17 V2015

Parafina w kosmetykach – dlaczego nie?

by joanna

Uciążliwe problemy skóry wymagającej (na przykład z AZS) często wymuszają szeroko zakrojone poszukiwania kosmetyków, które przyniosą ulgę, odżywią, odbudują, wyleczą miejsca ze zmianami.

Od kilku lat testuję kosmetyki przeznaczone do pielęgnacji skóry z atopowym zapaleniem – testuję je na mężu i synach (sama szczęśliwie nie mam AZS). Chociaż nie jestem kosmetologiem, gromadzę wiedzę teoretyczną i praktyczną, staram się wypośrodkować skrajne opinie i znaleźć odpowiedź, jak pomóc uszkodzonemu naskórkowi, aby na dłuższą metę nie zaszkodzić. Prowadzę też spis kosmetyków przeznaczonych do skóry z AZS (patrz: Dermokosmetyki do skóry z AZS: kąpiel i prysznic bez parafiny i z parafiną).

paraffinum_liquidum_0 (więcej…)

31 XII2014

Czy boraks jest ekologiczny?

by joanna

W kilku swoich przepisach polecam boraks jako znakomity, ekologiczny środek, m.in. odkażający. Używam go naprawdę długo i oczywiście rozsądnie (trzymam go zawsze w zamkniętym, opisanym opakowaniu, wysoko – na szafce pod sufitem, gdzie dzieci nie sięgną). W domu mam dwoje dzieci, dlatego sprawdziłam dokładnie, czy boraks może być dla nich niebezpieczny i w jakiej postaci.

Przeczytaj:

Większość gotowych „mocnych” detergentów (np. tych do czyszczenie muszli klozetowej) jest znacznie bardziej niebezpieczna dla otoczenia niż boraks. Zebrałam na to kilka dowodów.

Czy boraks jest ekologiczny?

Czy boraks jest ekologiczny?

(więcej…)

06 IV2014

Czy soda oczyszczona jest ekologiczna?

by joanna

Jak już wiecie, lubię sprawdzać, czy coś, co nazywa się ekologicznym, naprawdę jest przyjazne dla środowiska. Soda oczyszczona (wodorowęglan sodu) jest jednym z najbardziej popularnych ekologicznych środków czyszczących. Bezpieczna dla otoczenia – przecież możemy ją nawet spożywać – ma wspaniałe właściwości czyszczące i odkażające. Sama używam sody i jej pochodnych (soda kalcynowana, nadwęglan sodu) w dużych ilościach, zastępuje mi  ona środki czyszczące wszelkiej maści (jest np. w tabletkach do zmywarki czy proszku do prania). Przy większym zużyciu pojawia się pytanie: czy spuszczając sodę oczyszczoną do kanalizacji, nie powoduję jednak jakiegoś zanieczyszczenia środowiska? Jeśli coś ma być ekologiczne, powinno być bezpieczne dla środowiska podczas używania, pozyskiwane w sposób bezpieczny dla środowiska i niezwiązany z dużym śladem węglowym (czyli transport związany z produkcją i sprzedażą jest zminimalizowany).

soda_oczyszczona_lyzeczka

Soda oczyszczona a wybuchowy żołądek

Zajrzałam do karty charakterystyki sody i przeczytałam, że:

Wodorowęglan sodu w wodzie ulega dysocjacji do jonów sodu i diwęglanowych.

Oraz:

W środowisku wodnym wodorowęglan sodu jest zdysocjowany. Zarówno jony sodowe jak i wodorowęglanowe występują w przyrodzie, i ich stężenia w wodach powierzchniowych są zależne od wielu czynników: parametrów geologicznych, warunków atmosferycznych i działalności człowieka.

Czyli soda oczyszczona rozpuszczona w wodzie nie powoduje zagrożenia dla środowiska. Nie jest również szczególnie groźna w postaci proszku (może powodować kaszel i kichanie, jeśli ktoś postanowi ją wdychać). Spożycie sody oczyszczonej w niewielkich ilościach bywa nawet zalecane, nawet w większych ilościach soda oczyszczona nie jest trująca, ale w naprawdę dużych ilościach może spowodować rozerwanie żołądka (!) – ponieważ kwasy żołądkowe reagują z alkaliczną sodą i uwalnia się dwutlenek węgla.

Pierwszy ekowarunek – nieszkodliwość dla otoczenia – spełniony.

Pozyskiwanie sody: śmierdzi amoniakiem

Sodę oczyszczoną można pozyskać ze źródeł naturalnych oraz syntetycznie. Jak czytamy w „Bilansie gospodarki surowcami mineralnymi w Polsce i na świecie 2009″ (skądinąd bardzo ciekawe źródło informacji o polskich i światowych zasobach mineralnych):

Do surowców sodowych zalicza się rozmaite gatunki naturalnych węglanów i siarczanów sodowych pozyskiwanych ze złóż, jak i ich syntetyczne odpowiedniki. Spośród naturalnych węglanów największe znaczenie mają złoża trony Na3H[CO3]•2H2O i sody rodzimej Na2CO3•10H,2O, dostarczające 30% produkcji węglanów sodu. Pozostałe ok. 70% ich podaży przypada na syntetyczny węglan sodowy (soda kalcynowana), uzyskiwany metodą Solvaya z solanki i wapieni.

Pokłady trony znajdują się przede wszystkim w Stanach Zjednoczonych oraz w Kenii, soda rodzima z kolei jest wydobywana w USA, Meksyku, Botswanie, Chinach, Rosji i Kazachstanie. W Polsce, jak mniemam, nie ma żadnego znaczącego źródła tych minerałów, stąd produkcja sody oczyszczonej odbywa się metodą syntetyczną (metodą Solvaya – otrzymuje się węglan sodu, a po jego rafinacji – wodorowęglan sodu). Do takiej produkcji używa się zasobów występujących w Polsce: soli kamiennej i wapieni. Co ciekawe, polska soda kaustyczna i soda kalcynowana są towarem eksportowym i wysyła się je m.in. do Indii czy Ekwadoru (nie mam danych na temat sody oczyszczonej).

Krajem, gdzie sodę pozyskuje się ze złóż naturalnych, są Stany Zjednoczone (złoża trony w Wyoming).

Trona(small)

Trona. Źródło: http://en.wikipedia.org/wiki/File:Trona(small).jpg

Metoda syntetyczna nie jest do końca ekologiczna (wykorzystywany jest amoniak), jednak w warunkach laboratoryjnych przebiega bezpiecznie. Kontrowersyjny amoniak jest silnie toksyczny, ale to nie on jest odpadem, który powinien nas niepokoić.

Odpadami w produkcji sody kalcynowanej są: NaCl (sól), CaCl2 (chlorek wapnia), Ca(OH)2 (wodorotlenek wapnia), CaCO3 (węglan wapnia), CaSO4 (siarczan wapnia), SiO2 (ditlenek krzemu). Jak pisze Wikipedia:

Do osadników ziemnych kieruje się osady z oczyszczania solanki i osad CaCO3 z kaustyfikacji sody i ewentualnie inne odpady. Osadniki te noszą nazwę „białych mórz”.

bialemorze_janikowo

Białe morze w Janikowie

Czyli odpady produkcyjne z zakładów sodowych są częściowo odzyskiwane, a częściowo wpuszczane w ziemię. Powstają tzw. białe morza, które powodują skażenie gleby, wód gruntowych i naturalnych zbiorników wodnych (silne zasolenie, zanieczyszczenie chlorkiem wapnia).

bialemorze_matwy

Białe morze w Mątwach.

W Polsce takie białe morza można spotkać m.in. w okolicach Jaworzna. Wokół nich z czasem powstaje nienaturalny ekosystem. Obszary takie można jednak rewitalizować – przykładem mogą być tereny po Krakowskich Zakładach Sodowych Solvay.

Zrewitalizowane tereny białego morza w Krakowie.

Zrewitalizowane tereny białego morza w Krakowie.

Drugi warunek – produkcji bezpiecznej dla środowiska – moim zdaniem nie jest spełniony tak, jak bym sobie to wyobrażała.

Krótka droga

Dzięki temu, że mamy w Polsce naturalne surowce wykorzystywane do produkcji sody, jej ślad węglowy prawdopodobnie jest niewielki. Gdyby sprowadzać sodę oczyszczoną ze Stanów Zjednoczonych, gdzie pozyskuje się ją z naturalnych złóż trony, byłoby to związane z transportem kosztownym dla środowiska (nie mówiąc już o kosztach importu i cenie samej sody). Można się zastanowić nad obciążeniem środowiska podczas wydobywania jakichkolwiek surowców – ale to temat na osobne dochodzenie.

Czy soda oczyszczona jest ekologiczna?

Soda oczyszczona, według mojej wiedzy, jest mniej ekologiczna, niż byśmy chcieli. Ponieważ w Europie nie mamy źródeł trony, z której można uzyskać sodę kalcynowaną (z której następnie powstaje soda oczyszczona), w Polsce produkuje się sodę metodą syntetyczną z polskich zasobów mineralnych. Z jednej strony ogranicza to ślad węglowy, z drugiej – przyczynia się do powstawania złóż odpadów szkodliwych dla środowiska. W niektórych krajach (np. Australii) zamiast składowania takich wapiennych odpadów spuszcza się je prosto do mórz (czy to jest ekologiczne???).

Jako środek czystości soda oczyszczona jest z pewnością przyjazna dla środowiska, nieporównanie bardziej ekologiczna niż śmierdzące i żrące środki czystości sprzedawane w sklepach. Nie łudźmy się jednak, że jest to naturalny środek do czyszczenia – 70% światowej produkcji sody oczyszczonej to produkcja syntetyczna, związana ze szkodliwymi odpadami.

Na pewno jednak także produkcja tych gotowych środków czystości niesie za sobą szkodliwe odpady, więc:

  • obiektywnie rzecz biorąc, soda oczyszczona jest środkiem umiarkowanie ekologicznym,
  • na tle innych środków czyszczących soda oczyszczona jest prawdopodobnie jednym z najbardziej nieszkodliwych środków czyszczących,
  • najbardziej ekologiczne jest używanie sody oczyszczonej uzyskiwanej ze złóż trony, tam, gdzie złoża te występują.
06 III2014

Co to znaczy „ekologiczny”?

by joanna

Po roku prowadzenia bloga Organiczni powinnam bez wahania odpowiedzieć na pytanie, co oznacza słowo „ekologiczny”.

Według Słownika Języka Polskiego PWN „ekologiczny”  to:

1. «dotyczący związku warunków zewnętrznych z życiem roślin i zwierząt»

2. «związany z ochroną środowiska»

3. «wyprodukowany ze składników naturalnych»

To oczywiście ogólne definicje słowa, które robi niezwykłą karierę w naszym języku jako słowo-klucz, wytrych do umysłów, serc i naszych  kieszeni.

Po słowackiej stronie granicy - tuż pod potravinami.

Po słowackiej stronie granicy – tuż pod potravinami.

