci? 

Tak jak mówiłem, to musi być działanie systemowe, długofalowe i wieloetapowe. Nie wystarczy wymagać, nakładać kary, zmieniać prawo, trzeba jeszcze chcieć pomóc i nie zasłaniać się brakiem pieniędzy. Czasem brakuje bardzo niewiele, żeby usprawnić działanie konkretnej kuchni. Na przykład zatrudnienie dodatkowej osoby lub zaproponowanie współpracy miejscowej szkole gastronomicznej. Wyobrażasz sobie mycie i obranie warzyw dla kilkuset dzieci. Ktoś to musi robić, a to tylko jedno z zadań w kuchni. W dodatku to rzadkość, żeby intendent, odpowiedzialny za zaopatrzenie i menu, miał realną styczność z kuchnią – gotował na co dzień. To jest bardzo ciężka praca.

Kiedyś normą było, że jedna osoba gotowała dla 50 dzieci – dziś jest to jedna osoba na 120 dzieci. Przy takim obciążeniu personelu, jakie widziałem w niektórych placówkach, nie dziwię się, że tam nie jest dobrze. Trzeba jakoś motywować tych ludzi, szkolić, wspierać. Wiesz, że 80% kadry w tych stołówkach nie ma wykształcenia związanego z gastronomią? 

Uważasz, że to powinien być wymóg? 

Absolutnie nie. Natomiast powinno się inwestować w te osoby. Wysyłać na szkolenia, uczyć dobrego gotowania. Pytałem o to kucharki i co się okazywało? Że na przykład miały, owszem, szkolenie, sponsorowane przez producenta kostek rosołowych. I dowiadywały się, że nie wolno gotować zupy na kościach, że należy używać gotowego produktu, bo to jest bezpieczniejsze. 

Jednak zazwyczaj tych szkoleń po prostu nie ma. 

grzegorzlapanowski_3

Jak wobec tego wyobrażasz sobie system dobrych szkoleń? 

Powinny zostać uruchomione państwowe instytucje doradcze, które nie miałyby interesu w promowaniu produktów wysoko przetworzonych. Które zatrudniałyby dietetyka oraz kucharza i faktycznie uczyłyby osoby związane z tą gastronomią szkolną i przedszkolną, jak zdrowo i smacznie gotować. Potrzebne są regularne szkolenia, ale to wymaga czasu i oczywiście pieniędzy, o których się nie mówi. Pieniądze są potrzebne również na produkty. A jak ugotować dwudaniowy, zdrowy obiad za 2 złote na dziecko? 

Rozwiązaniem problemu z pieniędzmi mogłoby być opodatkowanie „śmieciowego” jedzenia. To również jeden ze sposobów, aby ograniczyć jego spożycie. Podatek od cukru i szkodliwych dla zdrowia izomerów „trans” kwasów tłuszczowych, z którego środki mogłyby iść na zdrowe odżywianie dzieci w szkołach i przedszkolach. Taki podatek funkcjonuje już w wielu rozwiniętych państwach, również w Europie. 

Co jeszcze oprócz szkoleń, dodatkowych rąk do pracy i sprzętu może uratować nasze dzieci? 

Ogródki przyszkolne, zajęcia kulinarne, takie jak ZPT na każdym poziomie edukacji, zdrowe sklepiki szkolne prowadzone przez dzieci, kampanie informacyjne, zaangażowanie nauczycieli. I oczywiście szeroka kampania skierowana na edukację rodziców. Te wydatki to w istocie inwestycje, które zwrócą się z nawiązką.  

lapanowski_2

Tylko trzeba do rodziców dotrzeć. 

Znów brakuje spójnego systemu edukacyjnego, który objąłby także tę grupę. 

Jako osoba zainteresowana zdrowym odżywianiem widzę, że jest bardzo dużo inicjatyw, również lokalnych, które bezpłatnie oferują tę wiedzę. Szkoła na Widelcu jest jednym z przykładów, ale choćby moja dzielnica – warszawskie Bielany – organizuje konferencje dla przedszkoli, szkół i rodziców na temat zapobiegania otyłości. Tylko wiadomo – przychodzą na nie ci, którzy chcą. 

Otóż to. Kiedyś w szkołach była edukacja kulinarna, to powinno wrócić. Wiedza o zdrowym odżywianiu powinna być obowiązkowa. W tej chwili oddolne działanie inicjatyw pozarządowych robi więcej niż nasze państwo, które tylko wymaga, ale mało kto odważy się naruszyć status quo. Wiadomo, że do wykonania jest gigantyczna praca, która przyniesie efekty za kilka lat. Wszyscy się boją, że zejście z utartych ścieżek spowoduje katastrofę. Na pewno łatwo nie będzie. 

Wy w ramach edukacji kulinarnej gotujecie z dziećmi. Łatwiej z młodszymi czy ze starszymi? 

Wiesz, pierwsze dwa lata życia dziecka mają decydujące znaczenie, czy wyrośnie na niejadka, czy smakosza. To instynkt samozachowawczy – kiedy dziecko staje się bardziej samodzielne, przestaje łatwo akceptować nowe smaki, żeby się nie po prostu nie zatruć czymś, co przypadkowo trafi mu do rąk i buzi. Przedszkolaki są wybredne, jedzą to, co znają, a kto z rodziców ma dziś czas na pokazywanie dziecku różnorodnych produktów? [Chyba ja – przyp. red.]. Z nastolatkiem można już pogadać, łatwiej go przekonać do nowości. Ale to nie znaczy, że nie należy próbować z kilkulatkami. 

W przedszkolach zapewne słyszysz ten sam argument, który ja usłyszałam w swoim: próbowaliśmy zdrowego żywienia i wszystko lądowało w koszu. 

No tak, bo pewnie spróbowali raz i tyle. Tymczasem jeśli nie mamy przekonania do jakiegoś smaku, trzeba podejść do niego nawet 10 razy, żeby go polubić. Przecież z dziećmi jest tak samo. Raz nie zje, drugi raz nie zje, a za trzecim razem spróbuje. 

Ale porażka boli, co widać również w twoim programie. 

Porażka jest wpisana w nasze warsztaty. Myślę, że po prostu trzeba zaakceptować, że dzieci nie zasmakują w nowościach z marszu. Ja wierzę, że  się uda – prędzej czy później – dlatego nie poddaję się łatwo i działam, póki nie osiągnę sukcesu. W tym wypadku trzeba być konsekwentnym, upartym i cierpliwym, ale przede wszystkim trzeba chcieć. 

W stołówkach szkolnych i przedszkolnych panuje przekonanie, że należy gotować to, co dzieci zjedzą. No dobra, ale przecież chodzi o to, żeby dzieci jadły zdrowo. Rozumiem niezadowolenie rodziców, łatwo żądać zmian, narzekać na jedzenie. Ale czy warzywa, których dziecko nie chce jeść na stołówce, zjada tak chętnie podczas rodzinnego obiadu? Albo zupa bez wzmacniaczy smaku i zapachu – czy jest atrakcyjniejsza niż ta z kostką rosołową serwowana w domu? Chcąc osiągnąć sukces we wspólnym celu, jakim jest poprawa jakości żywienia dzieci w naszym kraju, musimy działać razem, ale każdy musi zacząć od siebie. Rewolucja kulinarna jest możliwa, tylko dajmy jej szansę.

Niech żyje rewolucja! Dzięki za rozmowę – trzymam kciuki za kolejne udane, smaczne akcje.

Finał  „Misji stołówka” już 24 listopada w Polsat Café o 21:30.

Przepisy z programu znajdziecie tutaj. 

Zjęcia – materiały Fundacji Szkoła na widelcu.

10 II2015

Co je Twoje dziecko? Jadłospisy przedszkolaków

by joanna

Po naszym pierwszym tekście na temat jadłospisów (Przeczytaj: Co je Twoje dziecko? Jadłospisy do 3. roku życia), który wzbudził ogromne zainteresowanie, czas zająć się menu przedszkolaka.

Małgorzata Jackowska

Małgorzata Jackowska

Razem z Małgorzatą Jackowską, doradczynią żywieniową (oraz doulą i dyplomowaną Promotorką Karmienia Piersią) przeczytałyśmy nadesłane przez Was jadłospisy. Nie wszystkie ankiety były wypełnione na tyle dokładnie, żeby Gosia mogła na ich podstawie zinterpretować jadłospis dzieci. Dlatego, jeżeli czujecie potrzebę skonsultowania menu Waszych dzieci ze specjalistą, zachęcam Was do skorzystania z usług Gosi. W bezpośrednim kontakcie będzie mogła spytać o wszystko, co jest istotne w analizie jadłospisu.

Małgorzata Jackowska: 

kontakt.dnm@gmail.com

tel. 503 173 643

www.dietanamiare.eu, Facebook

Źródło: www.polona.pl, domena publiczna

Źródło: www.polona.pl, domena publiczna

Jadłospisy – przedszkolaki

Jadłospis 1

Dziewczynka, 3,5 roku; średnia aktywność; suplementy: tran, probiotyki; posiłki przedszkolne i domowe. Uczulenie na miód. Waga, wzrost: 15 kg, 100 cm (ok. 50 centyla).

  • Śniadanie: kromka jasnego lub żytniego pieczywa z masłem plus szynka plus pół pomidora, kubek kawy zbożowej z mlekiem owsianym z wapniem i probiotyk, jabłko (ok. 150 ml). Obiad: zupa ogórkowa (ok. 100 ml), kasza jaglana z gulaszem z indyka i buraczki, kubek mały kompotu (ok. 200 ml) z jabłek; kisiel (ok. 100 ml), 4 biszkopty. Kolacja: kromka jasnego lub żytniego pieczywa z masłem, jajkiem, rzodkiewka, herbata z żurawiny (200 ml).
  • Śniadanie: kromka jasnego lub żytniego pieczywa z masłem, białym serem plus pół pomidora, kubek kawy zbożowej z mlekiem owsianym z wapniem i probiotyk; banan. Obiad: krupnik, pierogi ruskie z jogurtem naturalnym (cały mały pojemniczek), kisiel, jabłko. Kolacja: kromka jasnego lub żytniego pieczywa z masłem, szynką, pół pomidora, mały kubeczek herbaty z malin i żurawiny.
  • Śniadanie: kromka jasnego pieczywa z masłem, żółtym serem, rzodkiewka, kubek kawy zbożowej z mlekiem owsianym z wapniem i probiotyk; jabłko. Obiad: rosół z makaronem, pulpeciki z indyka z kaszą gryczaną, ogórek kiszony mały, mały kubek kompotu z jabłek; czekoladka/kisiel. Kolacja: kromka grahamki z masłem, dżemem śliwkowym, mały kubeczek herbaty z malin i żurawiny.

Uwagi mamy: ciągle mam wrażenie, że dieta mojej córki jest zbyt uboga. Próbuję podawać jej odmienne pokarmy typu humus, pasta z fasoli do chleba itp. – ale to nie działa… i je niestety te same rzeczy. Na szczęście lubi wszelkie kasze, ale nie je niemal wcale warzyw – surówek poza burakami, tartą marchewką, rzodkiewką i ogórkiem kiszonym. Mało pije – trzeba jej przypominać, podaję wodę, ale sama zapomina o pragnieniu. I pochłania za dużo słodyczy (babcia ulega płaczom i daje krówki, bułki maślane, czekoladki, jajka niespodzianki itp.)… Ostatnie badanie moczu (styczeń 2015 r.) wykazało wysokie pH – 8, lekarz zalecił mniej białkową dietę.

Gosiu, czy powtarzające się menu jest rzeczywiście powodem do zmartwienia – jeśli jest w miarę urozmaicone (w skali dnia), ale jednak dzień w dzień dosyć podobne?

Czytając to menu, wcale nie mam wrażenia, że jest mało urozmaicone. Oczywiście piszę to na podstawie trzech dni i tylko tego, co mamy do przeczytaniu w opisanym zgłoszeniu. Fajnie jest, jeżeli dziecko ma jak najbardziej urozmaiconą dietę, ale też nie przesadzajmy, jeżeli zjada chętnie trzy różne rodzaje pieczywa, różne dodatki na kanapki i kilka różnych warzyw to myślę, że jest całkiem nieźle.

Ważne żeby dieta była urozmaicona, tzn. zawierała produkty z różnych grup żywności (produkty zbożowe, warzywa, owoce, mięso/ryby/strączki, produkty nabiałowe lub ich zamienniki roślinne, dobre tłuszcze roślinne i/lub masło). Pamiętajmy też, że wiele produktów smakuje najlepiej w sezonie, korzystajmy z nich wtedy, kiedy są najlepsze.

Gdy dziecko w wieku przedszkolnym lubi tylko kilka rodzajów warzyw, akceptuje kilka potraw, jak zachęcić je do nowych smaków?

Wiek przedszkolny to jest już taki czas, kiedy w dużej mierze zwyczaje żywieniowe i preferencje są ukształtowane. Często trudno jest dziecko przekonać do próbowania nowości. Myślę, że warto proponować, pokazywać inne niż „najulubieńsze” produkty, ale też nie robić tego za wszelką cenę, żeby nie kształtować w dziecku złych skojarzeń z czasem jedzenia. A na co dzień po prostu dawać dziecku te produkty, które lubi, oczywiście nie w kółko naleśniki z nutellą i frytki z keczupem, ale jeżeli lubi np. tylko mięso mielone, to proponować różne rodzaje, a jak lubi tylko trzy warzywa, to na zmianę te trzy warzywa. Co jakiś czas próbując wprowadzić coś innego.
Jeżeli chodzi o warzywa, to dobrym sposobem na ich podawanie wybrednym maluchom są zupy. Można też spróbować dodać inny produkt do tego, który dziecko lubi, np. do tartej marchewki można dodać jabłko, kapustę kiszoną lub kukurydzę, jeżeli smakuje rzodkiewka, to może spróbować z kiełkami? Też są chrupiące i dosyć wyraziste w smaku.

A gdy dziecko ciągle prosi o słodycze?

Słodycze… Trzeba się umówić, że jemy je np. tylko w środę i weekend i tylko konkretną ilość – i trzymać się tego. Proponować też słodycze domowe, upiec wspólnie ciasto czy bułeczki drożdżowe, nawet jeśli mają być z czekoladą, to będą lepsze niż kupowane w sklepie. Przemysłowe słodycze i wypieki niestety oprócz tego, że są źródłem cukru, zawierają też bardzo dużo szkodliwych tłuszczów trans. A babci (czy innym członkom rodziny nalegającym na karmienie dziecka słodyczami) trzeba wyjaśnić, dlaczego to dla nas ważne, żeby dziecko nie jadło słodyczy. Albo powiedzieć, że może zamiast jajka z niespodzianką kupić np. słoik masła orzechowego albo opakowanie dobrych suszonych owoców czy mieszanki orzechowej. To bardzo zależy od indywidualnej sytuacji, czasami np. jeżeli zdarza się to rzadko, to można odpuścić i poprosić o ograniczenie ilości podarowanych słodyczy do jednego jajka z niespodzianką czy jednej tabliczki czekolady, najlepiej gorzkiej.

Jakie są właściwości kawy zbożowej? Czy dzieci mają korzyść z takiego napoju?

To tak naprawdę wcale nie jest kawa, tylko napój o podobnym smaku. Nie zawiera kofeiny, jest produkowany ze zbóż – jęczmienia i żyta, cykorii i buraków cukrowych. Jest głównie źródłem węglowodanów, ma trochę błonnika. Nie widzę przeciwwskazań, żeby dzieci w wieku przedszkolnym wypijały np. kubek takiej kawy dziennie. Byle nie była mocno słodzona.

Jak odniosłabyś się do zalecenia lekarza w związku z wysokim pH moczu?

Prawidłowe wartości pH moczu mogą się wahać od wartości 4,5 do 8, niższe pH jest przy diecie bogatej w mięso, wyższe przy diecie z większą ilością warzyw i owoców. Myślę więc, że ten parametr mieści się w normie, na dodatek zgadza się z dietą dziewczynki, która mięso jada raczej w niewielkich ilościach. Oczywiście można badanie powtórzyć dla pewności, dbając o to, żeby próbka została jak najszybciej dostarczona do laboratorium, bo również długie przechowywanie próbki moczu może spowodować wynik bardziej zasadowy, czyli wyższe pH.

Co poradzić, gdy dziecko zapomina o piciu?

Przypominać, proponować, postawić małą butelkę wody w widocznym dla dziecka miejscu. I nie dawać dziecku do picia innych, słodzonych napojów. No i dawać dobry przykład i samemu pić wodę.
Dziecko w wieku przedszkolnym powinno codziennie spożywać około 1,5 litra wody. Chodzi o całościowe spożycie, zarówno z jedzenia (np. w owocach, warzywach), z zup i napojów (tutaj mamy np. kompot i zbożową kawę), jak i po prostu wypijanej czystej wody. W pierwszym dniu jadłospisu dopisałam ilość wody w produktach spożywczych i napojach spożywanych przez dziewczynkę, oczywiście orientacyjnie, bo nie znam dokładnych gramatur.  Myślę że jeżeli dodatkowo wypijałaby 2-2,5 szklanki wody, to było by idealnie. Ale może potrzebować troszkę mniej lub troszkę więcej. Normy i zalecenia są tworzone dla „przeciętnego” człowieka, a w rzeczywistości przecież każdy z nas jest inny.

Źródło: www.polona.pl, domena publiczna

Źródło: www.polona.pl, domena publiczna

Jadłospis 2

Chłopiec, 5 lat, aktywność średnia, chodzi na tańce. Nie je mięsa. Waga/wzrost: 15 kg, 116 cm.