Im dłużej zajmuję się pojęciem ekologii, tym więcej pytań stawiam i coraz większe mam wątpliwości, czy wolno nam zdawać się na etykietki, certyfikaty i slogany, że coś jest „eko”. Greenwashing – używanie hasła „eko” w nieetyczny sposób – jest na porządku dziennym, ponieważ ekologia to pieniądze. Dlaczego jedna rzecz (jak nadwęglan sodu), sprzedawana w normalnym sklepie, kosztuje np. 8 zł, a ta sama, tylko w innym opakowaniu, z zielonym listkiem i pod znaną marką – już 16 zł? Dlaczego za ekologiczne ziemniaki kupowane prosto od rolnika płacę 2 zł za kilogram, a w sklepie 6 zł? Jak często jesteśmy nabijani w butelkę, kiedy chcemy jak najlepiej – a wychodzimy jak najgorzej…?

Ekologiczny – w moim mniemaniu – to taki, który naprawdę jest związany z ekologią, czyli nauką i wiedzą o funkcjonowaniu przyrody.

Globalizacja nas osaczyła, nie uciekniemy przed wielkimi koncernami, które uzależniły nas między innymi od swoich dostaw paliw. Oczywiście, można mieć chatkę w lesie i palić w niej drzewem, a myć się w jeziorze. Jednak gdyby wszyscy ludzie tak żyli, czy rzeczywiście byłoby to korzystniejsze dla naszej planety?

tatry

Tatry widziane od zachodu.

Żeby być ekologicznym, trzeba wątpić, szukać, pytać i myśleć. Ważyć: co szkodzi planecie, co szkodzi mojemu otoczeniu, co szkodzi mnie? Co jest groźniejsze dla moich dzieci: choroba czy szczepionka przeciw niej? Co bardziej psuje klimat i zanieczyszcza przyrodę – koncerny naftowe czy hodowla zwierząt futerkowych? Jakie źródło energii jest najwydajniejsze, a jednocześnie najczystsze – milion wiatraków czy elektrownia jądrowa?

Myślę, że nie ma jednej odpowiedzi, ale dopóki szczerze jej szukamy, dopóty postępujemy uczciwie wobec naszej planety. Szukam razem z Wami!

16 II2014

Nadwęglan sodu – ekologiczny wybielacz

by joanna

W moim domowych laboratorium robi się coraz ciekawiej. Ostatnim nabytkiem jest nadwęglan sodu Na2CO3•1,5H2O2, przydatny m.in. w kuchni i łazience. Pewnie nawet nie wiecie, że jest to popularny składnik proszków do prania i tabletek do zmywarek. (Ach, te „aktywne cząstki tlenu”! Nic innego, tylko nadwęglan sodu!).

NS_1

Nie od dziś mówię, że znacznie taniej i bardziej ekologicznie wyjdzie nam samodzielne przygotowywanie środków czyszczących. Kilogram NS na allegro kosztuje 7 zł (plus przesyłka kilka zł). Kilogram nadwęglanu sodu to około 33 łyżek stołowych.

Dziś przygotowałam tabletki do zmywarki z nadwęglanem sodu – już jutro będę wiedziała, czy nowy skład równa się ulepszony skład i na pewno zdam Wam relację!

Bezpieczeństwo

Nadwęglan sodu nie jest produktem niebezpiecznym, o ile przestrzegamy standardowych zasad higieny pracy. Przede wszystkim jest to substancja chemiczna, którą trzymamy z dala od dzieci. Po drugie, nie dopuszczamy do kontaktu nadwęglanu sodu z ogniem lub źródłem silnego ciepła.

Nadwęglan sodu nie jest produktem niebezpiecznym dla zdrowia (LD50 – szczur, doustnie: 2200–2400 mg/kg, LDL0, królik, przez skórę > 2000 mg/kg – nie został zakwalifikowany jako substancja groźna dla życia lub zdrowia), aczkolwiek działa drażniąco na układ oddechowy, pokarmowy oraz oczy.

Jest bezpieczny dla środowiska naturalnego: rozpuszczalny w wodzie, nie ulega biokumulacji, ulega rozkładowi chemicznemu.

NS_2

Zastosowanie

Nadwęglan sodu znany jest najbardziej ze swoich właściwości utleniających – dzięki reakcji chemicznej zachodzącej w wodzie (powstaje woda utleniona, a dokładnie rozpada się na tlen, wodę i węglan sodu) możemy uzyskać efekt wybielający np. prania.

Pranie

Wystarczy wsypać do prania 1,5–2 łyżki stołowe nadwęglanu sodu, dzięki czemu białe i jasne tkaniny nie będą żółkły ani szarzały. NS powinien usuwać także trudne plamy (jeszcze nie miałam okazji się przekonać), takie jak z herbaty, wina, warzyw. Dla uzyskania najlepszego natychmiastowego efektu należy:

  • ustawiać temperaturę prania na co najmniej 40°C

lub

  • moczyć tkaninę przez kilka godzin w roztworze 2 łyżek nadwęglanu sodu rozpuszczonych w 3 l ciepłej wody, a następnie uprać w pralce w dozwolonej temperaturze.

Uwaga, rozjaśnia kolory – można go używać do tkanin, które łatwo nie tracą barw. Nie należy używać do prania jedwabiu i wełny.

Czyszczenie – ogólnie

Według różnych źródeł nadwęglan sodu znakomicie sprawdza się w czyszczeniu plam i zabrudzeń z najróżniejszych powierzchni. Roztworem z NS (3 łyżki na 3 l ciepłej wody) można czyścic dywany, zasłony. A nawet suknie ślubne!

Kuchnia – przykładowe użycia

Do zwykłego czyszczenia powierzchni np. w kuchni można użyć roztworu 3 łyżki NS na litr ciepłej wody, jeśli jednak strasznie zapuściliśmy mieszkanie – podwajamy ilość nadwęglanu sodu.

Aby usunąć osad z dzbanka do kawy, wsypujemy 3 łyżki nadwęglanu sodu do dzbanka pełnego gorącej wody zostawiamy na 15 minut i dokładnie spłukujemy. Nadweglanem sodu można także oczyścić ekspres do kawy – roztwór NS wlewamy zamiast wody i włączamy maszynę. Płuczemy kolejnym cyklem, tym razem z czystą wodą.

Łazienka

Czyszczenie toalety: wsypujemy NS do muszli sedesowej (około 10 łyżek), czekamy 15 minut, czyścimy np. szczotką klozetową i spłukujemy.

Usuwanie pleśni

Jeśli mamy zagrzybione ściany, przed malowaniem możemy oczyścić je roztworem z nadwęglanu sodu naniesionym na zapleśniałą powierzchnię za pomocy pędzla lub gąbki. Roztwór zmywamy po pół godzinie (razem z pleśnią).

Inne

Nadwęglan sodu przyda się do czyszczenia tak naprawdę wszystkiego – mebli ogrodowych, drzwi, namiotów, kociej kuwety… Tu znajdziecie dokładniejsze przepisy (po angielsku).

NS_3

Podsumowanie

Nadwęglan sodu to bezpieczny, tani i sprawdzony związek chemiczny, z którego łatwo przyrządzimy środek czyszczący do naszego domu. Jest ekologiczny i niegroźny (aczkolwiek chowamy go przed dziećmi i nie trzymamy w pobliżu źródeł ognia).

Zachęcam Was do samodzielnego wypróbowania, jak przyjemnie jest być małym chemikiem i uzyskiwać wielkie efekty niewielkim kosztem. Polecam!

Gdzie kupić nadwęglan sodu? Na przykład w Drogerii Ekologicznej.

11 XI2013

Fenyloetyloamina – sprawczyni niejednej migreny?

by joanna

Tak to już jest: coś, co nasz organizm produkuje samodzielnie, aby działać sprawnie, przyjmowane w postaci pokarmu może nieźle namieszać w homeostazie. Każdy z nas jest inny i różnie reagujemy na wszelakie składniki pożywienia. Jednym szkodzi marchewka, a innym jabłko (ale wszystkim szkodzi cukier, naprawdę!). Mnie być może szkodzi fenyloetyloamina – podejrzana o wywoływania moich paskudnych migren.

fenyloetyloamina

Czym jest fenyloetyloamina? Wiadomości na stronie Wikipedii są dosyć skąpe, jeśli chodzi o interesujące mnie podejście do tematu. Oprócz właściwości chemicznych opisano tam prawdopodobne właściwości tej aminy, naturalnie występującej w naszym mózgu:

  • jest neuroprzekaźnikiem (przenosi sygnały między komórkami nerwowymi),
  • spożywana z pokarmem być może ma działanie psychoaktywne,
  • wydziela się naturalnie podczas wysiłku i być może jest odpowiedzialna za euforię związaną z aktywnością fizyczną (tzw. euforia biegacza – większa odporność na ból, mniejsze zmęczenie),
  • jej zwiększony poziom stwierdzono u osób zakochanych,
  • „na bazie fenyloetyloaminy otrzymano wiele syntetycznych substancji psychoaktywnych. Najbardziej znane to amfetamina, MDMA i metamfetamina”.

Sporo wątpliwości budzi ten związek organiczny, który, pochłaniany z pokarmem, wydaje się dostarczać naszemu organizmowi dawkę przyjemności, mimo że w układzie pokarmowym dość szybko ulega rozkładowi przez enzym MAO-B.

Według badań wysoki poziom fenyloetyloaminy (PEA) powoduje powstawanie dopaminy, wpływającej z kolei na produkcję oksytocyny. Każda z tych cząsteczek ma swoje zadanie jako neuroprzekaźnik, w odpowiednich warunkach dzięki nim odczuwamy przyjemne pobudzenie, przywiązanie i inne pozytywne emocje.

Oprócz wspaniałych właściwości pobudzających fenyloetyloamina ma prawdopodobnie działanie szkodliwe na nasze zdrowie, w tym (jak przeczytałam w materiałach Programu LEAP) powodowanie migren, nudności, uderzeń gorąca, nadmiernego pocenia się, nad- i niedociśnienia.

Migreny i niskie ciśnienie – to ja.

czekolada_FT

Czekolada

Fenyloetyloamina występuje między innymi w kakao – ale nie tym naturalnym, tylko tym, które przetworzono do spożycia, czyli m.in. poddano fermentacji. Pisze o tym m.in. Udo Pollmer:

W czasie każdej fermentacji powstają tzw. aminy biogenne. Najbardziej znaną aminą w kakao jest fenyloetyloamina, której w stugramowej tabliczce czekolady jest ok. 0,7 g. Fenyloetyloaminę zwykle produkuje sam organizm, w działaniu podobna jest do serotoniny, podnosi nastrój i pozytywnie wpływa na równowagę psychiczną. (s. 281)

Jak podkreśla jednak Pollmer, to nie dlatego tak kochamy czekoladę, zwłaszcza mleczną. O to uzależnienie autor „Smacznego! Chorzy z powodu zdrowego jedzenia” obwinia opiaty, powstające podczas produkcji czekolady właśnie z fenyloetyloaminy.

By z kakao i cukru uzyskać czekoladę, masa przetrzymywana jest przez kilka godzin w cieple. Ten proces – decydujący o jakości wyrobu – nazywa się mieszaniem mas. Panują wówczas idealne warunki dla wcześniej wspomnianej „biogennej aminy” do tworzenia opiatów.
Ten proces może być wzmożony przez proszek mleczny. Tabliczka czekolady zawiera więcej białka niż szklanka mleka, wśród tych białek znajdziemy oczywiście naturalne egzorfiny. (s. 281-282)

Wśród substancji psychoaktywnych w czekoladzie znajdziemy też np. pobudzającą teobrominę. Oczywiście, nie jest tak, że czekolada to tylko otumaniacz  i polepszacz nastroju – już pisałam o tym, że prawdziwa czekolada, bezmleczna, ma w sobie np. sporo antyoksydantów i niewielka ilość kakao dziennie może być traktowane jak lekarstwo.

Nie tylko PEA

W materiałach, które dostałam w związku z testem MRT, opisano fenyloetyloaminę jako związek występujący w kiszonej kapuście, serach dojrzewających, ekstraktach drożdżowych, winie i piwie. Aby być bardziej precyzyjnym, należałoby jednak uściślić, że chodzi o pochodną PEA, również migrenogenną tyraminę (występowanie: sery żółte i pleśniowe, czerwone mięso, wino, cytrusy, sos sojowy, mocna kawa i herbata, ryby marynowane).

Inne składniki naszych pokarmów podejrzane o powodowanie bólów głowy to:

  • histamina (piwo, ryby, wino, sery dojrzewające),
  • fenole (występują w roślinach, być może osoby ze skłonnościami do migren mają problem z ich rozkładem w organizmie),
  • dodatki do żywności.

Inne naturalne źródła PEA

Najbardziej naturalnym źródłem – jak już wspomniałam – jest nasz organizm. Co ciekawe (i straszne), na Zachodzie popularne są suplementy diety zawierające fenyloetyloaminę – dla tych, którym nie chce się ćwiczyć czy iść na spacer. Na stronie Fundacji Livestrong znajdziemy listę pokarmów dostarczających tę aminę w mniej sztuczny sposób. Pierwsza jest oczywiście czekolada i wszystkie produkty zawierające ziarna kakaowca.

Kolejnym źródłem – choć niebezpośrednim – PEA są rośliny wysokobiałkowe: m.in. soja, soczewica, orzeszki ziemne, migdały, ciecierzyca, nasiona sezamu i lnu. Zawierają dużo fenyloalaniny, z której nasz organizm wytwarza sobie fenyloetyloaminę (moim zdaniem to znacznie bezpieczniejsze źródło, ponieważ to nasz organizm decyduje, ile PEA wyprodukuje). Fenyloalanina znajduje się także w mięsie (wołowinie, wieprzowinie, rybach), owocach morza oraz mleku, w tym oczywiście ludzkim.

Migrena

Migrenowe bóle głowy to jedna z tych uciążliwych dolegliwości, której przyczyny są prawdopodobnie niezwykle złożone i niejednoznaczne. Jedną z prawdopodobnych przyczyn są zaburzenia poziomu neuroprzekaźników (np. serotoniny), co powoduje stan zapalny, rozszerzenie się naczyń krwionośnych i ucisk nerwów (który właśnie powoduje ten straszny ból).

Nie ma jednego sposobu na uniknięcie jednostronnych bólów głowy – osoby podatne na migreny, takie jak ja, często łączą napady bólu z cyklem hormonalnym, pogodą (ciśnieniem, opadami deszczu, duchotą przed burzą), a także zmęczeniem, stresem, problemami z kręgosłupem, nieodpowiednim odżywianiem (w tym dostarczeniu sobie zbyt małej ilości pożywienia i wody przy większym wysiłku). Ktokolwiek przeżył choć raz napad migreny, ten wie, że jest to koszmar odbierający wszelką radość i wyłączający człowieka z życia na kilka godzin – do kilku dni.

Oczywiście, są sposoby farmakologiczne na blokowanie objawów migreny, a także zapobieganie jej atakom. Zazwyczaj nieskuteczne. Ponieważ cierpię na napady bólów głowy od kilkunastu lat, szukałam różnych sposobów na nie i przerabiałam kilka rodzajów leków, takich jak divascan czy coffecorn, a także homeopatię i leki antropozoficzne. Leki na receptę wywoływały u mnie dziwne stany euforyczne, ale niekoniecznie pomagały na głowę. Tak jak homeopatię cenię i czasem stosuję, tak w tym wypadku efekty były nieoczekiwanie złe (wymioty). Ciąże i laktacja ograniczyły mi możliwości brania leków przeciwbólowych do paracetamolu – bywa za słaby…

Żegnaj, kakao?

Jeśli to prawda, że w moim wypadku choć częściowo winna jest fenyloetyloamina i inne związki pozyskiwane z pokarmów (a dokładnie – nieodpowiednie rozkładanie tych związków w układzie pokarmowym, np. niedobór wymienionego wcześniej enzymu MAO, czyli nietolerancja pokarmowa tych związków pokarmowych), miałabym klucz do ograniczenia napadów migren. Co oznacza, że muszę zrezygnować z pewnych produktów spożywczych. Patrząc na listę najbardziej podejrzanych produktów, można by stwierdzić, że w takim razie nie należy jeść niczego…

Do produktów najczęściej wymienianych i najczęściej badanych pod kątem wywoływania migren należą:

  • pszenica,
  • pomarańcze,
  • jajka,
  • kawa,
  • herbata,
  • czekolada,
  • mleko,
  • sery pleśniowe,
  • wołowina,
  • kukurydza,
  • trzcina cukrowa,
  • drożdże.

Zaczynam od definitywnego odstawienia: kawy, mocnej herbaty, czekolady i kukurydzy, bo od dawna nie jem już mleka, wołowiny, cukru i drożdży. Pszenicę zostawiam w postaci samopszy i orkiszu, a pomarańcze jem tak rzadko, że chyba ich nie skreślę.

W domu nie mam ani jednej pastylki środka przeciwbólowego. Sprawdzę, ile czasu nie będę miała migreny (ostatni raz zdarzył mi się 10 dni temu). Czas start.

Przeczytaj: 2 miesiące bez migreny. Podejrzany to…

Słowniczek (za Wiki i nie tylko)

  • fenyloetyloamina (2-fenyloetyloamina, fenetylamina, PEA) – organiczny związek chemiczny, amina o silnym działaniu biologicznym. Występuje w ludzkim mózgu, przypuszcza się, że może pełnić rolę neuroprzekaźnika. Wiele pochodnych fenyloetyloaminy ma silne działanie psychoaktywne – psychodeliczne, stymulujące lub empatogenne, ale najczęściej wszystkie te efekty z przewagą jednego, co decyduje o klasyfikacji efektów. Pochodne fenyloetyloaminy nazywa się wspólnie fenetylaminami. Fenetylaminy występują w naturze jako hormony, neuroprzekaźniki oraz jako alkaloidy.
  • tyramina (4-hydroksyfenyloetyloamina) – organiczny związek chemiczny, biogenna amina, będąca hydroksylową pochodną fenyloetyloaminy. Występuje obficie w pokarmach pochodzenia roślinnego i zwierzęcego. Najwięcej znajduje się w serach twardych, czekoladzie, śledziach, mięsie czerwonym, niektórych ekstraktach mięsnych.
  • histamina – organiczny związek chemiczny, heterocykliczna amina będąca pochodną imidazolu. Histamina występuje naturalnie w organizmie ludzkim, pełni funkcję mediatora procesów zapalnych, neuroprzekaźnika oraz pobudza wydzielanie kwasu żołądkowego.
  • endorfiny – grupa hormonów peptydowych, wywołują doskonałe samopoczucie i zadowolenie z siebie oraz generalnie wywołują wszelkie inne stany euforyczne (tzw. hormony szczęścia). Tłumią odczuwanie drętwienia i bólu. Są endogennymi opioidami.
  • egzorfiny – związki chemiczne, w budowie bardzo podobne do produktów naszego własnego organizmu zwanych endorfinami, występują m.in. w pszenicy, mleku, jęczmieniu, kukurydzy (źródło).
  • dopamina – organiczny związek chemiczny z grupy katecholamin. Ważny neuroprzekaźnik syntezowany i uwalniany przez dopaminergiczne neurony ośrodkowego układu nerwowego.
  • oksytocyna – cykliczny hormon peptydowy złożony z 9 aminokwasów (nonapeptyd), neuroprzekaźnik, uwalnia się okresowo, dobrze rozpuszczalny w wodzie. U ssaków, w zależności od ich samopoczucia, napędza uległość, ufność, zazdrość, szczodrość, protekcjonizm czy współpracę.
01 X2013

Co się wyprawia, czyli kilka słów o skórach

by joanna

Za pomoc w przygotowaniu tego wpisu serdecznie dziękuję Panu Michałowi Ludwickiemu z firmy MARTPOL.

Od pewnego czasu myślałam, żeby kupić do domu owczą skórę, zwłaszcza dla S., który jest ciągle dzieckiem podłogowym. Wełna ma przecież fantastyczne właściwości – grzeje, leczy, wydaje się taka naturalna, „ekologiczna”. Podczas naszego wiosennego pobytu w górach prawie się zdecydowałam na zakup, jednak wtedy właśnie przeczytałam książkę Magdaleny Płonki „Etyka w modzie” i – jak może pamiętacie – temat wyprawiania skór zaczął mnie interesować znacznie bardziej.

relugan_0

Niestety, okazało się, że zdobycie rzetelnych informacji na temat garbowania skór w Polsce, jeśli jest się tylko ewentualnym pojedynczym klientem – w dodatku zadającym konkretne pytania – graniczy z cudem.

Zioła i inne rośliny

Sprzedawcy zwykle byli chętni do rozmowy, ale niewiele wiedzieli (od jednej miłej pani spod Tatr dowiedziałam się, że relugany to skóry wyprawiane w… ziołach). Okazało się też, że niektórzy producenci też nie są pewni, czym właściwie traktują skórę (od jednego z nich dowiedziałam się z kolei o istnieniu roślinnego środka Relugan GTX 40 – nie szukajcie go, nie znajdziecie). Można powiedzieć, że temat drążyłam przez kilka miesięcy i tak naprawdę pomógł mi tylko jeden z producentów, odesławszy mnie do laboratorium w Radomiu – do firmy MARTPOL. Dzięki rozmowie ze specjalistą, który na co dzień zajmuje się środkami chemicznymi do skór, wreszcie dowiedziałam się, czym naprawdę są relugany.

relugan_2

Owcza skóra lecznicza

Relugany to potoczna nazwa skór „medycznych”. Sama nazwa relugan jest zaczerpnięta od produktu garbującego używanego do wyprawiania tych skór (Relugan GT 50). Tu można przeczytać specyfikację tego produktu.

Owcze skóry wygarbowane w ten sposób na Zachodzie stosuje się m.in. w szpitalach – na łóżkach szpitalnych, fotelach, a także do produkcji butów dla dzieci, jako wyłożenia wózków dziecięcych. Tego typu proces garbowania pozwala na zachowanie wszystkich naturalnych właściwości wełny, a dodatkowo skóra jest odporna na pranie.