  • Śniadanie: płatki kukurydziane na mleku + woda. Obiad: zupa owocowa (2 łyżki wazowe), kasza gryczana + woda (kubeczek dziecięcy). Podwieczorek: serek waniliowy 150 g, banan. Kolacja: kanapka z masłem + kawa zbożowa (filiżanka).
  • Śniadanie: płatki kukurydziane na mleku + woda. Obiad: rosół z makaronem (2 łyżki wazowe); kopytka + kompot (szklanka). Podwieczorek: jabłko + rogalik z makiem. Kolacja: zapiekanki z serem na bagietce 4 sztuki + kakao (2 filiżanki).
  • Śniadanie: płatki kukurydziane na mleku + woda. Obiad: zupa pomidorowa z makaronem (2 łyżki wazowe); placki z jabłkiem + serek homogenizowany 150 g + kompot (szklanka). Podwieczorek: jabłko. Kolacja: kanapki z masłem (2 kromki) + kawa zbożowa filiżanka.

Uwagi mamy: Podane posiłki są menu z przedszkola + to, co dziecko je w domu. Jeśli nie je obiadu w przedszkolu, je w domu taką porcję + kolację. Dziecko nie je mięsa ani wędlin. Nie jada dżemu, sera żółtego (chyba że roztopiony). Owoce, jakie zjada, to jabłko, jagody i banan. Warzywa to marchew, dynia, cukinia. Je orzechy. Menu jest monotonne, ponieważ jedyne zjadane zupy to pomidorowa, rosół i owocowa. Jada wszystkie kasze, ryż, kopytka, knedle, placki, naleśniki.

Płatki kukurydziane na mleku jako codziennie śniadanie, co o tym myślisz? Czy to dobry pierwszy posiłek dla przedszkolaka?

Płatki na mleku to jest jeden z najwygodniejszych i najszybszych posiłków śniadaniowych, a na dodatek prawie każde dziecko je lubi. Są wzbogacane witaminami, więc wydaje się, że to pełnowartościowy posiłek. Płatki kukurydziane, w zależności od tego którego producenta wybierzemy, mają różną zawartość cukru. Te, które mam w mojej szafce, mają 2 g cukru na 30 g porcję. To nie jest bardzo dużo (porcja to około szklanka płatków, cukru w tym pół łyżeczki). Ale ponieważ płatki śniadaniowe to produkt mocno przetworzony, nie ma w nim naturalnie występujących w zbożach witamin i składników mineralnych, to nie polecam ich jedzenia codziennie… Słodkich płatków (kulek, muszelek, itp.) radziłabym w ogóle nie kupować. A np. kukurydziane albo inne zbożowe, które wyglądają na zdrowsze, należy dokładnie sprawdzić, przeczytać skład, zawartość cukru (1 łyżeczka cukru to 5 g) i nie traktować ich jako codziennego śniadania.
Podsumowując, płatki kukurydziane mogą być jedną z opcji śniadaniowych, na pewno są lepsze niż płatki czekoladowe czy miodowe, ale też nie są najlepszym i najzdrowszym rozwiązaniem, myślę, że raz czy dwa w tygodniu będą OK.

Czy takie menu jest wystarczająco urozmaicone pod względem braku mięsa w jadłospisie? Jak można je jeszcze wzbogacić?

Niestety nie. Generalnie rzecz biorąc jest mało urozmaicone. Chłopiec praktycznie nie je warzyw, za to jada sporo słodkich rzeczy (racuchy, serek waniliowy, kompot, kakao). Nie wiem, czy i ile słodzone są napoje. Ale myślę, że wykluczenie słodkich produktów pozwoliłoby na stopniowe poszerzanie diety chłopca o inne smaki. Jeżeli rodzina nie jada mięsa, to powinna zamiast tego zadbać o dostarczenie białka roślinnego, np. nasiona roślin strączkowych, fasola, soczewica, soja, ciecierzyca, ale też jaja, nabiał (nie tylko serek waniliowy). Białko jest też w produktach zbożowych, płatkach owsianych, kaszach, makaronie z pszenicy durum, pestkach i orzechach (w ostatnich dwóch na dodatek sporo wartościowych wielonienasyconych kwasów tłuszczowych).

Chłopiec jest chyba szczupły. Kiedy rodzice powinni się martwić, że dziecko jest za chude? Wiemy, że na otyłość mają wpływ nawyki żywieniowe i brak ruchu, co może być przyczyną zbytniej szczupłości?

Tak, patrząc na liczby wygląda na to, że jest dosyć wysoki i szczupły. Być może rodzice też są wysocy i szczupli, lub chłopiec od urodzenia był taki. Trudno powiedzieć jednoznacznie czy jest za szczupły, nie widząc go. Niepokojące jest, jeżeli dziecko nagle traci apetyt lub nagle bardzo traci na wadze lub wolno przybiera, wtedy dobrze byłoby skonsultować się z lekarzem i poprosić o wykonanie przynajmniej podstawowych badań. Przyczyny mogą być różne, np. niedokrwistość, niedobór składników mineralnych który powoduje utratę apetytu (szczególnie niedobór cynku), ale też infekcje, choroby autoimmunologiczne.

Czy dietetycy zalecają jakieś szczególne proporcje posiłków dla dzieci, np. że śniadanie powinno być kaloryczne, kolacja mała i lekka itp.?

Dietetycy zalecają 5 posiłków dziennie, w tym trzy większe i dwie mniejsze przekąski. Zalecają aby podstawą diety były produkty zbożowe z pełnego ziarna i warzywa, powinniśmy proponować je dziecku przy każdym posiłku. Zalecają też, żeby w codziennym menu znalazły się 3-4 porcje owoców, 1-2 porcje produktów mlecznych (lub ich zamienników), oraz mięso/ryby/jaja/nasiona roślin strączkowych, oraz dobre tłuszcze (oleje roślinne, pestki, orzechy, niewielkie ilości masła). Zaleca się ograniczenie cukru i soli, oraz picie wody i codzienny ruch. Pięcioletnie dziecko może jeść podobnie jak dorosły, tyle że będzie zjadało mniejsze porcje.

Na koniec pytanie, które mnie nurtuje od dawna. Co sądzisz o umawianiu się z przedszkolakiem – zje surówkę, za którą nie przepada, ale dostanie deser, który uwielbia? (Załóżmy, że chodzi o domowe ciasto). Nie zje surówki – nie dostanie, zje połowę porcji – dostanie pół deseru itp.

Hm… Mówiąc generalnie, nie podoba mi się pomysł przemycania, przechytrzania i zmuszania dzieci do jedzenia. Przekupstwo też mi się nie podoba.  Jeżeli dziecko czegoś nie lubi, to można mu zaproponować coś co lubi, próbować różnych produktów i różnych dań. Proponować to co sami jemy, zapytać czy chce zjeść kawałek, a jak nie zgadza się, odmawia to zaakceptować tą odpowiedź i następnym razem spróbować znowu.
Mam wrażenie, że wiele problemów z jedzeniem bierze się z tego, że my – rodzice (i inni opiekunowie) – za bardzo naciskamy na dzieci w kwestii jedzenia. Wyobraźcie sobie, jak byście się czuli na miejscu dziecka. To bardzo pomaga w ustawieniu sobie w głowie właściwego podejścia do tego tematu.
Myślę, że można się z dzieckiem umówić i ustalić zasadę, że deser następuje PO obiedzie. Po prostu. Ale nie mówmy dziecku, podając mu obiad, że jak zje, to dostanie deser, a jak nie zje, to nie dostanie.
Jeżeli mamy problem z jedzeniem dziecka, starajmy się podchodzić do posiłków jak najbardziej neutralnie.
15 I2015

Co je Twoje dziecko? Jadłospisy do 3. roku życia

by joanna

Razem z doradczynią żywieniową Małgorzatą Jackowską (http://www.dietanamiare.eu/) przeczytałyśmy jadłospisy przesłane przez Was za pomocą anonimowych ankiet i wybrałyśmy najciekawsze. Wszystkie były bardzo interesującym źródłem wiedzy, jak mamy „z internetu” karmią swoje dzieci, dlatego zamiast wybrać po jednym menu z danego przedziału wiekowego, zajęłyśmy się większą ich liczbą – przez to musiałyśmy podzielić materiał na części. Na pierwszy ogień poszły jadłospisy dzieci do 3. roku życia.

GosiaJackowska

Dziękuję Gosi za pracę, jaką włożyła w odpowiedzi na moje pytania dotyczące Waszych jadłospisów. Jeżeli chcielibyście uzyskać poradę bezpośrednio od doradczyni żywieniowej, serdecznie zapraszam Was na stronę WWW Gosi oraz jej fanpage na Facebooku.

Gosiu, oprócz tego, że jesteś doradczynią żywieniową, spełniasz się jeszcze w kilku innych dziedzinach…

Jestem doulą, należę do Stowarzyszenia Doula w Polsce, w którego powstawaniu miałam ogromną przyjemność brać udział, zajmuję się niemedycznym wsparciem dla mamy (ale też jej rodziny) w czasie ciąży, w porodzie i w okresie połogu (więcej informacji na moim blogu). Z wykształcenia jestem specjalistką żywienia człowieka i dietetyki, zajmuję się poradnictwem żywieniowym skierowanym do kobiet (przede wszystkim w okresie ciąży i karmienia piersią) oraz dzieci (i rodziców). Szczególnie interesuje mnie rozszerzanie diety niemowląt i żywienie w pierwszych kilku latach życia. Prowadzę indywidualne konsultacje i warsztaty. Zajmuję się również promocją wiedzy o laktacji, jestem dyplomowaną Promotorką Karmienia Piersią, współpracuję z Kwartalnikiem Laktacyjnym (www.kwartalnik-laktacyjny.pl) i Mlekoteką (www.facebook.com/Mlekoteka) oraz wspieram mamy w okresie karmienia piersią jako doula.

Przeczytaj też: Co je Twoje dziecko? Jadłospisy przedszkolaków

Małgorzata Jackowska

Małgorzata Jackowska

Spotykasz się z rodzicami małych dzieci i patrzysz na jadłospisy, również te przedszkolne. Widzisz, jakie są zalecenia różnych instytucji, jak rozszerzać dietę, czym karmić przedszkolaka. Czy polskie dzieci, jedzące np. posiłki w przedszkolach, są zdrowo karmione?

Trudno odpowiedzieć na to pytanie w jednym zdaniu. W niektórych placówkach jest dobrze, w niektórych bardzo niedobrze, a niektórych średnio. Jeżeli chodzi o żywienie w przedszkolach, to są wytyczne, ale nie ma konkretnych zaleceń ani kontroli (poza Sanepidem, ale ten sprawdza bezpieczeństwo i higienę, a nie pełnowartościowość posiłków czy zawartość cukru), czyli w praktyce jadłospis układa intendent lub inna osoba za to odpowiedzialna, według wyznaczonego budżetu, swojej wiedzy, próśb czy uwag zgłaszanych przez rodziców itd.

Albo posiłki są przywożone przez firmę cateringową, ale tam też rządzi raczej popyt niż zalecenia żywieniowe. Chociaż są miejsca, gdzie dzieci są karmione bardzo dobrze, codziennie jedzą warzywa i owoce, pełnoziarniste produkty zbożowe, dobrej jakości produkty. Jednak z tego, co widzę, to w wielu przedszkolach obecne są słodkie płatki śniadaniowe, ciasta, słodycze, słodzone jogurty i serki, a do picia słodzone napoje, za to mało jest owoców, warzyw, produktów zbożowych innych niż biały chleb ryż i makaron i wody do picia. Za to z doświadczenia wiem, że potencjał mają rodzice. Jeżeli nie zgłosimy wątpliwości w naszym przedszkolu, to samo się na pewno nic nie zmieni.

Zajmujesz się BLW – metodą rozszerzania diety niemowląt i małych dzieci, która podąża za dzieckiem, pozwala mu do pewnego stopnia wybierać, co i ile zje. Wiem, że prowadzisz badania do pracy magisterskiej na ten temat. Czy polscy rodzice mają zaufanie do tej metody?

Z zebranych do tej pory ankiet wynika, że tak. Chociaż, mimo iż grupa badana to prawie 500 osób, to nie jest ona w mojej ocenie w pełni reprezentatywna. Są to prawie wyłącznie mamy karmiące piersią, z dużych miast i z wyższym wykształceniem. Żeby mieć bardziej reprezentatywne wyniki, chciałabym zebrać jeszcze więcej danych i dotrzeć również do mam, które nie znają BLW albo obawiają się tej metody i te osoby poprosić o wypełnienie ankiety (dotyczy ona nie tylko BLW, ale w ogóle żywienia w 1. roku życia dziecka oraz wiedzy na temat zaleceń żywieniowych). Mam też sporo obserwacji z internetowej grupy wsparcia, którą współadministruję, widzę, że BLW jest naprawdę coraz bardziej popularne.

Małgorzata Jackowska

Małgorzata Jackowska

Co uważasz za największą zmorę w jadłospisie dzieci?

Słodzenie. Szczególnie u niemowląt i maluchów około roku i trochę starszych. Nawet rodzice świadomi tego, że nie należy dodawać cukru do produktów przeznaczonych dla maluszków, dosładzają je innymi słodzidłami, np. melasą, słodami, później też miodem. Problem polega na tym, że dziecko, które pozna wcześnie słodki smak, po prostu będzie go zdecydowanie preferowało, odmawiając zjadania innych produktów. To jest dosyć naturalna reakcja organizmu, słodki smak oznacza żywność bezpieczną, mamy to zakodowane od życia płodowego. Mleko mamy też jest słodkie. Wiem, że to kuszące, aby dzieciom proponować słodkie dania, jestem mamą dwu- i prawie sześciolatka, cała moja rodzina lubi słodycze (śmiech). Ale w okresie rozszerzania diety, poznawania nowych smaków bardzo, bardzo ważne jest, żeby dziecko poznawało te smaki w wersji naturalnej, bez dosładzania czy dosalania, na początku jednoskładnikowo a z czasem można smaki mieszać.

www.polona.pl

Plakat z lat 30. XX wieku, domena publiczna, www.polona.pl

Zmorą jest to, że ogromna część gotowych produktów dla niemowląt i małych dzieci jest dosładzana cukrem albo syropem glukozowo-fruktozowym, produkty są zagęszczane skrobiami, mąkami, a wielu rodziców i dziadków, kupując takie produkty, zakłada, że jak jest „dla dzieci”, to na pewno zdrowe. Niestety, to nieprawda. Proponuję zajrzeć do najbliższego supermarketu albo drogerii i przeczytać skład trzech dowolnie wylosowanych kaszek dla niemowląt i kilku obiadków i deserków, a potem jeszcze zajrzeć na listę składników „zdrowych” soczków dla starszych dzieci i serków poprawiających wzrost i rozwój.

Co je Twoje dziecko?

Co je Twoje dziecko?

Jadłospisy – dzieci do 3. roku życia

Jadłospis 1

Chłopiec, 1 rok, karmiony piersią; aktywność wysoka, nie spożywa nabiału, jaj, drobiu, kakao, kaszy jaglanej, marchwi z powodu alergii pokarmowej. Waga, wzrost: 11,6 kg, 86 cm.

  • Śniadanie: pierś, płatki owsiane z tartym jabłkiem. Drugie śniadanie: pierś, mus bananowy z połowy banana. Obiad: pierś, zupka z buraków, ziemniaków na łyżce oliwy z pietruszką. Kolacja: kaszka ryżowa, pierś.
  • Śniadanie: placuszek na mleku ryżowym z brzoskwinią. Pierś. Drugie śniadanie: cząstki jabłek. Obiad: filet z sandacza z grilla z kapustą kiszoną. Kolacja: ryż z warzywami, pierś.
  • Śniadanie: pierś, kaszka ryżowa z jabłkiem. Drugie śniadanie: kanapeczki z szynką z indyka. Obiad: pierś, królik duszony z zielonym groszkiem. Kolacja: mus bananowy, pierś. 

To menu jest bardzo realistyczne, w tym sensie, że moje alergiczne dzieci w tym wieku jadły dużo mięsa, mało warzyw. Warzywa najlepiej przechodziły w zupach, choć często były słabo trawione. To normalne?

Dla mnie jest bardzo realistyczne, bo menu rocznego dziecka karmionego piersią mniej więcej na żądanie może wyglądać właśnie tak, bardziej jeszcze niemowlęco niż dziecięco. Rzeczywiście w tym jadłospisie niedużo jest warzyw, postarałabym się o to, żeby było ich w jadłospisie więcej. Cel to 5 porcji warzyw dziennie, tutaj mamy jedną, może dwie, bo to zależy od ilości, którą dziecko faktycznie zjada. Porcja warzyw dla małego dziecka to, mniej więcej, połowa porcji dorosłego, a więc np. dwie łyżki kukurydzy czy groszku, jeden ziemniak, pół małego pomidora itd. Mogą być w zupach, pastach, mogą być surowe (np. tarta marchewka) albo gotowane.
Tutaj jest mowa o jeszcze dosyć małym dziecku, mam wrażenie że przy karmieniu piersią dla dzieci rocznych jeszcze dużo jedzenia odbywa się podobnie jak u starszych niemowlaków, jest często mniej więcej pół na pół pierś i inne produkty. Więc nie chcę jednoznacznie oceniać, bo to dziecko ma jeszcze czas, żeby jego jadłospis się rozwinął w bardziej „dorosłym” kierunku. Czyli z czasem, im mniej będzie zjadał mleka z piersi, tym więcej stałych produktów. Można proponować różne produkty zbożowe (np. zamiast kaszki ryżowej), kasze, makaron, pieczywa, więcej warzyw w różnych postaciach, jeżeli dziecko nie je nabiału, to można wprowadzić roślinne zamienniki, może wprowadzić pestki, orzechy, sezam, siemię lniane w postaci zmielonej, taka posypka np. do kaszy czy zupy, żeby dostarczyć witamin i składników mineralnych.

Jeśli chcemy podawać małemu dziecku warzywa zgodnie z BLW, a dziecko tych warzyw nie chce – czy zupy kremy, akceptowane przez malca, nie zaburzają tej metody?

Moim zdaniem, nawet jeżeli dziecko ma możliwość zjadać samodzielnie np. raz dziennie, a pozostałe posiłki jest karmione to i tak warto mu pozwolić na to samodzielne jedzenie. Dla mnie BLW nie wyklucza karmienia łyżeczką, pod warunkiem, że dziecko się na to karmienie zgadza i że jest karmione tylko do momentu, kiedy naprawdę samo chce zjeść. Bez zabawiania, zagadywania i samolocików.