Co najważniejsze, wyjątkowość tego sposobu garbowania polega na tym, że nie stosuje się środków zawierających chrom. Nie jest jednak prawdą, że skóry lecznicze wyprawiane są za pomocą środków naturalnych, roślinnych, ekologicznych. Owszem, można stosować garbniki roślinne, mają one jednak inne zastosowanie, do innych rodzajów skór, o czym poniżej.

Według mojej wiedzy tzw. relugany są wyprawiane za pomocą aldehydu glutarowego („Wykorzystywany do sterylizacji i jako substancja konserwująca. Trujący. (…) Aldehyd glutarowy może powodować podrażnienie skóry, oczu i błon śluzowych”). Charakterystyczny żółty kolor skóry i wełny powstaje właśnie w procesie garbowania aldehydem glutarowym podczas utrwalania przy podnoszeniu pH kąpieli.

Sposoby garbowania skór bez związku chromu to:

  • garbnikami roślinnymi (na przykład mimozy, quebracha), stosowanymi do produkcji skór licowych, siodeł, butów góralskich – skóra jest twarda,
  • reluganem – aldehydem glutarowym i syntanami.

O co chodzi z tym chromem?

Choć garbowanie z użyciem związków chromu jest standardem, to w wypadku niedotrzymania parametrów procesu lub przy skórach niskiej jakości, w zakładach nieprzestrzegających odpowiednich zasad, może okazać się, że produkt – wyprawiona skóra – zawiera substancje szkodliwe dla zdrowia człowieka. Związek chromu trójwartościowego, który jest zawarty w garbnikach, podczas nieodpowiedniego procesu garbowania może zmienić się w związek chromu sześciowartościowego, szkodliwego – rakotwórczego.

Z tego powodu odradza się szczególnie kupowanie futer z niepewnego źródła, zwłaszcza z Azji. Oprócz tego, że samo kupowanie futer niewiadomego pochodzenia naraża kupującego na nieprzyjemności (może się okazać, że norka jest zupełnie innym zwierzęciem, w dodatku objętym ochroną), brak jakiegokolwiek certyfikatu, gdzie i jak garbowana była skóra stanowi potencjalne niebezpieczeństwo dla naszego zdrowia. Dlatego ważne jest szukanie informacji na temat sposobu garbowania skóry. W Polsce to wciąż temat widmo, nikt nie stosuje certyfikatów potwierdzających nieszkodliwość (bezchromowość) skór np. w wypadku butów dziecięcych. Musimy się jeszcze sporo nauczyć.

Płonka pisze, że w ogóle dzisiejsze skóry mają pH niezgodne z pH naszej skóry, przez co są czynnikiem drażniącym.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Tak się garbuje i farbuje skóry w Maroku (Fez). Smród nie do opisania; domyślam się, że powstające odpady są bardzo szkodliwe dla środowiska. 

Zupełnie inną sprawą jest etyka kupowania futer. Jestem za zakazem hodowli zwierząt futerkowych, natomiast jeśli chodzi o skóry zwierząt hodowanych na mięso, dziś nie jestem przeciwniczką ich wykorzystywania. Gdybym jednak mogła zdobyć większą wiedzę na temat wpływu zakładów garbarskich na środowisko, na pewno mogłabym wyrazić swój pogląd bardziej stanowczo.

relugan_1

Ostatecznie zdecydowaliśmy się na relugana i zamówiliśmy skórkę jako prezent dla S. od rodziny, a zamiast podhalańskiego straganu wybraliśmy Kolebkę Natury. Muszę przyznać, że to był dobry pomysł. Wybraliśmy długie włosie, na którym leży się miękko i przyjemnie. Wełna relaksująco grzeje, leżenie na takim futrzaku niesamowicie odpręża (z tego powodu bywają u nas małe przepychanki, komu przysługuje skóra).

Dodam (choć nie sprawdzałam), że owcze skórki polecane są przy wychowaniu bezpieluchowym, ponieważ wełna absorbuje wilgoć, futrzak ma zdolności antybakteryjne i samooczyszczające się, poza tym można go prać w pralce (program do wełny, warto dodać lanolinę).

Nie sądzę, żebyśmy mogli nazwać jakiekolwiek skóry ekologicznymi. Można mówić ewentualnie o ekologicznym sposobie wyprawiania skór, jednak nie w wypadku reluganu. Tu mamy do czynienia z wyprawianiem bezchromowym. 

Mam wielką nadzieję, że doczekamy się czasów, kiedy producenci będą chcieli (i umieli) rzetelnie odpowiadać na pytania konsumentów. Może kiedyś będę mogła napisać więcej na ten temat? Na pewno nie przestanę szukać odpowiedzi.

26 IX2013

Czego jeszcze nie wiecie o BLW?

by joanna

blw_0

Baby-Led Weaning, czyli pozwolenie dziecku na samodzielne jedzenie od momentu, kiedy wyrazi zainteresowanie pokarmem innym niż mleko, bywa ogłaszane wielkim odkryciem przełomu wieków i nową tendencją (na przykład tu: „Mimo że idea BLW jest stosunkowo nowa…”). Na szczęście wystarczy zajrzeć do książki Gill Rapley i Tracey Murkett „Bobas lubi wybór. Twoje dziecko pokocha dobre jedzenie”, wyd. Mamania, Warszawa 2010, żeby znaleźć fragment:

Być może czytasz to wszystko i myślisz sobie: To nic nowego, sami tak robiliśmy. Jeśli tak, to masz rację. BLW to nic nowego. Nowe jest mówienie o nim.

(s. 25)

Prawdopodobnie BLW jest tak stare, jak stary jest gatunek ludzki… Odeszliśmy od niego, kiedy zajęli się nami „specjaliści” mądrzejsi od natury…

Książkę Rapley i Murkett polecam jako bazę – dla rodziców, którzy jeszcze nigdy o BLW nie słyszeli. Może się okazać, że sporo z tych rozwiązań było dla nich naturalne, ale bali się spróbować działać na własną rękę.

Słoiczki-skarbonki sprytnych koncernów

Mam dziś dla Was ciekawostkę, która – kiedy zetknęłam się z nią pierwszy raz – po prostu wbiła mnie w fotel. Wszystko dzięki książce Udo Pollmera „Smacznego. Chorzy z powodu zdrowego jedzenia”, w której niemiecki antydietetyk tak pisze o rozszerzaniu diety niemowląt:

Bajkę, że dzieci powinny jeść specjalne, tylko dla nich przygotowane jedzenie, bez przeszkód propagują producenci jedzenia. W końcu cała gałąź przemysłu spożywczego wyspecjalizowała się w pokarmach dla dzieci: kaszkach i słoiczkach. Ładne i kolorowo opakowane dania dla dzieci czy z mikrofalówki są hitem. W końcu matka ma spokojne sumienie, gdy podaje dzieciom produkty skontrolowane, wolne od szkodliwych substancji, uprawiane ekologicznie, wzbogacone o witaminy i minerały.

(…) Wygodne, pewne, nowoczesne jedzenie dla dzieci. Pozostaje tylko pytanie, czy służy także dzieciom.

(s. 367)

Przyznaję się bez bicia, że pierwszy synek dostawał słoiczki oraz specjalnie gotowane dla niego, osobne posiłki. Słoiczki były wygodne, zmiksowane zupki – zalecane przez pediatrów, książki i pisma dla mam. (Dziś wyrywam włosy z głowy – jak mogłam wydawać tyle pieniędzy na te bezwartościowe pisma dla rodziców?!).

J. wcale nie chciał tego jeść! Myślę, że najbardziej smakowało mu to, co jedli rodzice. Dobrze, że w pewnym momencie podjęliśmy decyzję o zmianie naszego sposobu żywienia – dzięki temu mogliśmy we trójkę jeść to samo. Dziś jest podobnie – starszy synek chodzi do przedszkola ze swoją wałówką, która jest skomponowana z naszych wspólnych produktów (żeby było łatwiej, stosuję taką samą dietę jak syn – na podstawie jego wyników testu MRT; czuję jednak, że czas na mój własny test tego typu).

BLW_1

Młodszy synek niedawno wszedł w fazę ogromnego zainteresowania naszymi talerzami. Odkąd siedzi samodzielnie, dostaje od nas kawałki pożywienia i może z nimi robić, co chce. Dzięki książce „Bobas lubi wybór” nauczyłam się podawać mu nawet kaszkę, którą samodzielnie wkłada sobie do buzi (oraz umaja nam podłogę, krzesła i szafę). Tak, zdecydowanie, gotowe pokarmy ze sklepu są znakomitym chwytem marketingowym dla zmęczonych matek. Tymczasem zdrowa dieta rodziców może być podstawą diety malca, bez dodatkowego gotowania czy kupowania słoiczków.

BLW ma niemal 90 lat

Wracając do ciekawostek z książki Pollmera.

Już 90 lat temu (w latach 20. XX wieku), kiedy na dobrą sprawę przetwórstwo żywności dopiero się rozwijało, amerykańska pediatra Clara Davis przeprowadziła niezwykle ciekawy (ale kontrowersyjny) eksperyment z udziałem dzieci. Davis zadała sobie pytanie: czy można pozwolić, aby dziecko samodzielnie wybierało swój sposób żywienia? Wybranym dzieciom podawała przez kilka lat (!) pożywienie pochodzenia roślinnego i zwierzęcego, przy czym wszystko było surowe lub gotowane na parze (np. szpik kostny, mięso czy podroby były podawane bez obróbki). Davis wyłączyła z tej specyficznej diety pokarmy przetworzone (np. cukier, chleb, masło), pozostawiła jedynie chrupki żytnie, które uznała za naturalne. Do picia dzieci miały wodę, kwaśne mleko i sok pomarańczowy.

Po oczywistych problemach początkowych (dzieci były świeżo odstawione od piersi, uczyły się chwytać jedzenie, pić z kubeczka etc.) dzieci nauczyły się jeść samodzielnie. Przedstawiane przez Pollmera szczegółowe wyniki badań na trzech chłopcach w wieku od 6 do 9 miesięcy w skrócie sprowadzają się do tego, że każdy z nich dobierał sobie inne menu, jednak żaden nie zrobił sobie krzywdy. Każde dziecko miało swój gust, swój smak, swoje potrzeby, ale każde „umiało” zbilansować swoje posiłki według realnych potrzeb organizmu (to co, że łączyło surowe jajka z bananem itp.). Jedno jadło głównie owoce, drugie nabiał, trzecie polubiło szpik kostny. Wszystkie jadły niewiele zbóż (poza owsem).

Davis powtórzyła badanie na kolejnych 15 dzieciach w wieku od 6 do 11 miesięcy (badała je przez 6 lat!).

Dzieci odżywiały się zgodnie ze swoimi zapotrzebowaniami, odpowiednio przybierały na wadze, nie były tłuste, ale po prostu silne. (…) „Trik w tym eksperymencie – mówi dr Davis – polega na tym, że apetyt maluchów może z pewnością się czasem mylić, jednak te błędy nie mają znaczenia, jeśli oferuje się im naturalne pokarmy”. Takie kierowanie się apetytem, twierdzi badaczka, może być jednak szkodliwe, „gdy oferowane są mocno przetworzone produkty, takie jak cukier czy biała mąka, które straciły swoje pierwotne składniki, choć stały się tak ważną częścią współczesnej diety”.

(s. 371)

Teksty Davis, z których korzysta Pollmer:

  • Davis C. M., „Am. J. Diseas. Child.” 1928, 36, s. 651.
  • Davis C. M., „Can. Med. Assic. J.” 1939, 41, 257.

BLW_3

Czy istnieje naturalna ludzka dieta?

Na temat tych badań powstaje książka kanadyjskiego dziennikarza naukowego Stephena Straussa pod tytułem „Clara Davis: A Rumor In Nutrition” (mam problem z tłumaczeniem, wydaje mi się, że chodzi o niesprawdzone, ale obiegowe opinie na temat żywienia). Strauss pisze też o samej doktor oraz o dzieciach, które badała – dziennikarzowi udało się nawiązać kontakt z rodziną Clary Davis, dzięki czemu mamy szansę poznać szersze tło całego eksperymentu. Książka ciągle powstaje, dlatego skontaktowałam się z autorem, aby opowiedział mi co nieco na temat doktor Davis.

stephen_strauss

J.B.: Co uważasz za najciekawszy aspekt eksperymentu Davis?

S.S.: Najbardziej interesujące w jej eksperymencie jest to, że wciąż jesteśmy zafascynowani kwestią – czy istnieje mądrość ciała, jeśli chodzi o żywność, którą jemy? Kładziemy na to bardzo duży nacisk. Badanie Davis miało na celu sprawdzenie, czy matka może pozwolić dziecku na podążanie za swoim apetytem. Czy ich wrodzona mądrość umożliwi matkom odrzucenie sztywnych reguł odżywiania, narzucanych przed dietetyków? Te reguły w wypadku niektórych niemowląt doprowadziły do świadomego głodzenia się!

Davis nie martwi się o ilość jedzenia – jej eksperyment pokazuje wręcz, że naturalny apetyt  lubuje się w nadmiarze! Była podejrzliwa wobec żywności przetworzonej – nie dlatego, że wiedziała, że szkodzi dzieciom, ale dlatego, że sądziła, że ludzie nie ewoluowali do jego spożywania.

The most interesting thing about the experiment is that we still are fascinated by question of whether there is a wisdom of the body when it comes to the foods we eat. However we have switched much of the emphasis in the question. In Davis’ time her research aimed was to see if mothers could let babies appetites choose the foods they ate and if that innate wisdom meant the mothers could dismiss the rigid feeding lists which nutritionists was foisting on new mothers. This had led to some infants apparently willfully starving themselves.

 Davis didn’t fundamentally worry about eating too much and indeed her experiment in many ways shows that a natural appetite luxuriate s in over-eating.  She was very concerned about processed food but not because she knew it was bad for children as much as she thought it wasn’t what humans had evolved to eat.

Czy myślisz, że można by powtórzyć taki eksperyment w dzisiejszych czasach?

Dziś nie można przeprowadzić takiego eksperymentu z przyczyn etycznych. Nie można przecież odstawić dzieci od piersi, wsadzić do sierocińca na pięć lat i obserwować, co jedzą. Nie można zamieniać czyjegoś dzieciństwa w badanie naukowe apetytu!

You can’t conduct the experiment today because of ethical reasons, that is, you can’t take children from their mother’s breasts and put them in a self-feeding orphanage for close to 5 years. You can’t make the purpose of someone’s childhood the science of their appetites.

Jakie widzisz podobieństwa między badaniami Clary Davis a dzisiejszym BLW?

Jeśli chodzi o BLW (baby-led weaning), istnieją pewne podobieństwa między nim a eksperymentem Davis, choć podawana przez nią żywność często różniła się bardzo od tego, co oferuje BLW. Nie dawała dzieciom chleba, zup, puddingów, czegokolwiek z mąką. Eksperyment był bardzo surowy w swoich założeniach; dziś nazwalibyśmy to dietą paleolitu.

I oczywiście samo odstawienie (weaning) to tylko początek, od którego Davis wychodzi. Prawdziwe pytane, jak już wspomniałem, było: czy dzieci, którym pozwoli się wybierać, co jedzą, będą odżywiały się zdrowo. Czy istnieje naturalna ludzka dieta? Co nasz apetyt mówi o wewnętrznych potrzebach organizmu? Nie znamy odpowiedzi i dziś.

In terms of baby led weaning, I would say that there are similarities even though the foods she offered children was often very different from what BLW offers. She didn’t let them have any bread, soups, puddings, anything with flour in it. It was very raw in its presumptions and would be what we would call today today a paleolithic diet.

 And of course, weaning was just the beginning of what she was looking at. The real questions as I said before were: Will they eat healthily over the course of their young lives if we let them choose for themselves their foods. Is there a natural human diet? What does appetite tell humans of their body’s intrinsic nutritional needs – a question we don’t truly know the answer to today.

Bardzo polecam samodzielne przeczytanie kilku artykułów na temat badania Clary Davis. Przyznaję, że dzięki tym lekturom zupełnie przekonałam się do wspólnej kuchni dla naszej czwórki.

blw_2

I wiecie co? Choć sprzątania po takim dzidziusiowym posiłku jest mnóstwo, przynajmniej zaoszczędzam czas na gotowaniu oraz pieniądze na niekupowaniu słoiczków.

Polecam:

http://stephenstrauss.ca/

http://www.cmaj.ca/cgi/content/full/175/10/1199

03 IX2013

Witamina D – wielki kit?

by joanna

Od razu na wstępie zastrzegam: nie jestem lekarzem, nie mam wykształcenia dietetycznego. Wszystko, co piszę poniżej, opiera się na moich przemyśleniach i doświadczeniach oraz literaturze. Jestem matką dwóch chłopców (w tej chwili jeden ma 4 lata, drugi 10 miesięcy)* i miałam kilka lat na dokonanie spostrzeżeń dotyczących polskich pediatrów. Jednocześnie zastrzegam, że absolutnie nikogo nie namawiam do podążania w moje ślady – do tematu podchodzę subiektywnie, krytycznie, przekornie i wbrew standardowym zaleceniom lekarzy. Czytelniku, czytasz na własną odpowiedzialność, a przed użyciem zdobytej wiedzy skonsultuj się ze swoim zdrowym rozsądkiem.

Zawsze podkreślam, że zachęcam do samodzielnego myślenia i drążenia tematu, w tym wypadku – suplementacji witaminy D u niemowląt.

Nie jestem przeciwniczką suplementacji, jestem przeciwniczką narzucania wszystkim tych samych norm, bez indywidualnych badań itp.

* Uaktualnienie luty/marzec 2015 r.: chłopcy rosną, więc i młodszy dostaje już witaminę D w okresie jesienno-zimowym, ponieważ mam nadzieję, że pomaga mu to na AZS. Niestety, suplementacja nie daje wystarczających efektów (w wynikach starszego poziom niewystarczający), dlatego mam obawy, że podawanie syntetycznej witaminy D w naszym wypadku mija się z celem.

tran

„Czy Bóg to zaniedbał?”

Do napisania tego wpisu zainspirowała mnie książka Udo Pollmera, która zawiera sporo kontrowersyjnych tez na temat m.in. suplementów diety (które autor uznaje w większości za szkodliwe). Notabene ten niemiecki antydietetyk w wielu kwestiach zgodziłby się z Józefem Słoneckim (książkę tego pana również czytam, ale na raty – jak skończę, opowiem).

Część książki „Smacznego! Chorzy z powodu zdrowego jedzenia” (PIW, Warszawa 2010) poświęcona niemowlętom jest moim zdaniem lekturą obowiązkową wszystkich rodziców, którzy chcą świadomie karmić swoje dzieci. Niekoniecznie dlatego, że we wszystko należy uwierzyć – wręcz przeciwnie, myślę, że we wszystko należy wątpić i samemu podejmować decyzje, zamiast ślepo ufać białemu fartuchowi.

Podrozdział, który wezmę pod lupę tym razem, nosi znamienny tytuł: „Czy Bóg to zaniedbał?” i jest bardzo krótki – dwie strony o suplementowaniu witaminy D u niemowląt.

Witamina D (uznawana bardziej za hormon niż witaminę), najkrócej mówiąc, potrzebna jest do tego, aby nasz organizm wchłaniał z pożywienia wapń. Według dzisiejszych zaleceń lekarzy niemowlęta karmione piersią powinny otrzymywać dawkę witaminy D3 codziennie.

Na dwóch stronach książki Pollmera znajdują się jednak argumenty, które utwierdzają mnie w moim intuicyjnym przekonaniu: niemowlęta karmione piersią zazwyczaj nie potrzebują suplementacji witaminy D. Najcenniejszy jest dla mnie argument zawarty w tytule rozdziału. Z jakiej racji mam uważać, że pokarm doskonały dla mojego dziecka – moje mleko – z jakiegoś powodu jest wybrakowany o tę jedną jedyną witaminę?

Trzy głosy, Trzeci Świat

Kiedy urodził mi się pierwszy synek, podążałam ścieżkami wskazanymi przez polską służbę zdrowia – do czasu, kiedy polska służba zdrowia nie bardzo umiała pomóc przy alergii, AZS, problemach skórnych, nie mówiąc już o problemie znacznie trudniejszym – alergicznej, przewlekłej obecności płynu w uszach.

Przy drugim dziecku nie słucham bezkrytycznie lekarzy. Ufam zasadzie: im mniej leków, szczepień, wizyt u państwowego pediatry, tym lepiej.

Na temat witaminy D3 (której S. nie dostał ani razu, choć urodził się w listopadzie) usłyszałam trzy różne opinie od trzech różnych pediatrów.

1. Wygląda pani na wykształconą osobę, a pani dziecko jest jak z Trzeciego Świata. Może ja pani dam tę witaminę? (Pediatra z NFZ).

2. Wolałabym, żeby S. brał witaminę D3, ale jeśli pani jest przeciwna, zróbmy mu badanie na jej poziom. (Pediatra prywatny, Enel-Med, leczy m.in. homeopatią). Badanie wykonałam, poziom w normie.

3. Nie ma potrzeby podawania witaminy D3 niemowlętom, jeśli nie ma do tego wskazań. S. pięknie się rozwija, jedno ciemiączko zarosło, drugie ma czas do końca 2. roku życia. Witamina D może więcej zaszkodzić, jeśli podamy ją niepotrzebnie. (Pediatra prywatny, 30 lat stażu w państwowej służbie zdrowia, obecnie leczy przede wszystkim homeopatią).

Duży rozrzut, prawda?