Jakie ryby polecasz dla małych dzieci? Które ryby są uznawane za najczystsze? 

Generalnie najlepsze są tłuste. A które wybierać jeżeli chodzi o mniejszą szkodę dla środowiska naturalnego to korzystam ze strony http://ryby.wwf.pl/poradnik/.

Czy roczne dziecko z alergią powinno jeść ryby? Niektórzy dietetycy zalecają wstrzymać się do 24. miesiąca.

Moim zdaniem to zależy, bo różne są nasilenia alergii. Ale generalnie zaleca się aktualnie, żeby nawet w rodzinach obciążonych alergiami nie opóźniać wprowadzania produktów potencjalnie alergizujących. Więc raczej bym spróbowała podać rybę dziecku, nawet alergikowi (chyba że lekarz alergolog zaleci kategorycznie się od tego powstrzymać), bo jeżeli okaże się, że dziecko dobrze toleruje ryby, to dużą szkodą byłoby mu ich nie podawać „na wszelki wypadek”. Ryba naprawdę dobrze wpływa na wszystko.

polona_3

www.polona.pl, domena publiczna

 Jadłospis 2

Dziewczynka 9 miesięcy, karmiona piersią; aktywność wysoka. Waga, wzrost: 9 kg, 78 cm

  • Po przebudzeniu: pierś. Śniadanie: miks płatków (owsiane, jaglane i jęczmienne) gotowane na wodzie podane z odrobiną mleka kokosowego i musem z malin domowej roboty (zjadła: pół dziecięcej miseczki), pierś. Przekąska: marchewka z groszkiem (zjadła garść), pierś. Obiad: pierś z indyka + warzywa na parze (brokuł, brukselka, marchew i kalafior) + kasza gryczana (zjadła pół małego talerzyka); pierś. Przekąska: ćwierć mandarynki, pierś. Pierś do snu i w nocy. W międzyczasie jeden chrupek kukurydziany. Woda (dziecko ma swój bidon i pije, kiedy chce). Do tego zawsze nieco podjada, gdy przygotowuję posiłki.
  • Po przebudzeniu: pierś. Śniadanie: kanapki z pastą z awokado i banana (zjadła niewiele, ćwierć kromki żytniego ciemnego chleba), pierś. Przekąska: makaron z jogurtem naturalnym i owocami leśnymi (zjadła ok. 5 rurek i sporo owoców), pierś. Obiad: krupnik (pół na pół pęczak i kasza jaglana). Zjadła ręką troszkę kaszy; pierś. Pierś do snu i w nocy. W międzyczasie jeden chrupek kukurydziany. Woda.
  • Po przebudzeniu: pierś. Śniadanie: koktajl (banan, awokado, jarmuż, kasza jaglana, odrobina mleka kokosowego, sok z połowy pomarańczy). Wypiła ok. pół szklanki; pierś. Przekąska: fasolka szparagowa (zjadła sporo, ok. pół miseczki); pierś. Obiad: ryba z parowaru, buraki i pomidorki, do tego kuskus (zjadła warzywa); pierś. Pierś do snu i w nocy.

Mamy tu chyba niezły obraz, jak działa BLW – rozmaitość posiłków, a dziewczynka wybiera sobie to, co jej pasuje, w dodatku chętnie je warzywa. Czy taki jadłospis można uznać za pełny?

Moim zdaniem zupełnie reprezentatywny dla 9-miesięczniaka na piersi i BLW. Widać, że mama dba o to, żeby dziecko dostawało wartościowe posiłki, widać, że mała zjada sporo porcji obiadowej, ale też z pozostałych posiłków wybiera to, co potrzebuje zjeść. Je jeszcze sporo mleka, ale to normalne w tym wieku.

Spotkałam się z uwagami dietetyków, że 9-miesięczne dziecko nie powinno już dostawać piersi w nocy. Sama uważam, że to dziwny pomysł. 

Ja też się spotykam z takimi uwagami, również np. ze strony pediatrów, ale mam wrażenie, że mówią to osoby, które nigdy nie karmiły dzieci piersią albo nie znają takich dzieci. Moim zdaniem nocne ssanie piersi nie niesie ze sobą żadnego ryzyka dla dziecka, najwyżej mama może cierpieć na ból pleców, jeżeli tych karmień jest bardzo dużo. Pewnie są takie sytuacje, kiedy dziecko udaje się odzwyczaić od nocnego karmienia, jeżeli ktoś tego bardzo chce, potrzebuje, to oczywiście da się to zrobić, ale myślę, że warto wiedzieć, że z punktu widzenia nauki o laktacji nie ma określonego wieku którym dziecko NIE POWINNO już ssać piersi w nocy. Więc jeżeli próbujecie odstawić nocne karmienia dlatego, że dziecko ma „już 4 miesiące” albo „już 9 miesięcy” i „… kazał” i jest to jedyny powód, to myślę że lepiej sobie odpuścić (śmiech). Dzieci karmione piersią budzą się w nocy, to normalne. Warto też wiedzieć, że w nocy mleko mamy jest szczególnie bogate w kwasy tłuszczowe, potrzebne do rozwoju układu nerwowego, mózgu, wzroku (m.in. te same kwasy tłuszczowe co w rybach) itd., więc dzieci budzą się częściej w nocy w okresach wzmożonego wzrostu (tzw. skok rozwojowy). Warto też karmić częściej w nocy, jeżeli dziecko słabo przybiera na wadze (mówię szczególnie o mniejszych niemowlętach).

Jaką wodę podajemy tak małym dzieciom? Czy przegotowana, przefiltrowana kranówa jest dobrą wodą? Jeśli kupujemy wodę w butelkach, czy musimy ją gotować?

Poleca się niskomineralizowaną wodę niegazowaną. Może być kupowana z butelki, nie musi być zagotowana. Może być kranowa z filtra, jeżeli filtr jest bardzo dobry to też nie trzeba jej gotować. Podobno w Polsce woda z kranu też nadaje się do picia, ale nie czuję się z tą informacją na tyle pewnie, żeby polecić podawanie niemowlętom i dzieciom wody z kranu (śmiech).

Jadłospis 3

Chłopiec, 18 miesięcy, karmiony mieszanką; aktywność średnia, bierze Omega Med, 13 kg (90 centyl) , 92 cm (nad siatką), alergia: seler, białko kurze, kakao, przyprawa typu vegeta.

  • Śniadanie: mleko Bebilon 3 z Pronutra – 210 ml. Drugie śniadanie: chleb pszenno-żytni z masłem i konfiturą truskawkową. Obiad: zupa jarzynowa. Podwieczorek: parówki wieprzowe z 90% mięsa; Kolacja: mleko Bebilon 3 – 150 ml. W ciągu dnia dziecko wypija około 500 ml soku z czarnego bzu.
  • Śniadanie: mleko Bebilon 3 z Pronutra – 210 ml. Drugie śniadanie: chleb pszenno-żytni z masłem i szynką w kotle gotowaną. Obiad: mięso z piersi kurczaka, ziemniaki. Podwieczorek: serek Danonek 90 g truskawka. Kolacja: mleko Bebilon 3 – 150 ml. W ciągu dnia dziecko wypija około 500 ml soku z czarnego bzu.
  • Śniadanie: mleko Bebilon 3 z Pronutra – 210 ml. Drugie śniadanie: chleb pszenno-żytni z masłem i konfiturą truskawkową. Obiad: zupa marchewkowa, sosik z mięsem z szynki i ziemniaki. Podwieczorek: deser budyniowy Nestle. Kolacja: mleko Bebilon 3 – 150 ml. W ciągu dnia dziecko wypija około 500 ml soku z czarnego bzu.

Widzę tu za dużo słodkiego, nie tylko owoce. I chyba ta dieta jest mało urozmaicona. Jestem przeciwniczką gotowych posiłków (zwłaszcza deserków) dla dzieci – czy codziennie jedna porcja takiego „fast foodu dla dzieci”, w której na pewno jest cukier, nie jest, mówiąc wprost, szkodliwy dla dziecka?

Chłopiec jest dużym dzieckiem (gabarytowo), wprawdzie brakuje mi kilku danych, żeby stwierdzić, czy to cecha osobnicza (np. jak duzi są rodzice? Jakie były przyrosty masy ciała wcześniej). Patrząc na jadłospis, mam obawy, że również to, co chłopiec je, ma wpływ na jego wzrost i masę ciała. W jadłospisie sporo jest cukru (konfitura, deserki, i sok!), bardzo mało jest warzyw, owoców i produktów zbożowych nieprzetworzonych. Na pewno zamieniłabym podwieczorki i w miejsce słodkich deserków podawała świeże owoce i/lub warzywa. Niepokoi mnie sok, pół litra dziennie to duża objętość, nie wiem wprawdzie, jaki jest skład tego produktu, ale myślę, że należałoby ograniczyć jego ilość do 100-150ml, zamiast tego do picia podawać zwykłą czystą wodę.

Dla pełnego obrazu brakuje mi jeszcze wielkości zjadanych posiłków.

Jadłospis 4

Dziewczynka, 32 miesiące, karmiona mieszanką mleczną; aktywność wysoka, dostaje witaminę D, 15 kg (85 centyl), 97 cm (85 centyl).

  • Śniadanie: 2 kromki białego chleba bez skórek z masłem, serem białym i miodem
    Drugie śniadanie: amarantus z bananem w proporcji 1:1. Obiad: naleśniki z dżemem domowego wyrobu 2-3 szt. Po drzemce: 240 ml mleka modyfikowanego Bebiko. Podwieczorek: kaszka BoboVita 160 ml
    Kolacja: resztki z dnia. Do picia: kompot z jabłek – 4 szklanki w ciągu dnia.
  • Śniadanie: 2 kromki chleba grahama bez skórek z masłem, ogórkiem i serem żółtym. Drugie śniadanie: pomidorki cherry (10 szt.) + rodzynki (7 szt.) + groszek ptysiowy (10 szt.). Obiad: zupa pomidorowa z ryżem i z jogurtem naturalnym – 12 dużych łyżek. Po drzemce: 240 ml mleka modyfikowanego Bebilon. Podwieczorek: biszkopty 7 szt. + deserek BoboVita ze słoiczka 200 mlPrzekąska: 2-3 kostki czekolady. Kolacja: resztki z dnia. Do picia: sok z malin wyrobu domowego – 4 szklanki w ciągu dnia.
  • Śniadanie: 2 kromki chleba grahama bez skórek z masłem i z serkiem homogenizowanym. Drugie śniadanie: mandarynka – 3 szt., śliwki – 5 szt., gruszka-1 szt. Obiad: ryba miruna mała z ziemniakami 1 szt. i brokułem 5 szt. Po drzemce: 240 ml mleka modyfikowanego Bebiko. Podwieczorek: ryż biały z gotowanym jabłkiem. Przekąska: deserek typu Monte. Kolacja: resztki z dnia. Do picia: sok BoboVita.

UWAGI:
– rano córka nie chce jeść śniadania,
– boi się próbować nowych rzeczy.

Tyle soku na dzień? Chyba warto zamienić go na wodę – może dziecko byłoby bardziej głodne rano i nie marudziło przy śniadaniach?

Sok na pewno bym ograniczyła. 100-150ml dziennie to maksymalna porcja. Soki, nawet jeżeli nie są dosładzane (pod warunkiem że wybieramy soki 100%), i tak zawierają sporo cukru naturalnie występującego w owocach – fruktozy, przy tym nie dostarczając wielu wartości odżywczych. Właściwie jest to słodycz w płynie. W tym jadłospisie, podobnie jak w poprzednim, jest sporo słodkiego napoju. Oprócz tego dziewczynka codziennie, a nawet kilka razy dziennie, zjada coś słodkiego: dżem, deserek, kaszkę, czekoladę.

Jakie miałabyś rady dla mamy?

Myślę, że warto te słodkości ograniczyć do np. dwóch porcji na tydzień (jeżeli dżem to najlepiej dżem słodzony zagęszczonym sokiem owocowym, bez dodatku cukru) ze słodzonej kaszki Bobovity zrezygnowałabym zupełnie, nie jest potrzebna w menu starszego dziecka, a jest to też źródło sporej ilości cukru, podobnie deserek typu Monte, czy budyń ze słoiczka. Tego typu produkty naprawdę należy traktować jak słodycze, nie jako element codziennej diety dziecka.

Patrząc na ten jadłospis, mam jeszcze jedno spostrzeżenie, dziewczynka zjada spore porcje. Oczywiście nie zalecam ograniczenia ilości jedzenia małemu dziecku, ale jeżeli maluch zjada tak dużo, to mam podejrzenie, że produkty zawierające cukier obecne w diecie mają znaczenie i wpływają na apetyt, pokręcając uczucie głodu (chodzi o regulację poziomu cukru we krwi).

Warzywa, domena publiczna, www.polona.pl

Warzywa, domena publiczna, www.polona.pl

Czy tak duże dziecko powinno wciąż pić mleko modyfikowane? 

Nie musi. Mogłoby dostawać po prostu mleko i przetwory mleczne lub jeżeli z jakiegoś powodu rodzina nie spożywa mleka krowiego, może być to mleko roślinne i przetwory. Tak naprawdę po pierwszych urodzinach, jeżeli dziecko nie jest karmione piersią, to nie musi dostawać mleka modyfikowanego. Oczywiście pod warunkiem, że jego dieta jest zbilansowana na tyle, żeby dziecko mogło zjadać produkty z różnych grup, również nabiał i produkty mleczne. Ale jeżeli chcemy podawać dziecku mleko modyfikowane, nie trzeba kupować mleka typu junior, może być to mleko z numerem 2.

CDN. – w przygotowaniu jadłospisy starszych dzieci.

Ilustracje, o ile nie są podpisane inaczej, pochodzą z domeny publicznej (www.polona.pl).

25 V2014

Rozmowy o żywieniu – dzieci karmione piersią w 2. i 3. r. ż.

by joanna

Przeszukałam internet tu i tam w poszukiwaniu informacji na temat żywienia dziecka po 12. roku miesiącu życia – dziecka karmionego piersią.  (O tym, co znalazłam: 7 moich karygodnych błędów żywieniowych). Mam wrażenie, że dla wszystkich autorytetów z poważnych instytucji karmienie piersią kończy się w 12. miesiącu życia dziecka, a potem idzie w ruch butelka z mieszanką albo – o zgrozo – mlekiem krowim.

Rozumiem, że kobiet karmiących powyżej roku jest kilka procent i bardziej opłaca się robić badania, analizy i poradniki dla tych, które rezygnują z podawana mleka naturalnego, lubią gotowe dania w słoiczkach i w ogóle gotowe rozwiązania.

Pomyślałam sobie jednak, że dla tych kilku procent zrobię coś dobrego i poprosiłam o pomoc Małgorzatę Jackowską, doulę, promotorkę karmienia piersią i żywieniowca. Dzięki zaangażowaniu Gosi (za co bardzo jej dziękuję) powstał poniższy tekst, który być może rozwieje kilka wątpliwości mam karmiących piersią „długo”, „bardzo długo” i „nie wiem jak bardzo to długo”.

GosiaJackowska

(więcej…)

14 IV2014

Szczepienia: w poszukiwaniu prawdy

by joanna

Są na ich temat tysiące publikacji, poddają się im miliony ludzi na całym świecie, niby wszystko jest w porządku, ale uparcie pojawiają się głosy o ich szkodliwości. Głosy, które środowisko medyczne piętnuje jako szkodliwą (dla świata) propagandę wrogów postępu medycyny i walki z epidemiami.

Zanim podejmę się tematu, który wpisuje się w profil bloga Organicznych, mianowicie – czy szczepienia są ekologiczne? – postanowiłam zacząć od nakreślenia tła, tzn. opisu sytuacji polskich rodziców wobec obowiązku szczepień. O pomoc poprosiłam Justynę Sochę z Ogólnopolskiego Stowarzyszenia Wiedzy o Szczepieniach STOP NOP – działaczkę społeczna dążącą do zmian w systemie szczepień po przykrych doświadczeniach z powikłaniami poszczepiennymi i przymusem szczepień, a prywatnie – mamą, która chce świadomie dbać o zdrowie dzieci, żyjąc bliżej natury.

szczepienie_1

Obowiązek

Dziś w Polsce kalendarz szczepień obowiązkowych obejmuje dzieci od pierwszego dnia życia i przez kolejne 19 lat. Pierwsze dwie szczepionki to BCG (przeciwgruźlicza) i WZW B (przeciw wirusowemu zapaleniu wątroby typu B). Dziecko dostaje je tak naprawdę chwilę po urodzeniu.

Kolejne szczepienia odbywają się przede wszystkim w ciągu 18 miesięcy życia dziecka (błonica, tężec, krztusiec, Hib, polio, odra, świnka, różyczka i kolejne dawki WZW B). Następne dawki podaje się w wieku 6, 10, 14 i 19 lat. To jeśli chodzi o szczepienia tzw. obowiązkowe. Są także szczepienia zalecane (np. przeciw rotawirusom, ospie wietrznej czy pneumokokom).

Obowiązek szczepień oznacza, że teoretycznie rodzice muszą przyprowadzać dzieci do przychodni i zgadzać się na przeprowadzenie szczepienia. W razie niespełnienia tego obowiązku opiekunowie są narażeni na nieprzyjemności i grzywnę. Wiele jednak wskazuje na to, że obowiązek szczepień jest niezgodny z konstytucyjnym prawem do nietykalności osobistej.

Justyna Socha tłumaczy dokładnie, jak wygląda faktyczny przebieg drogi administracyjno-prawnej w wypadku odmowy szczepień:

Wielu rodziców jest bezprawnie straszonych w placówkach służby zdrowia i przez sanepidy prawnymi konsekwencjami ich decyzji o rezygnacji ze szczepień, zaczynając od nękania telefonami, nachodzenie w domu, straszeniem karą grzywny, kończąc na grożeniu odebraniem praw rodzicielskich. Nie dotyczy to wszystkich sanepidów powiatowych w Polsce, są to głównie sanepidy bydgoskie, krakowskie, wielkopolskie i kilka pojedynczych powiatowych w Polsce. W wielu miejscach urzędnicy po prostu szanują decyzje rodziców dotyczące ich dzieci.