Co mówi Pollmer

Autor „Smacznego!…” opisuje sytuację, w której zalecano podawanie witaminy D3 nie tylko niemowlętom, ale także matkom karmiącym. Nacisk, jaki kładą na to lekarze, można nazwać wręcz presją, prowadzącą do zastraszania rodziców krzywicą czy nowotworami.

Prawie nikt nie mówi matkom o niebezpieczeństwach, jakie powoduje przedawkowanie witaminy D (2, 58, 67, 75). Co ciekawe, objawy zatrucia witaminą D wyglądają bardzo podobnie do krzywicy (30, 337, 755), ponieważ „duże ilości witaminy D powodują wypłukiwanie wapnia z kości”, co stwierdził profesor Ernst Lindner z Uniwersytetu w Gießen (337). Spożywanie witaminy D jest zatem tak ryzykowne, że podobnie jak witamina A, powinna być ona dodawana do artykułów spożywczych pod ścisłą kontrolą (31).

– pisze Pollmer (s. 359).

O niebezpieczeństwie związanym z przedawkowaniem witaminy D dowiedziałam się od pediatry nr 3. Próżno szukałam informacji na ten temat w polskim internecie. Być może po niemiecku znalazłabym jakieś artykuły, ale niestety nie władam tym językiem.

Jeśli chodzi o niemowlęta, jednym z niebezpieczeństw takiego przedawkowania jest zbyt szybkie zarastanie ciemiączka, co może mieć znaczenie przy rozwoju mózgu. Znam jednego niemowlaka z problemem zbyt szybkiego zarastania ciemiączka – lekarze po takiej diagnozie u kilkutygodniowego chłopca od razu kazali odstawić witaminę D.

W mleku matki z natury jest mało witaminy D. Mimo to wapń z mleka matki jest świetnie wchłaniany przez niemowlę. Jak to możliwe? Dziś wiemy, że istnieją przynajmniej dwa związki, które przejmują funkcję witaminy D jako transportera wapnia w jelicie niemowlęcia: występujący w ogromnych ilościach cukier mleczny, laktoza, oraz określone białka mleka, fosfokazeiny (29, 64, 72, 74, 590).

(s. 360).

Wiem, że jesteśmy bombardowani informacjami na temat niedoboru tej witaminy, straszeni, zachęcani do kupowania suplementów. Myślę, że osoby, które nie prowadzą zdrowego trybu życia, nie chodzą na spacery, siedzą zamknięte w domach czy biurach przez cały dzień faktycznie mogą mieć problem z jej brakiem. W dodatku jedna znajoma dermatolog oraz jedna dietetyczna powiedziały nam o dobrym wpływie suplementacji witaminy D na skórę atopowców. Dlatego nasz starszy syn (powtarzam – ma 4 lata!) w niesłoneczne miesiące dostaje tran.

Ponieważ organizm dzięki światłu słonecznemu może sam produkować witaminę D, zdrowe dzieci nie cierpią na jej brak, jeśli wychodzą na świeże powietrze (68, 754, 759). Dostarczanie witaminy D jest więc  potrzebne tylko w określonych przypadkach i „wymaga” według DGE „nadzoru lekarskiego” (1). (…) Należy zatem przyjąć, że niemowlę powinno być chronione przed tą witaminą. [podkreślenie moje – J.B.].

(s. 360).

Jako ciekawostkę autor pisze, że witamina D jest podawana szczurom jako trutka…

Zalecana dawka słońca (tu chyba opinie wszystkich pediatrów są podobne) – półgodzinny spacer w ciągu dnia, dziecko powinno być w wózku z odkrytymi rączkami i nóżkami, nieposmarowane kremem z filtrem, ale w wypadku mocnego słońca powinno przebywać w cieniu – wystarczą promienie słoneczne odbite np. od wózka czy piasku na plaży. W dni pochmurne te promienie przecież także działają, tyle że dziecko jest bardziej ubrane – wniosek: spacer powinien być dłuższy…

Do tego wpisu przygotowywałam się emocjonalnie dość długo, bo czuję, że poruszam temat, którego w Polsce nie ma. Wiem, jakie jest oficjalne stanowisko lekarzy. Chętnie się dowiem, jakie jest Wasze stanowisko – osobiste. Co intuicyjnie czujecie. Chętnie o tym porozmawiam i poszerzę swoją wiedzę, bo kontr-źródeł jest tak mało…

Tu ciekawy artykuł na temat niedoborów witaminy D3, wynikających z naszego stylu życia.

Bibliografia Pollmera (kolejność pojawiania się w tekście, w nawiasie pozycja w bibliografii w książce):

  • „Empfehlungen für die Nährstoffzufuhr”, DGE, Frankfurt 1991. (1)
  • Machlin L.J., „Handbook of vitamins”, New York 1991. (58)
  • Europäische Kommission, „Brechte des Wissenschaftliflichen Lebensmittelausschusses”, Luxemburg 1994. (754)
  • Bayer W., Schmidt K., „Vitamine in Prävention und Therapie”, Stuttgart 1991. (2)
  • Combs G. F., „The Vitamins” w: „Fundamental Aspects in Nutrition and Health”, San Diego 1992. (21)
  • Holick M. F. i in., „N. Engl. J. Med.” 1992, 326, s. 1178. (67)
  • Jacobus C. H. i in., „N. Engl. J. Med.” 1992, 326, s. 1173. (75)
  • Würgler f. E., „Naturwiss. Rundsch.” 1993, 46, s. 485.30. (30)
  • Linder E., „Toxikologie der Nahrungsmittel”, Stutgart 1990. (337)
  • Macholz R., Lewerenz H. J., „Lebensmitteltoxikologie”, Berlin 1989. (755)
  • „Verordnung über vitaminisierte Lebensmittel”, BGB1 I, s. 1989. (31)
  • Pollmer U., „Natur”, t. 4, 1994, s. 68. (757)
  • Cochet B. i in., „Gastroenterol.” 1983, 84, s. 935. (29)
  • Gammelgaard-Larsen C., w: Hoogland A. J. i in., „Food Ingredients Asia”, Maarssen 1991, s. 53. (64)
  • Kitts D. D. i in., „Brit. ‚J. Nutr.'” 1992, 68, s. 765. (72)
  • Miller, s. C. i in., „J. Nutr.” 1988, 118, s. 82. (74)
  • Schlimme E. i in., w: Lebensmittelchemische Gesellschaft Milchproteine”, Hamburg 1991, 4, s. 213. (590)
  • Haddad J. G., „N. Eng. J. Med.” 1992, 326, s. 1213. (68)
  • Specker B. L., „Am. J. Clin. Nutr.” 1994, 59, dod., s. 484. (759)
  • Ala-Houhala M. i in., „Am. J. Clin. Nutr.” 1988, 48, s. 1057. (32)
  • Takeuchi A. i in., „J. Nutr.” 1989, 119, s. 1639. (651)
  • DiPalma J. R., Ritchi D. M., „Ann. Rev. Pharmacol. Toxicol.” 1977, 17, s. 765. (71)
  • Toda T. i in., „Fd. Chem. Toxicol.” 1985, 23, s. 585. (73)
  • Kummerow F. i in., „Am. J. Clin. Nutr.” 1976, 29, s. 579. (650)
  • „Fd. Chem. News” 1991, 33, s. 19, za: „BIBRA Bull.” 1991, 30, s. 200. (33)
  • Hadler M. R., „Span” 1984, 27, s. 74. (34)
  • Hayes W. J., Laws E. R., „Handbook of Pesticide Toxicology”, San Diego 1991. (343)
  • Worthing C. R., „The Pesticide Manual – A World Compendium”, Farnham 1991. (415)
03 V2013

Samopsza – lepsza pszenica

by joanna

Wpis zaktualizowany 28 listopada 2013 r.

Coraz więcej się mówi o szkodliwości glutenu, zwłaszcza gdy w grę wchodzą alergie czy problemy z jelitami (w dwóch słowach: gluten zakleja nam przewód pokarmowy, zaburza trawienie, gnije w kiszkach). Na szczęście Baranowscy nie mają celiakii, więc możemy jeść chleb. Dobrze jednak, aby chleb był dobry… No właśnie. Aby chleb był dobry, trzeba piec go samemu. (Prosty, uaktualniony przepis – na samym dole).

Odkryłam niedawno, że można obniżyć zawartość szkodliwego glutenu w chlebie, stosując odpowiednią, dobrą mąkę. I nie chodzi o mąkę bezglutenową, ale o mąkę ze zbóż uprawianych tysiące lat temu, potem zapomnianych. Dzięki temu, że zaczęto na nowo hodować te odmiany, mamy dostęp do zbóż w niemal czystej postaci – niemodyfikowanych przez człowieka. To ważne, ponieważ dzisiejsza pszenica nie przypomina tej, którą jadał człowiek pierwotny i na której kształtował się nasz układ pokarmowy.

Trzy najważniejsze odmiany pszenicy, którymi warto zastąpić białą mąkę pszenną, to: orkisz, płaskurka i samopsza. Orkisz już znamy, chleby orkiszowe można kupić w każdej piekarni (nie kupujcie, pieczcie własne, na zakwasie!). Płaskurkę i samopszę odkryłam dopiero co, ale niestety udało mi się kupić tylko samopszę (BioBabalscy).

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Na zdjęciu powyżej widać kłosy – od lewej: samopszy, orkiszu i płaskurki. Gołym okiem zauważymy, jak różne są to zboża, choć z jednej rodziny.

Zaskakująco dużo informacji na temat samopszy i płaskurki znalazłam w książce „Dieta bez pszenicy” Williama Davisa (wydawnictwo Bukowy Las, Warszawa 2013), po którą sięgnęłam w kryzysowym momencie: okazało się, że zwykła pszenica mi bardzo szkodzi.

Dieta bez pszenicy-okl.wst-500

Autor skupia się na udowodnieniu, że dzisiejsze zboże, znane pod nazwą pszenica, to w rzeczywistości szkodliwy efekt modyfikacji genetycznej tej trawy, którą naukowcy w ciągu kilkudziesięciu lat XX wieku zmienili z normalnego zboża w hiperwydajną roślinę. Tak wydajną, że pewnie uratowała od głodu miliony ludzi w krajach rozwijających się. Tylko że osiągnięcia w dziedzinie hybrydyzacji pszenicy (polegające na krzyżowaniu różnych gatunków traw) przebiegały bez kontroli wpływu nowych zbóż na organizmy ludzi i zwierząt.

współczesna pszenica, poddana genetycznym zmianom mającym ulepszyć setki, jeśli nie tysiące cech określanych przez geny, trafiła do światowych zasobów żywnościowych ludzkości bez stwierdzenia przez kogokolwiek, czy nadaje się do spożycia przez człowieka. (s. 44)

Do bezpieczniejszych odmian tego zboża William Davis zalicza te najstarsze odmiany, o prostym genotypie, takie jak orkisz, samopsza czy młodsza od niej płaskurka. Samopsza ma 14 chromosomów, płaskurka – 28 (powstała w wyniku skrzyżowania się samopszy z pewną dziką trawą). Z kolei płaskurka skrzyżowała się z inną trawą i tak powstała Triticum tauschii, przodkini dzisiejszej pszenicy. Miała 42 chromosomy, dzięki czemu możliwość jej modyfikacji była o wiele większa niż 14-chromosomowej samopszy.