Wiadomo jednak, że dochodzi do sytuacji, gdy rodzice są pociągani do odpowiedzialności karnej – nakładano na nich grzywny (maksymalnie 5 000 zł).

Mamy wiele dowodów na to, że sanepidy nakładały grzywny bezprawnie, kilkadziesiąt wyroków sądowych z ostatnich kilku lat. Najpierw urzędy powoływały się na Kodeks Postępowania Administracyjnego, te sprawy zostały przegrane. Następnie sanepidy zaczęły powoływać się na Ustawę o egzekucji w administracji, co trwało ok. dwóch lat, kiedy to wyrok NSA w sierpniu 2013 r. podważył tę ścieżkę i to również okazało się bezprawne. Teraz zaczęto przekazywać sprawę do wojewodów i w tej chwili urzędnicy w trzech województwach próbują nakładać kary tym trybem (kujawsko-pomorskie, wielkopolskie i podlaskie). Poszły już kolejne odwołania i przypuszczalnie będzie to taka sama kilkuletnia walka o uznanie stanu prawnego.

Obok walki o pieniądze bronią bywa walka psychologiczna. Nie szczepisz? Nie nadajesz się na rodzica.

Pojedyncze sprawy w sądach rodzinnych były zawsze rozstrzygane na korzyść rodziców, a Sąd Rejonowy w Koninie orzekł, że sąd rodzinny nie ma prawa nakazywać szczepień

– mówi Justyna Socha. Na pytanie, skąd w Polsce tak mocny nacisk na ścisłe wypełnianie kalendarza wakcynologcznego odpowiada:

Obowiązek szczepień to totalitarne podejście do obywateli, będące spadkiem po poprzednim ustroju. To na rodziców spada cała odpowiedzialność za zdrowie dziecka

– dodaje. I tu zaczyna się temat powikłań poszczepiennych, który jest kością niezgody między personelem medycznym a rodzicami, którzy nie chcą szczepić swoich dzieci.

szczepienie_3

Dlaczego nie szczepisz?

Decyzja rodziców o odroczeniu, zaniechaniu lub niepodejmowaniu szczepień u dziecka to temat niezwykle złożony. Nie można mówić o jednej przyczynie unikania szczepień. Nacisk na rodziców jest tak mocny, że zdecydowanie łatwiej jest iść utartą drogą, zgodnie z wytycznymi lekarzy. Jeśli ktoś nie zgadza się na podawanie dziecku szczepionki, z pewnością nie jest to decyzja podjęta ad hoc. Do najważniejszych przyczyn należą:

  • świadomość, że szczepionki są potencjalnie niebezpieczne; w ich ulotkach można przeczytać spis ewentualnych powikłań poszczepiennych, wśród których znajdują się m.in. ciężkie uszkodzenie mózgu czy zgon (tylko że tych ulotek nie pokazuje się rodzicom),
  • świadomość, że:
    • choroby, przeciw którym podawane są szczepionki, dla większości nie są aż tak groźne, jak głosi propaganda środowiska lekarskiego (są oczywiście grupy ryzyka);
    • umieralność na choroby, przeciw którym prowadzi się masowe szczepienia, spadła wielokrotnie, zanim wprowadzono program szczepień masowych (m.in. dzięki wzrostowi higieny);
    • wiele z tych chorób w dzisiejszej postaci jest z kolei odpornych na szczepionki, których receptura nie zmieniła się od lat;
    • wiele szczepionek nie chroni przed chorobami w 100%, czasem nie daje żadnej odporności, czasem daje odporność chwilową, a czasem wywołuje chorobę.
    • niezgoda na odgórne „zarządzanie” zdrowiem dziecka – rodzice uważają, że dziecko nie należy do państwa i państwo polskie nie może narzucać sposobu leczenia czy profilaktyki zdrowotnej u swoich obywateli,
    • złe doświadczenia poszczepienne – u swoich dzieci lub dzieci znajomych czy w rodzinie,
    • brak indywidualnego podejścia do dziecka, wysoka „wyszczepialność” jest stawiana ponad dobro jednostki,
    • wiedza na temat składu szczepionek – dotyczy to zarówno rtęci (tiomersal), jak i komórek pochodzenia zwierzęcego (białko krowie, białko kurze), a nawet ludzkiego – w grę wchodzą więc czynniki etyczne (weganizm, religia zabraniająca wykorzystywanie komórek pochodzenia ludzkiego), jak i czysto medyczne, gdy wiadomo, że dziecko może być lub jest alergikiem nietolerującym np. białka krowiego.

Antyszczepionkowcy?

„Ruch antyszczepionkowy” to bardzo modne dziś hasło określające grupę osób przeciwstawiających się obowiązkowi szczepień – nie tylko w Polsce. Wrzuca się do jednego worka wszystkich, którzy odważają się mówić co innego, niż jest przyjęte słyszeć od rodziców małych dzieci na temat kalendarza wakcynologicznego. Dopóki są to tylko wątpliwości („Słyszałam/em, że szczepionki mogą szkodzić” – mówi matka w przychodni, lekarz z pobłażliwym uśmiechem wyjaśnia: „Ależ proszę pani, ryzyko jest niewielkie, a na odrę można umrzeć” itd.), lekarze włączają tryb łagodnej, ale stanowczej perswazji. Chodzi o to, aby wzbudzić w rodzicach poczucie winy, że chcą pozbawić dziecka najlepszej ochrony przed groźnymi chorobami. Kiedy jednak opiekunowie są pewni swego i odmawiają zgody na szczepienia, tryb zmienia się na awaryjny i robi się nieprzyjemnie, czasem groźnie.

W naszym kraju odmowa szczepień może wiązać się z presją w gabinecie ze strony lekarza i pielęgniarki, np. straszenie śmiercią  dziecka, poniżanie, zmuszanie do podpisania nieprawdziwych oświadczeń i wiążąca się z tym bezprawna odmowa wydania recepty czy skierowania do specjalisty, co Ministerstwo Zdrowia poleca kierować do organów ścigania

– mówi Justyna Socha.

Zamiast mieć szansę na uczciwą rozmowę o plusach i minusach podania szczepionki czy przeanalizowanie wspólnie ulotki informacyjnej, rodzice już w szpitalu muszą w jednej chwili, tuż po pojawieniu się na świecie nowego człowieka, natychmiast wyrazić zgodę na szczepienie i podanie witaminy K.

Ogólnopolskie Stowarzyszenie Wiedzy o Szczepieniach STOP NOP, które reprezentuję, jest za pełną informacją o szczepieniach, również o ich ryzyku, oraz za wolnością wyboru. Tylko po uzyskaniu takich informacji pacjenci i opiekunowie prawni najmłodszych pacjentów – dzieci – mogą podjąć świadomą decyzję i wyrazić zgodę lub odmówić tego zabiegu medycznego (gwarantują nam to prawa pacjenta i jest to tzw. świadoma zgoda). Bez tego można uznać, że zabieg zostanie wykonany nielegalnie

– mówi Justyna Socha. Stowarzyszenie, o którym mowa, walczy o zmianę podejścia przedmiotowego podejścia do pacjentów:

Nie chcemy nikomu odbierać wyboru, ale to nam go odebrano i nie będziemy się z tym biernie godzić, dlatego dążymy do zmiany prawa. Konsekwencje decyzji dotyczących szczepień ponosi tylko rodzic i solidarność społeczna, której oczekuje się od nas, gdy szczepimy swoje dzieci, kończy się w momencie wystąpienia powikłań.

O powikłaniach poszczepiennych napiszę już wkrótce.

szczepienie_2

Czy jest o co kruszyć kopie?

Środowisko lekarskie bardzo nie lubi, kiedy podważa się jego autorytet, a szczególnie wrażliwe jest na punkcie wypełniania zaleceń popartych różnymi dyrektywami. Można przypuszczać, że dużą rolę odgrywa tu strach przed konsekwencjami, ale sporo lekarzy naprawdę wierzy, że tylko posłuszne podążanie za odgórnymi rozporządzeniami pozwoli uratować tysiące istnień przed śmiercią czy kalectwem.

Nieszczepiący rodzice często są straszeni widmem ryzyka epidemii, która ma wybuchnąć przez ich nieszczepione dzieci. W Polsce mamy bardzo wysoką wyszczepialność dzieci dochodzącą do 99%, na tle pozostałych krajów europejskich wręcz rekordową, więc zagrożenie, które jakoby ma z tego wynikać, jest bardzo niewielkie. Po drugie w krajach zachodnich, gdzie nie ma obowiązku szczepień, też jest wysoka wyszczepialność

– mówi Justyna Socha i dodaje:

Osoby dorosłe w Polsce nie są zaszczepione [według dzisiejszego kalendarza szczepień], więc trudno mówić o odpowiedzialności społecznej czy odporności zbiorowiskowej, kiedy tak duża grupa społeczna nie ma tak naprawdę żadnej odporności poszczepiennej, a skuteczność większości szczepionek przez samych producentów określono na kilka do kilkunastu lat. Bardzo nas intryguje, czy urzędnicy przymuszający do szczepień oraz zwolennicy szczepienia cudzych dzieci są zaszczepieni wszystkimi preparatami z aktualnego kalendarza szczepień, który rośnie z roku na rok. Niestety dorośli przerzucają całą odpowiedzialność na maleńkie dzieci, które ponoszą tego konsekwencje i mają powikłania poszczepienne.

Obowiązek i odpowiedzialność

Skoro państwo polskie narzuca obywatelom program szczepień, uczciwie byłoby, gdyby brało również odpowiedzialność za wszystkie szkody, które wynikają z tego obowiązku. Niestety, wydaje się, że w Polsce panuje wszechobecna zgoda na bagatelizowanie związków szczepień z często groźnymi powikłaniami.

Nie ma żadnych odszkodowań i żadnego systemu dbania o rodziny, w których dzieci doświadczyły niepożądanych odczynów poszczepiennych (NOP). Są to rodziny, które uchylają się od szczepień i mają dużo determinacji, żeby zmagać się z bezprawnymi szykanami niektórych wybranych sanepidów, są to są rodziny, które nie sprzedadzą swojego dziecka za 420  czy 500 zł (to kwoty nakładanych najczęściej grzywien), ani za żadną inną kwotę. To są osoby, które słuchały lekarzy, które słuchały urzędników i szczepiły swoje dzieci do czasu i stąd wzięły się u nich powikłania

– mówi Justyna Socha.

Czy pacjent ma prawo do pełnej informacji na temat tak inwazyjnych zabiegów, jakimi są szczepienia? Myślę, że każdy przyzna, że taka informacja jest podstawowym, niekwestionowanym przywilejem pacjenta. Problem w tym, że pacjenci po prostu ufają lekarzom (w założeniu przecież lekarz wie lepiej, co jest dobre dla naszego zdrowia), którzy często sami nie mają wystarczającej i aktualnej wiedzy na temat szczepień.

Zadajemy pytanie, dlaczego lekarze czerpią wiedzę głównie z badań prowadzonych na zlecenie i za pieniądze producentów szczepionek. Właściwie brak niezależnych informacji na ten temat, a konferencje, na których lekarze zdobywają kolejne, również są organizowane za pieniądze koncernów (mechanizmy te doskonale opisuje materiał z programu „Superwizjer” „Rynek farmaceutyczny i jego tajemnice” ).

To wszystko jest dopiero wierzchołkiem góry lodowej. W grę wchodzi kilka, a może i kilkanaście bardzo trudnych tematów, takich jak prawo rodziców do decydowania o szczepieniach, prawo do pełnego dostępu do informacji na temat zagrożeń wiążących się z danymi preparatami, nacisk środowiska lekarskiego na opiekunów małych dzieci – stosowanie środków socjotechnicznych, aby wywołać w rodzicach lęk i poczucie winy, gigantyczny przemysł szczepionkowy dotowany przez państwo, trudności w udowadnianiu niepożądanych odczynów poszczepiennych… Jeśli opiekunowie postępują zgodnie z wytycznymi lekarzy, dopóki ich dziecko jest zdrowe, nie zdają sobie sprawy z istnienia tych zagadnień. Dopiero kiedy coś dzieje się inaczej, niż powinno, a lekarze rozkładają bezradnie ręce, próbuje się dotrzeć do niełatwo dostępnej prawdy.

W następnym wpisie poświęconym szczepieniom opowiem Wam, jak wygląda nasza (na szczęście bez powikłań) historia ze szczepieniami i odmową ich wykonywania. Opiszę także dokładniej, czym są NOP-y.

Dziękuję Justynie Sosze za pomoc i obszerne wypowiedzi na potrzeby tego tekstu.

Więcej informacji na temat szczepień, nieszczepienia i NOP-ów znajdziecie tu:

www.stopnop.pl

https://www.facebook.com/stowarzyszeniestopnop?fref=ts

Zapomniane i ignorowane fakty o szczepieniach: http://faktyoszczepieniach.wordpress.com/

Książka „Szczepienia w pytaniach i odpowiedziach dla myślących rodziców” dr Aleksander Kotok

Ulotki i skład szczepionek: http://www.stopnop.pl/szczepionki/75-ulotki-i-sklad-szczepionek

Szczepionki z aborcji: http://www.dobreszczepionki.pl/

Ciąg dalszy nastąpi.

05 I2014

Pytania o weganizm: rozmowa z Katarzyną Biernacką

by joanna

Odkąd przeczytałam książkę „Jeść przyzwoicie” Karen Duve, moje wyobrażenie o istnieniu świata szczęśliwych kur/krów legło w gruzach. Autorka brała udział w akcjach uwalniania drobiu z ferm i przy tej okazji mogła porównać, jak wygląda chów klatkowy z chowem ekologicznym. Co z tego, że ptaki mają wolny wybieg, skoro kur są tysiące i do wyjścia z kurnika przedostanie się może kilkaset? (Według zapewnień pewnego polskiego hodowcy zielononóżek jego kury mają łatwy dostęp do kilku wyjść z kurnika, „a ile z nich z tego korzysta – nikt nie sprawdza” – śmiał się nieco z mojego pytania).

A krowy z logo Demeter – czyż nie są tak samo wykorzystywane do produkcji mleka jak te „przemysłowe”?

wymiona

Krowie mleko tylko dla cieląt?

To oczywiście nie koniec rozterek. Mięso, nabiał, produkty skórzane oraz odzwierzęce – to wszystko jest częścią naszej codzienności, kultury. Podobnie jak dzikie zwierzęta w cyrku czy zoo.

Wierzę, że ludzie nie są z gruntu źli i dzisiejszy świat wygląda jak wygląda, bo ludzie są nieświadomi cierpienia, które istnieje za murami ferm. Łańcuch towarowo-usługowy jest tak długi, że konsument – odseparowany od pierwotnego produktu – nie ma pojęcia, jak wygląda hodowla zwierząt.­­ Ale to się – powoli, bo powoli – zmienia.

1404471_10151999255749140_1823725929_o

Empatia

Stowarzyszenie Empatia jest organizacją działającą na rzecz upowszechniania wiedzy na temat weganizmu, w praktyce jego członkowie zajmują się również edukowaniem społeczeństwa w zakresie praw zwierząt. Weganizm jest przecież świadomym wyborem wynikającym z decyzji, będącej z kolei konsekwencją wiedzy. Idea niejedzenia produktów pochodzenia zwierzęcego (w tym miodu), nienoszenia ubrań pochodzenia zwierzęcego (w tym wełny), nieużywanie kosmetyków testowanych na zwierzętach lub zawierających składniki pochodzenia zwierzęcego (w tym wosk pszczeli i lanolina) opiera się na założeniu, że krzywdzenie zwierząt  (zadawanie im cierpienia i zabijanie) nie jest usprawiedliwione, gdyż – przeciwnie do lwa zabijającego gazelę na sawannie – mamy możliwość wyboru.

1461808_10152033675919140_1093089760_n

Porozmawiałam na ten temat z Katarzyną Biernacką ze Stowarzyszenia Empatia, przez kilka lat jego prezeską, dziś członkinią zarządu. – Nazwa naszego stowarzyszenia mówi sama za siebie, chcemy wzbudzać empatię wobec innych istot, nie tylko ludzi, ale także zwierząt pozaludzkich, szczególnie tych hodowanych na mięso, mleko czy jajka. Nasze działania są skierowane na konsumentów, uświadamiamy tych, którzy kupują, nie zajmujemy się hodowcami. Staramy się także oddziaływać na polskie prawo. W tej chwili jest szansa na nowelizację ustawy o ochronie zwierząt, która wyeliminowałaby hodowle zwierząt na futra, a także wykorzystywanie zwierząt w cyrkach w naszym kraju.

Dzikie, domowe i te trzecie

– Choć w artykule 1. Ustawy o ochronie zwierząt jest zapisane: „zwierzę nie jest rzeczą”, to tak naprawdę mało kto myśli o tych zwierzętach, które hodujemy i systematycznie zabijamy – mówi Kasia Biernacka. – Zajmujemy się naszymi domowymi pupilami, przywiązujemy się do nich, dbamy o nie, myślimy o ich potrzebach i rozumiemy ich uczucia. Ale te zwierzęta, które przychodzą na świat, aby spełnić nasze zachcianki i umrzeć, nie mieszczą się w naszym wyobrażeniu istot, które tak samo czują, myślą, chcą żyć, jak nasi domowi ulubieńcy. Tak jak widzimy pewne podobieństwo między nami a kotami czy psami, tak odmawiamy tego podobieństwa – zdolności do myślenia, emocji, odczuwania cierpienia – zwierzętom, które rodzą się, aby stać się produktem.

171

Rzeczywiście, myślę sobie, że wiele osób wzrusza się losem bezdomnego kotka czy pieska, może nawet interesuje się ginącymi gatunkami w Puszczy Amazońskiej czy Afryce, ale hodowla przemysłowa zwierząt jest mało atrakcyjna jako temat rozmyślań. W końcu wydaje nam się, że krowy czy kury raczej nie wyginą, mają swoje „domy” i głodne nie chodzą. Kasia Biernacka przeciwstawia się tym stereotypom: – Szczególnie w hodowli przemysłowej miejsce, gdzie zwierzęta mieszkają – np. kury w klatkach czy świnie przebywające ogromną część życia w kojcach porodowych – trudno nazwać „domem”. Z jedzeniem też jest różnie, szczególnie w wypadku chowu małych zwierząt, takich jak kury czy norki, spada znaczenie pojedynczego zwierzęcia, bo jego cena była niska, a zastąpienie kolejnym zwierzęciem też nie będzie kosztowne. Do tego, w jednej fermie mamy parę do parudziesięciu tysięcy zwierząt i parę osób z obsługi – w takich warunkach opieka weterynaryjna to czysta fikcja, nie tylko dlatego, że się nie opłaca, ale dlatego, że po prostu nie da rady obsłużyć tych wszystkich zwierząt. Tak więc zwierzęta chorują (pilnuje się głównie profilaktyki chorób wirusowych, żeby całe stado nie umarło, bo to faktycznie byłby szok ekonomiczny dla właściciela), a niektóre choroby mogą uniemożliwić jedzenie. Przycinanie dziobów kurom, żeby się nie dziobały w tłoku, to okaleczenie, które nieraz wiąże się z trudnością w pobieraniu pokarmu albo chronicznym bólem, który zniechęca do pobierania pokarmu.

Pytam Kasi, skąd się bierze takie myślenie, że zwierzęta hodowlane nie potrzebują naszej pomocy.

– Jest duża zasłona informacyjna. Wielu rzeczy po prostu nie wiemy, 99% ludzi nie było na fermie i nie wie, jak to wygląda. Ludzie nie oglądają zakładów produkcyjnych, w dodatku mamy w sobie taką ufność do cywilizacji – wierzymy, że jest czymś dobrym i nie dopuszcza do złych rzeczy. A przecież w Polsce dopiero niedawno wprowadzono zakaz bicia dzieci!

No tak, do tego 40% Polaków dalej sądzi, że bicie dzieci jest dobre.

82

To moja prywatna sprawa

Ludzie uważają, że tak jak chowanie potomstwa jest sprawą prywatną, tak i w traktowanie zwierząt nie powinien wtrącać się nikt z zewnątrz. Tymczasem z wielu powodów tak nie jest.

– Weźmy choćby fermy, gdzie hoduje się zwierzęta na futra– mówi Kasia. – Pierwszym, najważniejszym powodem, dlaczego fermy są złe, jest fakt traktowania ich bezbronnych mieszkańców jak przedmioty, jak przyszłe produkty. A przecież zwierzę nie jest rzeczą. Na fermach dzieją się takie rzeczy, że te miejsca są zagrożeniem dla środowiska, produkują mnóstwo zanieczyszczeń i nikt nie chce mieć ich w swojej okolicy, ponieważ przeraźliwie śmierdzą. A w naszym kraju ferm jest sporo, co wynika z zakazów hodowania zwierząt na futra w innych krajach.

(Tu przeczytacie więcej o fermach futerkowych i faktycznym traktowaniu żyjących tam zwierząt, zwłaszcza raport „Drapieżny biznes. Konsekwencje hodowli norek w Polsce dla zwierząt, ludzi i środowiska”)

Porażająca jest też dychotomia w naszym myśleniu o zwierzętach hodowlanych, co jest usankcjonowane prawnie. Kura mieszkająca na fermie ma do swojej dyspozycji powierzchnię mniej więcej kartki A4. – To mniej niż ma mój kot w transporterku, a przecież nie trzymałabym w nim kota przez cały dzień – mówi Kasia. – Podejrzewam, że kura jest nawet bardziej ruchliwa, a musi spędzać w takiej klatce całe życie… które notabene trwa zwykle rok lub dwa lata, bo później jej trzymanie przestaje się opłacać. Zresztą warunki ferm także wynikają z oszczędności – zwierzętom nie da się więcej, niż wymaga tego prawo, bo liczy się każda złotówka.

Dobre życie, zła śmierć

Zadałam Kasi dwa ważne dla mnie pytania. Po pierwsze, co, jeśli chcemy/musimy jeść mięso, ale trudno nam się pogodzić z faktami, jak zwierzęta są traktowane. Są przecież miejsca, gdzie zwierzęta żyją dobrze. Po drugie, produkty odzwierzęce takie jak wełna mogą pochodzić ze źródeł, co do których mamy pewność, że zwierzęta żyły w zgodzie ze swoją naturą (np. tradycyjny wypas owiec).   Katarzyna odpowiedziała stanowczo: – Nawet jeśli zwierzęta mają dobre warunki, to tylko dopóty, dopóki przynoszą zysk. Kiedy są już niewydajne, zostają zabite.

To fakt, nawet w „szczęśliwych” gospodarstwach „szczęśliwe” zwierzęta nie umierają naturalnie, bo to się nie opłaca. Myślę, że to samo dotyczy krów z logo Demeter, które są hodowane na mleko. Podobno dba się o nie jak o domowych pupili, leczy homeopatią, zapewnia komfortowe warunki. A zarazem zmusza do nienaturalnej produkcji mleka, które kiedyś się kończy. I co wtedy?

„Ubój zwierząt wymaga szczególnej staranności i uwagi. Trzeba mieć świadomość, że całe przetwórstwo mięsa rozpoczyna się z [chwilą] śmierci istoty żywej i jej duszy. Względy etyczne i moralne wymagają takiego traktowania zwierząt podczas transportu i uboju, by stres, strach, pragnienie i ból ograniczyć na ile jest to tylko możliwe. Długość transportu należy skracać na tyle, na ile jest to możliwe, dlatego też zwierzęta powinny być ubijane w regionie, w którym były chowane” – wyjątek z dokumentu „Kryteria produkcji dla Demeter, rolnictwa biodynamicznego® i pokrewnych chronionych znaków handlowych” http://www.demeter.org.pl/downloads/Kryteria_Produkcji_Demeter_2009.pdf

– Jeśli ktoś faktycznie nie miałby wyboru i musiał jeść produkty pochodzenia zwierzęcego – mówi Kasia – takiej osobie powiedziałabym, żeby jadła tyle, ile musi. Jestem jednak przekonana, że prawie każdy może skomponować jadłospis w taki sposób, aby wykluczyć produkty pochodzenia zwierzęcego (o czym niżej).

Dobre życie, dobra śmierć, dobra wełna?

Znam bardzo dobrze pewne gospodarstwo pod Warszawą, w którym mieszkają owce i kozy dlatego, że ich właścicielka kocha zwierzęta. Kilka dni temu spytałam ją o to, co myśli o ograniczeniach związanych z weganizmem i czy strzyże swoje owce?

– Nasze kozy i owce żyją po to, żeby żyć, umrą, kiedy nadejdzie ich pora – odpowiedziała. – Strzyżemy je i doimy – wełnę grępluje moja mama, a mleko pojawiło się samo, kiedy bezdzietna koza pozazdrościła koleżankom-matkom i sama napełniła wymiona – bez dojenia mogłaby zachorować. Nie czuję, że wykorzystuję moje zwierzęta, mieszkają z nami prawie jak domowi pupile. Wychodzą na powietrze, pasą się na łąkach, nikt ich nie zamierza zjeść.

Takie podejście można by uznać za dwuznaczne: owce i kozy są hodowane (i rozmnażane) dla kaprysu człowieka. Ale czy w ogóle trzymanie zwierząt w domu nie jest kaprysem? Nie każdy właściciel psa czy kota bierze zwierzaka ze schroniska (zgadzam się, że powinien). Gdzie przebiega granica w dawaniu azylu i dobrego życia zwierzętom hodowlanym, gdzie zaczyna się egoistyczne spełnianie zachcianek o własnej zagrodzie? Czy Karen Duve, trzymająca w obejściu konie, muły czy kury, postępowała źle?

216

Weganizm a sprawa polska

Kasia Biernacka widzi coraz większe zainteresowanie weganizmem, rozumianym jako osobiste odstąpienie od wykorzystywania zwierząt. – Jest duży postęp, duże zainteresowanie, może nawet jakaś moda… Na świecie pojawia się coraz więcej organizacji działających na rzecz weganizmu, coraz więcej lokali gastronomicznych , produktów… W Polsce liczba samych wegan to pewnie około 1%, ale temat staje się coraz bardziej popularny. Nasze akcje „Weganizm – spróbujesz?” czy Tydzień weganizmu mają co roku większe grono odbiorców. Niestety, wciąż jest mało publikacji na ten temat w języku polskim. Podczas Tygodnia Weganizmu gościmy m.in. Małgorzatę Desmond, chyba najbardziej znaną polską dietetyczkę, która wspiera osoby niejedzące produktów odzwierzęcych.

Nie jedz, jeśli nie musisz

Znana amerykańska dietetyczka Virginia Messina (tu wywiad z nią: http://empatia.pl/str.php?dz=118&id=816&str=6) twierdzi, że nie ma żadnych przeciwwskazań, aby stosować dietę roślinną. Nawet w ciąży i w okresie laktacji (Messina napisała specjalną książkę dla weganek, gdzie udziela konkretnych rad dietetycznych, tu fragmenty po polsku: http://www.weganizm.info/zwierzece-matki-virginia-messina/, tu można kupić książkę: http://wegarnia.pl/sport-i-zdrowie/109-vegan-for-her-virginia-messina.html).

Tak jak wyobrażam sobie zrezygnowanie z ubrań, które zostały uszyte kosztem życia zwierząt (są już wegańskie martensy!), i nie chcę myć się mydłem, które zawiera sodium tallowate (tłuszcz zwierzęcy), tak do wielu kwestii muszę jeszcze dojrzeć. Dochodzę do podobnego wniosku, co Karen Duve w „Jeść przyzwoicie”: ograniczenie konsumpcji produktów odzwierzęcych jest już krokiem w dobrą stronę. Duve miała wątpliwości: ubrania ze skóry ekologicznej są wykonane z tworzyw sztucznych, prawdopodobnie ropopochodnych. Gdzie tu ekologia? Kasia Biernacka przywołuje jednak raport (Assessing the Environmental Impacts of Consumption and Production UNEP, 2010), który mówi wyraźnie, że nic – żadna produkcja oparta na wydobyciu ropy naftowej – nie zanieczyszcza tak naszej planety, jak masowa hodowla zwierząt oraz uprawa pól pod paszę. – Nie powinniśmy też myśleć o skórach jako o produkcie ubocznym pozyskiwania mięsa – mówi Kasia. – To jest dodatkowy zysk dla hodowców, który tylko wzmacnia cały przemysł.

Może niektórzy nazwą mnie hipokrytką, bo przekładam swoje upodobania kulinarne i wygodę nad niedokładanie do krwawego interesu. Mimo wszystko dziś byłoby naszej rodzinie zbyt trudno, gdy mamy restrykcyjne ograniczenia z powodów zdrowotnych. To jest jednak temat, który jest ciągle obecny w mojej głowie i kto wie, jaką ścieżką kulinarną w końcu pójdziemy…

Do samodzielnej lektury:

Szowinizm gatunkowy – http://pl.wikipedia.org/wiki/Szowinizm_gatunkowy

Materiały dla rodziców małych wegan (zalecenia dietetyczne, po polsku) – http://empatia.pl/zdrowie/?dz=118&id=816

Stowarzyszenie Otwarte Klatki – http://www.otwarteklatki.pl/

Koalicja na Rzecz Zakazu Hodowli Zwierząt Futerkowych w Polsce – http://antyfutro.pl/

Cyrk bez zwierząt – http://cyrkbezzwierzat.wordpress.com/

Zdjęcia pochodzą z zasobów Stowarzyszenia Empatia

http://empatia.pl/

https://www.facebook.com/EmpatiaPL

26 IX2013

Czego jeszcze nie wiecie o BLW?

by joanna

blw_0

Baby-Led Weaning, czyli pozwolenie dziecku na samodzielne jedzenie od momentu, kiedy wyrazi zainteresowanie pokarmem innym niż mleko, bywa ogłaszane wielkim odkryciem przełomu wieków i nową tendencją (na przykład tu: „Mimo że idea BLW jest stosunkowo nowa…”). Na szczęście wystarczy zajrzeć do książki Gill Rapley i Tracey Murkett „Bobas lubi wybór. Twoje dziecko pokocha dobre jedzenie”, wyd. Mamania, Warszawa 2010, żeby znaleźć fragment:

Być może czytasz to wszystko i myślisz sobie: To nic nowego, sami tak robiliśmy. Jeśli tak, to masz rację. BLW to nic nowego. Nowe jest mówienie o nim.

(s. 25)

Prawdopodobnie BLW jest tak stare, jak stary jest gatunek ludzki… Odeszliśmy od niego, kiedy zajęli się nami „specjaliści” mądrzejsi od natury…

Książkę Rapley i Murkett polecam jako bazę – dla rodziców, którzy jeszcze nigdy o BLW nie słyszeli. Może się okazać, że sporo z tych rozwiązań było dla nich naturalne, ale bali się spróbować działać na własną rękę.

Słoiczki-skarbonki sprytnych koncernów

Mam dziś dla Was ciekawostkę, która – kiedy zetknęłam się z nią pierwszy raz – po prostu wbiła mnie w fotel. Wszystko dzięki książce Udo Pollmera „Smacznego. Chorzy z powodu zdrowego jedzenia”, w której niemiecki antydietetyk tak pisze o rozszerzaniu diety niemowląt:

Bajkę, że dzieci powinny jeść specjalne, tylko dla nich przygotowane jedzenie, bez przeszkód propagują producenci jedzenia. W końcu cała gałąź przemysłu spożywczego wyspecjalizowała się w pokarmach dla dzieci: kaszkach i słoiczkach. Ładne i kolorowo opakowane dania dla dzieci czy z mikrofalówki są hitem. W końcu matka ma spokojne sumienie, gdy podaje dzieciom produkty skontrolowane, wolne od szkodliwych substancji, uprawiane ekologicznie, wzbogacone o witaminy i minerały.

(…) Wygodne, pewne, nowoczesne jedzenie dla dzieci. Pozostaje tylko pytanie, czy służy także dzieciom.

(s. 367)

Przyznaję się bez bicia, że pierwszy synek dostawał słoiczki oraz specjalnie gotowane dla niego, osobne posiłki. Słoiczki były wygodne, zmiksowane zupki – zalecane przez pediatrów, książki i pisma dla mam. (Dziś wyrywam włosy z głowy – jak mogłam wydawać tyle pieniędzy na te bezwartościowe pisma dla rodziców?!).

J. wcale nie chciał tego jeść! Myślę, że najbardziej smakowało mu to, co jedli rodzice. Dobrze, że w pewnym momencie podjęliśmy decyzję o zmianie naszego sposobu żywienia – dzięki temu mogliśmy we trójkę jeść to samo. Dziś jest podobnie – starszy synek chodzi do przedszkola ze swoją wałówką, która jest skomponowana z naszych wspólnych produktów (żeby było łatwiej, stosuję taką samą dietę jak syn – na podstawie jego wyników testu MRT; czuję jednak, że czas na mój własny test tego typu).

BLW_1

Młodszy synek niedawno wszedł w fazę ogromnego zainteresowania naszymi talerzami. Odkąd siedzi samodzielnie, dostaje od nas kawałki pożywienia i może z nimi robić, co chce. Dzięki książce „Bobas lubi wybór” nauczyłam się podawać mu nawet kaszkę, którą samodzielnie wkłada sobie do buzi (oraz umaja nam podłogę, krzesła i szafę). Tak, zdecydowanie, gotowe pokarmy ze sklepu są znakomitym chwytem marketingowym dla zmęczonych matek. Tymczasem zdrowa dieta rodziców może być podstawą diety malca, bez dodatkowego gotowania czy kupowania słoiczków.

BLW ma niemal 90 lat

Wracając do ciekawostek z książki Pollmera.

Już 90 lat temu (w latach 20. XX wieku), kiedy na dobrą sprawę przetwórstwo żywności dopiero się rozwijało, amerykańska pediatra Clara Davis przeprowadziła niezwykle ciekawy (ale kontrowersyjny) eksperyment z udziałem dzieci. Davis zadała sobie pytanie: czy można pozwolić, aby dziecko samodzielnie wybierało swój sposób żywienia? Wybranym dzieciom podawała przez kilka lat (!) pożywienie pochodzenia roślinnego i zwierzęcego, przy czym wszystko było surowe lub gotowane na parze (np. szpik kostny, mięso czy podroby były podawane bez obróbki). Davis wyłączyła z tej specyficznej diety pokarmy przetworzone (np. cukier, chleb, masło), pozostawiła jedynie chrupki żytnie, które uznała za naturalne. Do picia dzieci miały wodę, kwaśne mleko i sok pomarańczowy.

Po oczywistych problemach początkowych (dzieci były świeżo odstawione od piersi, uczyły się chwytać jedzenie, pić z kubeczka etc.) dzieci nauczyły się jeść samodzielnie. Przedstawiane przez Pollmera szczegółowe wyniki badań na trzech chłopcach w wieku od 6 do 9 miesięcy w skrócie sprowadzają się do tego, że każdy z nich dobierał sobie inne menu, jednak żaden nie zrobił sobie krzywdy. Każde dziecko miało swój gust, swój smak, swoje potrzeby, ale każde „umiało” zbilansować swoje posiłki według realnych potrzeb organizmu (to co, że łączyło surowe jajka z bananem itp.). Jedno jadło głównie owoce, drugie nabiał, trzecie polubiło szpik kostny. Wszystkie jadły niewiele zbóż (poza owsem).

Davis powtórzyła badanie na kolejnych 15 dzieciach w wieku od 6 do 11 miesięcy (badała je przez 6 lat!).