Przez większą część tych dziesięciu tysięcy lat [odkąd człowiek zaczął jeść zboże – J.B.], kiedy pszenica zajmowała poczesne miejsce w jaskiniach, szałasach, chatkach z suszonej cegły i na stołach ludzi, zmiany w obrębie tego gatunku następowały stopniowo, aż to, co na początku było pszenicą samopszą, a potem płaskurką, w końcu stało się uprawianym gatunkiem Triticum aestivum. Pszenica z XVII wieku była pszenicą z XVIII wieku, która z kolei była prawie taka sama, jak pszenica z XIX i pierwszej połowy XX wieku. (…) Nawet wytrawne oko miałoby trudności z odróżnieniem pszenicy z początków XX wieku od jej poprzedniczek z wcześniejszych stuleci. (s. 30)

Różnice między pszenicą Natufijczyków [pierwotnego plemienia, koczującego w okolicach dzisiejszego Izraela ok. 8500 lat p.n.e.] a tym, co w XXI wieku nazywamy pszenicą, byłyby widoczne na pierwszy rzut oka. Pierwotna samopsza i płaskurka miały łuski, a ich ziarna mocno przylegały do łodygi. We współczesnej pszenicy ziarna są „nagie”, dzięki czemu łatwiej  oddzielają się od źdźbła. (…) Współczesna pszenica jest znacznie niższa. (s. 36)

O dzisiejszej pszenicy będę jeszcze pisać, ten wpis poświęcam właśnie tej najstarszej odmianie zboża.

samopsza_0

Samopsza, najpierw zbierana jako roślina dzika, była hodowana już 7 tysięcy lat temu, między innymi w Mezopotamii. Jej właściwości są tak cenne, że uważa się ją za roślinę prozdrowotną. Do najważniejszych zalet samopszy zaliczamy:

  • cenne aminokwasy, niewytwarzane przez człowieka: fenyloalaninę, tyrozynę, metioninę i izoleucynę, ważne dla prawidłowego funkcjonowania układu nerwowego,
  • inny rodzaj glutenu, co można poznać choćby po innym zachowaniu się ciasta (ten gluten jest mniej rozciągliwy gorzej zatrzymuje wodę); obecne badania pozwalają przypuszczać, że ten gluten jest lepiej tolerowany przez osoby z celiakią, ponieważ gliadyny, których te osoby nie trawią, występujące w samopszy charakteryzują się niską toksycznością (źródło: artykuł Samopsza (Triticum monococcum L.) szansą rozwoju lokalnych producentów żywności dr inż. Elżbiety Suchowilskiej z Katedry Hodowli Roślin i Nasiennictwa, Uniwersytet Warmińsko-Mazurski w Olsztynie),
  • wysoka zawartość popiołu, a więc i makro-, i mikroelementów, takich jak magnez, żelazo, cynk, mangan,
  • zawartość karetonoidów (stąd żółty kolor).

Uprawa samopszy ozimej.

W smaku chleb z zawartością mąki z samopszy jest bardzo delikatny, niektórzy mówią o orzechowym posmaku.

Autor „Diety bez pszenicy”, któremu to zboże w dzisiejszej postaci bardzo szkodzi, przeprowadził na sobie eksperyment: zjadł chleb z samopszy, a następnego dnia – pszeniczny. Po pierwszej próbie nie zauważył żadnych niepokojących objawów (podczas obserwacji mierzył sobie cukier we krwi). Po zwykłym chlebie czuł się fatalnie przez półtorej doby, miał bardzo duży skok glukozy we krwi, nie mógł dobrze spać, czuł się otępiały i  cierpiał na biegunkę. Wierzę mu. Po odstawieniu pszenicy na kilka tygodni jej powrót do menu zaowocował fatalnym samopoczuciem i bólami brzucha. Samopsza takich sensacji nie powoduje.

Uwaga, przepis! Na mój prosty chleb orkiszowo-samopszowy.

Składniki:

  • 600 g mąki (na przykład 300 g samopszy, 300 g orkiszu), najlepiej typu 1850 lub 2000,
  • kilka łyżek zakwasu żytniego/orkiszowego,
  • 10 (lub mniej) łyżek płatków owsianych,
  • łyżka soli (można więcej, jeśli ktoś lubi),
  • ziarna np. słonecznika, siemienia lnianego – według uznania,
  • 450 ml wody.

Zakwas* przed użyciem wyjmuję z lodówki i czekam, aż się ociepli. Dokarmiam ekologiczną mąką typ 1850 lub 2000 i zostawiam w cieple na kilka godzin – często na cały dzień. Zakwas powinien trochę się burzyć, bąbelkować, urosnąć. Nie może być w nim ani śladu pleśni (pleśń oznacza, że zakwas jest do wyrzucenia, ponieważ zdrowy zakwas zwalcza pleśń dzięki pałeczkom kwasu mlekowego).

Mieszam łyżką wszystkie składniki w misce bardzo dokładnie, aż uzyskam gęste (ale nie za gęste) ciasto. Odstawiam w ciepłe miejsce pod ściereczką znów na kilka godzin. Ciasto powinno urosnąć. Wtedy mieszam jeszcze raz i przekładam do formy uprzednio posmarowanej oliwą i posypanej otrębami. Zawijam w ściereczkę i odstawiam w ciepłe miejsce na 2 do 3 godzin. Wszystko zależy od warunków, czasem chleb rośnie bardzo szybko, czasem trzeba poczekać. Z wierzchu posypuję ziarnami, na które akurat mam ochotę (sezam, dynia, słonecznik…).

Wkładam ciasto do piekarnika nagrzanego do 180°C na 45 minut.

Bywa, że po tym czasie chleb wymaga jeszcze 15 minut pieczenia. Można go też zostawić w już wyłączonym, nagrzanym piekarniku.

Smacznego!

Aha. Można mieszać mąki według uznania i gustu. Można też dodać do chleba ziarna itp., co kto lubi.

*Zakwas zrobicie sami: przepis tutaj.

Zdjęcia zbóż zamieściłam dzięki uprzejmości Pana Mieczysława Babalskiego, http://biobabalscy.pl/

28 IV2013

Pieluchy wielorazowe: formowanki

by joanna

formowanka_01

Formowanki: ten, kto je wymyślił, wiedział, co dobre!

Formowanka (pieluszka formowana) jest to specjalnie uszyty wkład do otulacza – wyprofilowany, z regulacją, z dużą powierzchnią chłonną. Prezentuję Wam sposób zakładania formowanki u większego bobasa, który sika więcej niż noworodek. Na zdjęciach widzicie formowankę Pupeko, uszytą z bambusa, ze wstawkami bawełnianymi (rowerki).

formowanka_02

Z przodu formowanki znajduje się zakładka, a pod nią dwa napy. Wpinamy w nie dodatkowy wkład (dzięki takiemu rozwiązaniu pieluszka szybciej schnie po praniu).

formowanka_03

Wkład jest długi, ale na grubość tylko podwójny.

formowanka_04

Składamy wkład na pół, dla chłopców – z dodatkową zakładką.

formowanka_05

Na to wszystko kładziemy np. wkład bambusowo-polarowy sucha pupa.

formowanka_06

Można też użyć bibułki na kupę. My rzadko używamy i tylko miejscowo.

formowanka_07

Na tak przygotowanej pieluszce kładziemy bobasa i zapinamy napy (lub rzepy). Pieluszki Pupeko mają wygodną regulację wzdłuż i wszerz.

formowanka_08

No i mamy zapiętą formowankę… Na zdjęciu S. pozuje z masłem shea, którego używam do pielęgnacji – o tym jeszcze napiszę!

Pamiętajcie, że choć niektóre formowanki są śliczne (jak ta nasza), wymagają otulacza.

formowanka_09

Jak zwykle czekam na Wasze opinie i sugestie!

25 III2013

Sprawiedliwy Handel – liczy się człowiek

by joanna

promo1a

Choćbyśmy nie wiem jak narzekali, jesteśmy szczęśliwcami – żyjemy w tym regionie świata, gdzie jedzenia mamy pod dostatkiem, a dzieci chodzą do szkoły zamiast do pracy. Jesteśmy takimi szczęśliwcami, że nawet nie wiemy, jak wygląda życie w niektórych krajach Azji, Afryki czy Ameryki Południowej. Nie jesteśmy świadomi, jak powstają nasze ubrania szyte tysiące kilometrów stąd, jak produkowana jest kawa, czekolada czy herbata. Często, myśląc o planecie jako o wspólnym dobru, zapominamy o ludziach, którzy są częścią naszego świata, choć mieszkają w innej części globu. (więcej…)

10 III2013

Greenwashing, czyli ekościema

by joanna

Dorzucam garść mojego specjalnego składnika: ekologicznego bulionu warzywnego bez ekstraktu drożdżowego. Bardzo trudno go było dostać. Nawet w sklepie z żywnością ekologiczną jest tylko bulion z ekstraktem drożdżowym, a to nowoczesne określenie glutaminianu w wersji greenwashing, czyli ekologia dla naiwnych. Ja, jako dobra matka, nie ścierpię glutaminianu w naszej kuchni.

Charlotte Roche, Modlitwy waginy, wyd. Czarna Owca, Warszawa 2012

Czy spotkaliście się już z określeniem greenwashing? Ja nieoczekiwanie poznałam je dzięki cytowanej książce, którą czytałam już parę miesięcy temu. Z powieści Roche zapamiętałam dwie rzeczy: bohaterka ma spore problemy ze sobą, natomiast nie ma prawie żadnych z ekologią… Obiecuję, że do książki jeszcze wrócę, a dziś chcę się skupić na zjawisku nabijania w butelkę nieświadomych, a pełnych dobrej woli ekokonsumentów.

Ze zjawiskiem greenwashingu mamy do czynienia, odkąd powstał ruch ekologiczny, bo gdzie drwa rąbią, tam wióry lecą. Samo słowo pierwszy raz zostało użyte w 1986 roku przez Jaya Westervelta w artykule na temat hoteli, które pod przykrywką dbania o planetę prosiły klientów o rzadsze wymienianie ręczników.

Ileż to znamy podobnych przykładów, kiedy próbuje nam się wmówić, że jakieś rozwiązanie jest lepsze, bardziej ekologiczne? Choćby zmuszenie nas do zrezygnowania ze zwykłych żarówek na rzecz żarówek kompaktowych, które okazały się nie takie znowu przyjazne środowisku. Kiedy taka żarówka się stłucze (a to się zdarza), powstaje niemały kłopot z rtęcią. No więc jak to, wycofuje się termometry rtęciowe, a każe używać świetlówek z tym metalem?

greenwashing

Jeśli dobrze poszukamy, znajdziemy takich przykładów mnóstwo, najczęściej mniejszego kalibru. Samochody ekologiczne na prąd – to jedna z tych ekościem, które kwituję pustym śmiechem. Skąd się bierze prąd? Tylko 8% światowej energii pochodzi ze źródeł odnawialnych (elektrownie wiatrowe, wodne). W Polsce może być to około 10%. A więc nie łudźmy się, że samochód na prąd produkuje mniej spalin – on tylko produkuje je za pomocą elektrowni.