Dzieci odżywiały się zgodnie ze swoimi zapotrzebowaniami, odpowiednio przybierały na wadze, nie były tłuste, ale po prostu silne. (…) „Trik w tym eksperymencie – mówi dr Davis – polega na tym, że apetyt maluchów może z pewnością się czasem mylić, jednak te błędy nie mają znaczenia, jeśli oferuje się im naturalne pokarmy”. Takie kierowanie się apetytem, twierdzi badaczka, może być jednak szkodliwe, „gdy oferowane są mocno przetworzone produkty, takie jak cukier czy biała mąka, które straciły swoje pierwotne składniki, choć stały się tak ważną częścią współczesnej diety”.

(s. 371)

Teksty Davis, z których korzysta Pollmer:

  • Davis C. M., „Am. J. Diseas. Child.” 1928, 36, s. 651.
  • Davis C. M., „Can. Med. Assic. J.” 1939, 41, 257.

BLW_3

Czy istnieje naturalna ludzka dieta?

Na temat tych badań powstaje książka kanadyjskiego dziennikarza naukowego Stephena Straussa pod tytułem „Clara Davis: A Rumor In Nutrition” (mam problem z tłumaczeniem, wydaje mi się, że chodzi o niesprawdzone, ale obiegowe opinie na temat żywienia). Strauss pisze też o samej doktor oraz o dzieciach, które badała – dziennikarzowi udało się nawiązać kontakt z rodziną Clary Davis, dzięki czemu mamy szansę poznać szersze tło całego eksperymentu. Książka ciągle powstaje, dlatego skontaktowałam się z autorem, aby opowiedział mi co nieco na temat doktor Davis.

stephen_strauss

J.B.: Co uważasz za najciekawszy aspekt eksperymentu Davis?

S.S.: Najbardziej interesujące w jej eksperymencie jest to, że wciąż jesteśmy zafascynowani kwestią – czy istnieje mądrość ciała, jeśli chodzi o żywność, którą jemy? Kładziemy na to bardzo duży nacisk. Badanie Davis miało na celu sprawdzenie, czy matka może pozwolić dziecku na podążanie za swoim apetytem. Czy ich wrodzona mądrość umożliwi matkom odrzucenie sztywnych reguł odżywiania, narzucanych przed dietetyków? Te reguły w wypadku niektórych niemowląt doprowadziły do świadomego głodzenia się!

Davis nie martwi się o ilość jedzenia – jej eksperyment pokazuje wręcz, że naturalny apetyt  lubuje się w nadmiarze! Była podejrzliwa wobec żywności przetworzonej – nie dlatego, że wiedziała, że szkodzi dzieciom, ale dlatego, że sądziła, że ludzie nie ewoluowali do jego spożywania.

The most interesting thing about the experiment is that we still are fascinated by question of whether there is a wisdom of the body when it comes to the foods we eat. However we have switched much of the emphasis in the question. In Davis’ time her research aimed was to see if mothers could let babies appetites choose the foods they ate and if that innate wisdom meant the mothers could dismiss the rigid feeding lists which nutritionists was foisting on new mothers. This had led to some infants apparently willfully starving themselves.

 Davis didn’t fundamentally worry about eating too much and indeed her experiment in many ways shows that a natural appetite luxuriate s in over-eating.  She was very concerned about processed food but not because she knew it was bad for children as much as she thought it wasn’t what humans had evolved to eat.

Czy myślisz, że można by powtórzyć taki eksperyment w dzisiejszych czasach?

Dziś nie można przeprowadzić takiego eksperymentu z przyczyn etycznych. Nie można przecież odstawić dzieci od piersi, wsadzić do sierocińca na pięć lat i obserwować, co jedzą. Nie można zamieniać czyjegoś dzieciństwa w badanie naukowe apetytu!

You can’t conduct the experiment today because of ethical reasons, that is, you can’t take children from their mother’s breasts and put them in a self-feeding orphanage for close to 5 years. You can’t make the purpose of someone’s childhood the science of their appetites.

Jakie widzisz podobieństwa między badaniami Clary Davis a dzisiejszym BLW?

Jeśli chodzi o BLW (baby-led weaning), istnieją pewne podobieństwa między nim a eksperymentem Davis, choć podawana przez nią żywność często różniła się bardzo od tego, co oferuje BLW. Nie dawała dzieciom chleba, zup, puddingów, czegokolwiek z mąką. Eksperyment był bardzo surowy w swoich założeniach; dziś nazwalibyśmy to dietą paleolitu.

I oczywiście samo odstawienie (weaning) to tylko początek, od którego Davis wychodzi. Prawdziwe pytane, jak już wspomniałem, było: czy dzieci, którym pozwoli się wybierać, co jedzą, będą odżywiały się zdrowo. Czy istnieje naturalna ludzka dieta? Co nasz apetyt mówi o wewnętrznych potrzebach organizmu? Nie znamy odpowiedzi i dziś.

In terms of baby led weaning, I would say that there are similarities even though the foods she offered children was often very different from what BLW offers. She didn’t let them have any bread, soups, puddings, anything with flour in it. It was very raw in its presumptions and would be what we would call today today a paleolithic diet.

 And of course, weaning was just the beginning of what she was looking at. The real questions as I said before were: Will they eat healthily over the course of their young lives if we let them choose for themselves their foods. Is there a natural human diet? What does appetite tell humans of their body’s intrinsic nutritional needs – a question we don’t truly know the answer to today.

Bardzo polecam samodzielne przeczytanie kilku artykułów na temat badania Clary Davis. Przyznaję, że dzięki tym lekturom zupełnie przekonałam się do wspólnej kuchni dla naszej czwórki.

blw_2

I wiecie co? Choć sprzątania po takim dzidziusiowym posiłku jest mnóstwo, przynajmniej zaoszczędzam czas na gotowaniu oraz pieniądze na niekupowaniu słoiczków.

Polecam:

http://stephenstrauss.ca/

http://www.cmaj.ca/cgi/content/full/175/10/1199

21 IX2013

Dlaczego warto wybierać ubrania FT? Rozmowa

by joanna

O sprawiedliwej modzie ciąg dalszy… (Tu część pierwsza). Oto obiecana rozmowa z Joanną Lompart-Chlaściak, właścicielką sklepu z modą Fair Trade – Zielona Nitka.

LOGO_ZL

JB: Zacznijmy z grubej rury. Czy jesteśmy ofiarami ogólnoświatowej pogoni za modą, napędzanej przez wielkie koncerny?

J. L.-Ch.: To czy, jesteśmy ofiarami koncernów, zależy tylko od nas. Odpowiedzialna moda to nie tylko kupowanie odpowiedzialnie produkowanych ciuchów. To przede wszystkim nasze podejście do tematu mody. Nie możemy dać się nabrać na to, że ciągle musimy wymieniać naszą garderobę, bo jest już niemodna. Trzeba postawić na indywidualny styl i gust. Jeśli kupować nowe ubrania – to dobrej jakości i dobrane do naszej sylwetki – takie, które posłużą nam przez lata. Nie wyrzucać ich, a wymieniać się nimi, pożyczać, naprawiać, przerabiać, dbać o nie. Polować na okazje z drugiej ręki. Brać udział w imprezach – wymienialniach. (więcej…)

20 VII2013

Wywiad: Jadalnia Warszawa. Miasto nas karmi

by joanna

Czy wiecie, że w Warszawie powstaje właśnie mapa jadalnych miejsc? Dwie kobiety – Amerykanka Jodie Baltazar (tu kilka słów o niej) i Paulina Jeziorek – szukają ogólnodostępnych roślin jadalnych, które mogą nakarmić każdego, kto wie, co i gdzie zerwać. Najbliższe wydarzenie związane z projektem odbędzie się już 23 lipca, zbiórka o 18:00 przed CSW (szczegóły: https://www.facebook.com/events/585023711547991/ – siły połączą Jadalnia Warszawa i projekt Tour de Varsovie – https://www.facebook.com/TourDeVarsovie – a więc należy zabrać rower!).

TdV

Z opisu projektu:

„JADALNIA WARSZAWA to kolektywne przedsięwzięcie zainicjowane przez Jodie Baltazar i Paulinę Jeziorek. Podczas serii miejskich spacerów/wypraw po Warszawie od maja do października 2013 będzie powstawać warszawska mapa roślin jadalnych. Prowadzone obserwacje mają również na celu ocenę stanu zdrowia obszarów naszego miasta. Metody zapisu informacji podczas spacerów jak na razie są dowolne, informacje są umieszczane na międzynarodowej stronie www.fallingfruit.org”.

jadalnia logo

Myślę, że takie działanie to znakomity sposób na aktywne spędzenie popołudnia w mieście. Spojrzenie na przestrzeń miejską pod zupełnie nowym kątem – miasto karmi swoich mieszkańców. Może nie do końca zgodnie z założeniami urbanistów, którzy chcieliby podporządkować każdy skrawek Warszawy wizji miejsca przeznaczonego dla porządnych obywateli – squaty i bezdomni to temat tabu. Z drugiej strony chaos panujący w stolicy (komunikacyjny, estetyczny, planistyczny) dobitnie świadczy o niemożności opanowania miasta, które jest żywym organizmem. Nie bądźmy grzeczni i posłuszni, korzystajmy z tego, że są w Warszawie miejsca dzikie. Znajdźmy takie, które tylko udają podporządkowanie. Jedzmy miasto!

Zaintrygowana tym wspaniałym pomysłem, zapytałam Paulinę Jeziorek o projekt Jadalni Warszawa.

J.B.: Kim jesteście ?

P.J.: Jodie Baltazar i Paulina Jeziorek, od tego roku działamy jako kolektyw Jadalnia Warszawa.

Czym zajmuje się wasz duet?

Naszym podstawowym celem było wspólne tworzenie mapy dzielnic Warszawy, gdzie zaznaczone zostaną drzewa i krzewy owocowe oraz rośliny jadalne, ale cale przedsięwzięcie okazuje się mieć dużo szerszy wymiar.

Skąd wziął się pomysł na poszukiwanie jadalnych zakątków stolicy?

Jodie od kilku lat prowadzi miejską działkę, gdzie uprawia różnego rodzaju rośliny, warzywa, zioła. Ja mam własny ogród od tego roku. Bezpośrednim powodem dla naszych działań była chęć stworzenia, a może raczej tworzenia, bo to proces, mapy, na której zaznaczone zostaną drzewa i krzewy owocowe oraz rośliny jadalne, które można znaleźć w różnych zakątkach Warszawy. Nie chodzi nam jednak tylko i wyłącznie o zwrócenie uwagi na ignorowane miejskie zasoby jadalne.

mapa roślin jadalnych

Jaki jest więc szerszy kontekst Jadalni?

Nasze działania, organizowane przez nas spacery, podczas których powstaje mapa, są pretekstem do tego, żeby wyjść w przestrzeń, zejść z chodnika, przyjrzeć się żywym organizmom, które nas otaczają. Stereotyp myślenia o mieście jako o układzie architektonicznych brył okazuje się koncepcją bardzo ogólną. Pomiędzy nieożywionymi elementami miasta co chwilę natykasz się na szczątki sadów czy ogrodów, opuszczone tereny postdziałkowe, ugory, nieużytki. Natura albo jeszcze nie została wykarczowana, albo też wdarła się ponownie. Nie wszyscy doceniają wyjątkowy potencjał Warszawy.

W czym on się przejawia?

Na przykład w Chinach są dziś miasta, w których nie widać już nawet nieba. W takich miejscach życie całkowicie oderwało się od cyklów natury. W naszej stolicy te cykle są bardzo widoczne. Poza tym warto zastanowić się, skąd w nas tyle niechęci do tego, co rośnie na terenach publicznych, tyle obaw związanych z ewentualnymi zanieczyszczeniami. Takie nieuzasadnione do końca obawy sprawiają, że idąc do warzywniaka po jabłka, mijamy owocującą jabłoń. Zresztą inicjatywy mapowania miejskich zasobów jadalnych są dość żywe na całym świecie. Pokazuje to międzynarodowa strona http://fallingfruit.org/, która została stworzona przez ludzi ze Stanów, gdzie i my wprowadzamy nasze dane. W przyszłości chciałybyśmy zdobyć środki na to, żeby przeprowadzić odpowiednie badania i być może obalić część mitów związanych z tym, jakoby żywność rosnąca w mieście nie nadawała się do spożycia.

bluszcz kurdybanek

Macie jakieś wykształcenie, przygotowanie botaniczne?

Ja nie mam, chociaż pochodzę z rodziny o tradycjach ogrodniczych, Jodie też nie, choć ma w rodzinie botanika. Ale my nie mamy zamiaru nikogo nauczać, nie to jest naszym celem. Tworzymy po prostu możliwość do tego, żeby poznawać i badać miasto pod tym kątem i uczyć się wspólnie.

Gdzie do tej pory udawałyście się na poszukiwania?

Organizowałyśmy spacery na Mokotowie, Ochocie, ale też wokół CSW Zamek Ujazdowski – osiedle domków fińskich, park Ujazdowski, kolejne spacery po Łazienkach (28 lipca) i wokół samego zamku (25 sierpnia) wciąż przed nami – gdzie we współpracy z Zielonym Jazdowem pracujemy nad mapą, która obejmuje obszar około 0,5 km wokół Zamku Ujazdowskiego i którą można oglądać na terenie Zielonego Jazdowa.

Jakie są Wasze jadalne sukcesy, jeśli chodzi o Warszawę?

Trudno określić, co w tym wypadku jest sukcesem. Po prostu na pewno spotkały nas niespodzianki. Na Mokotowie znalazłyśmy drzewo morwy, w Ujazdowie brzoskwinię, na Ochociemożna natrafić na dzikie pola truskawkowe, w paku Ujazdowskim na leszczyny tureckie.

jadalnia spacer

Najbliższe wydarzenie – 23 lipca przy moście Siekierkowskim – czego się po nim spodziewacie?

Spodziewam się, że sprawi nam to wiele przyjemności. Jedziemy na tereny postdziałkowe, chcemy zobaczyć, co tam rośnie, pobuszować w dziczy, narwać sobie owoców, przyjrzeć się elektrowni. Podobno może być burzowo, choć pewnie nas to nie powstrzyma. Będziemy jak Riders on the storm.

Dziękuję za rozmowę!

Informacje:

www.facebook.com/jadalniawarszawa

Zielony Jazdów: https://www.facebook.com/ZielonyJazdow

// Jadalnia Warszawa & Tour de Varsovie //

wyprawa do Siekierek, 23.07 godz. 18.00

https://www.facebook.com/events/585023711547991/

Zdjęcia dzięki uprzejmości Pauliny Jeziorek.

21 V2013

Ghana: o jedzeniu, karmieniu piersią i wodzie

by joanna

Lubimy zaglądać innym do garnków… Nie mogłam się powstrzymać i wypytałam Kasię Wołk, z którą rozmawiałam już dwukrotnie – na temat masła shea produkowanego w Ghanie przez WISDAP oraz na temat życia Ghanek na wsi – o wiejską kuchnię ghańską.

Czego możemy uczyć się od Ghańczyków? Myślę, że prostoty, jedzenia produktów lokalnych i wykorzystywania tego, co daje natura.

J.B.: Kasiu, Ghana na szczęście nie jest jednym z tych afrykańskich krajów, gdzie panuje straszny głód…

K.W.: Ghana nie jest dotknięta problemem niedożywienia, i całe szczęście… Problemem jest raczej rodzaj diety. Nie jest to dieta zbilansowana, jest bardzo mało urozmaicona. Opiera się głównie na węglowodanach.

ghana_lunch

Co więc pojawia się w ghańskich garnkach?

Rodziny w północnej Ghanie żywią się plonami ziemi – tym, co sami na niej wyhodują oraz tym, co daje wkoło matka natura. Na swych małych poletkach uprawiają yam [słodkie ziemniaki], kassawę, maniok, kukurydzę, orzeszki ziemne, rzadziej ryż. A jeśli nawet czegoś nie uprawiają, to na targu mogą sprzedać swoje produkty, a w zamian kupić to, czego potrzebują. W mieście, w sklepie, można kupić to, co w tym rejonie nie jest uprawiane…

Jedzą podobnie do nas – śniadanie, drugie śniadanie, obiad, podwieczorek, kolacja?

Raczej są trzy posiłki w ciągu dnia, najmniej dwa, a i pewnie podjadanie się zdarza. Ale nie są to bynajmniej słodycze. Może to być owoc lub ugotowana kolba kukurydzy.

Czy te posiłki wyglądają podobnie do naszych, na przykład śniadanie to jakiś chleb z dodatkiem?

Nie, nie, taki wynalazek jak kanapki nie jest znany. Chleb bywa, trzeba go kupić, a nie jest wcale tani. Wtedy można zjeść kawałek chleba. Ponieważ, jak powiedziałam, posiłki nie są urozmaicone, to i na śniadanie, na obiad i na kolację są podobne. Yam, ryż, kasza… z sosem. Lub popijana przegotowaną wodą.

ghana_yam

Uprawy yamu.

Jakie są tradycyjne potrawy?

Na co dzień jada się taką breję ugotowana z yamu czy innego zboża. Popija wodą i tyle. Często są to różne kombinacje, łączenia tych produktów. Za każdym razem daje to trochę inny smak. Jak się razem utłucze dwa lub trzy ugotowane produkty, to powstają pyszne kluchy, czyli fufu. Fufu to najpopularniejsza ghanska potrawa. Każdy turysta musi jej spróbować. Do niej jest zupa lub sos z dodatkiem czerwonego, ostrego pieprzu, orzeszków ziemnych, pomidorów… Zresztą, u nich każda zupa czy sos jest z koncentratem pomidorowym. Obowiązkowo.

ghana_fufu

Dziewczyny robią fufu.

Jakie są ghańskie smakołyki? Ghańczycy lubią słodycze?

Pewnie, że  lubią, ale wiele osób tego nie zna. Jak częstowałam dzieci cukierkiem, to dla wielu z nich było to pierwsze i zupełnie nowe doświadczenie w życiu i trzeba było im pomóc rozwinąć ściskaną w dłoni słodycz, gdyż cmoktały ją z papierkiem… Dla wielu  dorosłych to też rarytas.

Jakich przypraw używają?

Przyprawy tylko naturalne, takie prosto z ziemi. Nie ma cukru, soli, więc te mamałygi są dość… nijakie [śmiech], ale to kwestia przyzwyczajenia. Dla mnie – szybkiego! Nie przeszkadzało mi to zupełnie. Ani to, że kuchnia jest bardzo ostra. Być może to sposób na radzenie sobie z bakteriami przewodu pokarmowego… Nawet małe dzieci, około roku, jedzą tak ostro.

ghana_bar

Na twoim zdjęciu śliczne dziecko (Chłopiec? Dziewczynka?) zawłaszczył sobie pierś mamy.

Wszystkie dzieci bez wyjątku są karmione piersią. Po pierwszym półroczu życia daje się dziecku trochę ryżu, kukurydzy lub kaszy… Powoli są wdrażane do żywienia zbiorowego, ale mleko matki jest wciąż podstawowym pokarmem. Niezależnie od wieku matki, jej stanu zdrowia. Jest to tak oczywiste, że nie jest powodem żadnych rozważań… W dodatku karmienie piersią jest zupełnie naturalną czynnością, może się odbywać w każdym miejscu i czasie – na targu, podczas mszy w kaplicy… gdziekolwiek. Bywa, że dzieci chodzące do przedszkola, a nawet do najmłodszych klas podstawówki przybiegają na chwilę ze szkoły do domu, do mamy, aby possać pierś. Generalnie cycki są dla dzieci, nie dla chłopów!!! [śmiech]. Są atrybutem macierzyństwa, a nie symbolem seksu. Jeśli obiektem pożądania, to jedynie niemowląt i małych dzieci…

Wracając do kuchni… Jakie są jeszcze tradycyjne potrawy? Jak na przykład przyrządza się warzywa?

Nie jada się raczej warzyw na surowo – z powodu niebezpieczeństwa zatruć, a także z powodu takich wierzeń, że surowe warzywa mogą wykiełkować w żołądku [śmiech]. Ale myślę, że to tylko taki straszak, chodzi jednak o to, ze warzywa musiałyby być myte w przegotowanej wodzie, a to raczej technicznie niemożliwe… Natomiast różne warzywa, takie jak dawa dawa czy okro, dodaje się do zup i sosów.

Dawa dawa to takie duże strąki z dziko rosnących drzew z nasionami w środku (jak nasz groch, tylko większe).  Okro to takie warzywo, które po ugotowaniu ciągnie się jak guma do żucia. Ale nadaje fajny smak zupie.

ghana_okro

Suszące się okro.

A jak to jest z tą wodą?

Brak wody zdatnej do picia to naprawdę wielki problem. Ta przynoszona z rzek czy innych zbiorników jest mocno zanieczyszczona. I to jest, niestety, przyczyna wielu chorób i śmierci… Choć odporność tych ludzi jest i tak imponująca.

Czy jest jakiś sposób, żeby to zmienić? PAH buduje studnie w Sudanie, czy takie studnie rozwiązałyby ghański problem z wodą?

Oczywiście, że tak. Wielu misjonarzy podejmuje się budowania studzien w „swoich” wioskach, robią to też władze państwowe i organizacje charytatywne. Parę lat temu mój znajomy zakładał wodociąg w wiosce czarownic [miejsce, gdzie mieszkają kobiety wykluczone ze społeczności, posądzone o czary], aby te starowinki nie musiały chodzić kilometrami po wodę. Jednak to wodne zaplecze jest wciąż niewystarczające i wielu ludzi w północnej Ghanie jest skazanych na czerpanie i noszenie wody z rzek oraz bajor.

Ghańczycy gotują z masłem shea?

W swojej kuchni czasem używają masła shea, żeby trochę zatłuścić zupę czy sos, ponieważ na co dzień jest on gotowany tylko na wodzie.

ghana_zupa

Kasia próbuje mamałygi z kukurydzy i yamu oraz ostrego sosu z mięsem z kozy.

A mięso?

Mięso się jada od święta – w niedzielę, z okazji ślubów, pogrzebów, chrzcin… Najczęściej jest to mięso z kozy, czasem kury, perliczki, rzadziej wieprzowina (o ile nie są to muzułmanie). Tylko to mięso… jest takie chude! Chude i niedogotowane, twarde. Ciekawe jest to, że mięso nie ma żadnego rodzaju, gatunku. Czyli nie myśl, że zjesz karkówkę czy żeberka, albo udko czy pierś z kurczaka. Jest po prostu kawałek mięsa, zawsze z kością, skórą…

ghana_mieso

Jadłaś taki przysmak?

Gdy kiedyś na misji Paul, ghański ksiądz, pojechał na wieś po świnię i kozę, pomyślałam sobie: „Świetnie, nareszcie im zrobię coś polskiego – schabowe albo mielone”… Pomijam już fakt, że Paul przyjechał po kilku godzinach (ach, ta ghańska szybkość działania…), najważniejsze, koza i świnia łaziły po pace pickupa i dobrze się miały. Świnia miała jedynie podbite oko [śmiech]. Paul pojechał więc na inną wieś dokończyć dzieła i znów wrócił po kilku godzinach. Tym razem z lodówką turystyczną. A w niej… „Tę świnię to ktoś przecisnął w bramie czy w  złości ją tak posiekał na kawałki?” – wykrzyknęłam ze zdumieniem.

Co zobaczyłaś?

Nigdy czegoś takiego nie widziałam… Nic dziwnego, że jeśli obiad ma być mięsny, to jest po prostu… mięso! Czasem jest tak drobno pocięte, łącznie z kośćmi, że wygląda, jakby włożyli gdzieś zwierzęciu odbezpieczony granat [śmiech].

Jak wygląda sam posiłek?

Często jada się z jednej miski czy garnka postawionego na ziemi, używając prawej dłoni jako łyżki. Siedzi się po okręgu w kucki czy gdzieś tam, kto gdzie przycupnie… W gromadzie. Razem.

Kuchnia ghańska jest nie tylko lokalna, ale i ekologiczna?

WSZYSTKO jest czyste i ekologiczne. Wolne od dodatków, konserwantów, wzmacniaczy smaku… Produkty roślinne są bez nawozów, zwierzęta żyją na wolności, hodowane bez pasz z chemią, jedynie na naturalnych produktach. Jest nawet lokalne piwo, pito – własnej roboty. Też 100% naturalne. Nawet dzieci je piją… Warzywa i owoce czasem nie wyglądają imponująco, ale za to jak smakują! Owoce to sam ekstrakt, esencja smaku… Wprost cudo.

Dziękuję za rozmowę!

W Ghanie właśnie rozpoczął się sezon zbierania owoców Masłowca, z których robi się masło shea. Jeśli chcesz pomóc organizacji WISDAP, zrzeszającej ghańskie zbieraczki orzechów shea, zajrzyj tu:

http://www.adgentes.misje.pl/pl/start/278-pomocne-maso-shea

Wszystkie zdjęcia pochodzą z archiwum Katarzyny Wołk.

15 V2013

Kauczukowe cuda

by joanna

Czy znacie problem nadmiaru zabawek? My już dawno doszliśmy do wniosku, że musimy selekcjonować rzeczy, które dostają się w ręce chłopców. Co mogę, to szyję (na przykład matę edukacyjną dla S.), a gdy kupuję, to najchętniej zabawki drewniane. Są trwałe, ładne, naturalne, miłe w dotyku i oryginalne. Ostatnio zainteresowały mnie te wykonane z drzewa kauczukowego, ponieważ ich produkcja jest swego rodzaju recyklingiem drzew.

kauczukowiec_3 (więcej…)

02 V2013

Kibuc Lotan: permakultura na pustyni

by joanna

English version (extended)

lotan_1

Niedawno Organiczni odwiedzili Ghanę – pozostajemy w gorącym klimacie! Tym razem zapraszam Was do… Izraela. Ten ciekawy pod wieloma względami kraj (politycznie również, ale to nie blog o polityce) słynie między innymi z kibuców – realizacji wizji małych społeczności prowadzących niemal samowystarczalne gospodarstwa. Wizja łącząca założenia syjonizmu z socjalizmem była w dużej mierze utopijna, jednak kibuce istnieją do dziś, choć niekoniecznie w takiej formie, o jakiej myślano sto lat temu.

Społeczności, w których nie ma własności prywatnej, jest w miarę sprawiedliwy podział obowiązków, a wszyscy pracują dla wspólnego dobra, są obecne w różnych postaciach, z czego nie zawsze zdajemy sobie sprawę. Choćby squaty, które z ekologią i permakulturą (zrównoważonym rozwojem, dążeniem do budowania systemów równowagi ekologicznej w otoczeniu człowieka) mają bardzo dużo wspólnego.

lotan_6

Przedstawiam Wam rozmowę z Alexem Cicelskim, założycielem kibucu Lotan – szczególnego miejsca na mapie Izraela, które w tym roku obchodzi swoje trzydziestolecie.

J.B. Alex, twoje nazwisko brzmi polsko…?

A.C.: Cicelsky pochodzi od polskiego „cieśla”. Urodziłem się w Stanach Zjednoczonych, moi dziadkowie uciekli tam przed II wojną światową.

Zanim przyjechałem do Izraela, studiowałem rolnictwo, spawanie i projektowanie. Tu [na Pustyni Arava], w wieku 22 lat, założyłem kibuc Lotan.

Kibuc powstał w 1983 roku. Jakie były jego początki?

Kiedy przybyłem do kibucu, nie było w nim dosłownie niczego: jedno drzewo, tylko skały i piasek aż po horyzont. Zasadziliśmy daktylowce, zbieraliśmy cebulę, melony, kukurydzę i pomidory; w miesiącach zimowych stosowaliśmy nawadnianie kropelkowe. Zbiory wysyłaliśmy do europejskich sklepów i zużywaliśmy na własne potrzeby. Czas mijał, społeczność rosła, pary się pobierały, rodziły się dzieci… Dziś Lotan to małe miasteczko z 200 mieszkańcami.

lotan_8

Jak opisałbyś kibuc Lotan?

Jesteśmy zorganizowaną, rosnącą społecznością o nastawieniu ekologicznym, praktykującą egalitarny judaizm postępowy. Skupiamy się na poszanowaniu i wzmacnianiu indywidualnych zdolności naszych mieszkańców. Nie jesteśmy społeczeństwem idealnym, ale staramy się żyć według pewnych ideałów – dbania o siebie nawzajem, bycia zdrowymi i aktywnymi mieszkańcami świata. Celebrujemy rytuały związane z cyklem życia w twórczy i artystyczny sposób. I spędzamy dużo czasu na dworze.

Co jest myślą przewodnią filozofii kibucu Lotan?

Moim zdaniem – takie założenie, że to my, ludzie, jesteśmy na tej planecie aktywnymi uczestnikami tworzenia. Bierzemy odpowiedzialność za to, aby gospodarnie zaspokoić nasze potrzeby. Nasze działania mają głęboki wpływ na naturę, nawet jeśli to niezamierzone, chcemy więc rozwijać się bez szkody dla środowiska. Strategią naszej społeczności jest rozwój gospodarki i społeczeństwa, w którym wszyscy ludzie mają taką samą szansę rozwinąć swoje unikalne możliwości.

lotan_9

Czy udaje się wam żyć w zgodzie z założeniami permakultury?

Niektórzy określają permakulturę jako samowystarczalność. W naszym kibucu w produkcji żywności jest ona nieosiągalna, ponieważ lato jest zbyt gorące, aby starczyło nam jedzenia, nie mamy wystarczająco dużo wody. Zrobiliśmy duże postępy w zakresie produkcji własnej energii elektrycznej za pomocą paneli słonecznych, ale ta jest obecnie ograniczona przez regulacje rządowe oraz wysokie koszty inwestycyjne. Wyzwania związane ze środowiskiem są trudne, ale nauczyliśmy się różnych rozwiązań, wcale nie tak innych od stosowanych w środowisku miejskim – zwłaszcza teraz, gdy zmiana [globalnego] klimatu sprawia, że w miastach jest gorąco zarówno w dzień, jak i w nocy.

Ironia losu, inną definicją zrównoważonego rozwoju jest to, co skłoniło nas do wyboru miejsca kibucu. Chcieliśmy zbudować Lotan na ziemi, której nie dotyczyły konflikty terytorialne między Izraelem a jej sąsiadami. Zdecydowaliśmy się na pustynię Arava, bo w zasadzie nikt nie chciał tu żyć, nie było wątpliwości, że należy ona do Izraela.

lotan_4

Uprawiacie permakulturę na pustyni. Czy to bardzo trudne?

I tak, i nie. Ideą permakultury jest moim zdaniem rozwijanie systemów, które biorą pod uwagę ludzi w określonej społeczności, w określonym miejscu, klimacie oraz dostępne zasoby. Nasza praca zaczęła się od zainicjowania zmian, które biorą to wszystko pod uwagę. Zaczęliśmy od recyklingu – mimo niezdolności władz regionalnych do zbierania odpadów. Wykorzystujemy niebiodegradowalne elementy budowlane, włókna papieru jako dodatek do tynków i odpady organiczne jako kompost. Staramy się produkować żywność bez żadnych pestycydów, herbicydów i nawozów przemysłowych. Odkryliśmy, że możemy zamienić piasek w glebę poprzez dodanie kompostu i doprowadzenie rurami wody do nawadniania.

Do naszych ogrodów zaczęły przylatywać ptaki wędrowne, więc kupiliśmy ziemię przylegającą do kibucu – gdzie znajdowała się opuszczona kopalnia piasku. Posadziliśmy tam lucernę i utworzyliśmy nieduże zbiorniki wodne – dzięki temu powstał rezerwat przyrody dla ptaków wędrownych.

lotan_5

Opowiedz nieco więcej o tym rezerwacie.

Najlepiej pójść tam bardzo wcześnie rano. Mamy swoich przewodników – znawców miejscowej flory i fauny – którzy organizują spacery po parku właśnie o świcie, kiedy ptaki, zarówno wędrowne, jak i żyjące na miejscu, są aktywne. Po oglądaniu ptaków idzie się do jednej z ostatnich wydm po izraelskiej stronie granicy (Jordania leży zaledwie kilka metrów od kibucu!). Można zobaczyć ślady najróżniejszych zwierząt, które przychodzą tam w nocy: węży, jaszczurek, chrząszczy, skorpionów, sów, myszy i myszoskoczków, lisów, wilków, a nawet hien. Pustynia czasem wydaje się pusta, ale tak naprawdę tętni życiem. To delikatny ekosystem, zależny od naszej ochrony.

lotan_2

Jak budujecie swoje domy?

Gotowe domy okazały się zupełnie nieodpowiednie do naszego klimatu. Po kilku latach wydawania zbyt wielu pieniędzy na energię elektryczną potrzebną do schładzania ich w bardzo upalne dni i noce zaczęliśmy sprawdzać rozwiązania techniczne, dzięki którym nasze domy wykonane z naturalnych materiałów są komfortowe przy użyciu niewielkich ilości energii elektrycznej. Bele słomy i kopuły geodezyjne w domach w EcoCampusie używają mniej niż połowę energii potrzebnej do schłodzenia pomieszczeń w porównaniu do standardowych domów. Zimą ogrzewanie nie jest potrzebne w ogóle – domy nagrzewają się wystarczająco dzięki światłu słonecznemu, które przechodzi przez południowe okna.

Czy uprawiacie także rolnictwo biodynamiczne?

Leah Zigmond, nasza ogrodnik, zanim przeniosła się do Lotan, była zawodowym ogrodnikiem biodynamicznym w Zachodniej Wirginii. Przez jakiś czas prowadziła u nas uprawy biodynamiczne, ale teraz po prostu koncentruje się na uprawach ekologicznych.

lotan_7

Co uprawiacie?

Różne sałaty, szpinak, bok choy, boćwinę, brokuły, kalafior, słonecznik, słodkie ziemniaki, kukurydzę, brukselkę, cebulę, kwiaty jadalne, zioła i przyprawy – w tym bazylię, miętę i anyż – rzepę, rzodkiewki, owoce kaktusa, oliwki, guawa, morwę, figi, daktyle…

lotan_3

Czym jest Centrum Ekologii Kreatywnej?

Jest to nasza placówka edukacyjna. Oferujemy warsztaty i kursy, które trwają od jednego dnia do pełnego semestru uczelni (zrównoważona inżynieria). Najbardziej popularnym kursem są sześciotygodniowe Zielone Praktyki (mieliśmy już dwóch polskich absolwentów). To zaawansowany kurs projektowania zgodnego z permakulturą, oferujący wiele godzin praktyki w ogrodnictwie ekologicznym, budownictwie naturalnym, konstruowaniu urządzeń sanitarnych bez wody, inżynierii budowlanej „zrób to sam”, gotowania słonecznego i umiejętności budowania społeczności.

Z czego jesteście najbardziej dumni?

Z naszych dzieci i studentów. Większość z naszych dzieci wybiera roczną pracę wolontariusza, zanim wstępuje do armii [służba wojskowa w Izraelu jest obowiązkowa i dotyczy wszystkich – J.B.]. Nasi studenci robią niesamowite rzeczy w Izraelu i na całym świecie. Do ich inicjatyw należą: zarządzanie ekoedukacją parków wzorowanych na Lotan w Palestynie i Jordanii, prowadzenie kursów permakultury w Palestynie, organizowanie społeczności w Chinach, budowanie centrum dziedzictwa sztuk performatywnych w Ghanie, dzięki czemu wieś dostaje zatrudnienie, budowanie domu dziecka – farmy w Namibii, nauczanie rolnictwa ekologicznego w Kamerunie, Kenii i Nigerii, prowadzenie obozów letnich dla dzieci miejskich w Aspen Colorado, nauka vermiculture (kompostowania za pomocą robaków [sic!]) w Berkeley w stanie Kalifornia, wdrażanie ogrodów w szkołach w Cambridge (MA), Idaho, Nowym Jorku, nauczanie zdrowego gotowania na „pustyni żywności” w Lynchburg (Virginia), opracowanie dźwiękowych systemów sanitarnych [sound sanitation systems] w Ekwadorze i Peru oraz tworzenie darmowej aplikacji EcoGuide na iPhone’a, a teraz również na wszystkie komputery i smartfony: www.kibbutzlotan.com/ecoguide.