A wszystkie importowane warzywa i owoce, zwłaszcza te certyfikowane? Mam podwójne wątpliwości. Po pierwsze, jak można uznawać za ekologiczne towary, które pokonują tysiące kilometrów za pomocą samochodów i samolotów? Po drugie, chciałabym wiedzieć, w jaki sposób się je transportuje, czy faktycznie nie używa się żadnych nieekologicznych sposobów na zapewnienie im świeżości? Jeśli ktoś zna odpowiedź, niech nie milczy. Oczywiście, kupuję ekologiczne produkty importowane, ale bardzo rzadko świeże – przede wszystkim produkty paczkowane, bo nie wszystko u nas rośnie, a czasem trzeba urozmaicić dietę. Zawsze jednak pamiętam, że moim ideałem jest hasło KUPUJ LOKALNIE, KUPUJ SEZONOWO.

No i jeszcze są kosmetyki. Choćby chusteczki dla niemowląt – na opakowaniu jest napisane, że nie zawierają np. oleju mineralnego. Matka się cieszy i wkłada paczkę do koszyka. Tymczasem okazuje się, że może parafiny w nich nie ma, ale są parabeny i PEG-i. Jeszcze lepsze są etykiety informujące o braku składnika, który nie ma prawa się znaleźć w środku. Nie mówiąc o oszukiwaniu wizualnym – jaja z numerem 3 opatrzone obrazkiem kury chodzącej po polu, mleko UHT z wizerunkiem krowy na łące itp. Ponieważ przeciętny konsument nie wie, jak powstaje jedzenie, nabiera się na te etykiety i kupuje podrobiony pokarm produkowany w fabryce jaj czy mleka.

Jak już wielokrotnie pisałam, tylko wiedza daje nam możliwość prawdziwego wyboru. Kupujesz kotlet wieprzowy, a zjadasz konia. Kupujesz parówkę cielęcą, a wcinasz tłuszcz wieprzowy. Kupujesz ser żółty i jesz olej palmowy. Część z tych produktów ma taki skład w świetle prawa! Co więc robić? Czytać etykiety, sprawdzać, pytać, a przede wszystkim nie kupować produktów gotowych. I nie nabierać się na każde ekohasło z reklamy, bo w reklamie chodzi o to, żebyś kupił, co wciskają, a dodatkowo uwierzył, że pomagasz środowisku.

16 II2013

Poliakrylan sodu, czyli co kryją pieluchy jednorazowe

by joanna

Nasz starszy syn przez prawie 2,5 roku używał pieluszek jednorazowych i było dobrze. To znaczy, miał oczywiście odparzenia, jak każdy bobas, ale uznawaliśmy to za normalne. Tak jak przyzwyczailiśmy się do tego, że pieluchy śmierdzą – nie zawartością, ale chemią, jakimiś środkami zapachowymi, nie wiadomo, czym.

To było bardzo wygodne, założyć jednorazówkę, potem zdjąć i wyrzucić.

Kiedy byłam w drugiej ciąży, pieluchy wielorazowe były już w miarę popularne – promowane przede wszystkim jako tańszy sposób pieluchowania, ekologiczny i nie taki straszny, jak wspominają to nasi rodzice. Zaczęłam się zastanawiać, czy podjąć wyzwanie, bo mimo wszystko szacunek do planety mam równie duży, co szacunek do własnego czasu i wygody. A z drugim dzieckiem – myślałam – tego czasu będzie jeszcze mniej.

Tym, co mnie przekonało do prawie całkowitego zrezygnowania z jednorazówek, była informacja – skądinąd żadna tajemnica – co zawierają zwykłe pieluchy. To dowodzi tylko, że dopóki sami się nie zainteresujemy własnym zdrowiem, bardzo łatwo nam ulec zbiorowym trendom. Trzy lata temu nie mówiło się o wielorazówkach tak, jak dziś. Nie kupowało się ich tak łatwo. Wybór nie był tak duży (i nigdy nie będzie takiego lata…). Dlatego dziś myślę, że dorastanie do ekologii to proces niezwykle długi, obarczony tysiącem błędów i rozczarowań co do dzisiejszych łatwych rozwiązań.

pieluszki_jednorazowe.eko

Pieluchy jednorazowe, wprowadzone na rynek około 60 lat temu (ciekawostka: występowały m.in. jednym z odcinków serialu Mad Men, którego akcja dzieje się w latach 60. XX wieku), miały nam – matkom – ułatwić życie. Tak jak sztuczne mleko i dania w słoiczkach. W Polsce pojawiły się w okolicach lat 80. i na początku były towarem luksusowym. Dziś naprawdę trudno sobie wyobrazić, by ich nie było.

Niezwykłą zaletą jednorazówek jest ich ogromna chłonność. Wszystko dzięki specjalnemu żelowi, który wiąże wodę – poliakrylan sodu, bo o nim mowa, może zabsorbować ciecz o masie nawet kilkaset razy większej niż jego własna masa. Niestety, jest to związek chemiczny nieobojętny dla człowieka: nie powinno się go np. dotykać czy wdychać jego zapachu. Konia z rzędem dla tych rodziców, którym nigdy taka pieluszka się nie rozwaliła. Sama nie raz widziałam żel absorbujący wilgoć, który wyłaził z jednorazówki w postaci żelowych kuleczek i jak najbardziej miał styczność ze skórą. Niestety, związek ten może też zanieczyszczać środowisko, zwłaszcza wodę. ciekawym konkretnych danych polecam dokument, dokładnie charakteryzujący ten związek chemiczny. Szczególnie punkt 8.

Pieluszka jednorazowa, oprócz tego, że zawiera poliakrylan sodu, ma w sobie mnóstwo innych nieobojętnych związków chemicznych. Wszystkie one mają styczność z ciałem malutkiego człowieka i mogą działać drażniąco. Przyznaję, że sięgam czasem po jednorazówki, ale kupuję ekologiczne, biodegradowalne (te zwykłe rozkładają się nawet 500 lat, w dodatku są odpadem szkodliwym dla środowiska). W ekojednorazówkach zmniejszono ilość poliakrylanu sodu i innych nieobojętnych związków chemicznych, wykorzystano za to takie materiały jak skrobia kukurydziana. To brzmi nawet przyjemnie.

Po prawie trzech miesiącach używania wielorazówek przyznaję, że jest to wymagające. Trzeba się wdrożyć, nauczyć, mieć cierpliwość. Jednak naprawdę warto. A więcej o pieluchach wielorazowych napiszę już wkrótce: to wymagające doświadczenie, ale warto się zdecydować.

Przeczytaj także:

Zanim kupisz pieluchy jednorazowe, przeczytaj

Czy pieluchy jednorazowe są tak złe, jak mówią?

10 II2013

Kilka słów o olejach mineralnych

by joanna

Naprawdę trudno mi było znaleźć w domu kosmetyk, który zawiera olej mineralny. Dlaczego? Być może po prostu przestałam kupować produkty zawierające składniki ropopochodne, a może jest ich coraz mniej?

paraffinum

Mniej więcej od dwóch lat obserwuję, jak temat szkodliwości syntetycznych składników w produktach pielęgnacyjnych powoli, ale skutecznie przebija się do świadomości konsumentów. Sama na początku nie dowierzałam, że w mojej łazience może być tyle niezdrowych substancji – nawet w specjalnym kremie dla kobiet w ciąży! Zaczęłam uważniej robić zakupy, aż w końcu znalazłam żelazny zestaw, który odpowiadał moim wymaganiom. W drugiej ciąży nie kupowałam już niebotycznie drogich balsamów na rozstępy (które w pierwszej ciąży nie sprawdziły się zupełnie), tylko wybierałam niedrogie, polskie i naturalne kremy dla przyszłych mam. Co ciekawe, po drugiej ciąży nie przybyło mi ani centymetra rozstępów…

Od 1 stycznia 2013 roku zaostrzyły się przepisy Unii Europejskiej dotyczące kosmetyków naturalnych i ekologicznych. To dobra wiadomość: nie można już nazywać produktu naturalnym, jeśli zawiera np. parabeny. Nie zwalnia nas to oczywiście z dokładnego czytania etykiet i sprawdzania certyfikatów, choć na pewno będzie nam łatwiej znaleźć w sklepie kosmetyki np. z symbolem Ecocert. w tych produktach na pewno nie znajdziemy substancji ropopochodnych.

Wracając do oleju mineralnego… Najkrócej mówiąc, jest to bardzo wygodny, bo tani składnik kosmetyków, rozpuszczalnik i zmiękczacz. Znajdziemy go np. w płynach do kąpieli dla dzieci (niektóre zawierają głównie parafinę) czy oliwkach. Działa zmiękczająco na skórę, dlatego takie kosmetyki poleca się dzieciom czy atopowcom. Jeśli zastanowić się nad pochodzeniem parafiny, w zasadzie u samego źródła znajdziemy substancje organiczne, z których powstaje ropa naftowa. Mnie ta informacja wystarczyła, żeby odłożyć na bok wazelinę czy parafinę (no cóż, starszy syn był kąpany w ropie naftowej ładnych kilka miesięcy…).

Przeczytaj także: Parafina w kosmetykach – dlaczego nie?

wazelina

Według jednych parafina i wazelina są całkowicie bezpieczne i skuteczne, połknięte – nie odkładają się w naszym organizmie (który nie umie ich rozłożyć na prostsze związki).

Według drugich, w tym mnie (i sporej grupy ludzi na świecie) parafina jest substancją, która pozornie przynosi ulgę suchej skórze, a tak naprawdę może jej zaszkodzić. Mimo poniekąd naturalnego pochodzenia daleko jej do naturalnych składników. Organizm człowieka nie umie jej przyswoić, dlatego po kąpieli w parafinie na skórze zostaje nieprzepuszczalna warstwa oleju mineralnego. Zaburza to niezbędne do naszego prawidłowego funkcjonowania oddychanie skóry (wydalanie potu, a nawet toksyn przez pory, wchłanianie potrzebnych substancji, np. witamin, z zewnątrz).

Jeśli chcecie uniknąć bliskiego spotkania z olejami mineralnymi, czytajcie etykiety w poszukiwaniu tych nazw:

paraffin oil; liquid paraffin; paraffinum liquidum; light liquid paraffin (paraffinum liquidum); paraffinum perliquidum; oil mist; oil mist (mineral); mineral oil mist; mineral; mineral oil hydrocarbon solvent (petroleum); mineral oil (saturated paraffin oil); petroleum; white mineral oil; white oil; white mineral oil mist; hydrocarbon oils; petroleum hydrocarbons; paraffinic; olej parafinowy; parafina ciekła; parafina płynna; wazelina (źródło).

Polecam też do samodzielnej lektury:

http://dziecisawazne.pl/co-wchodzi-w-sklad-gotowych-oliwek-dla-dzieci/