W kibucu pracują różni wolontariusze. Czy każdy może do was dołączyć?

Mamy ograniczoną liczbę miejsc dla wolontariuszy. Nasi ekowolontariusze pracują w ogrodzie, przy konserwacji terenu, są też nauczycielami, więc musimy ich angażować na dłuższy czas. Wolimy wybierać wolontariuszy z tych osób, które ukończyły nasze Zielone Praktyki. Dla tych, którzy chcą przyjechać na krótko, mamy ofertę „płać na swój sposób”. Płacą za pokój i wyżywienie, a pracują w ramach naszego zespołu i uczestniczą w niektórych zajęciach prowadzonych w trakcie pobytu.

Dziękuję za rozmowę!

Zdjęcia/pictures: Center for Creative Ecology www.kibbutzlotan.com

Informacje:

http://www.kibbutzlotan.com

www.facebook.com/lotan.ga

www.facebook.com/lotan.kibbutz

www.facebook.com/kibbutzlotan

24 IV2013

Czyimi rękami powstaje masło shea? Opowieść o Ghankach

by joanna

Masło shea już na zawsze będzie mi się kojarzyło z niezwykłą historią afrykańskich kobiet, których ciężka praca trwa od świtu do nocy. Tu znajdziecie wywiad z Katarzyną Wołk na temat WISDAP – organizacji wspierającej kobiety w Ghanie. Przeczytajcie kolejną rozmowę z Kasią, która miała okazję zobaczyć, jak żyją Ghanki z północnej części kraju, pracujące przy zbiorach orzechów shea.

J.B.: Zacznijmy od samych owoców masłosza, drzewa, które zapewnia byt ghańskiej wsi… Czym się charakteryzują?

K.W.: Owoc drzewa masłowego przypomina wielkością i kształtem śliwkę. Drzewa owocują każdego lata na przełomie stycznia i lutego, nasiona dojrzewają w marcu–maju, zbiory trwają od połowy maja do końca czerwca, kończą się na początku lipca. Z jednego drzewa zbiera się przeciętnie 15–20 kg owoców, a z nich uzyskuje się 3–4 kg orzechów. Każda kobieta zbiera tyle, ile może jednorazowo zabrać, niosąc na głowie do domu, czyli wielką michę. Owoce się gotuje, obiera i wyłuskuje orzech, który następnie trzeba wysuszyć.

Owoce się zbiera, nie zrywa. Kobiety wychodzą o świcie w sawannę bez najmniejszego zabezpieczenia. Bose nogi i gołe ręce… a w porze deszczowej w wielu miejscach jest bujna trawa, która kryje niespodzianki w postaci jadowitych węży i skorpionów.

(więcej…)

16 IV2013

Masło shea. Opowieść o kobietach z Ghany

by joanna

maslo_shea

Miałam pomysł, żeby napisać o maśle shea. Jest to składnik wielu naturalnych kosmetyków kupowanych przez Polki, często także używa się go w czystej postaci. W Afryce jest popularnym tłuszczem używanym w kuchni, my – Europejki – raczej się nim smarujemy, ponieważ ma wspaniałe właściwości nawilżające i przeciwdziałające starzeniu się skóry, znakomicie się wchłania, ujędrnia, zapobiega rozstępom i niweluje cellulit. W gorącym klimacie Czarnego Lądu używa się go jako naturalnego zabezpieczenia przed promieniami słonecznymi. (więcej…)

08 IV2013

Wegański manicure – czy już to znacie?

by joanna

Salon Nailed It zasługuje na uwagę z dwóch powodów. Po pierwsze, można tu przyjść na prawdziwy wegański, ekologiczny manikiur i pedikiur. Po drugie, można tu przyjść z dzieckiem w każdym wieku i być pewną, że w razie potrzeby zajmie się nim… męska niania. Gdzie? Na Dolnym Mokotowie w Warszawie.

Przyznaję, to był pierwszy profesjonalny manikiur w moim życiu! Zdecydowałam się tylko dlatego, że oferta salonu mnie zaintrygowała. A jego właścicielka Olga Urbowicz zadbała o to, żebym wyszła zadowolona. I z wywiadem!

nailed_1

J.B.: Jakie były początki salonu Nailed It?

O.U.: Paznokciami zajmowałam się już w liceum. I choć po drodze robiłam różne rzeczy, na przykład ubierałam aktorów, to jednak paznokcie były zawsze najważniejsze. Pracowałam też w różnych salonach, najpierw w swojej rodzinnej Częstochowie, potem w Warszawie. Kiedy cztery lata temu zdecydowałam się na pierwsze dziecko, przeszłam na swój rachunek – jeździłam do klientek, one jeździły do mnie…

Aż otworzyła pani własne miejsce.

Tak, 1 marca tego roku – więc działa naprawdę od niedawna. Zdecydowałam się na to przy drugim dziecku [Józek ma 3 miesiące – przyp. J.B.]. To miejsce jest z założenia kameralne – nie będzie szyldu, nie będzie godzin od – do. Można mnie znaleźć przez Facebooka, wkrótce także przez stronę internetową, i na tym bazuję. Jeśli chodzi o umawianie się, jestem elastyczna – dzięki temu, że mogę wziąć do pracy dziecko.

A jak powstała koncepcja salonu z manikiurem wegańskim?

Sama nie jestem weganką ani nawet wegetarianką, natomiast staram się żyć ekologicznie, zarówno pod względem stosowania detergentów, jak i kupowania zdrowej żywności, używałam też pieluch wielorazowych. Kiedy byłam w ciąży z Józkiem i myślałam o swoim salonie, wiedziałam, że nie może tu śmierdzieć zmywaczem czy lakierami. I tak ten zapach w pewnym stopniu tu jest, bo kosmetyki ekologiczne też zawierają na przykład alkohol, ale jest to zupełnie inna skala.

Czego pani używa w swoim salonie?

Przede wszystkim ekologicznego zmywacza i wegańskich lakierów. Zwykłe lakiery zawierają na przykład keratynę, formaldehydy i toluen, składniki odzwierzęce. Ja używam produktów amerykańskiej firmy Zoya, które ich nie mają. Marka Zoya jest dostępna wyłącznie w salonach. Wyróżnia się tym, że inne firmy ekologiczne mają w ofercie 30–40 kolorów – Zoya ma ich 400. A zmywacze są produkowane na bazie soi. Mają o wiele lżejszy zapach niż zwykłe zmywacze.

Czy lakiery są równie trwałe co tradycyjne?

Tak, lakiery mają porównywalną trwałość – około tygodnia na mocnej płytce paznokciowej. Natomiast baza pod lakier Zoya jest moim zdaniem o wiele lepsza niż te zwykłe. O wiele lepiej się na niej maluje. A lakiery, jak zauważyłam, nie gęstnieją tak szybko jak inne. W dodatku widać po nich, że nie zaklejają płytki, tylko pozwalają paznokciom oddychać. Nie przesuszają też płytki paznokciowej.

Co jeszcze ekologicznego i wegańskiego ma pani w swojej ofercie?

W mojej ofercie jest na przykład manicure SPA – manicure z peelingiem i maseczką, który właśnie pani wykonuję. Składniki do nich przygotowuję sama z ekologicznych, certyfikowanych składników. Zdecydowałam się na to z dwóch powodów: po pierwsze, mam pewność, że w składnikach nie znajdzie się nic, co może być pochodzenia zwierzęcego. Jeśli zapewniam moje klientki, że maseczka czy peeling są wegańskie, muszę wiedzieć, czego używam. Po drugie, samodzielne przygotowanie kosmetyku jest o wiele tańsze niż kupienie gotowego.

nailed_2

Skąd bierze pani przepisy?

Wyszukuję w internecie – najpierw szukałam gotowych przepisów, teraz staram się sama komponować kosmetyki. Czytam dużo na temat działania różnych ziół, aby przygotowywać klientkom kąpiele stóp, pod kątem najróżniejszych problemów. Dążę do tego, żeby moc przygotować dowolną kompozycję – a kiedy kupię lodówkę, to dopiero się zacznie [śmiech]. Będę mogła robić własne kremy, bez lodówki to niewykonalne.

A jak ocenia pani zainteresowanie manikiurem wegańskim?

Jest coraz większe. Coraz więcej klientek trafia do mnie właśnie dlatego, że mam taką ofertę. Choć, jak zaznaczałam, nie jestem weganką, nie siedzę w tym środowisku, więc nie tak łatwo się o mnie dowiedzieć.

Czym mnie pani teraz smaruje?

Smaruję olejem kokosowym, płatkami róży, olejem migdałowym, jojobą – z cukrem trzcinowym… Wszystko z ekologicznych składników.

Wszystko to zmieszała pani przed chwilą w miseczce.

Tak, to jest peeling cukrowy, który w odróżnieniu od gotowych kosmetyków nie rozprowadza się równie łatwo, natomiast działanie ma dużo, dużo lepsze – choćby dlatego, że jest świeżo wykonany. Czekam jeszcze na ekspres do kawy – będę wtedy mogła robić rewelacyjny peeling z fusów kawowych. Kawa ma działanie antycellulitowe, ujędrniające, przeciwzmarszczkowe. Peeling fusami – najlepiej parzonymi, bo są delikatniejsze – znakomicie ujędrnia skórę.

Czyli możemy wziąć zwykłe fusy po kawie i zrobić sobie peeling w domu?

Oczywiście, wystarczy dodać na przykład oleju rzepakowego. Wszyscy mówią, że oliwę z oliwek, ale ja promuję nasz polski olej, jest tak samo dobry, a przecież tańszy.

Zmyłam już peeling… Co będzie dalej?

Maska. Niezwykłe właściwości wygładzające ma miód – można go stosować nawet na twarz. Tu nie ma nic skomplikowanego: są płatki owsiane, siemię lniane i miód. Każdy może sobie wykonać taką maseczkę, choć w domu dużo lepsze są maseczki z ziemniaka.

Ziemniaka…?

Tak. Okazuje się, że ziemniak gotowany w skórce ma niesamowite właściwości pielęgnacyjne dla dłoni i paznokci. Nie ma nic lepszego niż ziemniak z ciepłym mlekiem – nie musi być krowie, może być sojowe, owsiane, ryżowe… trzeba po prostu rozgnieść ziemniaka ze skórką, dodać mleko, można też dołączyć miód czy konfitury z kwiatów dzikiej róży, które nadadzą przyjemny zapach. Jeśli chcemy wybielić dłonie, dodajmy sok z cytryny.

nailed_3

Józio już się niecierpliwi…

On zna już zasady, jakie tu są [śmiech]. Pomaluję teraz paznokcie bazą i będę miała dla niego chwilę. Jedna warstwa, trochę czasu dla Józia, druga warstwa… I już!

Jestem ogromnie zadowolona z efektu! Na pewno przyjdę do pani na pedikiur.

Zapraszam – pedikiur to także moczenie stóp w ziołach, możliwość peelingu, nałożenia maski, nakremowanie… Każda klienta ma u mnie własny zestaw pilników podpisany imieniem i nazwiskiem – będzie na panią czekał.

Dziękuję bardzo za rozmowę i wspaniały, relaksujący manikiur!

 

Salon Nailed It https://www.facebook.com/naileditwarsaw

Dla ciekawych – ceny (kwiecień 2013 r.):

  • Vegan manicure 50 zł
  • Vegan pedicure 80 zł
  • Vegan spa manicure 70 zł
  • Vegan spa pedicure 100 zł
  • Hybrydowy manicure 75 zł
  • Ściąganie hybrydy 50 zł
  • Japoński manicure 70 zł
  • Utwardzanie płytki żelem 145 zł
  • Uzupełnienie żel 125 zł
  • Malowanie paznokci 20 zł
  • Wzory na paznokciach 20–70 zł

W cenę każdego zabiegu wliczone jest nawilżanie dłoni/stóp oraz malowanie paznokci na jeden kolor lub frencz.

26 III2013

Tonga – pakuj dziecko do siatki!

by joanna

tonga_2

Uwaga, uwaga, od dziś będziemy publikować wywiady! Z ciekawymi osobami, na ciekawe tematy…

Na pierwszy ogień poszła Maja Raczyńska-Kaczmarek, mama dwóch chłopców, prowadząca SklepwKropki.pl, popularyzatorka Tongi – niezwykle pomysłowego nosidełka, którego używam i które reklamuję gdzie się da.

Tongę zobaczyłam przypadkiem na Facebooku, tuż przed imprezą w Forcie Sokolnickiego w Warszawie, gdy byłam w 4. miesiącu drugiej ciąży i myślałam o jakimś sprytnym nosidle.
S. trafił do siateczki jak mała rybka, kiedy miał może dwa tygodnie. Dziś ma prawie pięć miesięcy i tam gdzie S., tam ja i Tonga na podorędziu. O tym, jak nosić maluszki, możecie przekonać się tu (na zdjęciu – ja i S.). A o tym, że Tonga jest niezwykłym wynalazkiem, przeczytacie poniżej.

tonga_1

J.B.: Kiedy pierwszy raz spróbowałaś Tongi? Co cię w niej urzekło?

M.R.-K.: Pierwszy raz zobaczyłam Tongę na spotkaniu z Claude Didierjean-Jouveau, autorką książeczki „Nosimy nasze dziecko” (wyd. Mamania) [około 3 lat temu – przyp. J.B.]. Zauważyłam podczas spotkania Tongę u jednej z mam, a i w samej książce Tonga jest serdecznie polecana. Mój młodszy synek miał wtedy 2 miesiące. Byłam doświadczoną chustomamą, starszy synek lubił się nosić. Rozglądałam się jednak za czymś prostszym, mając w perspektywie wożenie starszaka do przedszkola z maleństwem u boku. Jak się potem okazało, prostota i funkcjonalność Tongi procentowały, gdy dwa razy dziennie niosłam Maleństwo do i z przedszkola, prowadząc starszego synka spokojnie za rękę.

Jaka jest historia tego nosidełka? Czym zostało zainspirowane?

Wynalazczyni Tongi Arlette Schlegel-Liebert jako antropolog zwiedziła sporą część świata i zawsze bacznie przypatrywała się sposobom, w jaki ludzie w różnych kulturach noszą swoje dzieci. Do stworzenia Tongi dla własnych dzieci zainspirowały ją m.in. siatki do łowienia ryb w Bretanii i amazońscy Indianie, a sama nazwa „Tonga” oznacza „nosić”.

Poznałaś Arlette Schlegel Liebert. Jaka to osoba?

Jestem z nią w kontakcie, to przemiła starsza pani, mieszkająca w Paryżu. Produkuje swoje nosidełko już od lat 80. ubiegłego wieku. To niemal manufaktura, krótkie serie, co jakiś czas zmieniane kolory i niewielka dostępna liczba sztuk. Dzięki temu, że pomysłodawczyni trzyma pieczę nad całością powstawania nosidełka, zachowane są jakość i wzornictwo. Za tą marką nie stoi żaden wielki koncern, potężny marketing ani budżety reklamowe. Renomę Tongi budują dobre opinie matek i ojców, którzy polecają kolejnym rodzicom to nietypowe, niewielkie i poręczne nosidełko.

A twoim zdaniem największe zalety Tongi to…

Zaletami Tongi są m.in. mały rozmiar, lekka i prosta konstrukcja, łatwa regulacja, dobrej jakości wytrzymała bawełna.

Jednak cena nosidełka może wydać się niektórym wygórowana – za co tak naprawdę płacimy? Jakie atesty ma Tonga?

Tonga jest w całości produkowana we Francji. Zarówno siatka, jak i klamra mają niezbędne atesty wytrzymałości i bezpieczeństwa. Bawełna, z której utkana została Tonga, i barwniki użyte do jej koloryzacji są certyfikowane. Tonga jest opatentowana i zgodna z normą europejską 13209-2, ma nośność od 3,5 do 15 kg. Cena nosidełka, którego możemy używać niemal od urodzenia do prawie 3. roku życia dziecka, w porównaniu z innym produktami dla dzieci z tej kategorii, nie jest ani wygórowana, ani niska. Kupując Tongę, płacimy za dobry design, funkcjonalność, pomysł i wykonanie w UE. Rzeczy dziecięce zawierają też 23% VAT, który dosyć znacznie rzutuje na cenę detaliczną.

A jak myślisz, ile osób w Polsce ma już Tongę?

Często widzę na ulicy czy w sklepie sytuacje, w których aż się prosi, żeby dźwigający dziecko na biodrze rodzic dał odpocząć swojej ręce i kręgosłupowi, używając Tongi. Jednak popularność tego kieszonkowego nosidełka rośnie podobnie jak zaufanie do najprostszych rozwiązań. Szacuję, że dziś Tongę ma w Polsce około 250–300 osób.

Gdzie możemy ją kupić?

Nosidełko można nabyć w pierwszym sklepie internetowym, który popularyzuje Tongę www.sklepwkropki.pl.

Jakie kolory są najpopularniejsze?

Z mojego doświadczenia wynika, że serca polskich rodziców podbiła Tonga tęczowa, ten wzór zdecydowanie najlepiej się sprzedaje.

tonga_3

Czy Tongę kupują również ojcowie?

Mężczyźni, którzy raz przymierzyli Tongę, szybko stają się jej zwolennikami. Trafia do nich prostota tego nosidełka, cenią sobie jego niewielkie gabaryty i fakt, że nie muszą się zawijać w zwoje bawełny ani zapinać w kolejne szelki i sprzączki. Panowie stanowią znaczny odsetek klientów mojego sklepu internetowego.

Widziałam już pieluszki wielorazowe w skali „dla misia”, może jest więc wersja Tongi mini dla lalek?

Niestety, wersji mini dla lalek jeszcze nie powstała, ale może podsunę ten pomysł Arlette. Byłby to polski wkład w rozwój tego nosidełka :)

Dziękuję za rozmowę i trzymam kciuki, żeby Tonga zdobywała coraz większą popularność!